‚Ciągle Tutaj Jesteśmy′: wyrzut sumienia, narodowa psyche i kraj

Ostatnio miałem szczęście doświadczyć przyjaźni i mądrości innych Aborygenów działających na rzecz uznania naszej kultury i historii w zgodzie z ochroną środowiska, zarówno dla Aborygenów jak i szerszej społeczności. W ostatniej rozmowie z moim bliskim przyjacielem, Bruce’m Pascoe, mówił on o nieobecności jakiegoś prawdziwego poczucia wyrzutow sumienia w kolonialnej psyche. Nie odnosił się do chwilowego poczucia winy, którego niektórzy biali Australijczycy doświadczają wobec kradzieży aborygeńskiej ziemi i historii przemocy skierowanej przeciw naszym ludziom. Wierzę, że Bruce rozważał coś daleko głębszego. Posiadanie spokojnego i wygodnego obrazu kolonizacji w Australii wymaga niewiele myślenia w ogóle, nie mówiąc już o odpowiedzialności za grzechy przeszłości. Prawdziwy wyrzut sumienia, wymagający więcej od ludzi, dałby wyniki bezcenne dla wszystkich Australijczyków. Z wyrzutem sumienia przychodzi refleksja. Z wyrzutem sumienia niech przyjdzie uznanie – i z tym wszystkim – wzajemne poszanowanie. O to Bruce’owi chodzilo.

[mapa 22 - Wisząca Skała, Wiktoria, Australia]

[mapa 22 – Wisząca Skała, Wiktoria, Australia]

Widzę silne związki między tym brakiem wyrzutów sumienia, późniejszą nieobecnością refleksji, a regresywnym stanowiskiem Australii w sprawie zmiany klimatu ogólnie, a degradacji naszego środowiska w szczególności. Widzę także jasny związek między brakiem woli chronienia środowiska naturalnego i rabunkową polityką australijskiego rządu wobec aborygeńskiego kraju. Tak samo, nieposzanowanie kulturalnych i suwerennych związków tubylców z ojczyzną to ostatecznie atak na wszystkich Australijczyków.

Australijski rząd próbuje obecnie unieważnić umieszczenie na liście Światowego Dziedzictwa 74,000 hektarów starego lasu w Tasmanii, w celu zezwolenia na wznowienie wyrębu. Ważne tubylcze święte miejsca w granicach obszaru Światowego Dziedzictwa znowu zostaną zagrożone, jeżeli wpis na listę Dziedzictwa zostanie unieważniony. Jest to czyn haniebny. Biorąc pod uwagę historię przemocy i powtarzane próby wywłaszczenia i wytępienia, którym stawia czoła tasmańska tubylcza społeczność, miałoby się nadzieję, że szersze społeczeństwo nie pozwoli, żeby ta przemoc trwała. Gdybyśmy byli naprawdę skruszonym narodem, możliwe że stosowne zrozumienie i refleksja doprowadziłyby do bardziej świadomego punktu widzenia. Ale w kraju, gdzie głosi się frazesy na temat praw Aborygenów, taka refleksja nie jest możliwa.

Czytając gazetę wczoraj rano (Age – 14 czerwca 2014), w eseju Andrewa Darby’ego czytałem o odwadze Ruth Langford i Linton Burgess’a, dwojga Aborygenów, spośród wielu innych, którzy walczą by uratować ich kraj i ochronić wpis na listę Światowego Dziedzictwa lasu deszczowego otaczającego ważne kulturalne miejsca. Podczas wizyty na tym terenie ostatnio, ta para ′wołała do starych ziomków … dajmy im znać, że jeszcze tutaj jesteśmy′.

Jesteśmy jeszcze tutaj

Proszę, rozważcie przez chwilę głęboką odwagę tego czynu. Rozważcie, że aborygeńskie narody ziemi, której przyszło otrzymać nazwę ‘Tasmania’ od brytyjskich mieszkańców kolonii, oparły się aktywnym próbom ludobójstwa przez ponad 2oo lat i dzisiaj dumnie stają, by chronić zarówno swoich przodków jak i swoje dzieci. Ruth Langford, Linton Burgess i Aborygeni Tasmanii są bohaterami dla Aborygenów w całej Australii. Powinni oni też być uważani za bohaterów przez naród, bo walczą w obronie ich kraju i środowiska. Czyniąc to, chronią całą planetę.

W przyszłym tygodniu Ruth Langford dołączy do naukowców i działaczy ekologicznych na dorocznym spotkaniu Komitetu Światowego Dziedzictwa w Doha, w Katarze, próbując powstrzymać posunięcie australijskiego rządu. Życzę jej i jej odważnym ludziom pełnego sukcesu – zawsze byłem, zawsze będę.

 

Tony Birch

‘G′day’ z City College w Footscray, Australia

Image: Footscray City College – och, to jest

Footscray City College – och, to jest „so cool” (tak twierdzi Tony Birch)

 

„G′day” [witajcie] z City College w Footscray, Australia!

