Być może ostatnia szansa na współistnienie w większej bliskości

Wywiad z samym sobą

Mirko Bonné

 

Pytając się własnego odbicia w lustrze – lustrze mowy – podliczam i wychodzi mi, że już od ponad piętnastu miesięcy należysz do piątki autorów piszących w projekcie Weather Stations. Czy twój sposób widzenia świata uległ w tym czasie zmianie? Może sam stałeś się stacją pogodową?

 

Każdego ranka, kiedy tylko wyjrzę za okno, zwracam uwagę na pogodę – na niebo, chmury i drzewa. Drzewa, bo dzięki nim możemy dojrzeć wiatr. Jeszcze półtora roku temu doniesienia o tornadzie w Meklemburgii-Pomorzu Przednim byłyby dla mnie zadziwiające, ale nie wpłynęłyby na moją aktywność i nie zwróciłbym uwagi na to, co mówi burmistrz miasteczka Bützow – a było to coś bardzo podobnego do tego, co słyszałem w regionach Australii, gdzie ludzie już od dziesięcioleci narażeni są ekstremalne zjawiska pogodowe.

 Grauer Tag

W projekcie Weather Stations chodzi o uwrażliwienie. Ale dla ciebie to właściwie nic nowego.

 

Zmiana klimatu doskonale pasuje do współczesnego świata. Nikt nie przejmuje się czymś, czego nie da się zrozumieć ani skonsumować. Liczy się tylko to, co jest użyteczne – i to najlepiej dla mnie. W mojej młodości, za Kohla, sprzeciwialiśmy się – zmęczeni, ale zadowoleni, że jest się przeciw czemu buntować – „społeczeństwu jednorazowego użytku”, ale ani przez chwilę nie podejrzewaliśmy, że podążając moralnie nieskazitelną ścieżką, gorliwie uczestniczymy w tworzeniu świata jednorazowego użytku – tego, w którym teraz żyjemy. Oczywiście uwrażliwianie to zadanie dla piszących. Jednak piszący nigdy nie powinien dać się zaprząc do cudzego wozu. Musi pozostać wolnym koniem, jeśli trzeba – koniem kopalnianym, a najlepiej koniem i jeźdźcem naraz. Zmiana klimatu jest dla mnie także problemem językowym, ponieważ chodzi mi o sprawdzenie, czy da się ją przedstawić i opisać w formie literackiej. Projekt Weather Stations zaprowadził mnie w takie przestrzenie językowe, których sam nigdy bym nie odkrył. Siedziałem nad zatoką Chowder w Sidney z dwiema badaczkami oceanu, które opowiadały mi, jak to jest nurkować w lesie wodorostHafen Hamburgów.

 

Czy pisarze mogą przyczynić się do wyjaśnienia, wobec jakich złożonych, wielorakich wyzwań staje współczesny świat w związku ze zmianą klimatu i jej skutkami? Czy zgodziłbyś się, że może o to chodzić?

 

W czasie trwania projektu uświadomiłem sobie – i bardzo mnie to zaskoczyło – że także i w tym przypadku wszystko zależy od jednostek. Mógłbym nawet powiedzieć, że zmiana klimatu nie jest problemem ludzkości, lecz dotyka każdego z osobna. Czy to w Dublinie, Londynie, Melbourne, Poczdamie czy Sidney, w twarzach badaczy oceanów, chmur i klimatu, z którymi rozmawiałem, mogłem zauważyć to samo – zadziwienie, że rozmawiają z ludźmi, dla których język właściwie od samych podstaw znaczy coś innego.

 

Pisarz, w dodatku poeta, może mieć problem z mówieniem o języku i pisaniu w sposób abstrakcyjny i przy użyciu podstawowych pojęć. Projekt Weather Stations jako ćwiczenie z samoograniczeń?

 

Nie należy porzucać kreatywnych wątpliwości tylko dlatego, że problem wydaje się bardzo naglący. Absurdem wydaje mi się postulowanie, aby wahania i wątpliwości, opisywane od stuleci przez poetyckie umysły, odłożyć na bok, bo chodzi o rzekomo jednowymiarowe konflikty, które jakoby jedynie język nauki jest w stanie wyrazić.

 

W wielu dyskusjach panelowych mówiłeś, że w centrum debaty wokół zmiany klimatu stoi według ciebie konflikt, który jednak nie jest za taki uznawany, a nawet zostaje przemilczany.

 Gunditjmara-Mantel

Konflikt ten sięga bardzo głęboko i trudno go opisać słowami. Skutki zmiany klimatu postrzegam jako wypowiedzi Ziemi, która chciałaby postawić bariery swoim ludzkim mieszkańcom. To dialog, który wymknął się spod kontroli, pradawny konflikt, który tylko eskaluje. Człowiek przeciwko naturze – i, rzecz jasna, na odwrót. To stąd właśnie bierze się obawa wielu ludzi przed zajęciem się tym tematem. W każdym razie także i w tym sporze dla mnie liczy się przede wszystkim strona językowa.

Bo jesteś pisarzem, a nie matematykiem ani mówcą. Czy mógłbyś przybliżyć swoje stanowisko?

 

Staram się unikać wszelkiej teorii. John Keats powiedział, że każdy aksjomat filozoficzny musi zostać sprawdzony tętnem. A Günter Eich uważał, że pisanie oznacza postrzeganie świata jako języka. Wyrażenie dramatu zmiany klimatu – czy też może raczej: zaburzenia klimatu – to według mnie też problem dokładności. Nauka pretenduje do używania jak najprecyzyjniejszego języka. Natomiast dla mnie jako poety język to coś znacznie więcej niż tylko nośnik danych czy narzędzie do wyrażania znaczenia. Jest to medium zmysłowe, a więc też odczuwalne, mające swoją historię i opowieści. Język jest łącznikiem. A przy tym jest takim manipulującym monstrum! Kiedy tylko usłyszę albo przeczytam słowo „totalny”, na myśl nasuwa mi się zbrodnicza demagogia Goebbelsa. Użycie języka bardziej przypomina mi rzucanie zaklęć niż korzystanie z narzędzia. W moich oczach jest on jak niezbędna do życia tkanka łączna, czymś, co łączy mnie i wszystkich – nasz dzisiejszy świat z przeszłym światem zmarłych i przyszłym światem nienarodzonych jeszcze wnuków. Język to jedyny świat równoległy, w którego istnienie wierzę. Cudowna poezja dnia powszedniego, obecna w wielu tekstach współuczestnika projektu Weather Stations, Tony’ego Bircha z Melbourne, mówi właśnie o tym: co moje życie i życie mi współczesnych ma wspólnego z opowieściami dawnych ludzi, którzy umieli jeszcze czytać znaki ziemi i nie musieli ze strachu i niepewności wszystkiego wylewać betonem i mielić na miazgę?

