Morze plastiku

Wąska wstęga wody, która się wije
pod jesionami albo może wśród robinii, częściej
jednak pośród starych brzóz, gdzie mieszkają kaczki,
ciche, płochliwe łyski; która trzęsawiskiem
pachnie w starej ciszy lasów Sztormarnu, Holsztyna,
wstęga, która potem wpływa do Hamburga,
nosi nazwę Alster, jest, od zawsze była
rzeką. Dwa jeziora w środku
wielkiego hanzeatyckiego miasta
powstały dopiero gdy Adolf III powrócił z wyprawy
krzyżowej do Ziemi Świętej i na jego rozkaz
pewien zdolny młynarz zablokował rzeczkę
grubą tamą, której uległ nawet
prąd Łaby. I tak sobie rosło Morze Północne
wewnątrz drewnianego miasta, a holsztyńskie wody
Wöddelbek, Rönne, Wischbeck i Lankau,
z Sielbek i Tangstedter Mühlenbach
płynęły, bez ujścia, bez końca,
zamiast się zatrzymać –
niemiłosierny
niepowstrzymywalny
żywioł w ciągu kilku tygodni
stał się o wiele potężniejszy, szerszy,
by wreszcie najpierw Außenalster, a potem
Binnenalster (rozdzielone znacznie później)
stały się dwoma jeziorami, raz turkusu i zieleni,
innym razem turkusu oraz odcieni błękitu,
lecz zawsze pofałdowane przez zachodni
wiatr, osaczone szczelnie szuwarami, wciąż
uwielbiane przez ludzi. Od ośmiuset lat.

Die Alsterseen

I tak oto się wije, czarno połyskując, owa wodna
żmija, pełznąc wokół krzewów, zarośli i ścieżek,
by przeniknąć czerwień przybrzeżnych
szuwarów. Cicha nieskończenie. Szum
wody, stłumiony, jej szemrzący szept jest
trudno usłyszeć, gdy rzeka w ustach
ma drewno, a na dnie – kamienie, płyty
styropianu z budowy, wyrwany krzak
jeżyn, który stanął na drodze,
a ona na chwilę porwała go
w objęcia, tak jakby zimą rzeka Alster
mówiła – ten, kto umie się bawić, na pewno
nie umrze. Rzeka jest czarna i podczas
powodzi wyższa o pół człowieka.
W 2014 roku, w Boże Narodzenie,
po długich ulewach, które spadły
na pola i ostatnie skrawki lasu
liściastego między Kaltenkirchen,
Bad Oldesloe i Duvenstedt,
żywcem wzięte z bajki
dopływy wpłynęły z potężnym
impetem do rzeki Alster, zmieniwszy ją w ciągu kilku
godzin w nieobliczalny żywioł, który raptem zmusił
mieszkańców do ustawienia wałów z ciężkich worków
z piaskiem, worków mających uchronić osiedla, domy szeregowe;
i która to rzeka, tam, gdzie była wcześniej ścieżka biegowa,
nad samiutkim brzegiem, wyrzucała gapiów
niczym – mówiąc z przekąsem – dryfujące drewno.

Die schwarze Welt

Ktoś policzył, że każdy z groźnych, skotłowanych głucho
czarnych metrów wody uderza z impetem ponad trzystu cystern
ustawionych jedna na drugiej. Nabrzeża, place
zabaw, zagajniki, ścieżki, również wiele ulic,
mosty, działki, kładki, wielka szopa
przy torach, pełna zapomnianego
Bóg wie kiedy złomu – to wszystko
zniknęło na długie tygodnie.
Dzieci pytały, czy
woda będzie zawsze
tak wysoka, tak ciemna i tak
bardzo zła. Owszem, powiedziałem
jakiejś małej dziewczynce
z opaską na oku, od dziś
tak będzie zawsze. Tak.
A świat, świat
będzie czarny.
I sąsiad, stojący pod rękę
z małżonką, z niewidzialnym psem
przy nodze, spojrzał na zakole Alster, gdzie
wcześniej zakręcała ona ciemnozłotym blaskiem,
olśniewając brzeg, a następnie bacznie przyjrzawszy się
koszmarnemu bezmiarowi wody, sąsiad dodał
po cichu, że nigdy w życiu, od kiedy jako
chłopiec puszczał tu łódeczki, Alster
nie była taka, że nigdy nic takiego się nie zdarzyło,
nawet w najśmielszych snach nie mogliśmy się
tego spodziewać. Szybko – tak, aby rozbiegane źrenice
nie mogły dognać nurtu – rzeka mknęła pod mostem
kolejowym w Fuhlsbüttel dalej na
południe, w kierunku hanzeatyckiego
miasta. Gdy ujrzałem trzy plastikowe
zbiorniki, pomyślałem sobie, że można by
z nich zrobić tratwę. Mamy powódź, powiedział
zdumiony sąsiad. To powódź. Przecież zawsze
się to zdarzało, latem, zimą, jesienią,
a najczęściej wiosną, gdy odwilż
nawiedzała Sztormarn.
Ale tu, te czarne masy
wody, ten szlam?
Co to, to nie.

Der Alsterlauf

Alster, wciśnięta pomiędzy
kamienne skarpy, płynie przez Rödingsmarkt
i Herrlichkeit, by wreszcie, gdzieś na pograniczu
hamburskiego Neustadt oraz portugalskiej dzielnicy
ujść do Łaby. Wystarczy sześć godzin,
by statki parowe, frachtowce
i tankowce dotarły do morza z nurtem
pogłębionej rzeki. Trzy zbiorniki, tratwa, która nigdy
nie powstanie, bo nie jestem Tomkiem Sawyerem
ani Huckleberry Finnem ani moja ukochana rzeka
nie jest żadną Missisipi, tylko rzeczką, nad którą często
staję, żeby popatrzeć na wodę i zadumać się
nad sensem wierszy; te trzy żałosne
puste plastikowe zbiorniki dryfują
tygodniami od mostu kolejowego e aż
do słonych wód Łaby pomiędzy Finkenwerder,
St. Pauli i Glückstadt. Ich plastik – odlany, uformowany,
perforowany i klejony pewnie w jakiejś fabryce
w Hangzhou, zanim przywieziono go
do Hamburga z mlecznobiałym milionem
identycznych zbiorników na pokładzie
olbrzymiego kontenerowca – potrzebuje, bez rozdrabniania,
około 850 lat, żeby się rozłożyć i zniknąć pod powierzchnią
ziemi, czyli dokładnie tak długo, jak w środku Hamburga
istnieją dwa jeziora na rzece Alster. Chociaż
z plastikiem jest tak, jak z duszą.
Ostateczne zniknięcie; nie,
nie ma czegoś takiego.