Footscray City College to państwowa szkoła w zachodniej części Melbourne, w Australii. Mamy w tej szkole 46 różnych narodowości i prawie 1000 studentów. Spoglądamy z góry na jedną z wielkich dróg wodnych Melbourne, potężną rzekę Maribyrnong. Jesteśmy pełną zapału gromadką dzieci w wieku 14 i 15 lat, z kilkoma znakomitymi, zaangażowanymi nauczycielami. Odkrywamy miasto Melbourne, jak również naturalny krajobraz, który je otacza.

Tutaj jest film, który zrobiliśmy w naszym pierwszym dniu ze Stacjami Pogody.

Nasza grupa współpracuje z Tony Birch’em i z Wheeler Centre w zakresie książek, pisania i pomysłów na to, jak poprawić nasze własne pisanie i wiedzę o zmieniającym się klimacie. Tony napisał wiele powieści, między innymi Shadowboxing i Blood. Wheeler Centre jest organizacją, która organizuje rozmowy i imprezy dla publiczności na wiele tematów, włącznie z pisaniem, zmianą klimatu, i wiele więcej.

Naszym celem jest sprawić, żeby ludzie mówili o zmianie klimatu, a także, jak to mogłoby dotknąć nas na naszych własnych osiedlach, ulicach i w domach. Chcemy żeby ludzie na całym świecie wiedzieli, że myślimy i jednoczymy się w tej kwestii. Nie tylko chcemy, żeby ludzie myśleli o zmianie klimatu, chcemy sprowokować ich do działania.

Oczekujemy niecierpliwie podzielenia się naszą pracą ze wszystkimi z innych podstacji, w Berlinie we wrześniu!

– Studenci z Podstacji Footscray City College

Połamany Anioł

[mapa 10 - Połamany Anioł, Carlton Cemetery, Melbourne, Australia]

[mapa 10 – Połamany Anioł, Carlton Cemetery, Melbourne, Australia]

Poszedłem dzisiaj na cmentarz z moim psem, Ellą. Ma ona jedenaście lat, chore biodro i woli swoje posłanie od dobrego spaceru. Wybraliśmy się odwiedzić grób mojej babki. Zmarła ona w 1996, w wieku 88 lat. Żyła, jak to mowią, pełnią życia. Urodzona na Cape Barren Island, w cieśninie Bass Strait, między Wiktorią a wyspą Tasmanią, moja babka została jako małe dziecko wysłana do sierocińca na tasmańskim lądzie. W wieku dwunastu lat przepłynęła statkiem na gapę przez ciśninę do Wiktorii. Dwa razy brała ślub, miała siedmioro dzieci i parodiowała Al Jolsona, kiedy była pijana.

Pochowana jest ze swoim mężem, moim dziadkiem, Patrickiem Corcoranem. Irlandzki katolik, był on pracowitym człowiekiem, który jednego popołudnia w 1953 przyszedł do domu z pracy, wszedł do łazienki, podciął sobie gardło i wykrwawił się na śmierć. W tym grobie jest też pochowany mój wujek, Michael Anthony Corcoran, który został zamordowany w 1963, mając zaledwie osiemnaście lat. Nigdy nie spotkałem mojego dziadka, oczywiście, ale wyraźnie pamiętam Michaela. Był wesoły, psotny i był oczkiem w głowie mojej babki.

Na cmentarzu pozwoliłem Elli powęszyć dookoła nagrobków, kiedy porządkowałem rodzinną kwaterę. Wypieliłem, zmieniłem mętną wodę w naczyniach i zastąpiłem zniszczone plastykowe kwiaty nowszymi, które wiatr rozrzucal po terenie cmentarza, zdmuchnięte z grobów, na których były pierwotnie umieszczone. Przed wieloma laty wypełniłem słój kamieniami, skorupami i szkłem z plaży, które zbierałem po całym świecie: z rzeki w Szkocji, plaży w Chile i z ulic Nowego Jorku. Wypełniłem słój wodą, zapieczętowałem i umieściłem go na grobie. Dzisiaj opróżniłem ten słój, wyczyściłem go i wymieniłem wodę.

Usiadłem na grobie i myślalem o nich, o mojej rodzinie – tam w dole. Wiem, że mój dziadek troszczył się o swoją rodzinę. I był on bardzo opiekuńczym człowiekiem. Nikt nie wie, dlaczego odebrał sobie życie, ale moja matka wierzy, że obawiał się, że nie będzie nigdy mógł dostatecznie ochronić swoich dzieci. Nie jestem pewny, co to znaczy. Kiedy myślę o moich własnych dzieciach – jest ich pięcioro – nigdy nie jestem pewny, czy niepokoję się o nie za bardzo, czy nie dosyć. Czasami myślę, że jest moim zadaniem by je uratować – zrozumiały, ale śmieszny wniosek.