 

Jakie doświadczenie w czasie udziału w projekcie Weather Stations uznałbyś za najistotniejsze dla siebie?

 Buschbrand in Victoria

Najpiękniej było zawsze, kiedy ludzie zaczynali snuć opowieści. Pogoda dawniej i pogoda dziś. Pogoda, jaką opisywał mój dziadek, pogoda, kiedy byłam młodą dziewczyną. Jeden z uczniów z Tallaght pod Dublinem opowiedział, jak w czasie ulewnych deszczów w Irlandii latem 2014 r. woda porwała dom jego dziadków. Poruszająca była wizyta w dolinie rzeki Yarry na południe od Melbourne, gdzie rozmawiałem z mieszkańcami o pożarach buszu, które spustoszyły ogromne połacie terenu. Ludzkie umiłowanie swojego sposobu życia i wiążących się z nim historii okazywało się często bardzo żywe w tych miesiącach. Myślę, że także i to zawdzięczamy językowi, który stawia na nieostrość zamiast na dokładność. Dlatego sądzę, że zmiana klimatu oznacza szansę, być może ostatnią, na współistnienie w większej bliskości.

Jakub Gluszak

Nic poza trawą

Mirko Bonné

 

Od czerwca 2012 r. prowadzę internetowy dziennik, blog poetycki, w którym zamieszczam spostrzeżenia z codziennego życia i podróży, uwagi o tym, co przeczytałem, a także pomysły na teksty i wiersze. Od lutego 2014 r., kiedy zaczął się projekt Weather Stations, moje wpisy uległy zmianie: częściej pojawiają się obserwacje pogodowe oraz opinie na temat polityki, klimatu i środowiska. Zanotowałem wiele cytatów z przeczytanych w ciągu ostatniego półtora roku książek i gazet, które wydały mi się cenne dla debaty wokół zmiany klimatu – nawet (czy może właśnie szczególnie) gdy chodzi o zdania pochodzące sprzed 20 czy wręcz 200 lat. Najważniejszym pytaniem, jakie stawia sobie poniższy wybór z mojego bloga “Das Gras” [Trawa], dotyczy jednak kwestii poetyckich, tzn. aspektu języka i świata będącego dla mnie żywą tradycją, poświęconego nie szukaniu rozwiązań i odpowiedzi, lecz będącego w swojej istocie zarówno odpowiedzią, jak i rozwiązaniem.

 

 

Wczoraj widziałem wiewiórkę i dzisiaj też, w dwóch bardzo od siebie oddalonych sadach. Oba zwierzątka podczas żerowania, oba brązowe, chociaż to dzisiejsze z szarą piersią i brzuchem. Wczorajsza hopsała na szeroko rozstawionych łapkach, jak królik z ogonem, dzisiejsza – zwinniej, nieco ptasio, skoczyła z zarośli na drzewo. Jak hałasowały, stukając i gryząc! Ich czujne, a przy tym zmyślne rzuty oka na boki. Nagłe pojawienie się zmaterializowanej, zdawałoby się znikąd wiewiórki, potem zaskakująco długa jej obecność i nagłe zniknienie, gdy wiewiórka, jak to ma w zwyczaju, zmyka. Piękny, czerwonobrązowy kolor: drzewa, na które pada popołudniowe słońce. (17.2.2014)

 

Lato w marcu. Letni marzec, marcowe lato: „Kiedy zakwitną forsycje, zima już nie wróci”.

Uwaga! Śnieg spadający z dachów! Między Untereinöden a Überruh, może mieszkają tam ludzie z Oberholz, niedaleko za Spitalhof: śnieg na zboczu doliny w Oberallgäu. A wzdłuż stromych podjazdów jak wykałaczki wetknięte tyczki, wskazujące drogę w śniegu. Tutaj jesteśmy gotowi na wszystko. (Isny, 6.4.)

Dziecko mówi, że rano nie dało się spać, bo okno było otwarte. „Zleciały się wszystkie ptaki i w zaroślach wokół domu gadały ze sobą i głośno śpiewały“.

 

Tylko przez historie, opowieści o doświadczeniach i wyobrażenia poszczególnych ludzi można sobie wyrobić pojęcie o czymś tak wszechogarniającym, tak niezrozumiałym, jak zmiana klimatu – mówi podczas spotkania w Domu Sztuki (byłym targu mięsnym) w Melbourne pewna młoda Australijka z wyboru, autorka amerykańska, pisząca powieść o Atlantydzie. Jakiś czas temu w Missisipi poznała taksówkarkę, która oszczędza ile tylko może, aby wraz z rodziną przenieść się na Florydę. Tam chce kupić dom na wybrzeżu i zamieszkać w nim z mężem i dziećmi, aby znaleźć się wśród pierwszych osób, które – gdy przyjdzie wielka powódź – zostaną zmyte do morza i do Atlantydy.

Nocne powiewy wiatru na wewnętrznym dziedzińcu – przychodzą znad wydm i uderzają w palmy. Niewidzialny ptak odpowiada na każdy podmuch głośnym, radosnym krzykiem. (Port Douglas, 4.5.)

Chmury wiszące godzinami w bezruchu nad Morzem Koralowym. Ich obramowane bielą i czernią sylwetki kryją ociężałość. Trzeba znaleźć się pod nimi, aby dostrzec ich wielkość. Każda z nich to, jak w audycji radiowej powiedział Dylan Thomas, „budowla w powietrzu“.

Zielone żółwie morskie w wodach na rafie, niemal dorównujące mi wielkością, o oczach jak u Boga. Czy wiedzą, że je obserwuję?

Czerwona jak ziemia: sczerwieniała od palącego słońca skóra wielu Australijek.

104-letnią Lizzie Davis z ludu Coranderrk zapytano, jak udaje jej się przewidzieć deszcz. Odpowiedziała: „Dotykam gór“.

Na wewnętrznym dziedzińcu śmiech murarzy, którzy stoją niżej w otwartym garażu, palą i patrzą w niebo: grad w środku maja. Po paru minutach znów ciepłe słońce, jaskółki śmigają w jego świetle. W głowie mam język angielski, australijski, z poprzednich tygodni; śnię, rozmawiam sam ze sobą w obcej mowie – słowa „Burundjeri”, „Brunswick Street”, „Yarra River” przychodzą mi na myśl nad brzegiem Dunaju. To jak wewnętrzne roztopy – resztki śniegu na polanie. (Ingolstadt, 13.5.)

