Być może ostatnia szansa na współistnienie w większej bliskości

Wywiad z samym sobą

Mirko Bonné

 

Pytając się własnego odbicia w lustrze – lustrze mowy – podliczam i wychodzi mi, że już od ponad piętnastu miesięcy należysz do piątki autorów piszących w projekcie Weather Stations. Czy twój sposób widzenia świata uległ w tym czasie zmianie? Może sam stałeś się stacją pogodową?

 

Każdego ranka, kiedy tylko wyjrzę za okno, zwracam uwagę na pogodę – na niebo, chmury i drzewa. Drzewa, bo dzięki nim możemy dojrzeć wiatr. Jeszcze półtora roku temu doniesienia o tornadzie w Meklemburgii-Pomorzu Przednim byłyby dla mnie zadziwiające, ale nie wpłynęłyby na moją aktywność i nie zwróciłbym uwagi na to, co mówi burmistrz miasteczka Bützow – a było to coś bardzo podobnego do tego, co słyszałem w regionach Australii, gdzie ludzie już od dziesięcioleci narażeni są ekstremalne zjawiska pogodowe.

 Grauer Tag

W projekcie Weather Stations chodzi o uwrażliwienie. Ale dla ciebie to właściwie nic nowego.

 

Zmiana klimatu doskonale pasuje do współczesnego świata. Nikt nie przejmuje się czymś, czego nie da się zrozumieć ani skonsumować. Liczy się tylko to, co jest użyteczne – i to najlepiej dla mnie. W mojej młodości, za Kohla, sprzeciwialiśmy się – zmęczeni, ale zadowoleni, że jest się przeciw czemu buntować – „społeczeństwu jednorazowego użytku”, ale ani przez chwilę nie podejrzewaliśmy, że podążając moralnie nieskazitelną ścieżką, gorliwie uczestniczymy w tworzeniu świata jednorazowego użytku – tego, w którym teraz żyjemy. Oczywiście uwrażliwianie to zadanie dla piszących. Jednak piszący nigdy nie powinien dać się zaprząc do cudzego wozu. Musi pozostać wolnym koniem, jeśli trzeba – koniem kopalnianym, a najlepiej koniem i jeźdźcem naraz. Zmiana klimatu jest dla mnie także problemem językowym, ponieważ chodzi mi o sprawdzenie, czy da się ją przedstawić i opisać w formie literackiej. Projekt Weather Stations zaprowadził mnie w takie przestrzenie językowe, których sam nigdy bym nie odkrył. Siedziałem nad zatoką Chowder w Sidney z dwiema badaczkami oceanu, które opowiadały mi, jak to jest nurkować w lesie wodorostHafen Hamburgów.

 

Czy pisarze mogą przyczynić się do wyjaśnienia, wobec jakich złożonych, wielorakich wyzwań staje współczesny świat w związku ze zmianą klimatu i jej skutkami? Czy zgodziłbyś się, że może o to chodzić?

 

W czasie trwania projektu uświadomiłem sobie – i bardzo mnie to zaskoczyło – że także i w tym przypadku wszystko zależy od jednostek. Mógłbym nawet powiedzieć, że zmiana klimatu nie jest problemem ludzkości, lecz dotyka każdego z osobna. Czy to w Dublinie, Londynie, Melbourne, Poczdamie czy Sidney, w twarzach badaczy oceanów, chmur i klimatu, z którymi rozmawiałem, mogłem zauważyć to samo – zadziwienie, że rozmawiają z ludźmi, dla których język właściwie od samych podstaw znaczy coś innego.

 

Pisarz, w dodatku poeta, może mieć problem z mówieniem o języku i pisaniu w sposób abstrakcyjny i przy użyciu podstawowych pojęć. Projekt Weather Stations jako ćwiczenie z samoograniczeń?

 

Nie należy porzucać kreatywnych wątpliwości tylko dlatego, że problem wydaje się bardzo naglący. Absurdem wydaje mi się postulowanie, aby wahania i wątpliwości, opisywane od stuleci przez poetyckie umysły, odłożyć na bok, bo chodzi o rzekomo jednowymiarowe konflikty, które jakoby jedynie język nauki jest w stanie wyrazić.

 

W wielu dyskusjach panelowych mówiłeś, że w centrum debaty wokół zmiany klimatu stoi według ciebie konflikt, który jednak nie jest za taki uznawany, a nawet zostaje przemilczany.

 Gunditjmara-Mantel

Konflikt ten sięga bardzo głęboko i trudno go opisać słowami. Skutki zmiany klimatu postrzegam jako wypowiedzi Ziemi, która chciałaby postawić bariery swoim ludzkim mieszkańcom. To dialog, który wymknął się spod kontroli, pradawny konflikt, który tylko eskaluje. Człowiek przeciwko naturze – i, rzecz jasna, na odwrót. To stąd właśnie bierze się obawa wielu ludzi przed zajęciem się tym tematem. W każdym razie także i w tym sporze dla mnie liczy się przede wszystkim strona językowa.

Bo jesteś pisarzem, a nie matematykiem ani mówcą. Czy mógłbyś przybliżyć swoje stanowisko?

 

Staram się unikać wszelkiej teorii. John Keats powiedział, że każdy aksjomat filozoficzny musi zostać sprawdzony tętnem. A Günter Eich uważał, że pisanie oznacza postrzeganie świata jako języka. Wyrażenie dramatu zmiany klimatu – czy też może raczej: zaburzenia klimatu – to według mnie też problem dokładności. Nauka pretenduje do używania jak najprecyzyjniejszego języka. Natomiast dla mnie jako poety język to coś znacznie więcej niż tylko nośnik danych czy narzędzie do wyrażania znaczenia. Jest to medium zmysłowe, a więc też odczuwalne, mające swoją historię i opowieści. Język jest łącznikiem. A przy tym jest takim manipulującym monstrum! Kiedy tylko usłyszę albo przeczytam słowo „totalny”, na myśl nasuwa mi się zbrodnicza demagogia Goebbelsa. Użycie języka bardziej przypomina mi rzucanie zaklęć niż korzystanie z narzędzia. W moich oczach jest on jak niezbędna do życia tkanka łączna, czymś, co łączy mnie i wszystkich – nasz dzisiejszy świat z przeszłym światem zmarłych i przyszłym światem nienarodzonych jeszcze wnuków. Język to jedyny świat równoległy, w którego istnienie wierzę. Cudowna poezja dnia powszedniego, obecna w wielu tekstach współuczestnika projektu Weather Stations, Tony’ego Bircha z Melbourne, mówi właśnie o tym: co moje życie i życie mi współczesnych ma wspólnego z opowieściami dawnych ludzi, którzy umieli jeszcze czytać znaki ziemi i nie musieli ze strachu i niepewności wszystkiego wylewać betonem i mielić na miazgę?

 

Jakie doświadczenie w czasie udziału w projekcie Weather Stations uznałbyś za najistotniejsze dla siebie?

 Buschbrand in Victoria

Najpiękniej było zawsze, kiedy ludzie zaczynali snuć opowieści. Pogoda dawniej i pogoda dziś. Pogoda, jaką opisywał mój dziadek, pogoda, kiedy byłam młodą dziewczyną. Jeden z uczniów z Tallaght pod Dublinem opowiedział, jak w czasie ulewnych deszczów w Irlandii latem 2014 r. woda porwała dom jego dziadków. Poruszająca była wizyta w dolinie rzeki Yarry na południe od Melbourne, gdzie rozmawiałem z mieszkańcami o pożarach buszu, które spustoszyły ogromne połacie terenu. Ludzkie umiłowanie swojego sposobu życia i wiążących się z nim historii okazywało się często bardzo żywe w tych miesiącach. Myślę, że także i to zawdzięczamy językowi, który stawia na nieostrość zamiast na dokładność. Dlatego sądzę, że zmiana klimatu oznacza szansę, być może ostatnią, na współistnienie w większej bliskości.