Czy cokolwiek z tego jest istotne dla kwestii Zmiany Klimatu? Myślę, że tak. Moja babka żyła całe życie w biedzie. Jej codzienną troską było znaleźć dość jedzenia, by nakarmić rodzinę; by obejść ulice centrum miasta podczas zimy, pchając wózek, w poszukiwaniu drewna na opał, by utrzymać ciepło w domu. Byliśmy ze sobą blisko, kiedy dorastałem. Ona nauczyła mnie, że jeżeli nie zabezpieczymy naszym rodzinom i sobie nawzajem podstaw życia – żywności, ciepła i schronienia – wszystko inne jest bezwartościowe. I co więcej, jeżeli nie dostarczymy tych podstawowych rzeczy po równo wszystkim w społeczeństwie, powinniśmy się wstydzić samych siebie.

Alma Corcoran nie była żadnym marksistowskim ekonomistą czy aktywistą politycznym. Nie miała prawie żadnej szkoły i była bezpośrednią i nieromantyczną kobietą. Ale wiedziała dużo o nadmiarze – i nienawidziła go. Jeśli kiedykolwiek dobrze jej się wiodło, kiedy kredens był pełny i lodówka zaopatrzona, otwierała swoje drzwi frontowe i zapraszała sąsiadów na specjalny posiłek. Ona nauczyła mnie, że nie jest w mojej mocy nikogo uratować, nie mówiąc o moich dzieciach. Ona też nauczyła mnie, że jestem tylko małą częścią większej całości.

Tony Birch

Rybitwa

Unknown

Już od ponad roku mój starszy sąsiad, Jack, porządkuje swoje życie i pozbywa się niektórych rzeczy. Chociaż nie jesteśmy rodziną i znamy się tylko parę lat, wiele z tego, co jest mu już nieprzydatne, trafiło do mnie.

Zaczął od tomów  ‘Encyklopedii Australijskich Traktorów Tractorsand i Nowoczesnego Rolnictwa’ w twardej oprawie. Zaoferował mi je pewnego słonecznego ranka, kiedy rozmawialiśmy ponad chudym żywopłotem z lawendy, który uchodzi za rozdzielające nas ogrodzenie.

Jack zna swoje traktory i uwielbia mówić o nich. Gdyby był zawodnikiem w starym telewizyjnym quizie Mastermind, traktory pewnie byłyby jego ′specjalnym tematem′.

Jack spędził swoje aktywne życie zawodowe sprzedając traktory w całej Wiktorii w spółce ze swoim bratem bliźniakiem, Ronnie’m. Założyli biznes razem i parę lat później ożenili się z dziewczynami ze swojego rodzinnego miasta – w tym samym kościele i w tym samym dniu.

Zaplanowali tez po przejściu na emeryturę osiedlić się na dwóch sąsiadujacych ze sobą działkach przy plaży na zachodnim wybrzeżu. Ale zaledwie kilka miesięcy przed odejściem z biznesu pikap prowadzony przez Ronnie’ego został podczas powodzi zmyty z mostu, kiedy próbował przejechać wezbrana rzekę gdzieś koło Colac. Roztrzaskany wrak w końcu odkryto kilka mil w dół rzeki od miejsca wypadku, ale ciało Ronnie’go nigdy nie zostało odnalezione.

Pomimo że niezwykle odczuwał brak Ronnie’go, niemniej Jack przystąpił do realizacji swojego planu emerytalnego, podczas gdy wdowa po Ronnie’m sprzedała ich działkę ′jakiemuś typowi z miasta′, jak lekceważąco mowi o nim Jack. Chociaż ′typ z miasta′ zbudował dom w sąsiedztwie Jacka, rzadko odwiedzał go przez następne lata, aż wystawił go na  sprzedaż.

Kupiłem dom od wdowy po Ronnie’m marząc o wyremontowaniu go w czasie pisania wielkiej powieści. Ale od wprowadzania się wykonałem bardzo niewiele pracy i nabazgrałem nie więcej niż kilka akapitów.

W dodatku do swoich książek o traktorach Jack przekazuje mi też przez żywopłot swoje stare narzędzia. Prawdę mówiac są mi one przydatne tak samo jak książki o traktorach.  Nie to, że nie doceniam hojności Jacka, ale nie potrafiłbym prosto rabnąć w gwoźdź choćby zależalo od tego moje życie.

Jack bardzo dba o swoje narzędzia. Nasmarowane powierzchnie metalu są wolne od rdzy, a drewniane rękojeści są wypolerowane do gładkości przez lata używania. Chociaż nie spodziewam sie, że zrobię coś z nimi, każdy dar, czy to szufla, młotek czy jakaś odmiana prostej piły ręcznej jest dodawana do kolekcji trzymanej w pokoju za kuchnią, który ma okno na podwórze.

Jest to też pokój, gdzie uprawiam moje pisanie. Albo dokładniej, gdzie powinienem spędzać mój dzień pisząc.