Parasol, kiedy wyjąłem go z walizki, był wilgotny, więc rozłożyłem go, aby wysechł. Był pełen kropel z drugiego końca świata: australijskiego deszczu.

W debacie wokół zmiany klimatu kluczowe znaczenie ma też pytanie: czy to możliwe, że (znowu) coś, co wydaje się nierzeczywiste, stanie się rzeczywistością? Pytanie o przejście. Jako punkt wyjścia można przyjąć, że wszyscy – „ludzie” – chcą znać rzeczywistość. Ale czy na pewno? (18.5.)

Codziennie ze szczytu swojej wieży meteorolodzy mierzą czas nasłonecznienia. Wąski, czarny kartonowy pasek ze skalą godzinową jest umieszczony w półokrągłej osłonie za szklaną kulą, która zbiera promienie słoneczne i kieruje je na pasek. Patrzę na skalę i widzę maleńkie, jaskrawożółte Słońce, które już od szóstej pożera karton. Widzę czas, widzę jak przemija, czas światła, oświetlenie czasu.

Piękno warzywnika: zieleń ciemna i jasna, drzewa i trawa – bawią się na wolnym powietrzu.

Palący gorąc. Muchy lśniące bez ruchu, bez ruchu umierające na parapecie. Ludzie spowolnieni. Zwierciadło pyłu nad miejską uliczką. (Wien, 11.6.)

 

Albicja jedwabista – kiedy przeciągnąć dłonią po wachlarzach liści nad sobą w świetlistej zieleni, to jakby się głaskało zwierzątko, stojące na wietrze pod postacią drzewa. Albicjowe wachlarze opowiadają historię swojego rodzaju, swojej dynasti. (Aboretum Ellerhoop, 5.7.)

 

„Są też końskie mewy” – mówi dziecko.

 

Z tą ciszą jesteś sam – i stajesz przed sobą samym jako dzieckiem, chłopakiem, który pierwszy raz podziwia wspaniałość świata.

Wędrowni pszczelarze przybywają wiosną na wyspę Fehmarn i rozstawiają ule wśród pól kwitnącego rzepaku. Opite nadmiarem żółtej barwy pszczoły zbierają całymi tygodniami tylko nektar z rzepaku – czysty miód rzepakowy.

O wiosce Bojendorf na północno-zachodnim skraju Fehmarn mówi się na wyspie, że mieszkający w niej chłopcy co wieczór łapali Słońce i zamykali je na noc w stodole. (Fehmarn, 24.7.)

 

Rząd śliw między liniami torów eskaemki – widzę je w świetle późnego lata i zbiera mi się na płacz. Od jak dawna tu stoją? Niech postoją jak najdłużej!

Trwałość syntetycznej żyłki wędkarskiej: 600 lat.

 

Wiatr w koronach drzewa opowiada, owszem, ale nie o sobie. Opowiada ci o tobie.

Kiedy rano zwierzak schwytał i zabił młodego strzyżyka, zaszył się na sześć godzin w ciemnym, cichym kącie, gdzie przeżywał swój smutek. Potem wyszedł, zbadał miejsce zbrodni i długo wyglądał przez okno, obserwując punkt, w którym pojawił się ptak – i może znów się pojawi. Zwierzak jest gotów zapomnieć, gotów powtórzyć. Życie trwa, zabijanie trwa, umieranie trwa.

W Kalathos widziałem drzewo oliwne, które wyrastało z czerwonej toyoty.

Na całej wyspie tylko wyschnięte koryta rzeczne – a może to już po prostu suche doliny? Pośrodku żwirowej rynny Lutanis leży rozpadająca się czerwona łódka. (Rhodos, 17.10.)

 

Szelest wyschniętych liści platana, poruszanych wiatrem, papierowy szmer – a może pomruk albo szurgot? Prawie ogień, ogień z powietrza. (Akra Ladiko, 19.10.)

„Be the rain” – Neil Young

 

Otwierasz drzwi, a tu jesień (zamykasz oczy, widzisz lato).

To nie świat jest niewdzięczny, tylko ja.

 

Ciepły listopadowy dzień nad rzeką Salzach, najcieplejszy, jaki pamiętam: ciepły wiatr, przedmieście owiane fenem, zbocza gór w żółci, zieleni, złocie i brązach w łagodnych podmuchach powietrza. Ptaki trzepoczą nad rzeką, a na brzegu siedzą kobiety i jedzą z jasnych torebek światło. (Salzburg, 4.11.)

19 listopada, a ciągle komary i osy.

Wszystko, każdy punkt, każdy skrawek trawnika wielkości chusteczki do nosa, każdy kawałek ziemi, jeśli tylko jest brązowy albo zielony, trzeba wyasfaltować, żebyśmy mogli usiąść na betonie. Concrete. A tymczasem każda znajomość, miłość czy przyjaźń, każda relacja między dwiema osobami, jest jak spotkanie ciał niebieskich.

 

Cały ból, cała nienawiść, cały strach, cała chciwość. Całe zniszczenie w imię tego czy innego boga. Jestem wdzięczny każdemu, kto trzyma język za zębami w czasie rozmowy o tak zwanej wierze. Zawierzyć można tylko pustemu niebu: jest pełne ptaków, chmur i powietrza do oddychania. (7 stycznia 2015 r., Paryż)

 

Jakby burza rozsadziła ogromną koronę drzewa – to wyleciał rój szpaków i pognał w szare, styczniowe niebo.

 

Jak słusznie zauważył Camus: pogoda to coś, co każdy przeżywa i co nas wszystkich łączy. Tylko, że każdy przeżywa ją inaczej (tak jak i wszystko). Jak mój brat, który kiedyś mi się zwierzył, że uwielbia biegać po zaśnieżonym lesie – „bo nie słychać wtedy kroków”. Jak trudno opowiedzieć o swoich najróżniejszych doświadczeniach z najróżniejszą pogodą!

 

Zamieć śnieżna, w niej ptaki miotane jak płatki śniegu.

„Drzewo zdaje mi się kwitnącym płomieniem; człowiek – mówiącym; zwierzę – chodzącym” – Novalis

 

„Czemu deszcz nie jest niebieski, skoro pada z nieba?” – Sylvain Tesson

Po Menie pod mostem Holbeinsteg spływa barka towarowa. Jest zima, przenikliwie zimno i wietrznie, ale nie ma śniegu. Ale na pokładzie w grubych, przemielonych przez wiatr pryzmach leży biały śnieg, przywieziony skądinąd.