Jakub Gluszak

Nic poza trawą

Mirko Bonné

 

Od czerwca 2012 r. prowadzę internetowy dziennik, blog poetycki, w którym zamieszczam spostrzeżenia z codziennego życia i podróży, uwagi o tym, co przeczytałem, a także pomysły na teksty i wiersze. Od lutego 2014 r., kiedy zaczął się projekt Weather Stations, moje wpisy uległy zmianie: częściej pojawiają się obserwacje pogodowe oraz opinie na temat polityki, klimatu i środowiska. Zanotowałem wiele cytatów z przeczytanych w ciągu ostatniego półtora roku książek i gazet, które wydały mi się cenne dla debaty wokół zmiany klimatu – nawet (czy może właśnie szczególnie) gdy chodzi o zdania pochodzące sprzed 20 czy wręcz 200 lat. Najważniejszym pytaniem, jakie stawia sobie poniższy wybór z mojego bloga “Das Gras” [Trawa], dotyczy jednak kwestii poetyckich, tzn. aspektu języka i świata będącego dla mnie żywą tradycją, poświęconego nie szukaniu rozwiązań i odpowiedzi, lecz będącego w swojej istocie zarówno odpowiedzią, jak i rozwiązaniem.

 

 

Wczoraj widziałem wiewiórkę i dzisiaj też, w dwóch bardzo od siebie oddalonych sadach. Oba zwierzątka podczas żerowania, oba brązowe, chociaż to dzisiejsze z szarą piersią i brzuchem. Wczorajsza hopsała na szeroko rozstawionych łapkach, jak królik z ogonem, dzisiejsza – zwinniej, nieco ptasio, skoczyła z zarośli na drzewo. Jak hałasowały, stukając i gryząc! Ich czujne, a przy tym zmyślne rzuty oka na boki. Nagłe pojawienie się zmaterializowanej, zdawałoby się znikąd wiewiórki, potem zaskakująco długa jej obecność i nagłe zniknienie, gdy wiewiórka, jak to ma w zwyczaju, zmyka. Piękny, czerwonobrązowy kolor: drzewa, na które pada popołudniowe słońce. (17.2.2014)

 

Lato w marcu. Letni marzec, marcowe lato: „Kiedy zakwitną forsycje, zima już nie wróci”.

Uwaga! Śnieg spadający z dachów! Między Untereinöden a Überruh, może mieszkają tam ludzie z Oberholz, niedaleko za Spitalhof: śnieg na zboczu doliny w Oberallgäu. A wzdłuż stromych podjazdów jak wykałaczki wetknięte tyczki, wskazujące drogę w śniegu. Tutaj jesteśmy gotowi na wszystko. (Isny, 6.4.)

Dziecko mówi, że rano nie dało się spać, bo okno było otwarte. „Zleciały się wszystkie ptaki i w zaroślach wokół domu gadały ze sobą i głośno śpiewały“.

 

Tylko przez historie, opowieści o doświadczeniach i wyobrażenia poszczególnych ludzi można sobie wyrobić pojęcie o czymś tak wszechogarniającym, tak niezrozumiałym, jak zmiana klimatu – mówi podczas spotkania w Domu Sztuki (byłym targu mięsnym) w Melbourne pewna młoda Australijka z wyboru, autorka amerykańska, pisząca powieść o Atlantydzie. Jakiś czas temu w Missisipi poznała taksówkarkę, która oszczędza ile tylko może, aby wraz z rodziną przenieść się na Florydę. Tam chce kupić dom na wybrzeżu i zamieszkać w nim z mężem i dziećmi, aby znaleźć się wśród pierwszych osób, które – gdy przyjdzie wielka powódź – zostaną zmyte do morza i do Atlantydy.

Nocne powiewy wiatru na wewnętrznym dziedzińcu – przychodzą znad wydm i uderzają w palmy. Niewidzialny ptak odpowiada na każdy podmuch głośnym, radosnym krzykiem. (Port Douglas, 4.5.)

Chmury wiszące godzinami w bezruchu nad Morzem Koralowym. Ich obramowane bielą i czernią sylwetki kryją ociężałość. Trzeba znaleźć się pod nimi, aby dostrzec ich wielkość. Każda z nich to, jak w audycji radiowej powiedział Dylan Thomas, „budowla w powietrzu“.

Zielone żółwie morskie w wodach na rafie, niemal dorównujące mi wielkością, o oczach jak u Boga. Czy wiedzą, że je obserwuję?

Czerwona jak ziemia: sczerwieniała od palącego słońca skóra wielu Australijek.

104-letnią Lizzie Davis z ludu Coranderrk zapytano, jak udaje jej się przewidzieć deszcz. Odpowiedziała: „Dotykam gór“.

Na wewnętrznym dziedzińcu śmiech murarzy, którzy stoją niżej w otwartym garażu, palą i patrzą w niebo: grad w środku maja. Po paru minutach znów ciepłe słońce, jaskółki śmigają w jego świetle. W głowie mam język angielski, australijski, z poprzednich tygodni; śnię, rozmawiam sam ze sobą w obcej mowie – słowa „Burundjeri”, „Brunswick Street”, „Yarra River” przychodzą mi na myśl nad brzegiem Dunaju. To jak wewnętrzne roztopy – resztki śniegu na polanie. (Ingolstadt, 13.5.)

Parasol, kiedy wyjąłem go z walizki, był wilgotny, więc rozłożyłem go, aby wysechł. Był pełen kropel z drugiego końca świata: australijskiego deszczu.

W debacie wokół zmiany klimatu kluczowe znaczenie ma też pytanie: czy to możliwe, że (znowu) coś, co wydaje się nierzeczywiste, stanie się rzeczywistością? Pytanie o przejście. Jako punkt wyjścia można przyjąć, że wszyscy – „ludzie” – chcą znać rzeczywistość. Ale czy na pewno? (18.5.)

Codziennie ze szczytu swojej wieży meteorolodzy mierzą czas nasłonecznienia. Wąski, czarny kartonowy pasek ze skalą godzinową jest umieszczony w półokrągłej osłonie za szklaną kulą, która zbiera promienie słoneczne i kieruje je na pasek. Patrzę na skalę i widzę maleńkie, jaskrawożółte Słońce, które już od szóstej pożera karton. Widzę czas, widzę jak przemija, czas światła, oświetlenie czasu.

Piękno warzywnika: zieleń ciemna i jasna, drzewa i trawa – bawią się na wolnym powietrzu.

Palący gorąc. Muchy lśniące bez ruchu, bez ruchu umierające na parapecie. Ludzie spowolnieni. Zwierciadło pyłu nad miejską uliczką. (Wien, 11.6.)

 

Albicja jedwabista – kiedy przeciągnąć dłonią po wachlarzach liści nad sobą w świetlistej zieleni, to jakby się głaskało zwierzątko, stojące na wietrze pod postacią drzewa. Albicjowe wachlarze opowiadają historię swojego rodzaju, swojej dynasti. (Aboretum Ellerhoop, 5.7.)

 

„Są też końskie mewy” – mówi dziecko.

 

Z tą ciszą jesteś sam – i stajesz przed sobą samym jako dzieckiem, chłopakiem, który pierwszy raz podziwia wspaniałość świata.

Wędrowni pszczelarze przybywają wiosną na wyspę Fehmarn i rozstawiają ule wśród pól kwitnącego rzepaku. Opite nadmiarem żółtej barwy pszczoły zbierają całymi tygodniami tylko nektar z rzepaku – czysty miód rzepakowy.

O wiosce Bojendorf na północno-zachodnim skraju Fehmarn mówi się na wyspie, że mieszkający w niej chłopcy co wieczór łapali Słońce i zamykali je na noc w stodole. (Fehmarn, 24.7.)

 

Rząd śliw między liniami torów eskaemki – widzę je w świetle późnego lata i zbiera mi się na płacz. Od jak dawna tu stoją? Niech postoją jak najdłużej!

Trwałość syntetycznej żyłki wędkarskiej: 600 lat.

 

Wiatr w koronach drzewa opowiada, owszem, ale nie o sobie. Opowiada ci o tobie.