Plastikmeer5

Arne Rautenberg,
kiloński poeta, w pewnym
wierszu ze zbioru „Rzadkie ziemie“
z sukcesem przemienił skażenie morza
w sztukę, swoją własną sztukę, w której dziękuje
(pływom, promieniowaniu UV, ruchom falowym, ale też
planktonowi oraz morskim wirom) za to, że jest artystą,
który może żonglować kontynentami . Niech żyje
sztuka. Niech żyje ta jedyna, odwieczna i wieczna
radość, wolność w każdej sztuce! A to przecież znaczy,
że wszystko chce być sztuką – tak jak wszystko,
choćby odrobinę żywe, pragnie właśnie wolności.
W roku 1800 Friedrich von Hardenberg, znany jako Novalis,
Czyściciej Nowej Ziemi, używał plastiku jako kategorii estetycznej –
z przekonaniem pisał, że muzyka, poezja i plastik to elementy
nierozłączne w każdym wolnym dziele, obecne w różnych
proporcjach. Novalis myślał właśnie nad tym
w Burgenlandzie, w Weißenfels nad Soławą,
tworzącą z Muldą, Müglitz i Weißeritz
krainę rzek, którą kochał i gdzie spędził
życie. Wszystkie cztery rzeki wpadają do Łaby
i tam oto, w Soławie nieopodal Barby,
Novalis jako chłopiec chadzał
się kąpać, nago, często
głęboko w noc.

Plastikmeer4

Hardenberg nigdy nie trzymał w dłoni
niczego z plastiku. Nic dziwnego. Nie istniały
wtedy sztuczne materiały, nie było ich nawet
w opaskach na włosy bardzo małych lalek,
nie było ich nigdzie w szumiących
nieskończenie lasach; i zarówno
w ciszy, jak i w biciu dzwonów, nie było ich
w smrodzie kanalizacji ze starego świata. Kubki
po jogurtach, pokrywki, zegarki, folie, reklamówki, torebki
we wszystkich kolorach, rozmiarach i kształtach,
zabawki we wszystkich kształtach i kolorach,
zapalniczki, pudełka płyt CD, długopisy,
dywaniki w autach, jednorazowe
maszynki do golenia, kołpaki,
grzebienie, spinacze, pudełeczka na pióra
i pudła na pudła, butelki, zakrętki, opony samochodów,
traktorów, ciężarówek, opony kombajnów, kubki, talerze
i sztućce, torby na chleb, etui kart do gry, specjalne opakowania,
osłonki na ramy luster, kanistry, jednorazowe krzesła, kubki jednorazowe
i jednorazowe stoły, wtyczki, gniazdka, listwy też jednorazowe,
okulary, niekończące się powłoki na kable, kable
w torbach, w workach pełnych opakowań,
w jednorazowych pudłach, skrzynkach
na jeden raz. Nic, zupełnie nic, nawet najmniejsza
część tegonie istniała w spokojnym, niezniszczonym,
nieopakowanym, nieokablowanym
świecie, gdy Novalis pływał
w Soławie, nie myśląc przecież
o tym, jak by tu spalić zbędny tłuszcz,
wzmocnić mięśnie czy wyrzeźbić klatkę
piersiową, lecz nad tym, czy biust
to pierś wyniesiona do rangi
tajemnicy, a fizyka to tylko
wytwór wyobraźni.

Kupferstich Alsleben an der Saale

Plastikowe śmieci niesione przez
Łabę giną w większości w mrocznych
odmętach Morza Północnego. W osadach
obecnych na dewastowanym od dawna dnie
znajdują się niezliczone ilości małych
plastikowych części, głównie
cząstek włóknistych. Jak donosi
„Open Science“, pismo wydawane
przez brytyjskie Towarzystwo Królewskie,
jest ich dziesięć tysięcy razy więcej niż dużych
plastikowych odpadów, które dryfują w bardzo brudnych
wirach morskich, zbite w kontynenty ze śmieci –
lądy większe niż cała środkowa Europa.
Gdyby każdy kilometr kwadratowy
dna morskiego był jeziorem, to wszystkie te zbiorniki
byłyby zatkane, aż chce się powiedzieć: zasrane
biliardem ton plastiku aż po czubki
drzew sterczących na brzegach.

Plastikmeer2

Nigdzie – na całej Ziemi, na biegunie północnym,
w Czarnym, Czerwonym albo Martwym Morzu,
na Wyspach Karaibskich bądź na Antarktydzie –
nie ma dużego zbiornika, wybrzeża albo plaży
wolnej od plastiku, piszą naukowcy
na czele z Lucy Woodall z Muzeum Historii
Naturalnej, którego dźwiękoszczelne okna
wychodzą na bezrybią, wyregulowaną, jakże
brudną Tamizę. Za siedmioma morzami
znajduje się prawie dwieście siedemdziesiąt tysięcy
ton plastikowych śmieci, a przynajmniej tak się szacuje.
Choć ta ilość przeraża, jest absurdalnie mała
jeśli ją porównać z kosmicznym ogromem
tworzyw sztucznych, które wszyscy
właściwie wyrzucamy do morza
– sześć i pół miliona ton,
ale kto jest w stanie
zważyć korek, którym
można zatkać świat?
Trzeba zadać pytanie: co z tym
całym brudem dobrobytu. Tylko skromny procent
odpadów unosi się w formie widocznych na powierzchni
cząstek. Fale rozbijają większe odpady, na ledwie widoczne
cząsteczki rozkłada je ultrafiolet. Jeśli osiądą na nich glony
lub inne małe stworzenia, to zatoną, opadną
jak statki, samoloty albo ciała zmarłych,
w ciemość, na samo dno.