Nad zielonymi wzgórzami z rana niesamowite światło. Irlandzki półmrok; mewy żeglują w nim nad opustoszałym parkingiem przed wielkim, całkowicie bezludnym centrum handlowym Tesco „The Square”. (Tallaght, 27.2)

 

Zielone papużki, wolne na gołych konarach parkowych drzew – jak liście, latający maj – szukają, gdzie mogłyby się zaczepić na dłużej. (Londyn, Hyde Park, 16.3.)

Ludzie, którzy wykorzystują piękną pogodę – co lub kogo jeszcze wykorzystują?

Pod łukiem mostu – zielone przebłyski na murze, żwawy wir, świetlna łąka tego popołudnia – dla duchów, które zapragnęły pozostać.

W naszym kraju czterdzieści pięć milionów „nieużytecznych” kurzych piskląt płci męskiej jest co roku mielonych w zakładach, które zbudowano specjalnie po to, aby realizowały dzieło niszczenia ptaków – żywego kompostu. Żyję w fabryce śmierci – państwie, w którym zabijanie nigdy nie ustaje i które stwarza pozór, że jest strukturą społeczną, ale w rzeczywistości wszystko i wszystkich podporządkowuje zyskom i wydajności. Minister z CSU, który odpowiada za ten bluźnierczy, pozbawiony skrupułów masowy ubój, odrzuca wszelką krytykę tego procederu i odsyła do prowadzonych właśnie badań nad skuteczniejszymi metodami uśmiercania.

Czwarty kwietnia, a ciągle zimno jak w zimie, zimno na kurtkę zimową. Drzewa są bezlistne, na krzewach pełno bladozielonych, niezdecydowanych pąków. Można się przestraszyć, gdy nagle na bezchmurnym błękicie zauważy się ciepłe, wiosenne słońce. W zmierzchu popołudnia promienie są długie, złote, więc serce rośnie, wzrok kieruje się w dal i czuję miłość do wszystkiego, co jest na parkingu przede mną: dzieci, kobiet, mężczyzn, psów, drzew, starych samochodów, ludzi śmiejących się w jasnym świetle. Wtem widzę, że coś błyska w jasnym błękicie i złotym świetle. Czwarty kwietnia? Pada śnieg!

Pąki z dnia na dzień (z nocy na noc?) coraz szybsze, w tym pędzie i kwitnieniu nawet rzeka zielenieje w oczach.

Z każdym kosem siedzącym na czubku drzewa można sobie pogadać – jeśli tylko się na to wpadnie i ma się chęć i czas, i trochę cierpliwości do kosów.

 

 

Na małej wyspie na Łabie każdy krzew ukazuje się w swojej wyjątkowej postaci z niepowtarzalnym cieniem, unikalnym szmerem na wietrze, własnymi kosami na gałęziach. Niesamowite zarośla – tak jakby były samą wyspą. (Lühesand, 7.6.)

 

„Ludzie uzależnili się od nadziei, nadzieja ich zaślepiła, to była ich zguba”. – Gerhard Roth

 

Upalne dni, prawie 40 stopni. Na klatce trzeszczy każdy drewniany schodek. Tak jakby schody chciały głośno opowiedzieć o minionych upalnych dniach i tygodniach, o dniach, kiedy przez upał skracano lekcje, a dzieci chroniły się na chłodnej klatce schodowej. Ale drewno z umarłych lat umie tylko trzeszczeć. (3.7.)

 

Sprzedawcy siedzą na schodkach przed swoimi sklepami i czekają na deszcz. A kiedy zaczyna padać, gdy zaczyna się ulewa, oni pozostają na schodkach. Może dzięki temu pozostają przy życiu! (Fuhlsbüttel, 7.7.)

 

Deszczowy dzień w Jutlandii. Wszystko wydaje się spowolnione w ciepłym wietrze, nawet wielkie mewy unoszące się nad bunkrem, na wpół zakopanym w piasku plaży.

 

„Kiedyś świat wyglądał tak” – mówi dziecko i pokazuje: „Nie było nic, nic poza trawą”.

PÓŹNE LETNIE POPOŁUDNIE

Spojrzałem w górę.
Ocean, który nazywamy niebiem, jest czysty.
Palące światło słońca rani moje oczy.
Instynktownie odwracam głowę.
Widzę poświatę odbijającą się po drugiej stronie wielkiego

lustra.
Mój umysł mówi mi, że to dobry dzień,
choć to był chłodny dzień.
Słońce chce mi coś powiedzieć
teraz, gdy o nim myślę.
Ale nie podoba mu się to, co sobie pomyślałem,
więc odchodzi, a jego miejsce zajmuje czerwono-pomarańczowa chmura.
Piękny błękitny ocean zmienił się w ciemną nieprzejrzystą płachtę.
Wszystko stało się w ciągu kilku minut.

Berlin, 20 September 2014

Berlin, 20 September 2014

Lukas Hoffman, Sophie-Scholl-Schule, Berlin

Obserwacje pogodowe z 1 kwietnia 2015

 

 

SINGAPUR, SINGAPUR

Kiedy wstaliśmy, spojrzeliśmy w błękitne niebo.

Wyszliśmy na zewnątrz i rozkoszowaliśmy się upałem na naszej skórze.

Byliśmy wdzięczni za każdą białą chmurkę, która rzucała trochę cienia. Im później się robiło, tym bardziej się ściemniało. Po kilku godzinach jasny błękit ustąpiła ciemnej szarości. Czuliśmy, jak robi się coraz bardziej przytłaczająco i wilgotno. Wielka ulewa, raczej krótka, próbowała ostudzić powietrze. Daremnie. Na horyzoncie dało się dostrzec jaskrawe błyskawice rzucające światło, po których następował głośny grzmot. Gwałtowna burza wywołała trochę poruszenia w spokojnej okolicy, ale po pół godzinie odeszła. Wieczorem już tylko miła ciepła bryza poruszała liśćmi palm i strącała z nich ostatnie krople wody.