Kiedy rano zwierzak schwytał i zabił młodego strzyżyka, zaszył się na sześć godzin w ciemnym, cichym kącie, gdzie przeżywał swój smutek. Potem wyszedł, zbadał miejsce zbrodni i długo wyglądał przez okno, obserwując punkt, w którym pojawił się ptak – i może znów się pojawi. Zwierzak jest gotów zapomnieć, gotów powtórzyć. Życie trwa, zabijanie trwa, umieranie trwa.

W Kalathos widziałem drzewo oliwne, które wyrastało z czerwonej toyoty.

Na całej wyspie tylko wyschnięte koryta rzeczne – a może to już po prostu suche doliny? Pośrodku żwirowej rynny Lutanis leży rozpadająca się czerwona łódka. (Rhodos, 17.10.)

 

Szelest wyschniętych liści platana, poruszanych wiatrem, papierowy szmer – a może pomruk albo szurgot? Prawie ogień, ogień z powietrza. (Akra Ladiko, 19.10.)

„Be the rain” – Neil Young

 

Otwierasz drzwi, a tu jesień (zamykasz oczy, widzisz lato).

To nie świat jest niewdzięczny, tylko ja.

 

Ciepły listopadowy dzień nad rzeką Salzach, najcieplejszy, jaki pamiętam: ciepły wiatr, przedmieście owiane fenem, zbocza gór w żółci, zieleni, złocie i brązach w łagodnych podmuchach powietrza. Ptaki trzepoczą nad rzeką, a na brzegu siedzą kobiety i jedzą z jasnych torebek światło. (Salzburg, 4.11.)

19 listopada, a ciągle komary i osy.

Wszystko, każdy punkt, każdy skrawek trawnika wielkości chusteczki do nosa, każdy kawałek ziemi, jeśli tylko jest brązowy albo zielony, trzeba wyasfaltować, żebyśmy mogli usiąść na betonie. Concrete. A tymczasem każda znajomość, miłość czy przyjaźń, każda relacja między dwiema osobami, jest jak spotkanie ciał niebieskich.

 

Cały ból, cała nienawiść, cały strach, cała chciwość. Całe zniszczenie w imię tego czy innego boga. Jestem wdzięczny każdemu, kto trzyma język za zębami w czasie rozmowy o tak zwanej wierze. Zawierzyć można tylko pustemu niebu: jest pełne ptaków, chmur i powietrza do oddychania. (7 stycznia 2015 r., Paryż)

 

Jakby burza rozsadziła ogromną koronę drzewa – to wyleciał rój szpaków i pognał w szare, styczniowe niebo.

 

Jak słusznie zauważył Camus: pogoda to coś, co każdy przeżywa i co nas wszystkich łączy. Tylko, że każdy przeżywa ją inaczej (tak jak i wszystko). Jak mój brat, który kiedyś mi się zwierzył, że uwielbia biegać po zaśnieżonym lesie – „bo nie słychać wtedy kroków”. Jak trudno opowiedzieć o swoich najróżniejszych doświadczeniach z najróżniejszą pogodą!

 

Zamieć śnieżna, w niej ptaki miotane jak płatki śniegu.

„Drzewo zdaje mi się kwitnącym płomieniem; człowiek – mówiącym; zwierzę – chodzącym” – Novalis

 

„Czemu deszcz nie jest niebieski, skoro pada z nieba?” – Sylvain Tesson

Po Menie pod mostem Holbeinsteg spływa barka towarowa. Jest zima, przenikliwie zimno i wietrznie, ale nie ma śniegu. Ale na pokładzie w grubych, przemielonych przez wiatr pryzmach leży biały śnieg, przywieziony skądinąd.

Nad zielonymi wzgórzami z rana niesamowite światło. Irlandzki półmrok; mewy żeglują w nim nad opustoszałym parkingiem przed wielkim, całkowicie bezludnym centrum handlowym Tesco „The Square”. (Tallaght, 27.2)

 

Zielone papużki, wolne na gołych konarach parkowych drzew – jak liście, latający maj – szukają, gdzie mogłyby się zaczepić na dłużej. (Londyn, Hyde Park, 16.3.)

Ludzie, którzy wykorzystują piękną pogodę – co lub kogo jeszcze wykorzystują?

Pod łukiem mostu – zielone przebłyski na murze, żwawy wir, świetlna łąka tego popołudnia – dla duchów, które zapragnęły pozostać.

W naszym kraju czterdzieści pięć milionów „nieużytecznych” kurzych piskląt płci męskiej jest co roku mielonych w zakładach, które zbudowano specjalnie po to, aby realizowały dzieło niszczenia ptaków – żywego kompostu. Żyję w fabryce śmierci – państwie, w którym zabijanie nigdy nie ustaje i które stwarza pozór, że jest strukturą społeczną, ale w rzeczywistości wszystko i wszystkich podporządkowuje zyskom i wydajności. Minister z CSU, który odpowiada za ten bluźnierczy, pozbawiony skrupułów masowy ubój, odrzuca wszelką krytykę tego procederu i odsyła do prowadzonych właśnie badań nad skuteczniejszymi metodami uśmiercania.

Czwarty kwietnia, a ciągle zimno jak w zimie, zimno na kurtkę zimową. Drzewa są bezlistne, na krzewach pełno bladozielonych, niezdecydowanych pąków. Można się przestraszyć, gdy nagle na bezchmurnym błękicie zauważy się ciepłe, wiosenne słońce. W zmierzchu popołudnia promienie są długie, złote, więc serce rośnie, wzrok kieruje się w dal i czuję miłość do wszystkiego, co jest na parkingu przede mną: dzieci, kobiet, mężczyzn, psów, drzew, starych samochodów, ludzi śmiejących się w jasnym świetle. Wtem widzę, że coś błyska w jasnym błękicie i złotym świetle. Czwarty kwietnia? Pada śnieg!

Pąki z dnia na dzień (z nocy na noc?) coraz szybsze, w tym pędzie i kwitnieniu nawet rzeka zielenieje w oczach.

Z każdym kosem siedzącym na czubku drzewa można sobie pogadać – jeśli tylko się na to wpadnie i ma się chęć i czas, i trochę cierpliwości do kosów.

 

 

Na małej wyspie na Łabie każdy krzew ukazuje się w swojej wyjątkowej postaci z niepowtarzalnym cieniem, unikalnym szmerem na wietrze, własnymi kosami na gałęziach. Niesamowite zarośla – tak jakby były samą wyspą. (Lühesand, 7.6.)

 

„Ludzie uzależnili się od nadziei, nadzieja ich zaślepiła, to była ich zguba”. – Gerhard Roth

 

Upalne dni, prawie 40 stopni. Na klatce trzeszczy każdy drewniany schodek. Tak jakby schody chciały głośno opowiedzieć o minionych upalnych dniach i tygodniach, o dniach, kiedy przez upał skracano lekcje, a dzieci chroniły się na chłodnej klatce schodowej. Ale drewno z umarłych lat umie tylko trzeszczeć. (3.7.)

 

Sprzedawcy siedzą na schodkach przed swoimi sklepami i czekają na deszcz. A kiedy zaczyna padać, gdy zaczyna się ulewa, oni pozostają na schodkach. Może dzięki temu pozostają przy życiu! (Fuhlsbüttel, 7.7.)

 

Deszczowy dzień w Jutlandii. Wszystko wydaje się spowolnione w ciepłym wietrze, nawet wielkie mewy unoszące się nad bunkrem, na wpół zakopanym w piasku plaży.

 

„Kiedyś świat wyglądał tak” – mówi dziecko i pokazuje: „Nie było nic, nic poza trawą”.

GENERATION SMARTPHONE

by Silke Müller

When talking about climate change in class, we soon realized that no matter how much knowledge we acquire about this subject, there will not be any considerable changes. Change will start happening when people start acting. Even though a small part of the world has done so, the majority is still ignoring the issue of climate change. I decided to write the following poem in order to shine light on this situation.