To, co niefortunnie nazywam „dniem pisania” zaczynam przy swoim biurku, uzbrojony w filiżankę herbaty i trochę inspiracyjnej muzyki – moją ′piszącą muzykę′ jak ją optymistycznie nazywam. Mój roboczy ranek, który jest wcale niedługi, polega na gapieniu się wymiennie na ekran komputera i przez okno, na zarośnięty ogród bardzo potrzebujący troski, której nie mogę mu zapewnić, bo jestem zajęty pisaniem.

Po mniej więcej godzinie, czasami wcześnej, dochodzę do wniosku, że dzisiaj nie jest dobry dzień na pisanie. Więc wstaję od biurka,wychodzę z domu i idę na tył ogrodu. Potem prześlizguję się przez lukę w ogrodzeniu i kieruję się ku plaży.

Kiedy zaczynałem moje codzienne spacery na plażę, Jack był zawsze obok mnie. Faktycznie to Jack pokazał mi tajną ścieżkę, ukrytą pod olbrzymim drzewem herbacianym [tea-tree] tuż poza moim tylnym ogrodzeniem. I to Jack poprowadzil mnie tą ścieżką do plaży, gdzie podzielił sie ze mną drugim sekretem.

Rankiem tamtego pierwszego spaceru właśnie zrezygnowałem z kolejnej sesji pisania, kiedy Jack zobaczył mnie przemierzającego frontowy ogród. Prowadziłem poszukiwania, nie historii, ale skromnego zdania, albo być może jednego słowa, które mogłoby mnie zastartować.

′Hej, synu′ zamachał do mnie przez żywopłot .

Pewny, że coś musi dręczyć człowieka wydeptującego ścieżkę na swoim podwórku, Jack przeszedł dookoła żywopłotu, zastąpił mi drogę i zapytał, czy mógłby pomóc. Kiedy wyjaśniłem, że jestem dosyć pewny, że złapala mnie niemoc twórcza, spojrzal mi w oczy, zarówno zaintrygowany jak przejęty.

′Niemoc twórcza?′ powtórzył do siebie kilka razy. ′Nigdy o tym nie słyszałem. Co to takiego?′

′No cóż, Jack. To jest tak, jakby mieć problem, którego nie możesz rozwiązać. Albo ideę, ktorej szukasz. Ideę ze słowami. Ale słów nie możesz znaleźć′.

Oczy Jacka rozjaśniły się, był pewny, że on znał rozwiązanie.

′Dobrze, w połowie masz rację, że próbujesz rozpracować swój problem przez  spacer. Ja robię to samo. Pospaceruj i uporządkuj sobie w głowie. Ale chodzenie dookoła w kołko? To nie jest dla ciebie dobre.  Musisz pójść po linii prostej.’ Machnął ręką w kierunku niskich wzgórz za naszymi sąsiadującymi z sobą domami. ′Linia prosta, synu. Linia prosta.′

A potem poprowadził mnie na koniec swojego ogrodu i wskazał lukę między dwoma słupkami w ogrodzeniu za jego szopą.

′Myślałem żeby tu zrobic furtkę,′ udzielił mi wyjaśnienia Jack,  kiedy przeleźliśmy przez ogrodzenie. ′Byłoby łatwiej niż robić to każdego ranka. Ale żeby ci powiedzieć prawdę, to nie byłaby taka zabawa. To sprawia, że czuję się trochę jak dziecko′.

Dostrzegłem przed nami wąską ścieżkę, znikającą poniżej baldachimu drzewa herbacianego. Szedłem za Jackiem wzdłuż ocienionej ścieżki, która wznosiła się ostro, osiągnęła szczyt a potem spłynęła łagodnie w dół do plaży między piaszczystymi wydmami, a falami złotej trawy.

Jack czekał na mnie na plaży kiedy przechodziłem pas piasku zaśmieconego wiórami twardych jak rzemień morskich wodorostów. Nie śpieszyliśmy się idąc dalej, gawędząc i zatrzymując się od czasu do czasu, by podziwiać olśniewające kolory w skalnych basenach między plażą a oceanem. Kiedy Jack identyfikował gatunek każdej  ryby przemykającej się przez lasy wodorostów, czułem się jak chłopiec drepczący radośnie za swoim ojcem.

Szliśmy tak być może pół godziny, kiedy Jack zeszedł z plaży i wszedł na trawę. Przeszedł ze trzydzieści metrów i zatrzymał się. Kiwnał głową w kierunku płytkiej depresji w gruncie.

′To jest to′. Wskazał  na punkt, na który gapiliśmy się obaj, chociaż nie miałem najmniejszego pojęcia, co powinienem tam zobaczyć.

Oczy Jacka rozszerzyly sie. ‚No, co myślisz?′

Znowu popatrzyłem na przygniecioną warstwę trawy. ′Co myślę o czym, Jacku?′

Jeżeli usłyszał moje pytanie, zignorował je.