Plastikmeer1

Zespół Lucy Woodall zbadał już
dwanaście próbek osadu z dna oceanicznego,
które przez dwanaście lat, aż do 2012 roku
wydobywano sukcesywnie z Morza Śródziemnego,
południowo-zachodniej części Oceanu Indyjskiego,
a także z północnej części Atlantyku.
Cztery próbki koralowców
zbadano przy pomocy mikroskopu
oraz spektroskopu na podczerwień. We
wszystkich tych próbkach znaleziono mikrocząstki
plastiku, najczęściej włókniste, o długości dwóch-trzech
milimetrów, ale o grubości często dużo mniejszej
niż jedna dziesiąta milimetra. Próbki
zawierały przeciętnie trzynaście
i pół cząstki na pięćdziesiąt
mililitrów cieczy. Ponad połowa cząstek była
z wiskozy – która nie jest plastikiem, lecz włóknem
syntetycznym na bazie celuzozy, stosowanym w filtrach
do papierosów oraz coraz chętniej przy produkcji odzieży.
Ryby, płaszczki, rekiny, wieloryby i żółwie nie potrzebują wiskozy,
dla nich jest ona trucizną, przez którą giną, jak każdy
na diecie z plastiku. Drugim materiałem najczęściej
występującym we wszystkich stworzeniach morskich
był poliester – można śmiało mówić o poliestrowych
rybach, wężach wodnych, ośmiornicach
z poliestru. Być może cząsteczki
będą stawać się coraz mniejsze, aż się
skondensują w parze wodnej, i uniosą w powietrze
obłoki z poliestru czy wiskozy – plastikowe chmury.
Z powodu nikłej liczby próbek porównanie częstotliwości
i składu osadu było niemożliwe; lecz włókniste cząsteczki
występują podobno wszędzie, w każdej morskiej głębi,
w osadach nawet dziesięć tysięcy razy częściej
niż w zanieczyszczonych wirach morskich.
Szacuje się, że na jeden kilometr
kwadratowy osadu w gujotach
w Oceanie Indyjskim przypadają cztery
biliardy włókien plastiku. Wciąż się nie prowadzi
badań podwodnych dolin, kryjówek plastiku z całego świata, gdzie
króluje najczarniejsza z nocy: brak słońca, gwiazd i nic nie rozświetla
mroku. A jednak właśnie tam oddycha wielki świat niestrudzonych
gwiazd kąpiących się w niebieskim oceanie nieba.

*

Zdjęcia: jeziora Binnenalster i Außenalster w Hamburgu (1), czarny łabędź w zaślepionym świecie, rzeka Alster w hamburskim Klein Borstel (3), zanieczyszczone plastikiem morza i wybrzeża (4, 5, 7, 8), osiemnastowieczny miedzioryt z widokiem Alsleben nad Soławą, miasto i rzeka, jakie Novalis znał z dzieciństwa (6).

(Przekładu dokonała Jolanta Kossakowska, zaś jego redakcji – Katarzyna Fetlińska)

Opowiedz to pszczołom

Piękna światłość pierwszego poranka w Melbourne: jakby cała południowa część świata nagle chciała stać się jasnoniebieska. Nie widziałem jeszcze żadnego ptaka, ale przez całą noc słuchałem świergotu klimatyzatora umieszczonego na dachu sąsiedniego budynku – brzmiał zupełnie jakby siedziało w nim stado papużek falistych. Nagle dźwięk skrzydeł wiatraka przybrał na sile – i może to był tylko sen, lecz wtedy od ulicy dobiegło mnie głośne wycie syreny wozu strażackiego. W mniej niż dwa dni przeleciałem przez pół świata, od Abu Dhabi przez Sri Lankę, nad Oceanem Indyjskim, mijając Perth i Adelaide. Obudzić się przy takim świetle… wybudzić się choć raz ze swojej sennej, nierealnej codzienności. Z wiosny wleciałem wprost w jesień. A po drodze? Gdzie się podziało lato?

 

W Melbourne obserwowałem potężne masy chmur, które napływały przeważnie z zachodu, nad rzekę Yarra. Zdawały się nieuchwytne w swym pędzie, choć wiatr ledwie muskał korony drzew. Pogoda zmienia się tu nagle – równie szybko, jak zapada zmierzch, trwający może dwadzieścia minut. Chłodny, dżdżysty poranek poprzedza południe pełne słońca, następnie popołudnie szarpane porywami wiatru, przygniecione ciemnymi zwałami chmur; aż wreszcie przychodzi wieczór z mnóstwem fregat kołujących na tle pomarańczowo-czerwonego nieba.

 

Klimat postrzegam jako wspanialszą i bardziej złożoną historię, niż te, które znam z opowieści. Od kiedy sięgam pamięcią, jestem jej czytelnikiem. Prawdopodobnie beznadziejny ze mnie empiryk, a z pewnością niepoprawny altruista. Czytam prognozy, codziennie śledzę pogodę – mniej lub bardziej pogodzony z deszczem, deszczem, deszczem. W Hamburgu trzysta deszczowych dni pod rząd to nie powód do rozpaczy. W moim pisaniu, w myślach, uczuciach i zachowaniach stworzonych przeze mnie bohaterów, w obrazach, odwołaniach i w melodii moich wierszy, pogoda gra równie ważną rolę, co psychologia, moralność, wyobraźnia czy zwątpienie. Pogoda jest dla mnie ważnym czynnikiem. A klimat, szczerze mówiąc, dla mnie nie istnieje. Nigdy nie potrafiłem określić, co miałoby się kryć pod tym pojęciem. Klimat i pogodę najlepiej byłoby porównać do religii i wiary. Religijność wymyka się mojej wiedzy, zdolności pojmowania, a także leży poza moimi zainteresowaniami. Zaś wiara ma dla mnie znaczenie egzystencjalne – jest dialogiem, sprawdzianem, podporą, ramą życia.

 

Czy jestem zatem sceptykiem, jeśli chodzi o klimat? Tak. I tak, i nie. Albo raczej nie, całkiem nie, tylko ów sceptyczny klimat wokół zmian klimatycznych pozwala mi być sceptykiem. Wątpienie jest obecnie źle widziane, choć przecież trzeba wątpić. Trzeba nie dlatego, że wszystko – klimat na Ziemi, życie w rzekach i morzach, powietrze, lasy, rośliny i zwierzęta, a także ludzie w miastach i na wsiach – stoi wobec całkowitego i, o zgrozo, nieuniknionego przewrotu. Mam natomiast wątpliwości co do sposobu, w jaki nauczyliśmy się mówić o tak zwanych zmianach klimatycznych. Na ten temat się nie dyskutuje. Otaczają nas monologi.

 

Rozmowa o klimacie oznacza, przynajmniej dla mnie, dyskusję o przyczynach braku wymiany zdań w obrębie nauki, wiedzy, polityki, sztuki i społczeństwa. Ludzie nie są w stanie ze sobą dyskutować, chociaż im wszystkim – oraz ich dzieciom i wnukom – grozi utrata warunków do życia. Dlaczego? Myślę, że dialog dotyczący zmian klimatycznych odnosi się tak naprawdę do „klimatu strachu”. Tylko dzięki niektórym książkom, opowieściom i obrazom można zrozumieć coś tak rozległego, coś tak niepojętego, jak przemiana świata w miejsce do cna niegościnne i nierzeczywiste.