 

We used to be creatures in the dark,

lighting our world with a single spark.

It gave us warmth, it kept us alive.

It was the reason we were able to survive.

 

That spark was the beginning of life as we know it,

developing each day and learning bit by bit.

We started domesticating nature all around,

invented the devil, called it dollar or pound.

 

Fast forward: we’re living in big cities.

Eyes glued to our phones, laughing at pictures of cute little kitties.

Rushing through life without ever stopping to take a breath,

relying on computers to take care of the rest.

 

Your Instagram account is more important than a tree,

the first thing you ask: Is the WiFi free?

They call it intelligence, progress maybe,

but I believe it’s getting worse with every baby.

 

Our children won’t ever see the sky,

in just a few years and I don’t get why.

They are born and raised in plastic.

The effects of a childhood spent online will be drastic.

 

Nature is not considered sacred anymore.

We just turn our head, walk on and close the door.

Everyone knows we’re destroying our earth,

it’s a fact we have known since the day of our birth.

 

Yet no one is willing to make a sacrifice

and let go of the luxury we’ve come to expect in our life.

It’s a shame that everyone’s just standing by,

while we’re watching our planet slowly die.

 

“It doesn’t concern us,” most will say.

“We’ll be long gone, come that day.”

But think of your children, who will one day say:

“Mom, it’s not our fault. Why do we have to pay?”

 

You walk around with your eyes fixed on the screen,

while beside you nature tries to impress with its green.

It could be the prettiest bird of them all,

but you won’t see it, until someone posts a picture of it on your wall.

 

You’re always looking for the latest trends,

to try and keep up with the people you call friends.

You call yourself normal, same as everyone else.

Never stop to consider that there might be something wrong with yourself.

 

We’re flying high, high and proud,

but who’s going to catch us when we fall through the cloud?

The cloud we created to protect our mind.

The fear of tomorrow made us decide to stay blind.

 

It’s easier to pretend that we still have it all,

escaping into a world where we no longer feel small.

A world without limits, a world without war.

It seems to be endless: one click and there’s more.

 

But reality is way more complex than fantasy.

There is no button no skip catastrophe.

We have to start acting to save this world in time.

This world full of beauty is our responsibility: yours and mine.

PÓŹNE LETNIE POPOŁUDNIE

Spojrzałem w górę.
Ocean, który nazywamy niebiem, jest czysty.
Palące światło słońca rani moje oczy.
Instynktownie odwracam głowę.
Widzę poświatę odbijającą się po drugiej stronie wielkiego

lustra.
Mój umysł mówi mi, że to dobry dzień,
choć to był chłodny dzień.
Słońce chce mi coś powiedzieć
teraz, gdy o nim myślę.
Ale nie podoba mu się to, co sobie pomyślałem,
więc odchodzi, a jego miejsce zajmuje czerwono-pomarańczowa chmura.
Piękny błękitny ocean zmienił się w ciemną nieprzejrzystą płachtę.
Wszystko stało się w ciągu kilku minut.

Berlin, 20 September 2014

Berlin, 20 September 2014

Lukas Hoffman, Sophie-Scholl-Schule, Berlin

Obserwacje pogodowe z 1 kwietnia 2015

 

 

SINGAPUR, SINGAPUR

Kiedy wstaliśmy, spojrzeliśmy w błękitne niebo.

Wyszliśmy na zewnątrz i rozkoszowaliśmy się upałem na naszej skórze.

Byliśmy wdzięczni za każdą białą chmurkę, która rzucała trochę cienia. Im później się robiło, tym bardziej się ściemniało. Po kilku godzinach jasny błękit ustąpiła ciemnej szarości. Czuliśmy, jak robi się coraz bardziej przytłaczająco i wilgotno. Wielka ulewa, raczej krótka, próbowała ostudzić powietrze. Daremnie. Na horyzoncie dało się dostrzec jaskrawe błyskawice rzucające światło, po których następował głośny grzmot. Gwałtowna burza wywołała trochę poruszenia w spokojnej okolicy, ale po pół godzinie odeszła. Wieczorem już tylko miła ciepła bryza poruszała liśćmi palm i strącała z nich ostatnie krople wody.

 

(Kim Burkart)

 

DAHAB, EGIPT

Dzień na rafie Blue Hole – z rybiej perspektywy

O poranku obudziła mnie torba plastikowa, która przykryła wejście do mojej rozpadliny. W tej małej szczelinie w rafie spędzam każdą noc. Jeszcze kilka tygodni temu mieszkałam w większej rozpadlinie, bardziej na północ, ale zniszczyli ją nurkowie. Wiele domów moich przyjaciół zostało zniszczonych przez butle z tlenem i płetwy. Ilość wolnych szczelin mieszkalnych zaczyna się z wolna kurczyć…

Ale wróćmy do tej torby plastikowej. Takie torby o poranku mogą oznaczać dwie rzeczy: silny pływ, który przynosi na naszą rafę plastik z innych części Morza Czerwonego albo silny wiatr na powierzchni wody, który zgarnia do morza śmieci z ulic Dahab. Nie jest to najczystsze miasto. Podobno nie jest w nim aż tak źle, jak w innych miejscach, o których słyszałam, ale śmieci są tam wszędzie. Wiatr odgrywa tu wielką rolę w życiu ludzi. Kiedy jest wietrznie, rybacy nie mogą wypływać na pełne morze, bo fale są zbyt wysokie dla małych łodzi, nurkowie nie mogą popłynąć nurkować w każde miejsce, bo przy wysokich falach ciężko się wsiada na łódź, zaś uliczni sprzedawcy muszą biegać, żeby łapać swoje odfruwające towary. Tylko Kitesurferzy na swoich łodziach cieszą się z silnego wiatru. Ale tu, na naszej rafie, nie ma ich zbyt wielu. Trzymają się raczej bliżej hoteli. Blue Hole – mój dom – leży około pół godziny drogi od Dahab i sąsiadują z nim z jednej strony góra Synaj, a z drugiej morze. Mimo iż jest to najbardziej niebezpieczne miejsce do nurkowania na świecie i z każdym rokiem rośnie ilość ofiar śmiertelnych, nurkujących jest tu bez liku. Nurkowie nie przeszkadzają mi zbytnio, o ile trzymają się z dala od rafy i nie pozostawiają po sobie nic poza bańkami powietrza.

Jak już mówiłam, dzień jest bardzo wietrzny. Pod powierzchnią czuć, że woda jest zmącona. Wielu spośród moich przyjaciół żywiących się planktonem uwielbia taką pogodę. Fale i prąd przynoszą pokarm bliżej rafy, więc jest więcej świeżego jedzenia. Ja żywię się koralami, a ponieważ one jedzą plankton, mnie też cieszy odrobina wiatru. Ale wiatr oznacza też więcej nurków na Blue Hole. Dostęp do rafy jest osłonięty od morza i łatwy niezależnie od pogody. To sprawia, że rafa jest jedynym dobrym miejscem do nurkowania przy takim wietrze. Najczęściej nurkowie zachowują odległość i tylko przepływają nad nami. Ale niektórzy z nich zahaczają o koralowce i niszczą je w ten sposób. Najgorsi są nurkowie z większą ilością butli, bo niszczą rafę butlami przyczepionymi do brzucha. Trójka moich przyjaciół straciła w ten sposób swój dom.

Około południa słońce zdecydowało się wyjść i wiatr zelżał nieco. Jednak skutki wietrznej nocy były wciąż widoczne: torby plastikowe, puste puszki i opakowania wirowały w wodzie. Słońce rzucało promyki na plastik unoszący się nad naszą rafą i odnaleźć trochę piękna w tym smutnym widoku. I choć odbity blask dodawał śmieciom uroku, wiedziałam, że tak naprawdę w plastiku nie kryje się nic magicznego. Pewnie w ciągu następnych tygodni plastik zabije któregoś z moich przyjaciół.