′Przybywają każdego lata. Są tu, od kiedy mam swój dom. I tysiące lat przedtem, powiedziałbym′.

′Kto przybywa, Jack?′

′Nie kto, synu. Co. Rybitwa′.

Powiedział to słowo – rybitwa – cicho i spokojnie, jakbym powinien wiedzieć bez pytania, do czego się odnosi.

Potem Jack odwrócił się i ruszył z powrotem wzdłuż plaży. Zaskoczył mnie przejściem w trucht.

Biegłem za nim. ‚Rybitwa, Jack? Co to jest?′

On zatrzymał się na plaży biorąc głęboki oddech.

′ Rybitwa popielata’ [The Arctic Tern] udzielił wyjaśnienia ruszając dalej. ′To jest ptak. Odważny ptaszek. Przybywa prosto tutaj, na tę plażę, każdego lata, ze szczytu świata, spod arktycznego koła podbiegunowego. 20,000 mil leci, by dostać się tutaj. A potem, później w tym samym roku leci znowu z powrotem. Ten sam dystans. Większość ludzi nigdy nie może zobaczyć tego ptaka. Spędza większość swego życia w powietrzu′.

Popatrzyłem ponad oceanen na horyzont, a potem w górę na puste niebo. ‚To musi być duży ptak, Jack, żeby przelecieć całą tę drogę?′

′No,′ zakpił. ′Rozpiętość skrzydeł, być może stopa w poprzek, trochę więcej. A sam ptak,′ Jack zacisnął swoja sękatą pięść, ′niedużo większy niż to′.

Gwizdnąłem z podziwem. ′Wiec widziałeś go, Jack? Tego ptaka?′

Popatrzył na mnie i  jego twarz złagodniała, ale nie powiedział nic więcej.

Kiedy szliśmy w kierunku domu, od czasu do czasu spoglądałem przez ramię na jasne poranne niebo, zadajac mu więcej pytań o ptaka.

′Spod koła podbiegunowego, Jack? Jak one się tu dostają?′

′One lecą,′ zaśmiał się.

′Ale jak, Jack? Skad one wiedzą, gdzie lecą?′ Znowu popatrzyłem do tyłu na horyzont. ′Całą tę drogę.′

Zatrzymał się i położył rękę na moim ramieniu. Byłem zaskoczony siłą jego chwytu.

′One pamiętają, synu. Stąd wiedzą. Zajmuje im to miesiące, by dostać się tutaj. Czytałem o tym. Naukowcy tropili tego ptaka do każdego miejsca odpoczynku po drodze.

Zatrzymują się w tym samym miejscu każdego roku. One nigdy nie zapominają, gdzie były, albo dokąd zmierzają. To jest ich sekret. Nigdy nie zapominać. Zapamiętaj to, synu′.

Znowu chwycil moje ramię. ′I wiesz, co jeszcze?′

Czekał na moją odpowiedź, ale nie miałem żadnej. ′Co jeszcze, Jack?′

Jego oczy błyszczały czystą satysfakcją.

′One mają długie życie, to znaczy, jak na ptaka. Więcej niż dwadzieścia lat, niektóre. Całe to latanie, pomyślałoby się, że to powinno je zmęczyć. Ale nie męczy. Cała ich siła pochodzi z tego lotu. I inna rzecz. Przez cały ten czas, one łączą się w pary na całe życie. Lecą przez cały świat do tego samego miejsca i tego samego partnera, każdego roku. Co ty na to, ha?′

Kiedy po spacerze wśliznęliśmy się z powrotem przez ogrodzenie, Jack zaprosił mnie do swojej ogrodowej szopy.

′Mam tutaj coś dla ciebie,′ powiedział, robiąc do mnie oko żartobliwie .

Jego szopa była wzorem porządku. Ogromne zapasy gwoździ, śrub, bolców i nakrętek leżały w oznaczonych etykietą szklanych słojach wzdłuż tylnej sciany drewnianego stołu do pracy, pod oknem wychodzącym na podwórko. Jego narzędzia ogrodnicze: szufle, grabie i kilofy różnych rozmiarów stały na baczność pod jedną ścianą, podczas gdy jego piły, młotki i wiertła zwisały z uchwytów powyżej narzędzi ogrodowych.

Nie było w zasięgu wzroku żadnego narzędzia o napędzie mechanicznym .

Różne kawałki drewna, niektóre z nich ′rzadko spotykane’ według Jacka, leżały na podwyższonym stelażu wzdłuż tylnej sciany szopy.A poniżej kolekcji drewna, druga półka była schludnie zastawiona kilku tuzinami puszek farb i lakierów.

′Czego szukamy, Jack?′ Zastanawiałem się na głos, kiedy on grzebał w szopie.

′Mojej lornetki,′  odpowiedział przeszukując karton oznaczony grubym ołowkiem RÓŻNE DROBIAZGI .