 

„Opowiedz to pszczołom” – tak brzmi australijskie przysłowie. Jeśli coś ci leży na sercu i chciałbyś to komuś opowiedzieć, lecz ten ktoś nie ma ochoty, czasu lub cierpliwości by słuchać, powie ci, byś opowiedział to pszczołom, które w tajemny sposób zrozumieją wszystko i zaraz odlecą, by z twojej tajemnicy zrobić miód.

 

Nie poddawaj się. Opowiedz to pszczołom.

 

Pewnego szarego poranka wjeżdżam do Doliny Yarry. Okolica jest łagodnie pofałdowana, urokliwa, gęsto zalesiona. Coraz więcej tam eukaliptusów – drzew typowych dla stanu Wiktoria – a wśród nich, niczym wieże z liści, górują eukaliptusy królewskie. Krajobraz wydaje mi się znajomy i zaczynam go porównywać do Schwarzwaldu, doliny rzeki Hudson, Wogezów i Turyngii; lecz nagle horyzont się rozszerza, kończą się lasy, a preriowe równiny rozciągają się między niezliczonymi rzędami winnic.

 

W rezerwacie Healesville odwiedzam oposy karłowate, zwierzątka tylko odrobinę większe od myszy. Oposy nie wybudzają się ze snu zimowego (w który niedawno zapadły), nawet wówczas gdy młoda biolożka podnosi jednego z nich. Malec wtula się w dłoń. Oposy karłowate, mówi Jill, karmiąc zwierzątko ze strzykawki, już właściwie wyginęły. Uważano, że są gatunkiem wymarłym do czasu, gdy narciarze przypadkowo nie natknęli się na ich kolonię w Alpach Wiktoriańskich.

 

Jill napełnia kolejną strzykawkę miodem ze słoika i prowadzi mnie do ptaszarni, gdzie czuję się jak emu pośród hałaśliwych zięb i papug. Na ręku Jill ląduje mały czarno-żółty ptaszek z długim, ostrym dzióbkiem i jasnożółtą piersią. Wygląda tak, jakby się nie bał, ale mam wrażenie, że on żyje w innym – szybszym – tempie i dlatego nawet mnie nie zauważa, nie traktuje jak wroga. Kilka razy musiałem się uchylić, bo próbował przelecieć wprost przeze mnie. Pije miód ze strzykawki, siedząc na dłoni Jill. Przygląda się tak, jakby przypadkowo wpadł do mojego świata – niczym duży koliber o przenikliwych, ciemnych oczach Emily Dickinson uwiecznionej na jednej z dwóch istniejących jej fotografii.

 

Odfruwa, nasycony miodem ze strzykawki i znużony siedzeniem na ręku. Na całym świecie żyje tylko 39 przestawicieli jego gatunku, z czego 32 znajduje się w Healesville. Na gałęzi przede mną przycupnęły cztery osobiniki – jedna dziesiąta całej populacji miodojadów żółtoczubych.

 

Jill opowiada o projektach dotyczących wypuszczania na wolność zwierząt wyposażonych w czipy, o daremnych próbach ochrony miodojadów pozbawionych swojej niszy ekologicznej i narażonych na ataki ptaków drapieżnych, których to miodojady nie traktują jako wrogów – nie zauważając ich, tak jak przed chwilą nie zauważały mnie. Jill mówi o próbach umieszczania miodojadów i drapieżników w jednej klatce. O tym, jak odtwarzanie odpowiednich odgłosów miało odstraszać zbyt ufne ptaki. O uczeniu ich chowania się w specjalnych kryjówkach; o tabelkach, analizach, nowych rozwiązaniach i nowych pomysłach. Jej głos jest spokojny, bez śladu smutku.

 

W gazecie „The Australian” czytam, że dwa lata temu wyginęło dziesięć, a ostatniej zimy – 23 procent populacji pszczół w Ameryce Północnej. Jakie są tego przyczyny? Czy winne są roztocza, monokultury, pożary i wyrąb lasów, dewastacja środowiska; czy może ekstremalne temperatury?

 

„Prawie wymarłe” – w języku niemieckim to eufemizm. Angielski zwrot „nearly extinct”, często używany w Healesville, trafia w sedno dzięki swej chłodnej powściągliwości. Niemiecki obfituje w wojenne określenia – stosowne, choć mało obiektywne i przez to niezbyt pomocne – „zmiecione z powierzchni Ziemi”, „wytępione”, „zgładzone”. Te zwroty sprawiają, że człowiek aż chce się odsunąć, żeby się nie poczuć się współwinnym.

 

Pożary buszu w 2009 roku zmiotły z powierzchni Ziemi leżące w dolinie Yarry miejscowości Kinglake i Marysville. W sąsiedniej Lilydale znajduje się małe muzeum ze stałą wystawą „The Art of Response” („Sztuka odpowiedzi”), upamiętniającą pożar z Czarnej Soboty, 7 lutego 2009 roku. 173 osoby zginęły w płomieniach, tysiące ludzi straciło dach nad głową, zginęło mnóstwo zwierząt. Całe połacie ziemi, niegdyś gęsto zarośnięte (również przez kilkusetletnie eukaliptusy królewskie, dzięki olejkom eterycznym płonące niczym słoma) stanęły w ogniu, który, strzelając płomieniami wysoko w niebo, spłynął ze wzgórz w dolinę Yarry.

 

„Sztuka odpowiedzi” to wymowny tytuł dla wystawy prezentującej prace lokalnych artystów i uczniów miejscowych szkół. Ogień musiał być tak niewyobrażalnym oprawcą, że tylko ci, którzy przeżyli tragedię Kinglake i Marysville, potrafią to wsystko zobrazować i opisać. Wiek, zawód czy wykształcenie nie mają tu znaczenia. Ogrom traumy, zarówno tej osobistej, jak i tej zbiorowej, wstrząsa odwiedzających. Trauma była i jest częścią ognia, który wciąż płonie gdzieś w środku, skrycie. Przedmioty z pogorzeliska prezentowane w muzeum w Lilydale są nie tylko pełne wspomnień, ale stanowią również najprawdziwszy obraz duszy, na której Czarna Sobota odcisnęła piętno.

 

Stojący w gablocie krasnal ogrodowy wygląda jak okopcony imbryk. Są też skurczone o połowę butelki, szklanki powykrzywiane w powietrzu o temperaturze ponad 1300 stopni, skorupy po pękniętych wazonach. Popiół wypełnia aparat marki Canon, rozdęty niczym balon z blachy. Należał on do pewnej kobiety, która próbowała się ratować od pożaru wskakując do ogrodowego zbiornika z wodą pitną.