Po krótkiej, pełnej słońca przerwie wiatr znów zaczął hulać po morzu. Około piętnastej pojawiła się drużyna Reef Checkers. To grupa nurków, którzy co roku wracają na naszą rafę, żeby badać jej kondycję. Rozwieszają nad rafą sznur i opisują wszystko, co znajduje się do określonej odległości od niego: ilość i gatunki ryb, bezkręgowców, stan podłoża, ilość zniszczonych korali itd. Ponoć zebrane tutaj dane pomagają ludziom lepiej zrozumieć rafy świata. Ludzie chcą wiedzieć, jak przez lata zmienia się rafa i znaleźć przyczyny problemów. Nie sądzę, żeby długo trzeba było szukać odpowiedzi. Naszym przekleństwem i przyczyną wszystkich naszych problemów są ludzie. Radzimy sobie ze sztormami, potopami i atakami koron cierniowych. Trudniej nam odzyskać siły nadwątlone przez nurków, którzy płetwami mącą piasek. Ten osadza się na koralach i dusi je. I jeszcze zostaje plastik, któremu potrzeba lat, żeby się rozłożyć. Plastik nie znika sam, w magiczny sposób. Wciąż jest go pełno. Tylko że nie widać go już gołym okiem. Moja przyjaciółka żółwica opowiadała mi o Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci. To ogromny obszar wypełniony ludzkimi śmieciami. Wiele sióstr i braci mojej przyjaciółki straciło życie, próbując umknąć plastikowej dżungli.

Mimo wszystko szanuję wysiłki drużyny Reef Checkers. Dzięki nim wiemy, że przynajmniej niektórzy ludzie przejmują się naszą sytuacją i chcą nam pomóc. Dziś zostaną wynagrodzeni widokiem młodego rekina wielorybiego. Przybył tu, żeby się najeść do syta planktonem naniesionym przez wiatr. Widzę poruszenie i radość wśród nurków i uśmiecham się do siebie. Gdyby tylko wiedzieli, jakie jeszcze rzadkie zwierzęta skrywa ta rafa.

Pozostała część dnia upływa spokojnie. Nie niepokoją mnie już nurkujący ludzie. Martwi mnie tylko murena falista kilka korali dalej, która od dłuższego czasu bacznie mi się przygląda. Wracam do mojej szczeliny z myślą, że mimo plastiku to był dobry dzień na mojej rafie.

(Silke Müller)

 

 

Klasa

by Manuel Plonsky

 

Wjeżdżając na szkolne podwórze cieszyłem się z pięknej pogody. Zapinałem rower i nie mogłem się już doczekać lekcji angielskiego. Dziś piątek. Mogłem pospać dłużej, bo odwołano nam dwie pierwsze lekcje. Przede mną cztery godziny lekcyjne i wspaniały weekend. Witam się z kolegami przy wejściu do szkoły i pogrążony w myślach, co też będę porabiał w ten weekend, wchodzę do klasy. Wtem zdaję sobie sprawę, że jest jakoś inaczej. Pachnie dziwnie, prawie jak w lesie. Rozglądam się wokoło i już wiem, dlaczego. Wszędzie są rośliny, pną się po ścianach, na podłodze korzenie, gdzieniegdzie mech, ptak wlatuje przez wybite okno. Nie wierząc własnym oczom robię krok naprzód i słyszę trzask. Stanąłem na linijkę, którą zostawiłem wczoraj w klasie. Schylam się, żeby ją podnieść i z poruszeniem przyglądam się jej pęknięciu.

Mój mózg zaczyna myśleć racjonalnie, więc mówię sobie, że musi być jakieś logiczne wytłumaczenie całej tej sytuacji. To nie sen, więc wychodzę z sali i z niedowierzaniem zauważam, że zatłoczony jeszcze przed chwilą korytarz jest pusty i wygląda tak samo jak klasa, z której wyszedłem. Jakby od dawna nie stanęła tam ludzka stopa.

Już wiem! To żart! Nie taki zwyczajny, tylko profesjonalnie przygotowany. Szukam wzrokiem kamer, ale żadnej nie znajduję. „Dziwne” – mówię sam do siebie, słysząc dobiegający gdzieś z kąta hałas przypominający śpiew. Zbliża się. Nie wiem, czego się spodziewać, więc chowam się we wnęce w ścianie, czekając, co się wydarzy. Źródło hałasu przybliża się. W końcu moim oczom ukazuje się starszy mężczyzna, na oko sześćdziesięcioletni, z brodą jak u świętego Mikołaja i krótkimi siwymi włosami. Stwierdzam, że nic mi nie grozi, więc wychodzę z wnęki. Mężczyzna odwraca się powoli w moją stronę i zaskoczony taksuje mnie wzrokiem od stóp do głów. „Dziś nie ma lekcji, stary” – mówi do mnie i odwraca się z tak głośnym śmiechem, jakby nie miał okazji tak się uśmiać od bardzo dawna.

Zdaję sobie sprawę, że to może być dla mnie jedyna szansa, żeby dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. Biegnę więc za nim i pytam go: „Dlaczego? Co tu się dzieje? Gdzie są wszyscy?”. A on, nie zatrzymując się, odpowiada: „Nie wiem, gdzie są wszyscy. Ale wiem, że w tym budynku od 25 lat nie było żadnego ucznia – po chwili dodaje – z wyjątkiem ciebie”.

Tłumaczę mu: „To niemożliwe. Byłem tu wczoraj”.

Mężczyzna odwraca się nagle, spogląda na mnie i mówi: “Chwila. Pamiętam cię. Jesteś tym chłopcem, który zaginął 35 lat temu”.

Co by było, gdyby…?

by Gina , Romain -Rollan-School

To był zwykły dzień. Przynajmniej przez większość czasu myślałam, że to będzie dzień jak codzień… A potem zdałam sobie sprawę, jak bardzo się myliłam.
Jesteście pewnie ciekawi, kim jestem. Mam na imię Kate i mam 16 lat. Jeszcze kilka dni temu wiodłam zwyczajne życie, ale od wczoraj wszystko się zmieniło.

Wstałam jak zwykle o 7.00 rano, ubrałam się i poszłam do szkoły. Miałam francuski, matematykę i chemię. Nic ciekawego.
A potem poszłam na angielski (wiem, zaczyna się nieciekawie), ale kiedy weszłam do klasy, aż mnie zatkało i szczęka mi opadła ze zdziwienia.
Znalazłam się w środku dżungli. Tak, dobrze słyszeliście, w klasie rosły drzewa i pięły się po nich inne rośliny. Spytałam sama siebie, czy to aby nasza klasa?
Nagle usłyszałam w pobliżu zdziwiony głos. Odwróciłam się i zobaczyłam moją najlepszą przyjaciółkę Lucie. Przynajmniej nie byłam sama w tych dziwnych okolicznościach.
– Co tu się dzieje? – spytała cienkim głosem.

– Wierz mi, Lucie, sama chciałabym to wiedzieć – przyznałam. – Nie mam bladego pojęcia.

– I co teraz? Może po prostu wyjdziemy stąd? – spytała.
Dobry pomysł. Było tak gorąco i wigotno, że nie mogłam się skoncentrować. Powiedziałam sobie: „Tylko bez paniki. Skoro jakoś się tu dostałam (to z pewnością nie była nasza szkoła), to pewnie się i wydostanę. Muszę tylko wymyślić, w jaki sposób”. Zaś na głos powiedziałam:

– Nie wiem, czy to coś da, ale spróbujmy.
Owszem, spróbowałyśmy się wycofać, ale czekało nas kolejne zaskoczenie: cała szkoła była porośnięta roślinnością. Szybko wróciłyśmy do klasy, lub do miejsca, które było naszą klasą.

– I co teraz?