Kiedy nie znalazł swojej lornetki w  pudełku, Jack wyszedł z szopy i wrócił z drewnianą drabiną. Oparł ją o tylną ścianę  i przystawił koniec drabiny do górnej półki, gdzie spoczywał naftowy grzejnik, inne kartony i stara walizka.

Kiedy testował stabilność drabiny zaoferowałem moje usługi. ‘Czy mogę pomóc, Jack? Wejdę tam na górę za ciebie′.

Machnięciem ręki kazał mi odejść stawiając stopę  na dolnym szczeblu drabiny. Wspiął się na półkę i odsunął jeden z kartonów na bok, sięgając do drugiego pudełka. Kiedy to zrobił, pudełko rąbnęło w walizkę. Odskoczyłem w momencie, kiedy waliza zwaliła się na podłogę.

′Cholera′ szepnął Jack do siebie spogladając przez ramię w dół na walizkę.

Przeszukał jeszcze kilka pudełek, zanim wyciągnął z jednego z nich wytarty skórzany futerał do lornetki. Wyjął lornetkę z futeralu. ′Tutaj jest′.

Stałem u dołu drabiny, kiedy podał mi lornetkę. Była w doskonalym stanie  – ciemny metal, chrom, szklane soczewki, każda powierzchnia odbijała światło słoneczne wypełniajace okno szopy.

Jack zszedł po drabinie i oparł rękę na moim ramieniu. ′Kiedy ona będzie odlatywać tego lata, ta rybitwa, będziesz na nia przygotowany′.

Popatrzyłem na szkła. ′Ale jak ona wygląda, Jack? Nie umiem odróżnić jednego ptaka od drugiego′.

Jack odpowiedział wręczając mi książkę z półki nad stołem do pracy – ‘Ptaki Wędrowne Świata’. Kiedy kartkowałem szybko strony, on skoncentrował się na walizce, która spadła na podłogę. Podniósł ją za ucho i potrząsnął walizką. Usłyszałem coś szeleszczącego wewnątrz łagodnie. Popatrzyłem na Jacka, ąeby sprawdzić, czy on to też usłyszał .

Podrapał się w głowę. ′Co my tu mamy?′

Położył walizkę na warsztacie, zaczął ja odpinać i zawahał się na moment zanim ją  w końcu otworzył. Przysunąłem się bliżej do warsztatu i popatrzyłem w dół na olśniewające cekiny naszyte na dziewiczo-białą tkaninę tego, co wydawało się być suknią ślubną.

Jack sięgnął do walizki i wyjął suknię. Tulił  ją w ramionach jak nowonarodzone dziecko. ′To jest suknia ślubna mojej żony’ wyjaśnił. ′Ona odeszła już ponad dziesięć lat temu′.

Powoli okrążył pokój, przyciskając suknię do ciała, jak gdyby tańczył z nią walca. Kiedy zobaczyłem, że ma łzy w oczach, wyszedłem do ogrodu, zostawiając go samego.

Kiedy Jack w końcu wyszedł ze szopy, zaprosił mnie do domu. Kiedy siedzieliśmy przy drewnianym stole popijając z kubków słodką herbatę, mówił o ich czterdziestu pięciu latach małżeństwa i o śmierci jego żony po krótkiej, ale bolesnej chorobie.

′Wszystkie te lata w drodze, podróżując od miasta do miasta. Powinienem był być z nią w domu. Zrozumiałem to dopiero, jak ją straciłem. Spędziliśmy w tych latach więcej czasu z dala od siebie, więcej nocy w oddzielnych łóżkach, niż tam, gdzie powinniśmy byli być, w swoich ramionach′.

Poczułem, że powinienem coś powiedzieć. Chciałem powiedzieć Jackowi, że jestem pewny, że oni  bardzo kochali się nawzajem i że ich czas spędzony razem nadrobił z nawiązką te osobne noce. Ale nie mogłem tego powiedzieć. Czułem, że nie znam go dość dobrze,  by to zrobić. A poza tym, byliśmy mężczyznami, więc powiedziałem to, czego się od mężczyzn oczekuje przy takich okazjach.

′Byłeś daleko ciężko pracując, Jack, dla was obojga. Jestem pewny, że ona to rozumiała′.

Wpatrywał się w dno swojego kubka myśląc o tym, co powiedziałem.

′Oboje rozumieliśmy′, odpowiedział w końcu. ′Pewnie masz rację. Ale to niczego nie zmienia. Te osobne noce dają w sumie lata separacji. Zmarnowane lata′.

To było na początku ostatniej wiosny, kiedy po raz pierwszy zauważyłem zmianę w Jacku. Pewnego ranka stałem przy skrzynce pocztowej,  kiedy on wykrzyknął do mnie zza żywopłotu. ′Ron! Hej Ronnie, chlopcze!′

ŚmiaŁ sieę  i machał do mnie, zanim szybko odwrocił wzrok. Wydawał się zmieszany i zakłopotany. Obszedłem żywopłot. Jack grzebał w ziemi czubkiem buta studiując nagi skrawek trawy w trawniku.