 

Na amatorskim filmie Daryla Halla, niegdysiejszego mieszkańca Marysville, widać jak ogień trawi drzewa, domy, gospodarstwa, stajnie, samochody; trawi wszystko, co stanie mu na drodze. Są tam kadry, które zmieniły moje spojrzenie na świat i to, co możliwe. Ma się wrażenie, jakby się stało w płomieniach sięgających chmur.

 

Daryl Hall nie opatrzył swojego filmu komentarzem. Tylko w jednym, krótkim fragmencie, nakręconym dzień po pożarze, wymienia bez tchu bliskie sercu miejsca, które ciężko mu obecnie rozpoznać. Jego milczenie jest stanowcze – jak dla mnie pełne mocy, ale też otuchy. Przysłuchując się, można wychwycić cichą, natrętną melodię – nie wiadomo, czy to wiatr, czy człowiek trzymający kamerę. Emma Lew, poetka z Melbourne, napisała: Ucz się od dziecka w panice:/Piosenka oznacza, że jeszcze oddychasz. Krok za krokiem, punkt po punkcie i tak dalej, jeszcze dalej, śpiewając, po cichutku, dla samego siebie, dla obrazu, dla ziemi, którą widzisz, nucąc pod nosem – krok za krokiem umieszczaj punkt po punkcie, aż powstanie z tego obraz; rób to tak jak Aborygeni od setek pokoleń.

 

Wiatr w okolicach Melbourne jest bardzo silny. W ciągu tygodnia całkowicie zmienił moje dotychczasowe wyobrażenia na temat wiatru. Na początku lutego 2009 roku w południowej Australii panował upał dochodzący do 46 stopni Celsjusza. Dokuczała susza, brak wody pitnej i silny, gorący wiatr. Każdy by się bał. A do tego ludzka skłonność do wykorzystywania krytycznych sytuacji, choćby tylko po to, by zagłuszyć własny niepokój egzystencjalny albo zderzyć go z niszczącą rzeczywistością. Fatalny scenariusz.

 

Na pożar w Kinglake i Marysville złożyły się dwa inne pożary, które połączył wiatr zmieniający kierunek. Spłonął obszar ogromny jak Berlin, Londyn i Warszawa razem wzięte.

 

Eksperci twierdzą, że ogień został podłożony. Ale odpowiedzialnością za pożar doliny Yarry obarcza się również organizacje proekologiczne i polityków z partii zielonych, którzy zadbali o to, by zabronić praktykowanego od setek lat kontrolowanego wypalania buszu, służącego jako tradycyjna profilaktyka przeciwpożarowa. Zamiast szukać domniemanych podpalaczy, uznano, że lepiej odnaleźć tych naprawdę winnych. Nie da się dyskutować o zmianach klimatycznych i ich następstwach pomijając niezmienny czynnik, jakim są zwykłe ludzkie lęki. Zakorzenione w chciwości, destrukcyjnej naturze i egoizmie, stanowią one tak samo nieprzewidywalne zjawisko w debacie okołoklimatycznej, jak zawiść, arogancja, czy obojętność.

 

17 lutego 1972 roku nad Melbourne rozpętała się burza, która w ciągu siedemnastu minut zamieniła Elisabeth Steet (główną arterię północ-południe, prowadzącą przez centrum miasta do rzeki Yarry) w rwący potok, tożsamy z tym, który jeszcze na początku XIX wieku spływał ze wzgórz na północy by wpaść do Yarry, uznawanej przez ludy Wurundjeri i Bunurong za świętą.

 

W legendach Kulin, rdzennych mieszkańców dzisiejszej Wiktorii, pojawia się orzeł Bunjil, stworzyciel gór, wód, roślin i zwierząt, a także wszelkich praw, wedle których powinni żyć ludzie. Bunjil wytyczył rzekę pazurem, lecąc na wskroś pagórkowatej krainy. W taki sposób powstała rzeka Yarra – albo Birrarung, jak nazywają ją Wurundjeri.

 

W nowoczesnym, biznesowym Melbourne, Yarra jest tylko uregulowaną drogą wodną, a jej rola przez dwa stulecia zredukowana została do bezrybiej, skażonej i brudnej latryny, wyglądającej malowniczo jedynie na pierwszy rzut oka. Zabetonowane nabrzeża CBD (Central Business District) strzegą miasta przed jej wartkim nurtem oraz licznymi powodziami, które sprawiały, że niewinna rzeczka niewiarygodnie się poszerzała, tworząc jeziora w środku miasta.

 

Na brzegu Yarry stoi stary dworzec kolejowy Finders Street Station. To tutaj wysiadali pierwsi brytyjscy osadnicy. Nie przybywali koleją, bo koleją nigdy nie dało się przejechać przez Ocean Indyjski; lecz docierali tutaj żaglowcami, które wpływały w górę Birrarung, by się zakotwiczyć. Nie było wtedy portu. Ludy Kulin nie potrzebowały go, cała dolina była dla nich przystanią. Tam, gdzie dziś rozpościerają się Brunswick, Carlton i inne przedmieścia, wznosiły się wzgórza, których zbocza schodziły do rzeki.

 

A tutaj była laguna.

 

Naukowcy z Instytutu Nauk o Morzu w Sydney twierdzą, że wymieranie lasów wodorostów wzdłuż wschodnich wybrzeży Australii spowodowane jest ociepleniem i zakwaszeniem oceanów, a także podnoszeniem się poziomu wód. Wiąże się również z wymieraniem raf koralowych.

 

Mówi się: „Straciliśmy lasy wodorostów”, ale ja wciąż pytam, jacy „my”? Na zdjęciach widać gęstwinę alg, które pod wodą osiągają, lub raczej osiągały, wysokość sześćdziesięciu metrów. Były one przystania dla niezliczonych, wcześniej nieznanych nam form życia; padały ofiarą silnych prądów opisywanych jako podwodne burze. Obecnie powstają projekty nowoczesnych elektrowni wykorzystujących energię fal i pływów morskich. Projekty hodowli wodorostów to ogromne pola pojemników. Nie chciałbym przemilczeć strachu – lęku przed falami, algami, strachu przed tym, że się, pływając w morzu, dotrze do lasu wodorostów i zgubi w nim na zawsze.