– Nie możemy tu siedzieć załamując ręce. Zobaczmy, jak wygląda sytuacja – powiedziałam, starając się sprawiać wrażenie, jakbym nie traciła głowy.
Przedarłyśmy się wzdłuż wysokich zarośli, tam gdzie powinna być ściana, w stronę, gdzie kiedyś było okno, a teraz rosły tam olbrzymie pnącza. Poszłam za głosem instynktu i odsunęłam rośliny, żeby zobaczyć, co jest dalej. Ku naszemu zaskoczeniu spoglądałyśmy teraz przez okno, owszem, okno w środku dżungli. Spojrzałyśmy po sobie ze zdziwieniem. Zdziwiłyśmy się jeszcze bardziej, kiedy nagle usłyszałyśmy dziwny hałas.
– Cz…czy słyszaś to? Ten przerażający ryk?

Pewnie, że słyszałam. Nie dało się go nie usłyszeć.

– Tam, za oknem.

Wyjrzałyśmy na zewnątrz, ale nic nie zobaczyłyśmy… jednak coś tam przecież było… Okolica wyglądała znajomo. Kiedy wyjrzałyśmy ponownie, to znów była nasza szkoła, znacznie bardziej zielona, porośnięta bujną roślinnością, jak nasza dawna klasa, ale miała strukturę naszej szkoły.

– Jak to możliwe? – wyszeptałam.

– Jeśli to nasza szkoła… – zaczęła Lucie, ale nie skończyła zdania.

Tuż przed nami było coś… Czegoś takiego nie widziałam jeszcze nigdy w życiu. To było… Ciężko mi to nawet opisać. Skrzyżowanie tygrysa o długich kłach z pancernikiem. Przestraszyłam się, ale z ulgą stwierdziłam, że dzieli nas od tej bestii szyba okienna.
Rzuciłam się do ucieczki przez ścianę zieleni. Wpadałam w coraz większą panikę, tak jak Lucie. Usłyszałyśmy, jak pazury szorują po pniach i murze, wydając ostry, przerażający dźwięk. Włosy stanęły mi dęba. Co robić?

– Kate, musimy wrócić.

– Tak, musimy wrócić do naszego wymiaru czasu.

Kiedy zjawił się ten potwór, przemknęło mi przez głowę, że byłyśmy w naszej szkole, ale z pewnością w dalekiej przyszłości… Wiem, że to brzmi dziwnie, ale tak musiało być.

– Co takiego? – zdziwiła się Lucie.

Próbowałam jej to wyjaśnić:

– Wygląda na to, że jesteśmy w przyszłości. Nie ma innego wytłumaczenia. Przeszłyśmy przez drzwi, które okazały się portalem do podróży w czasie.

– Żartujesz?

– Niestety, nie.

– Jak wrócimy do naszych czasów?

W tym momencie usłyszałyśmy hałas i spostrzegłyśmy z przerażeniem, że potwór już przedarł się przez chaszcze i mur. Teraz pędził z przyprawiającym o dreszcze rykiem prosto na nas. To, co nastąpiło, działo się jakby na zwolnionych obrotach. Chwyciłam Lucie za ramię i pociągnęłam za drzwi, tuż przed nosem potwora. Czułam na karku jego ciepły oddech. I wtedy nagle wszystko zniknęło. Nie było roślin, bestii. Znów byłyśmy w naszej szkole, w naszych czasach.
– Jak to zrobiłaś? – spytała Lucie.

– Przypomniałam sobie, że zanim się to wszystko zaczęło, zastanawiałam się, jak ta szkoła będzie wyglądać za 50 lat. I oto przyszła odpowiedź. Rośliny i zwierzęta przejmą to miejsce, a ich spokój będzie mógł zburzyć tylko człowiek. Ale myślałam o tym w naszych czasach i spytałam sama siebie, co by było, gdyby nas już tam nie było. I wtedy wyszłam za drzwi.
– Możesz się więc przenosić w czasie, zadając sobie pytanie: co by było, gdyby…?

– Na to wygląda.

– Całe szczęście, że zadałaś sobie to kluczowe pytanie.

Wetterbeobachtungen vom 1. April 2015

SINGAPUR, SINGAPUR

Als wir aufwachten, erblickten wir blauen Himmel.

Wir gingen hinaus und genossen die Hitze auf unserer Haut.

Wir waren dankbar für die einzelnen weißen Wolken, die ihre Schatten warfen. Je später es wurde, desto dunkler wurde es auch. Nach wenigen Stunden war das helle Blau durch ein dunkles Grau ersetzt. Wir spürten wie es immer drückender wurde und nasser. Ein heftiger Regen, der jedoch von kurzer Dauer war, versuchte die Umgebung abzukühlen – vergeblich. Am Horizont sah man helle Blitze, die ihre Lichter um sich warfen, gefolgt von lautem Donner. Dieses windige Gewitter brachte ein bisschen Geschwindigkeit in die ruhige Umgebung, war jedoch nach einer halben Stunde weitergezogen. Abends wehten nur noch warme angenehme Brisen durch die Palmen und entfernten die letzten Tropfen von den Blättern.

 

(Kim Burkart)

 

DAHAB, ÄGYPTEN

Ein Tag am Riff des Blue Hole – aus der Perspektive eines Fisches

Am Morgen wurde ich von einer Plastiktüte geweckt, die den Eingang zu meiner Spalte verdeckte. Ich verbringe eigentlich jede Nacht in diesem kleinen Zwischenraum im Riff. Vor einigen Wochen noch, da wohnte ich in einem größeren Spalt etwas weiter nördlich, doch der wurde leider von Tauchern zerstört. Viele Häuser von meinen Freunden wurden ebenfalls von Luftflaschen und Flossen zerstört. Die Anzahl an freien, bewohnbaren Spalten fängt langsam an abzunehmen…

Doch zurück zur Plastiktüte. Plastiktüten am Morgen bedeuten eines von zwei Dingen: eine starke Strömung, die das Plastik von anderen Teilen des Roten Meeres zu unserem Riff trägt oder ein kräftiger Wind an der Wasseroberfläche, der den Müll aus den Straßen Dahabs ins Meer weht. Dahab ist nicht gerade die sauberste Stadt. Es ist nicht ganz so schlimm, wie an einigen anderen Orten von denen ich gehört habe, jedoch ist die Präsenz von Müll allgegenwärtig. Wind spielt eine wichtige Rolle in den Leben der Menschen hier. Wenn es windig ist, dann können die Fischer nicht aufs Meer fahren, weil die Wellen zu hoch für ihre kleinen Boote sind, Taucher können nicht jeden Tauchplatz anfahren, weil der Einstieg bei hohem Wellengang oft zu schwierig ist und die Händler auf den Straßen müssen ihrer Ware hinterherlaufen. Nur die Kitesurfer auf ihren Boards freuen sich über den Wind. Hier an diesem Riff trifft man allerdings nicht so viele Surfer an. Die bleiben normalerweise näher an ihren Hotels. Das Blue Hole – mein Zuhause – ist ungefähr dreißig Minuten von Dahab entfernt und wird auf der einen Seite vom Sinaigebirge und auf der anderen vom Meer eingefasst. Trotzdem es der gefährlichste Tauchplatz der Welt ist und hier mehrere Personen jedes Jahr sterben, gibt es sehr viel Tauch- und Schnorchelaktivität. Die Taucher stören mich nicht wirklich, solange sie sich vom Riff fernhalten und nichts außer Luftblasen zurücklassen.

Wie schon bereits erwähnt, hat der Tag sehr windig begonnen. Man kann die Brandung unter Wasser spüren und viele von meinen planktonessenden Freunden lieben dieses Wetter. Der Wellengang und die Strömung tragen Nährstoffe näher ans Riff und sie haben wieder neue Nahrung. Ich selbst esse Korallen, aber da diese sich ja auch von Plankton ernähren, freue ich mich ab und zu über ein bisschen Wind. Der Wind bedeutet allerdings auch mehr Taucher am Blue Hole. Der Einstieg zum Riff ist geschützt vom Meer und nicht dem Wetter ausgesetzt, was es zu einem der einzigen bei diesen Windbedingungen zugänglichen Tauchplätze in der Gegend macht. Meistens halten die Taucher Abstand und schwimmen nur an uns vorüber. Manche von ihnen schrammen jedoch an die Korallen und zerstören diese so. Taucher mit mehreren Flaschen sind die schlimmsten, da sie mit den Flaschen am Bauch das Riff zerstören. Drei Freunde haben auf diese Weise schon ihr Haus verloren.