 

(Kim Burkart)

 

DAHAB, EGIPT

Dzień na rafie Blue Hole – z rybiej perspektywy

O poranku obudziła mnie torba plastikowa, która przykryła wejście do mojej rozpadliny. W tej małej szczelinie w rafie spędzam każdą noc. Jeszcze kilka tygodni temu mieszkałam w większej rozpadlinie, bardziej na północ, ale zniszczyli ją nurkowie. Wiele domów moich przyjaciół zostało zniszczonych przez butle z tlenem i płetwy. Ilość wolnych szczelin mieszkalnych zaczyna się z wolna kurczyć…

Ale wróćmy do tej torby plastikowej. Takie torby o poranku mogą oznaczać dwie rzeczy: silny pływ, który przynosi na naszą rafę plastik z innych części Morza Czerwonego albo silny wiatr na powierzchni wody, który zgarnia do morza śmieci z ulic Dahab. Nie jest to najczystsze miasto. Podobno nie jest w nim aż tak źle, jak w innych miejscach, o których słyszałam, ale śmieci są tam wszędzie. Wiatr odgrywa tu wielką rolę w życiu ludzi. Kiedy jest wietrznie, rybacy nie mogą wypływać na pełne morze, bo fale są zbyt wysokie dla małych łodzi, nurkowie nie mogą popłynąć nurkować w każde miejsce, bo przy wysokich falach ciężko się wsiada na łódź, zaś uliczni sprzedawcy muszą biegać, żeby łapać swoje odfruwające towary. Tylko Kitesurferzy na swoich łodziach cieszą się z silnego wiatru. Ale tu, na naszej rafie, nie ma ich zbyt wielu. Trzymają się raczej bliżej hoteli. Blue Hole – mój dom – leży około pół godziny drogi od Dahab i sąsiadują z nim z jednej strony góra Synaj, a z drugiej morze. Mimo iż jest to najbardziej niebezpieczne miejsce do nurkowania na świecie i z każdym rokiem rośnie ilość ofiar śmiertelnych, nurkujących jest tu bez liku. Nurkowie nie przeszkadzają mi zbytnio, o ile trzymają się z dala od rafy i nie pozostawiają po sobie nic poza bańkami powietrza.

Jak już mówiłam, dzień jest bardzo wietrzny. Pod powierzchnią czuć, że woda jest zmącona. Wielu spośród moich przyjaciół żywiących się planktonem uwielbia taką pogodę. Fale i prąd przynoszą pokarm bliżej rafy, więc jest więcej świeżego jedzenia. Ja żywię się koralami, a ponieważ one jedzą plankton, mnie też cieszy odrobina wiatru. Ale wiatr oznacza też więcej nurków na Blue Hole. Dostęp do rafy jest osłonięty od morza i łatwy niezależnie od pogody. To sprawia, że rafa jest jedynym dobrym miejscem do nurkowania przy takim wietrze. Najczęściej nurkowie zachowują odległość i tylko przepływają nad nami. Ale niektórzy z nich zahaczają o koralowce i niszczą je w ten sposób. Najgorsi są nurkowie z większą ilością butli, bo niszczą rafę butlami przyczepionymi do brzucha. Trójka moich przyjaciół straciła w ten sposób swój dom.

Około południa słońce zdecydowało się wyjść i wiatr zelżał nieco. Jednak skutki wietrznej nocy były wciąż widoczne: torby plastikowe, puste puszki i opakowania wirowały w wodzie. Słońce rzucało promyki na plastik unoszący się nad naszą rafą i odnaleźć trochę piękna w tym smutnym widoku. I choć odbity blask dodawał śmieciom uroku, wiedziałam, że tak naprawdę w plastiku nie kryje się nic magicznego. Pewnie w ciągu następnych tygodni plastik zabije któregoś z moich przyjaciół.

Po krótkiej, pełnej słońca przerwie wiatr znów zaczął hulać po morzu. Około piętnastej pojawiła się drużyna Reef Checkers. To grupa nurków, którzy co roku wracają na naszą rafę, żeby badać jej kondycję. Rozwieszają nad rafą sznur i opisują wszystko, co znajduje się do określonej odległości od niego: ilość i gatunki ryb, bezkręgowców, stan podłoża, ilość zniszczonych korali itd. Ponoć zebrane tutaj dane pomagają ludziom lepiej zrozumieć rafy świata. Ludzie chcą wiedzieć, jak przez lata zmienia się rafa i znaleźć przyczyny problemów. Nie sądzę, żeby długo trzeba było szukać odpowiedzi. Naszym przekleństwem i przyczyną wszystkich naszych problemów są ludzie. Radzimy sobie ze sztormami, potopami i atakami koron cierniowych. Trudniej nam odzyskać siły nadwątlone przez nurków, którzy płetwami mącą piasek. Ten osadza się na koralach i dusi je. I jeszcze zostaje plastik, któremu potrzeba lat, żeby się rozłożyć. Plastik nie znika sam, w magiczny sposób. Wciąż jest go pełno. Tylko że nie widać go już gołym okiem. Moja przyjaciółka żółwica opowiadała mi o Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci. To ogromny obszar wypełniony ludzkimi śmieciami. Wiele sióstr i braci mojej przyjaciółki straciło życie, próbując umknąć plastikowej dżungli.

Mimo wszystko szanuję wysiłki drużyny Reef Checkers. Dzięki nim wiemy, że przynajmniej niektórzy ludzie przejmują się naszą sytuacją i chcą nam pomóc. Dziś zostaną wynagrodzeni widokiem młodego rekina wielorybiego. Przybył tu, żeby się najeść do syta planktonem naniesionym przez wiatr. Widzę poruszenie i radość wśród nurków i uśmiecham się do siebie. Gdyby tylko wiedzieli, jakie jeszcze rzadkie zwierzęta skrywa ta rafa.

Pozostała część dnia upływa spokojnie. Nie niepokoją mnie już nurkujący ludzie. Martwi mnie tylko murena falista kilka korali dalej, która od dłuższego czasu bacznie mi się przygląda. Wracam do mojej szczeliny z myślą, że mimo plastiku to był dobry dzień na mojej rafie.

(Silke Müller)

 

 

Klasa

by Manuel Plonsky

 

Wjeżdżając na szkolne podwórze cieszyłem się z pięknej pogody. Zapinałem rower i nie mogłem się już doczekać lekcji angielskiego. Dziś piątek. Mogłem pospać dłużej, bo odwołano nam dwie pierwsze lekcje. Przede mną cztery godziny lekcyjne i wspaniały weekend. Witam się z kolegami przy wejściu do szkoły i pogrążony w myślach, co też będę porabiał w ten weekend, wchodzę do klasy. Wtem zdaję sobie sprawę, że jest jakoś inaczej. Pachnie dziwnie, prawie jak w lesie. Rozglądam się wokoło i już wiem, dlaczego. Wszędzie są rośliny, pną się po ścianach, na podłodze korzenie, gdzieniegdzie mech, ptak wlatuje przez wybite okno. Nie wierząc własnym oczom robię krok naprzód i słyszę trzask. Stanąłem na linijkę, którą zostawiłem wczoraj w klasie. Schylam się, żeby ją podnieść i z poruszeniem przyglądam się jej pęknięciu.