 

– Czy jest jakiś powód, by być optymistą? – uśmiecha się biolożka. – Nie – dodaje poważnym głosem. – Zbyt wiele już straciliśmy. Ale byłoby bardzo źle, gdybym przestała dostrzegać sens mojej pracy, przestała czuć radość. Nie wolno się poddawać.

 

Nie. Nie poddamy się. Opowiemy o tym pszczołom!

 

Meg, aktywiska z Greenpeace Australia Pacific, jest kobietą po pięćdziesiątce, pełną gniewu i smutku. Opowiada o przepaści między faktami a odczuciami. Meg spędziła kilka dni w areszczie po niedawnych protestach przeciwko wyrąbowi Leard State Forest, dzięki któremu koncern górniczy Whitehaven chce przyspieszyć uruchomienie kopalni Maules Creek. Maules Creek to ziemia Aborygenów. Lud Gomeroi od tysięcy lat zamieszkiwał tę zalesioną okolicę, razem z czterystoma gatunkami zwierząt i roślin kwalifikowanych jako rzadkie lub zagrożone wyginięciem. Kontrakty na eksport węgla z Maules Creek do Chin już zostały podpisane.

 

Meg otwarcie mówi o przestępstwach dla zysku. Ale mówi również o mocy opowieści, o uroku poezji i o tym, że to właśnie one pozwalają dotrzeć do każdego człowieka – nie ważne skąd ów człowiek jest, z jakiego kulturowego kręgu się wywodzi.

 

Meg jest pierwszą osobą, która podczas tych wszystkich spotkań, wykładów, dyskusji i pokazów nie boi się wymawiać słowa „Bóg”. Opowiada o wierze mieszkańców Kiribati. Naukowcy są pewni, że wyspy, które obecnie wystają już tylko kilka metrów nad poziom morza, zostaną wkrótce zalane. Poziom wód ciągle się podnosi, ale wyspiarze nie zamierzają opuścić ojczyzny. Powołując się na tradycyjne przekazy ustne i Biblię, uzasadniają swoją decyzję: na Kiribati nikt nie wątpi w to, co powiedział Bóg. Woda już nigdy nie zaleje ziemi.

 

Meg opowiada o Bangladeszu. Pytała tam kobiety, o to, czego najbardziej potrzebują. Kobiety z wybrzeża prosiły o przenośne piecyki, które mogłyby zabrać ze sobą w razie kolejnej powodzi.

 

Opowiada o dźwiękach Alaski. Eskimoskie nazwy miejscowych ptaków naśladują ich śpiew lub odgłosy. Od dłuższego czasu między Innuitami trwa dyskusja, co się stanie z nazwami, kiedy ptaki wyginą.

 

Opowiada o Aborygenach Wurundjeri. Wygnania i masakry przeżyło zaledwie około tysiąca osób, z czego połowa w rezerwatach, w których zostali odcięci od zwierząt, drzew, rzek; od swych ziem, a przez to od legend, kultury i snów. Wurundjeri mówią: „Nie wyginiemy. Nie damy się”.

 

Nie poddamy się. Opowiemy to pszczołom.

 

Chciwość, egoizm, destrukcyjny szał, zakłamanie, ignorancja i zawiść, wszystkie odcienie strachu, z którymi spotykamy się we wzajemnym obwinianiu się o powody zmian klimatycznych bynajmniej nie sprawią, że przestanę dostrzegać odwagę, upór, pomysłowość i opanowanie, z jakimi niektórzy ludzie nagłaśniają temat dotyczący nas wszystkich. Wierzę, że to nie tylko rozmowa, która toczy się między ludźmi. W sensie poetyckim zmiany klimatyczne są rozmową, do której w trybie pilnym wzywa nas świat, natura, całe stworzenie.

Rzecz jasna, to jest poezja. Jak to ma niby działać – opowiadanie czegoś pszczołom? Niedawno czytałem o Carlosie de la Rosa, naukowcu zajmującym się tropikami, który sfotografował w kostarykańskiej rzece Puerto Viejo dwa owady, pomarańczowo-czerwonego motyla i pszczołę, podczas gdy piły łzy z oczu krokodyla. De la Rosa dowiedział się, iż francuscy badacze w Ekwadorze byli świadkami podobne zjawisko. Nad Amazonką, pszczoła piła łzy z oczu żółwia rzecznego. Hans Bänziger z Uniwersytetu w Chiang Mai w Tajlandii, zebrał trzysta opisów podobnych obserwacji z całego świata. Wygląda na to, że owady w ten sposób szukają soli. Hans Bänziger udowodnił, że owady piją też z ludzkich oczu. Jak sam twierdzi, pszczoły, które piły jego łzy, ledwie go muskały.

O spustoszeniu Hofgarten w Düsseldorfie

Mirko Bonne, 2 października 2014

Der Landtag in Düsseldorf am 10. Juni 2014

W zeszłym roku, na przełomie wiosny i lata, obchodziłem 49. urodziny. Żeby to uczcić wybrałem się w poniedziałek zielonoświątkowy razem z przyjaciółmi, synem oraz żoną, na kolację w portugalskiej dzielnicy. Był początek czerwca, ciepły wieczór w portowej części Hamburga. Co prawda zapowiadano burzę – miała przyjść z południowego zachodu; ale w końcu nie przyszła, więc siedzieliśmy do późna na ulicy. Roześmiani piliśmy wino, przysłuchując się dalekim grzmotom.

Niedługo później, rankiem, jechałem do Düsseldorfu. Miałem przez godzinę czytać fragmenty powieści „Nie mehr Nacht” na tarasie Muzeum Teatru, mieszczącym się na skraju Hofgarten. Z dworca odebrała mnie organizatorka i ruszyliśmy taksówką przez miasto, w którym nigdy wcześniej nie byłem i którego widok natychmiast mnie poraził. Głęboko zaniepokojeni, rozmawialiśmy o burzy, która, osłabiona, co prawda ominęła Hamburg, lecz na Düsseldorf uderzyła z wielką siłą. Chociaż prace porządkowe szły pełną parą, to nie było ani jednej ulicy, na której nie leżałyby połamane gałęzie, kosze na śmieci, rowery, zerwane markizy i tablice reklamowe. Na środku jednego ze skrzyżowań zobaczyłem łódkę.