Um die Mittagszeit herum, entschied sich die Sonne herauszukommen und der Wind legte sich ein wenig. Die Auswirkungen der windigen Nacht konnte man trotzdem noch sehen: Plastiktüten, leere Dosen und Teppiche trieben durch das Wasser. Die Sonne beschien das Plastik, was über unserem Riff schwebte und versuchte Schönheit in diesen traurigen Anblick zu bringen. Obwohl das reflektierende Licht dem Müll etwas fast Magisches verlieh, weiß ich, dass Plastik in Wirklichkeit nichts Magisches an sich hat. Wahrscheinlich wird es in den nächsten paar Wochen einen meiner Freunde umbringen.

Nach einem kurzen Sonnenintervall, begann der Wind wieder über das Meer zu fegen. Es war ungefähr 15 Uhr, Zeit für die Reef Checker. Die Reef Checker sind eine Gruppe von Tauchern, die jedes Jahr an unser Riff zurückkehren und sich Notizen über seine Gesundheit machen. Sie legen eine Schnur über das Riff und nehmen alles in einem bestimmten Abstand zu dieser Schnur auf: die Anzahl und Spezies der Fische, den Untergrund, die Invertebraten, die Anzahl an zerstörten Korallen usw. Angeblich helfen die Daten, die sie hier sammeln, den Menschen die Riffe der Welt besser zu verstehen. Sie wollen die Entwicklungen über die Jahre kennenlernen und Gründe für Probleme finden. Ich bin nicht der Meinung man müsse lange nach der Antwort suchen. Das Grundübel all unserer Probleme sind die Menschen. Wir kommen mit Stürmen, Sintfluten und Dornenkronenausbrüchen klar. Wovon wir uns nicht wieder erholen können sind Taucher, die mit ihren Flossen den Sand aufwirbeln, der sich dann auf die Korallen legt und diese erstickt und das Plastik, was Jahre braucht um sich zu zersetzen. Selbst dann verschwindet das Plastik nicht einfach auf magische Weise. Es ist immer noch vorhanden. Man kann es nur nicht mehr mit dem bloßen Auge sehen. Meine Freundin die Schildkröte hat mir mal vom Großen Pazifikmüllfleck erzählt. Eine riesige Fläche voller Müll der Menschen. Viele ihrer Brüder und Schwester haben ihr Leben gelassen, als sie versucht haben dem Plastikdschungel zu entkommen.

Trotz allem schätze ich die Bemühungen der Reef Checker. Sie lassen uns wissen, dass wenigstens ein paar Menschen unsere Situation erkannt haben und uns helfen wollen. Heute werden sie mit dem Anblick eines jungen Walhais belohnt. Er ist in die Gegend gekommen, um sich am Plankton satt zu fressen, dass der Wind aufgewühlt hat. Ich sehe die Aufregung und Freude der Taucher und lächle in mich hinein. Wenn sie nur wüssten, was für seltene Tiere sich noch in diesem Riff verstecken.

Der Rest des Tages vergeht ereignislos und ich werde nicht weiter von Tauchern oder Schnorchlern gestört. Einzig die Marmormuräne ein paar Korallen weiter, die mich schon seit Längerem beäugelt, bereitet mir Sorgen. Ich kehre zurück in meine Spalte und weiß, dass es – trotz des Plastiks – ein guter Tag am Riff war.

(Silke Müller)

 

 

 

Wie wäre es, wenn…?

Text von Gina, Romain-Rollan-Gymnasium

Es war ein ganz normaler Tag. Eine Weile dachte ich zumindest, dass der Tag genauso verlaufen würde wie jeder Tag. Bald wusste ich, wie falsch ich da lag.
Wenn ihr euch fragt, wer ich bin: ich heiße Kate und bin 16 Jahre alt. Vor ein paar Tagen hatte ich ein ganz normales Leben als Schülerin, aber seit gestern hat sich alles verändert…

Wie immer bin ich um 7 Uhr aufgestanden, habe mich angezogen, bin zur Schule gegangen und war beim Französisch-, Mathe- und Chemieunterricht, alles nicht so sonderlich interessant.
Dann bin ich zum Klassenzimmer, wo wir Englischunterricht haben (ja, ich weiß, genauso langweilig wie der Anfang des Tages), aber als ich den Raum betrat, stockte mir kurz der Atem und mir fiel die Kinnlade runter.
Ich befand mich mitten im Regenwald. Ja, ihr habt richtig gehört, im Zimmer waren Bäume und Kletterpflanzen. Ich habe mich gefragt, ob ich noch in unserem Klassenzimmer war.
Auf einmal hörte ich eine Stimme neben mir, die sich sehr überrascht anhörte, und als ich mich umdrehte, sah ich meine beste Freundin Lucie. Zumindest war ich nicht mehr alleine in dieser verrückten Situation.
“Was geht hier vor?“, fragte sie etwas gereizt und ich musste zugeben: „Glaub mir, Lucie, ich würde gerne genau das gleiche wissen, aber ich habe überhaupt keine Ahnung.“
“Was machen wir denn jetzt? Können wir nicht einfach wieder aus der Tür rausgehen?“, wollte sie wissen. Eine gute Frage!
Es war so heiß und schwül, ich konnte mich kaum konzentrieren. Ich sagte mir: „Komm, keine Panik jetzt! Du bist irgendwie hierher gekommen (wo auch immer ich war, wusste ich auf jeden Fall, dass ich nicht mehr in unserer Schule war), du kannst genauso gut wieder zurückkehren. Ich muss nur herauskriegen wie.“
Mit lauter Stimme antwortete ich: „Ich weiß es nicht, aber wir können es versuchen.“ Und ja, wir versuchten zurückzugehen, aber schon kam der nächste Schreck: die ganze Schule war mit allen möglichen Pflanzen überwachsen. Wir sind schnell in unser Klassenzimmer, beziehungsweise das, was es früher mal war, zurückgekehrt.
“Und jetzt?” “Wir können nicht einfach hier bleiben und warten. Lass uns gucken, wie wir die Lage besser überblicken können“, antwortete ich und versuchte dabei, nicht zu ahnungslos zu klingen. Wir sind an einem riesigen Busch entlang gelaufen, wo die Wand hätte sein müssen, und kamen zur Fensterseite hin, wo nun eine gigantische Kletterpflanze stand. Ich folgte meinen Instinkten, zog an der gummiartigen Pflanze und konnte ein paar von ihren Ranken aus dem Weg räumen. Zu unserer Überraschung schauten wir plötzlich aus einem Fenster heraus, ja, ein Fenster mitten im Dschungel!
Wir guckten einander an, die Verwirrung stand uns beiden ins Gesicht geschrieben. Wir waren aber noch verwirrter, als wir auf einmal ein seltsames Geräusch hörten.
Stotternd fragte Lucie: „Hörst du das? Das unheimliche Brüllen?“ Natürlich konnte ich es hören, es war nicht zu überhören. „Es kam von hinter dem Fenster“. Wir schauten aus dem Fenster, aber da war nichts. Na ja, eigentlich konnte man doch etwas sehen, irgendetwas, was uns bekannt vorkam. Auf den zweiten Blick erkannten wir unsere Schule, viel grüner als sonst mit den ganzen Pflanzen wie auch unser ehemaliges Klassenzimmer, aber genauso angelegt wie unsere Schule. „Wie ist das möglich?“, flüsterte ich Lucie zu, die zustimmte: „Ja, wenn das unsere Schule ist…“, aber sie hatte keine Zeit zu Ende zu sprechen. Direkt vor uns stand ein Wesen, das ich in meinem ganzen Leben nie gesehen hatte. Ich kann es nicht mal beschreiben. Es sah aus wie ein Tiger, hatte allerdings lange Stoßzähne und den Panzer eines Gürteltiers. Nach dem ersten großen Schock sah ich mit Erleichterung, dass das Fensterglas noch zwischen uns und dem Wesen stand.
Aber dann versuchte es, sich durch die Pflanzenwand durchzuschlagen und wir bekamen beide erneut große Panik. Wir hörten, wie die Krallen die Pflanzen und das Mauerwerk entlang kratzten, ein penetrantes, beängstigendes Geräusch. Mir sträubten sich die Nackenhaare.
Was sollten wir machen? „Kate, wir müssen zurück.“ „Ja, ich weiß, zurück in unsere Zeit.“ Als das unheimliche Wesen direkt vor uns erschien, hatte ich einen Geistesblitz. Wir waren zwar noch in unserer Schule, aber offenbar lange Zeit nachdem, wir eigentlich zur Schule gingen. Es mag seltsam klingen, aber wir waren in der Zukunft, es gab keine andere Erklärung. „Wie bitte?“, fragte Lucie erstaunt. Ich versuchte zu erklären: „Ja, wir müssen in der Zukunft sein. Es gibt keine andere Erklärung. Ich denke, als wir durch die Tür reinkamen, gingen wir durch einen Zeitportal.“ „Das ist doch ein Witz!“ „Nein, leider nicht.“ „Und wie kommen wir denn zurück in unsere Zeit?!“ In dem Moment sahen und hörten wir mit Entsetzen, wie das Wesen die aus Pflanzen bestehende Wand beinahe durchbrach, bis es letztlich die ganze Überwucherung durchdrang mit einer schaurigen Schrei. Es kam nun direkt auf uns zu. Jetzt schien alles wie in Zeitlupe zu geschehen. Ich packte Lucie am Arm und zog sie mit zur Tür, das Monster direkt auf unseren Fersen, ich konnte sogar seinen Atem im Rücken spüren. Dann plötzlich war alles weg, sowohl die Pflanzen als auch das Wesen, und wir waren zurück, zurück in unserer Zeit und unserer Schule.
“Wie hast du das gemacht?“, fragte mich Lucie bestürzt. „Na ja, ich habe mich einfach daran errinert, dass in dem Moment, wo alles losging, ich mich gefragt hatte, wie die Schule hier in 50 Jahre aussehen würde, und offensichtlich bekam ich diese Antwort. Die Pflanzen und die Tiere würden diesen Ort wiedererobern und nur die Menschen würden die Harmonie stören können. Dann dachte ich einfach an unserer Zeit in der Schule und fragte mich, wie es wäre, wenn wir nicht mehr da wären, und dann ging ich durch die Tür.“
“Das heißt, du kannst überall in der Zeit herumspringen, indem du dich einfach fragst, wie es wäre, wenn?“ „Anscheinend…“ „Dann können wir froh sein, dass du dir die richtige Frage gestellt hast!“