Mój mózg zaczyna myśleć racjonalnie, więc mówię sobie, że musi być jakieś logiczne wytłumaczenie całej tej sytuacji. To nie sen, więc wychodzę z sali i z niedowierzaniem zauważam, że zatłoczony jeszcze przed chwilą korytarz jest pusty i wygląda tak samo jak klasa, z której wyszedłem. Jakby od dawna nie stanęła tam ludzka stopa.

Już wiem! To żart! Nie taki zwyczajny, tylko profesjonalnie przygotowany. Szukam wzrokiem kamer, ale żadnej nie znajduję. „Dziwne” – mówię sam do siebie, słysząc dobiegający gdzieś z kąta hałas przypominający śpiew. Zbliża się. Nie wiem, czego się spodziewać, więc chowam się we wnęce w ścianie, czekając, co się wydarzy. Źródło hałasu przybliża się. W końcu moim oczom ukazuje się starszy mężczyzna, na oko sześćdziesięcioletni, z brodą jak u świętego Mikołaja i krótkimi siwymi włosami. Stwierdzam, że nic mi nie grozi, więc wychodzę z wnęki. Mężczyzna odwraca się powoli w moją stronę i zaskoczony taksuje mnie wzrokiem od stóp do głów. „Dziś nie ma lekcji, stary” – mówi do mnie i odwraca się z tak głośnym śmiechem, jakby nie miał okazji tak się uśmiać od bardzo dawna.

Zdaję sobie sprawę, że to może być dla mnie jedyna szansa, żeby dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. Biegnę więc za nim i pytam go: „Dlaczego? Co tu się dzieje? Gdzie są wszyscy?”. A on, nie zatrzymując się, odpowiada: „Nie wiem, gdzie są wszyscy. Ale wiem, że w tym budynku od 25 lat nie było żadnego ucznia – po chwili dodaje – z wyjątkiem ciebie”.

Tłumaczę mu: „To niemożliwe. Byłem tu wczoraj”.

Mężczyzna odwraca się nagle, spogląda na mnie i mówi: “Chwila. Pamiętam cię. Jesteś tym chłopcem, który zaginął 35 lat temu”.

Co by było, gdyby…?

by Gina , Romain -Rollan-School

To był zwykły dzień. Przynajmniej przez większość czasu myślałam, że to będzie dzień jak codzień… A potem zdałam sobie sprawę, jak bardzo się myliłam.
Jesteście pewnie ciekawi, kim jestem. Mam na imię Kate i mam 16 lat. Jeszcze kilka dni temu wiodłam zwyczajne życie, ale od wczoraj wszystko się zmieniło.

Wstałam jak zwykle o 7.00 rano, ubrałam się i poszłam do szkoły. Miałam francuski, matematykę i chemię. Nic ciekawego.
A potem poszłam na angielski (wiem, zaczyna się nieciekawie), ale kiedy weszłam do klasy, aż mnie zatkało i szczęka mi opadła ze zdziwienia.
Znalazłam się w środku dżungli. Tak, dobrze słyszeliście, w klasie rosły drzewa i pięły się po nich inne rośliny. Spytałam sama siebie, czy to aby nasza klasa?
Nagle usłyszałam w pobliżu zdziwiony głos. Odwróciłam się i zobaczyłam moją najlepszą przyjaciółkę Lucie. Przynajmniej nie byłam sama w tych dziwnych okolicznościach.
– Co tu się dzieje? – spytała cienkim głosem.

– Wierz mi, Lucie, sama chciałabym to wiedzieć – przyznałam. – Nie mam bladego pojęcia.

– I co teraz? Może po prostu wyjdziemy stąd? – spytała.
Dobry pomysł. Było tak gorąco i wigotno, że nie mogłam się skoncentrować. Powiedziałam sobie: „Tylko bez paniki. Skoro jakoś się tu dostałam (to z pewnością nie była nasza szkoła), to pewnie się i wydostanę. Muszę tylko wymyślić, w jaki sposób”. Zaś na głos powiedziałam:

– Nie wiem, czy to coś da, ale spróbujmy.
Owszem, spróbowałyśmy się wycofać, ale czekało nas kolejne zaskoczenie: cała szkoła była porośnięta roślinnością. Szybko wróciłyśmy do klasy, lub do miejsca, które było naszą klasą.

– I co teraz?

– Nie możemy tu siedzieć załamując ręce. Zobaczmy, jak wygląda sytuacja – powiedziałam, starając się sprawiać wrażenie, jakbym nie traciła głowy.
Przedarłyśmy się wzdłuż wysokich zarośli, tam gdzie powinna być ściana, w stronę, gdzie kiedyś było okno, a teraz rosły tam olbrzymie pnącza. Poszłam za głosem instynktu i odsunęłam rośliny, żeby zobaczyć, co jest dalej. Ku naszemu zaskoczeniu spoglądałyśmy teraz przez okno, owszem, okno w środku dżungli. Spojrzałyśmy po sobie ze zdziwieniem. Zdziwiłyśmy się jeszcze bardziej, kiedy nagle usłyszałyśmy dziwny hałas.
– Cz…czy słyszaś to? Ten przerażający ryk?

Pewnie, że słyszałam. Nie dało się go nie usłyszeć.

– Tam, za oknem.

Wyjrzałyśmy na zewnątrz, ale nic nie zobaczyłyśmy… jednak coś tam przecież było… Okolica wyglądała znajomo. Kiedy wyjrzałyśmy ponownie, to znów była nasza szkoła, znacznie bardziej zielona, porośnięta bujną roślinnością, jak nasza dawna klasa, ale miała strukturę naszej szkoły.

– Jak to możliwe? – wyszeptałam.

– Jeśli to nasza szkoła… – zaczęła Lucie, ale nie skończyła zdania.

Tuż przed nami było coś… Czegoś takiego nie widziałam jeszcze nigdy w życiu. To było… Ciężko mi to nawet opisać. Skrzyżowanie tygrysa o długich kłach z pancernikiem. Przestraszyłam się, ale z ulgą stwierdziłam, że dzieli nas od tej bestii szyba okienna.
Rzuciłam się do ucieczki przez ścianę zieleni. Wpadałam w coraz większą panikę, tak jak Lucie. Usłyszałyśmy, jak pazury szorują po pniach i murze, wydając ostry, przerażający dźwięk. Włosy stanęły mi dęba. Co robić?