Im bliżej byliśmy celu, tym większe wydawało się zniszczenie miasta. Z wąskiego pasa zieleni, który jeszcze przed kilkoma dniami przylegał do parku, nie uratowało się ani jedno drzewo. Jak wyjaśniła organizatorka odczytu, w dniu moich urodzin trzy burze połączyły się nad Düsseldorfem, a nowopowstały huragan przypuścił szturm na miasto. Moja rozmówczyni pokazywała mi taras, na którym miałem mieć odczyt – tarasu już nie było. Trzystu- czy czterystuletnie buki i kasztanowce leżały wyrwane z ziemi niczym zwiędłe osty. Poszatkowane konary, wciąż porosłe liśćmi, leżały w stertach rozrzuconych bezładnie wśród kamiennych płyt, które to pod ciężarem tej całej zieleni powbijały się w ziemię. Tamtego wieczora miał się odbyć koncert, mówiła pobladła organizatorka odczytu. Wystawiono na zewnątrz sto, może sto dwadzieścia krzeseł, lecz koncert trzeba było natychmiast odwołać. Wciąż miała przed oczami muzyków ratujących swoje instrumenty – jak się okazało, w ostatniej chwili – ponieważ za chwilę krzesła odleciały jak muchy. Całe rzędy krzeseł jak roje much wfrunęły między drzewa, których wiatr nie zdążył jeszcze połamać.

Długo stałem ze ściśniętym gardłem na środku tego pobojowiska. Gdzieś w dole, w trawiastej dolince pełnej pniaków, ujrzałem szklarnię rozbitą w drobny mak przez obalony platan. Starszy pan z dużym psem na smyczy przedzierał się przez szare czerwcowe popołudnie, klucząc po nielicznych miejscach pozbawionych zniszczeń, po enklawach odgrodzonych biało-czerwoną taśmą. – Miałem siedem lat – krzyknął do mnie – kiedy chadzałem tędy z moim ojcem!

Fotografia: Landtag w Düsseldorfie, 10 czerwca 2014

Video: nakręcony przez Homeboykoree filmik, w którym żartobliwy nastrój stopniowo ustępuje miejsca przerażeniu i dlatego materiał okraszony został całkowicie uzasadnionymi przekleństwami – zamieszczam ten link z rozmysłem. MB

Niepojęte niebo

Niepojęte niebo

 

Then felt I like some watcher of the skies
When a new planet swims into his ken

John Keats
*******
******
Kwiecień
****
***
Kwie
**
*
K
*

 

2 kwietnia
Po zadziwiająco chłodnym dniu – najpierw mglistym i wilgotnym, a później suchym i wietrznym – znowu jest ciepło: to przedwczesne i zachwycające, marcowo-kwietniowe lato. Nieliczne chmury, rzucające granatowy cień niczym ryby w błękitnym akwarium nieba; i jeszcze te odległe przestrzenie w polu widzenia. Drzewa wypuszczają już pąki, ale wciąż są bezlistne i niezdecydowane: czy uwierzyć w ciepło, czy dotrzymywać mu tempa tak wcześnie, tak nagle. Poranny chłód przedwiośnia, południe jak w maju, czerwcowe popołudnie. Później przenikliwy chłód wieczoru, który przyprawia o dreszcze i zapędza ptaki do kryjówek. Tak toczy się życie – pierwszy komar, beztroski, wścibski i maleńki piorun.
*
3 kwietnia
Rozmowa w autobusie. Ludzie w T-shirtach, koszulach, bluzkach, letnich sukienkach. – Co za piękny czas! Ale nie umiem się tak do końca cieszyć, bo myślę sobie: klimat się zmienia. I czasem myślę… – dziewczyna śmieje się – ach, jaka to piękna zmiana. Kiedy wysiadałem, uderzył mnie cierpki zapach letniej ziemi. Każdego dnia wracam do domu wzdłuż bujnych zielenią żywopłotów, ze wschodnim wiatrem na twarzy, pod bezchmurnym niebem. Różowa poświata wczesnym wieczorem. Gdzieś w środku zaczyna się Australia. Za trzy tygodnie będę w Melbourne. Przyjaciele dodają otuchy – nawet światło jest cudowne, a to znaczy, że już w ogóle nie powinienem się martwić.
*
4 kwietnia
W ciągu jednej nocy, pogoda zmienia się w typową dla Hamburga: chłodny, szary kwiecień, najokrutniejszy miesiąc. Wiosnę czuć już w kościach, a tu nagle wielkie krople, heavy rain, a Starnbergersee coming down, deszcz dzwoni godzinami. Nawet jeśli po tych wszystkich słonecznych dniach mam w sobie spokój, nawet jeśli noszę wewnątrz słońce, I got sunshine in my stomach – to i tak jestem oszołomiony. Nie, wręcz zaniepokojony. Meteorolodzy przepowiadali całkiem inną pogodę – taką, która nie przyszła, a której chętnie bym doświadczył: ciepły wiatr z południa, który z Sahary przynosi piasek i żółtawy odcień nieba. Prognoza pogody jest narracją: bardziej fikcyjną niż teoretyczną, niepewną, niczym nie podpartą, i właśnie dlatego udającą pewność, po omacku poszukującą podstaw. Podstaw, które nie istnieją.

*

  1. kwietnia
    Trzydzieści godzin deszczu sprawiło, że nieśmiałe pączki wybuchły skłębioną zielenią, oceanem zieloności o wielu odcieniach. Zawsze podejrzewałem, że ptaki to tak naprawdę ryby – makrele wróble, kosy węgorze, drozdy piskorze. Wszystkie chciałyby być mądre, ale na szczęście nie są, mknąc przez wilgotne powietrze. Wysuszona ziemia z mlaskiem wsysa wodę. Jak pięknie. Niebo rodzi chmurę za chmurą, tak jak słowo za słowem. Smukła kraina / w równowadze / niesie wystarczająco wody, ptaki / nie są przecież ciężkie. / Grobla prowadzi gdzie mieszka deszcz – pisze Nicolas Born.
    *

7 kwietnia
W Oberallgäu brudne resztki śniegu na stokach gór niczym kaleki lodowiec, a w oddali białe Alpy przeświecają poprzez całkowicie bezchmurny dzień. Łąki pełne jaskrów, kaczeńców, mleczy, zieleń bardziej już soczysta, syta. Widocznie także w Augsburgu jest już lato, na ulicach życie toczy się na pełnych obrotach – ale gdzież by tak nie było? Kopuły drzew nad fosą są jasnozielone, lekkie, niemal przezroczyste. (Immenstadt, Augsburg)
*
8 kwietnia
Zapowiadany uścisk zimna – temperatura miała spaść nawet o 10 stopni – nie nastąpił lub też przyszedł w łagodniejszej formie. Jak mogli tego nie przewidzieć? Czy opierają się na danych, które nie mają żadnych podstaw? Jakich podstaw? Z pewnością mogliby szczegółowo objaśnić każdą swoją pomyłkę. Nocą nie powinno być deszczu przy tak silnych podmuchach; niebo szczelnie pokryte chmurami sprawia, że wiatr jest zaskakująco ciepły.