′Jack. Czy ty jesteś OK?′

Nie patrzył na mnie. ′Tak. Jestem w porzadku, synu. Właśnie myślałem o czymś.  Nie zwracaj na mnie uwagi. Jestem po prostu stary głupiec′.

W następnych tygodniach musiałem zwrócić kilka z narzędzi Jacka, po tym, jak zwierzył mi się, że zapodział gdzies młotek czy piłę – ′ nie chcę sprawiać kłopotu, ale czy masz jakąś, ktorą mogę pożyczyć na kilka dni?′

Zauważyłem także, że jakby spowolniał i rzadziej schodził  ze mną na plażę. Kiedy zapukałem do jego drzwi jednego ranka wczesnym latem, nie było żadnej odpowiedzi od Jacka. To się nigdy przedtem nie zdarzyło.

Ruszyłem ściezką do luki w tylnym ogrodzeniu samotnie, z futerałem lornetki wiszącym na mojej szyi na skórzanym pasku. Kiedy osiągnąłem grzbiet powyżej plaży wyjąłem szkła z futeralu i przejrzałem horyzont. Były dookoła dużo ptaków, mewy przeważnie, ale ani śladu Jack’owej rybitwy błękitnej.

Gdyby Jack był ze mną, zapytałby: ′Jest tam coś dzisiaj?′

Po tym, jak odpowiedziałbym, jak zawsze robiłem: ′Nic dzisiaj rano, Jack′, on byłby przez chwile rozczarowany zanim by sie pocieszyl: ′Jutro. Być może jutro′.

Po spenetrowaniu nieba zszedłem przez wydmy i wzdłuż plaży do miejsca, gdzie – jak był przekonany Jack – ptak ostatecznie wróci. Nie było go tam. Kiedy zawróciłem w kierunku domu, zauważyłem kogoś na plaży w oddali, oddalającego się od mnie. Chociaż zaskoczony widokiem  jego sztywnej jak drut sylwetki, byłem pewny, że to Jack. Podniosłem szkla. Kierował się w stronę przybrzeżnej kipieli.

Biegnąc ku niemu krzyczałem ′Jack! Jack!′

Nie obejrzał się aż byłem prawie przy nim. Przyjrzał mi się dokładnie, nawet trochę podejrzliwie. ′Ronnie? Ronnie?′ Cofnął się o krok. ′Ronnie Boy? No, niech mnie diabli. Gdzie się podziewałeś?′

Wyciagnąłem do niego rękę. ′Przepraszam, Jack, ale nie złapałem cię dzisiaj rano. Pewnie zaspałem. Chodź. Wróćmy razem piechotą do domu ′.

Rozejrzał się po plaży, gdzie kilku nastolatków leżało na trawiastym brzegu powyżej przyboju. W swoich ciemnych piankach błyszczących w słońcu przypominali kolonię fok.

Potem Jack odwrócił się i spojrzał w kierunku, z którego przyszliśmy. Patrzył w dół na piasek, na wgniecenia śladów, jakie jego stopy zrobiły w piasku zaledwie kilka minut wcześniej. Śledził ich drogę w tył wzdłuż plaży, gdzie przypływająca fala sunęła łagodnie po piasku i połchłaniała je.

′Do domu?′ wyglądał na oszołomionego.

′Tak. Do domu, Jack. Powinniśmy już wracać′.

W tej chwili coś mu się ułożyło w całość. Wyraz niepewności zamienil sie w spokój, a potem w lekki uśmiech rozpoznania. Popatrzył w dół na moja otwartą dłoń jak gdyby to była niezamierzona obraza jego niezależności.

Odsunął mnie na bok. ′Chodź dalej, synu.  Mam ci coś do pokazania′.

Idzie zima i Jack nie chodził ze mną po plaży od tamtego ranka. Nieco ponad tydzień temu byłem na ścieżce kierując się ku plaży, kiedy rozszalała się burza. Kiedy ulewny deszcz przesiąkał przez moj wełniany sweter i workowate dresowe spodnie, pomyślałem o wycofaniu się, albo co najmniej wróceniu do domu po płaszcz nieprzemakalny. Na chwilę zatrzymałem się na ścieżce, zanim zdecydowałem się pójść dalej.

Niskie niebo nad horyzontem było sine od ciężkich chmur, podczas gdy deszcz, niesiony przez porywisty południowy wiatr, siekł mnie po twarzy. Chociaż wydawało się, że niewiele jest sensu kłopotać się wyciąganiem lornetki z futerału, wyjąłem ją jednak i przeszedłem przez rutynowe przeszukiwanie horyzontu.

Najpierw zauważyłem statek towarowy, przeładowany wielobarwnymi kontenerami. Statkiem rzucało po bielą krytym morzu jak modelem z Lego. Dopiero kiedy uniosłem szkła do nieba, pochwyciłem okiem cień na tle chmury, a potem ciemną plamę ptaka.