– Kate, musimy wrócić.

– Tak, musimy wrócić do naszego wymiaru czasu.

Kiedy zjawił się ten potwór, przemknęło mi przez głowę, że byłyśmy w naszej szkole, ale z pewnością w dalekiej przyszłości… Wiem, że to brzmi dziwnie, ale tak musiało być.

– Co takiego? – zdziwiła się Lucie.

Próbowałam jej to wyjaśnić:

– Wygląda na to, że jesteśmy w przyszłości. Nie ma innego wytłumaczenia. Przeszłyśmy przez drzwi, które okazały się portalem do podróży w czasie.

– Żartujesz?

– Niestety, nie.

– Jak wrócimy do naszych czasów?

W tym momencie usłyszałyśmy hałas i spostrzegłyśmy z przerażeniem, że potwór już przedarł się przez chaszcze i mur. Teraz pędził z przyprawiającym o dreszcze rykiem prosto na nas. To, co nastąpiło, działo się jakby na zwolnionych obrotach. Chwyciłam Lucie za ramię i pociągnęłam za drzwi, tuż przed nosem potwora. Czułam na karku jego ciepły oddech. I wtedy nagle wszystko zniknęło. Nie było roślin, bestii. Znów byłyśmy w naszej szkole, w naszych czasach.
– Jak to zrobiłaś? – spytała Lucie.

– Przypomniałam sobie, że zanim się to wszystko zaczęło, zastanawiałam się, jak ta szkoła będzie wyglądać za 50 lat. I oto przyszła odpowiedź. Rośliny i zwierzęta przejmą to miejsce, a ich spokój będzie mógł zburzyć tylko człowiek. Ale myślałam o tym w naszych czasach i spytałam sama siebie, co by było, gdyby nas już tam nie było. I wtedy wyszłam za drzwi.
– Możesz się więc przenosić w czasie, zadając sobie pytanie: co by było, gdyby…?

– Na to wygląda.

– Całe szczęście, że zadałaś sobie to kluczowe pytanie.

Figowiec

Figowiec

Autor: Mirko Bonne 1 grudnia 2014 r.

Wszędzie odpadki lata, na każdej pochyłości pyszni się plastik. Wyrzucone, rozdeptane, pozostawione i zapomniane opakowania czegoś co było i nigdy nie wróci, flaszki we wszelkich barwach, przeżarte rdzą puszki, wypłowiała torba czy rozdarta walizka. Na skraju jezdni zaparkowane lata temu samochody, wraki, na wpół rozkradzione, na wpół rozwalone, zanieczyszczone ekskrementami i smarem. Przykucam, bo coś jasnego, co leży na asfalcie, wpada mi w oko – boska laleczka, która ma tylko pół głowy, a w ogóle nie ma ciała, ale na ustach wciąż uśmiech Afrodyty. W zeschniętej trawie w warstwach leżą resztki tego, czego nie dało się upchnąć w szczelinach i pęknięciach murów i ścian z raz po raz, i znowu ustawianych i rozrzucanych kamieni. W koronach drzew przycięte przewody, okablowanie gałęzi. Na plaży powódź szczoteczek do zębów, piana linek i siatek, czapek i długopisów, sznurowadeł, guzików i wyblakłych, wyłupionych oczu pluszowych zwierzątek. Na niedużej greckiej wyspie Simi, tylko kilka mil morskich od wybrzeża Turcji, nad przystanią rybacką stoi dom – jego krokwie, ściany wewnętrzne i podłogi zostały zniszczone przez drzewo, które stopniowo zajmowało dla siebie pozostałości ruiny. Piękny, ciemnozielony figowiec wyrasta z odpadków i śmieci, które wrzucano przez otwory okienne jak w otchłań, w której kryją się przymus przemijania i pustka, a czas i śmierć muszą ustąpić przed gwarnym życiem.

 

feigenbaum

 

 

 

 

 

 

 

 

Zdjęcia: Zanieczyszczone plastikiem Morze Śródziemne u wybrzeży Rodos (1), Dom z figowcem na wyspie Simi (2), Figowiec w Santa Barbara w Kalifornii (3)

 

Rzetelność w przedstawianiu faktów

Opowiedz to pszczołom. Dziennik australijski 14

 

O przepaści między faktami i odczuciami opowiada mi Meg, aktywiska ekologiczna z Greenpeace Australia Pacific w Sydney. Żeby przerzucić most nad tą otchłanią, konieczna jest, jej zdaniem, rzetelność w przedstawianiu faktów z naukowego punktu widzenia (integrity of facts), jednocześnie trzeba znaleźć nowe sposoby ich kojarzenia. Narracja i poezja mogą otwierać drzwi, które bywają zatrzaśnięte przed językiem naukowym czy sloganami i paragrafami polityki i prawa.
Literacki styl opowiadania i muzyka znaczeń wiersza potrzebowały przecież dziesiątek, jeśli nie setek lat, zanim uwolniły się z okowów funkcjonalizacji i instrumentalizacji.
Meg nie chodzi jednak o sprowadzenie literatury i poezji do służalczej roli, co najwyżej o zaprzestanie traktowania ich wyłącznie jako rozrywki. Dzieła literackie mogą opowiadać o zmianach klimatycznych, które dotyczą ludzi – mówi Meg – mogą przekształcać fakty i liczby, wypełniać je życiem, mogą je tłumaczyć.
Leard State Forest
Meg jest pięćdziesięciolatką w czarnej kurtce, o twarzy zahartowanej zmienną pogodą. Sprawia wrażenie gniewnej i smutnej. Spędziła kilka dni w areszcie po protestach przeciwko wyrębowi dużej części Leard State Forest, dzięki któremu koncern górniczy z Whitehaven chce podnieść wydajność kopalni Maules Creek. Maules Creek to ziemia Aborygenów. Lud Gomeroi od tysięcy lat zamieszkiwał te lasy. Przetrwało tam czterysta rzadkich i zagrożonych gatunków roślin i zwierząt. Meg wierzy w moc opowiadania i czar poezji, a także w to, że dzięki nim można dotrzeć do ludzi, gdyż poezja i opowieść są częścią każdej kultury, gdziekolwiek na świecie.