Probably the Last Chance for a Greater Sense of Togetherness. A Self-Interview

Mirko Bonné

Directing this question at the mirror, even if just the mirror of language, I work out that it’s been more than fifteen months now that you’ve been one of the five authors working on the Weather Stations project. Has the way you see the world changed after having been a weather station yourself?

Every morning, the first time I look out of the window I take in the weather, the sky, the clouds and trees, the trees that enable us to read the wind. A year and a half ago, reports about a tornado in Mecklenburg-Vorpommern would have surprised me, but I certainly wouldn’t have made the connection with my profession and noted down the things that the mayor of Nützow said, things, by the way, that I also heard expressed in very similar fashion in regions of Australia, where they’ve been living with extreme weather for decades now.

The Weather Stations project is about raising awareness. Something which must be pretty much old hat for you, no?

 

Climate change is of course a good match for today’s world. No one actually attends to anything that can’t be understood or consumed. The only thing that counts is what’s useful – and preferably to oneself. During my adolescence in the Kohl era, we still used to offer dogged opposition, happy to have something to rebel against in the form of the throwaway society, but we didn’t guess at the time that we in our morally flawless manner were taking part just as diligently in establishing the throwaway world in which we live today. It goes without saying that writers are concerned with raising awareness. But they shouldn’t allow themselves to be yoked to a particular cause, not even one such as this. Writers have to keep hold of the reins themselves and not allow themselves to be led too much, the best balance is somewhere between horse and driver. As far as I’m concerned, climate change is a linguistic problem, as for me it’s all about examining the possibilities of how it can be represented and communicated in literary terms. The Weather Stations project has taken me to linguistic fields into which I would never otherwise have ventured. I sat at Chowder Bay in Sidney with two oceanographers who explained to me what it’s like to dive in a forest of seaweed and algae.

 

Are writers able to contribute to making the complex, manifold demands exacted on today’s world by so-called climate change and its consequences more transparent – would you agree that that’s what it’s about?

 

Over the course of the project, I’ve realised – and have been very surprised by – just how much everything depends on the individual here. I would even say that climate change isn’t a problem for humanity, but rather affects each person individually. Whether in Dublin, London, Melbourne, Potsdam or Sidney, I was able to observe the same thing everywhere in the faces of the oceanographers, cloud researchers and meteorologists we talked to: their frequent astonishment at sitting across from people for whom language actually means something fundamentally different.

 

For a writer and a poet in particular, it’s difficult to talk about language and writing in purely abstract, fundamental terms. Was the Weather Stations project restrictive to this end?

 

There’s no reason to relinquish a sense of productive doubt just because the problem in question seems so very urgent. It would be absurd to have to disregard the demands, dismissals and doubts that poetic minds have attempted to communicate for centuries as soon as the focus is on seemingly unambiguous conflicts that can only be determined for sure via science.

 

You’ve said in various panel discussions that you believe the debate surrounding climate change revolves around a conflict either not recognised as such or concealed.

 

The conflict is far-reaching and can hardly even be expressed in worlds. I regard the consequences wrought by climate change as the expressions of a world attempting to put its human inhabitants in their place. It is a dialogue that has gone off the rails, an ancient conflict that is now escalating. Humankind against nature – and vice versa. This is likely the root cause for the fear many people have of engaging with the subject to any real extent. Yet I equally believe that it is first and foremost the linguistic side of things that is important in this debate.

Because you’re a writer rather than a computer or speaker. Could you maybe formulate your approach in more detail?

 

I try to avoid every theory. John Keats said that every philosophical axiom must be proved on our pulse. And Günter Eich was of the opinion that writing means seeing the world as language. Communicating the dramatic nature of climate change – I actually prefer to say climate destruction – is to my mind also a problem of precision. Science claims to operate based on the most precise language possible. For me, as a poet, on the other hand, language is far more than just a vehicle for data or a semantic tool. It is a sensual, tangible, historical medium, that is, a narrative one. It is itself the communicator. And it is always also a monster fully capable of being manipulated. I can never hear or read the word “total” without thinking of the criminal demagoguery of someone like Goebbels. For me, language is no more or less an instrument than magic is. In my eyes, it’s the connective tissue necessary for life, that which connects me to everything and everyone else, linking our world of today with the past world of the dead and the future one of our as yet unborn grandchildren. Language is the only parallel world whose existence I do not deny. The wonderful quotidian poetry of so many of the texts written by my Melbourne Weather Stations colleague Tony Birch talks about precisely this again and again: What does my life, the life of people today, have to do with the stories of people from the past, who still knew how to read the land and didn’t have to cover everything in concrete and destroy it out of pure fear and insecurity?

 

What experience was the most important for you in these months as a weather station?

 

The best moments were always when people started talking. Past weather and the weather of today. The sort of weather described by my grandfather, the sort of weather we used to have when I was still a girl. A student in Tallaght near Dublin told me how he saw his grandparents’ house being washed away when the heavy storms hit Ireland in summer 2014. It was really moving to visit the Yarra valley south of Melbourne and to speak to people about the bushfires that destroyed entire stretches of land there. In those months, it became very vivid to me how much people love their lives and their stories. I think that’s also something we have a form of language to thank for which aims at vagueness rather than precision. That’s why I think that climate change represents a chance, probably the last chance for a greater sense of togetherness.