Jest buro, będzie padać – powiedział taksówkarz – każdy to wie. – Ale gorąc. Spociłem się po pachy – przechodząc obok, dodało jakieś dziecko. (Augsburg)

*

 

9 kwietnia

Wolken.8.April.1

Północny wiatr w dolinie rzeki Kinzig – przez cały dzień na niebie rozgrywa się wielki spektakl chmur. Brzuchate, pokrzywione, garbate i zżółkłe kłębią się na górze; a poniżej płynie czarny obłok, spłaszczony od spodu i strzelisty jak wieża na tle błękitu. Nic dziwnego, że nauka wymyśliła dla tych wszystkich chmur nazwy, chcąc je skategoryzować, usystematyzować, uczynić rozpoznawalnymi, określić jako nieszkodliwe czy tam pożyteczne. Na przykład stratocumulusy. Nieprzewidywalne i nietrwałe jak treść poezji, każda treść. Wiersze mogą nosić nazwy chmur, a każdy tomik można by zatytułować „Stratocumulusy”. Konie z chmur. Pod wieczór słońce świeci oślepiającym światłem przez wszystkie dziury i szpary w obłokach pary wodnej, przez tę całą nicość. (Offenburg)

Ilustracja: Juliette Aubert
*

11 kwietnia
– To Brama Burgundzka – mówi do mnie pszczelarz, emerytowany nauczyciel. Ma na myśli źródło tego ciepłego dnia, promiennego światła w regionie Markgräflerland. – Przez wąski prześwit między Jurą a Wogezami przedostaje się wiatr z Hiszpanii – tłumaczy. Kiedy wieje słaby halny, widzę w oddali szczyt Säntis. Dwa dni łagodnego błękitu nieba. Niesamowicie szeroko rozrzucone cirrostratusy, które się łączą wśród smug kondensacyjnych, by za chwilę stać się jeszcze szerszymi. Pszczelarz opowiada o pladze roztoczy sprowadzonych przez pszczoły z Kamczatki – owady doświadczalne jednego z instytutów biologii. Opowiada o mszycach i mrówkach; o tym, jak pszczoły muszą na nie uważać. Poezja znaczeń w języku pszczelarzy. – Nie ma wojen między koloniami – mówi pszczelarz – są tylko bezlitosne naloty niosące dalekosiężne skutki. Ta świetna pogoda jest dobra nie tylko dla nas, pszczołom też się podoba. (Jestetten)
*
13 kwietnia
W najdalszej, południowo-zachodniej części kraju trwało lato, 23 stopnie Celsjusza. Gdy wracałem na północ, z godziny na godzinę chmury stawały się gęstsze, światło – coraz bardziej mętne, a temperatura spadała. W Hamburgu było 12 stopni, mżawka, zimny zachodni wiatr. Dolina Łaby to Brama Atlantycka, a nie Burgundzka. Wiosna nadeszła w przeciągu tygodnia. Zniknęła jałowość, liście pojawiły się w miejscu kwiatów. Everything’s gone green. Potężne chmury wciąż płyną na wschód, przez miasto i rzekę – chmury jak wrony, które choć milczą, wyglądają na głośne. Prognozy zapowiadają zmienną pogodę, wszystko może się zdarzyć. Bądź co bądź, właśnie takie jest niebo. Środek kwietnia i wszystko możliwe. (Baden-Baden – Hamburg)
*
16 kwietnia
Kwiecień z całym swoim bogactwem! Słońce, wiatr, zimowy chłód, majowe ciepło, pąki, przymrozki, rozległa cisza, rozćwierkana bliskość. Bezchmurne noce przynoszą ci mróz, znów okrywasz kwiaty na balkonie, a rankiem na doniczkach siedzą drżące trzmiele. Owinięty w ufność jak w cienki płaszcz, idziesz, dygocząc, na wieś; dzieci bawią się na ulicach i łąkach, a kiedy czekasz przy okienku na poczcie, ciemne chmury zatrzymują się nad skrzyżowaniem. Ulewa. Przedwczoraj cztery gradobicia i granatowo-fioletowe wieczorne niebo z pojedynczymi gwiazdami. W ciągu dnia dzieci szaleją na placach zabaw i wracają do domów z lodowatymi dłońmi. Hopkins „przepływem” (flux) nazywa szeroko rozrzucone chmury, zaś Waterhouse, tłumacz Hopkinsa na język niemiecki, mianuje je „rozwianym puchem” (Zausflaum). Chmury przekreśla lecący samolot.
*
20 kwietnia
Kwitnie bez. Spomiędzy gałęzi wyfruwa pierwszy kwiczoł. Po kilku chłodnych dniach – kiedy powietrze było zimne i wilgotne, a zachodni wiatr przeszywał na wskroś – Wielkanoc wreszcie zwiastuje piękny maj. Na następne tygodnie zapowiedziano 27 stopni, a ja już tego nie doświadczę. Jutro lecę przez Abu Dhabi do Melbourne, gdzie trwa południowoaustralijska wczesna jesień. W Hamburgu, na łąkach i w trawie, zieleń jest gotowa na wszystko. Ludzie w otwartych przestrzeniach to otwarci ludzie. Powietrze pachnie drzewnym dymem z wielkanocnych ogni, a kolor nocy waha się między granatem a fioletem, prawie purpurą. „Wszystkie dzieci już spały. Na niebie nie było ptaków” – pisze Peter Handke w powieści Pewnej ciemnej nocy wyszedłem z mojego cichego domu. „Ale była tam chmura, biało-szara masa, po wielokroć garbata, która, niczym na pielgrzymce, niby jakiś pielgrzym, z wolna płynęła na wschód. Mogła równie dobrze płynąć na Zachód i równie dobrze mógł to być poranek”. Po „ale” doskonale widać, czym pogoda jest dla poezji. Naprzód! Do Australii! Niech się dzieje!
*
21 kwietnia
Ile tysięcy kilometrów leciałem nad chmurami, nad Budapesztem, Bukaresztem, Ankarą, Beirutem, Bagdadem, Kuwejtem i Bahrajnem aż do Abu Dhabi? Nie przeszedłem nawet dwudziestu metrów od drzwi samolotu do autobusu. W ciemnościach, nad pasem startowym, nafta rozpływała się w powietrzu rozgrzanym do 30 stopni. (Abu Dhabi)