Meg jest pierwszą osobą, która podczas tych wszystkich spotkań, wykładów, dyskusji i pokazów nie boi się przywoływać słowa „Bóg”.
Opowiada o wierzeniach mieszkańców Kiribati, wyspiarskiego państwa w Polinezji, dawnej kolonii brytyjskiej zwanej Wyspami Gilberta. Zalanie wysp, które wystają tylko kilka metrów nad poziom wody, wydaje się naukowcom nieuniknione w obliczu spodziewanego podniesienia się poziomu mórz. Jednak wyspiarze nie zamierzają opuścić swojej ojczyzny, powołując się na przekaz ustny i Biblię. Kiribati uparcie wierzą w to, co im przekazał Bóg. Woda już nigdy nie zaleje Ziemi. A przecież Kiribati jest częścią Ziemi.
Meg opowiada o Bangladeszu. Pytała tam kobiety, czego najbardziej potrzebują. Kobiety z wybrzeża prosiły o przenośne piecyki, które można by zabrać ze sobą w razie kolejnej powodzi.
Opowiada o Aborygenach Wurundjeri. Wygnania i masakry przeżyło zaledwie około tysiąca osób, z czego połowa w rezerwatach, w których zostali odcięci od swych ziem, od zwierząt, drzew, rzek i świętych miejsc. Wurundjeri mówią: „Nie wyginiemy. Nie damy się.”
Opowiada o Inuitach i odgłosach Alaski. Eskimoskie nazwy miejscowych ptaków naśladują śpiew lub odgłosy tych ptaków. Dlatego od dłuższego czasu między Innuitami trwa dyskusja, co się stanie z nazwami, kiedy ptaki wyginą.
Opowiada o australijskich lirogonach. Naśladują one dźwięki ze swojego otoczenia. Coraz częściej słychać, jak wydają z siebie dziwne pstryknięcia, trzaski i forkot czy dźwięk migawki aparatów, jeśli mają okazję podsłuchać czegoś innego, niż odgłos piły elektrycznej.

Lyrebird 1932W podaniach plemienia Kulin lirogon jest tłumaczem zwierząt. W wierzeniach tego ludu wszystkie zwierzęta miały kiedyś wspólny język, zanim chciwość i zazdrość sprawiła, że oddaliły się od siebie. Tylko lirogon zachował umiejętność komunikowania się ze wszystkimi zwierzętami, które przestały się wzajemnie rozumieć.
Opowiadam Meg o tym, że w Hamburgu kosy naśladują dźwięki dzwonków telefonów komórkowych, pewnie dlatego, że są skołowane. Być może obłęd, byłby dla nich rozwiązaniem.
Meg jest aktywistką, a ja – wręcz przeciwnie. Czuję się rzucony w świat, przymuszony do trwania w stanie przytomności dniem i nocą, bez wytchnienia, między wszystkimi możliwymi światami, bezbronny wobec niezrozumiałych dla mnie obyczajów i jeszcze dziwniejszych uniesień, szukając otuchy w wierze, a to, co piszę, ma kogoś poruszyć, sprawić, żeby miał oczy szeroko otwarte tam, gdzie ja chciałbym w zasadzie już tylko spać, śnić i godzinami zapisywać w notatniku wspomnienia, żeby nie przepadły, jak wszystko inne.
Meg, wspominając na marginesie o Bogu, wie, gdzie szukać winnych: „Władza dopuszcza się zbrodni wobec Australii, tak samo, jak wobec Australijczyków. Nikt z tym nic nie robi. Jesteśmy otoczeni przez zbrodniarzy. Sami nimi jesteśmy.”

Mirko Bonné
Zdjęcia: Leard State Forest (1): leardstateforest.com; „Niewiarygodny lirogon”, Ambrose Pratt, 1932 (2)

 

Po półtora dnia lotu przez pół świata

Opowiedz to pszczołom. Dziennik australijski 1

Piękne światło pierwszego poranka w Melbourne: jakby południe całego świata chciało nagle stać się jasnoniebieskie. Jeszcze nie widziałem żadnego ptaka, ale przez całą noc słyszałem świergot klimatyzacji z dachu sąsiedniego budynku, zupełnie jakby siedziało tam stado papużek falistych. Nagle słyszalne stały się przybierające na sile uderzenia skrzydeł wiatraka, może to był tylko sen, ale wtedy rozległa się syrena straży pożarnej pędzącej ulicą. Przez półtora dnia przeleciałem przez pół świata, od Abu Dhabi przez Sri Lankę, nad Oceanem Indyjskim, mijając Perth i Adelaidę. Przebudzić się przy takim świetle… z nierealności swego życia choć raz się tak przebudzić…
Nie zapomnij: z wiosny wleciałeś wprost w jesień. A gdzie się podziało lato? Jesienny kwiecień dociera do mnie dopiero w ogrodach Carlton Gardens, gdzie przechadzam się pod platanami i kasztanowcami i słyszę pierwsze przedziwne ptaki, ich trzaski i kwiki, nerwowy rumor, nie szeleszczenie, tylko brzęczenie, grzechotanie. Wszędzie pełno liści, ale powietrze jest łagodne, ciepły wiatr, na niebie cirrostratusy, trzy razy potężniejsze niż nad Hamburgiem, Frankfurtem czy Paryżem. Przez kolejne dni w Melbourne wciąż obserwuję potężne masy obłoków, które napływały przeważnie z zachodu nad rzekę Yarra i zdawały się nieuchwytne w swym pędzie, choć wiatr ledwie muskał korony drzew. Pogoda zmienia się tu nagle, równie szybko, jak zapada zmierzch, trwający może dwadzieścia minut. Chłodny, dżdżysty poranek poprzedza południe pełne słońca, popołudnie szarpane podmuchami, przyciemnione chmurami i wieczór, gdy po pomarańczowym niebie szybują trzy fregaty.

Mirko Bonné

Lima

Ta powódź w Pasawie,
która jest nieunikniona – co wnosi
na szczyt klimatyczny, co ze sobą
niesie? Szybciej niż topnieją
alpejskie lodowce, licytuje się
ziemie w Australii, pożary lasów w Kalifornii,
powodzie w Bangladeszu czy zatapianie
archipelagu Tuvalu
i zmienia się je w sumę zysków. Zmiany klimatyczne,
Handel klimatyczny. Zielone niebo
nad Limą w ostatnim dniu
konferencji, tak też połyskuje morze
i chmury szpaków świszczących
nad portem Acon, na widok których ktoś taki
jak Auden pomyślałby, że każdy powinien kochać
obojętnie kogo albo wszyscy zginiemy, co tenże
Auden wyraża w nieco drastyczny sposób, pisząc:
Musimy się kochać, a potem umierać.

dla Ulricha Schreibera