Chociaż to była tylko krótka obserwacja, natychmiast uwierzyłem, że właśnie zobaczyłem rybitwę. Była w zasięgu mojego wzroku tylko kilka sekund, zanim zniknęła. Usadowiony na szczycie zbocza, przeszukiwałem horyzont jeszcze przez pół godziny albo więcej, ale nie zobaczyłem ptaka ponownie.

Zanim dostałem się z powrotem do domu byłem mokry do kości i drżący z zimna. Wrzuciłem moje ubranie do pralki, wziąłem prysznic i prześledziłem myśli, które zajmowały mnie, gdy szedłem z plaży do domu. Po ubraniu się opuściłem dom i pobiegłem dookoła żywopłotu do ogródka przed domem Jacka. Zapukałem do jego drzwi kilka razy, ale nie odpowiedział. Wróciłem do domu i zrobiłem sobie filiżankę herbaty. Potem poszedłem do saloniku i przewertowałem mój zbiór płyt CD, aż znalazłem jakąś ‘muzykę do pisania’ – Żelazo i Wino.

Usiadłem przy moim biurku, w stęchłym zapachu książek o traktorach i natłuszczonych powierzchni metalu, i napisałem następujące słowa do samego siebie:

Rybitwa ma ostry krwistoczerwony dziób i nosi  czarny kaptur z białą czapką. Kiedy rybitwa żeruje na łąkach i niskich wydmach, gdzie przygotowuje swoje gniazdo, jej prawdziwe piękno pozostaje ukryte pod warstwą nudnych szarych piór. Ale kiedy rozwija ona swoje skrzydła w locie, szczególnie kiedy szybuje, co robi by oszczędzać energię, ptak eksponuje swoją świetlistą mieszaninę bogatego ubarwienia. Rybitwa jest ptakiem siły i piękna.

– Tony Birch

 

Tam Gdzieś

[mapa 4 - Tam Gdzieś - ′Mantra na Kent′, Sydney, Australia]

[mapa 4 – Tam Gdzieś – ′Mantra na Kent′, Sydney, Australia]

Tam gdzieś

 

Planeta, jaką znamy,

bracie, absolutnie nie ma

wątpliwości – Australia –

ten kraj, jaki znamy,

gdzieś tam, jesteśmy:

 

płynący i solący

rozdzielający, fenologizujący

i znikający

gdzieś tam

 

dziesięć razy szybciej

dziesięć razy dwa

po dwa po dwa

posuwający się do krawędzi

krawędzi

 

Lista życzeń dla zbawienia planety

mała historyjka

to historia sroki

przestrzeń pomiędzy

faktem i odczuciem jest

bombą zegarową

rafa jest kanarkiem w

kopalni węgla Whitehaven

2 stopnie będą

końcem korala i

szóste wymarcie

wykończy nas wszystkich

jeśli umiesz przeliterować

Wiek Człowieka

powiedz mi tedy:

jaka jest wartość

głosu ptaka

kiedy ptak

już nie istnieje?

 

Tony Birch

Zmiana klimatu – dzieje sie, jest tutaj i nie gra w tym Brad Pitt.

P1060770
Artykuł w ostatnim numerze Guardian’a (′Utrata raju: ludzie wygnani przez bomby atomowe, a teraz przez zmiane klimatu′, 9 marca 2015) dostarcza smutnej lektury o społecznościach cierpiących obecnie dewastujące skutki zmiany klimatu. Ludzie z Wysp Marshalla i Kiribati na Pacyfiku mają do czynienia z ′brakami żywności, suszą i powodziami’, a jednocześnie podnoszący się poziom morza sprawi, że ich ziemia i domy staną wobec nieuchronnego unicestwienia. Są to te same społeczności, które poprzednio znosiły degradację środowiska i zatrucie ich ziemi i ich ciał z powodu amerykańskich testów atomowych, wykonywanych krótko po Drugiej Wojnie Światowej. Podobne doświadczenia kolonialnej przemocy były udziałem tubylczych narodów na całej kuli ziemskiej przez setki lat (i więcej). W Australii na przykład, Aborygeni i wyspiarze z Torrens Strait Islands doświadczyli zniszczenia ziemi, systemów wodnych i delikatnej równowagi ekologicznej kraju — na kontynencie i otaczających wyspach – od chwili brytyjskiego przybycia na dobre w 1770.

Dla tubylców, skutki zmiany klimatu to nie sprawa przyszłości. To zdarzyło się w przeszłości i to zdarza się teraz. Faktycznie, to nie jest zdarzenie przyszłe dla jakiejkolwiek społeczności — chociaż wiemy, że tak zwane narody ′trzeciego świata′ i biedni ludzie ogólnie, doświadczają jego skutkow coraz srożej i natychmiast, w miarę jak wpływy zmiany klimatu nabierają szybkości. Jest też pewne, że te same społeczności będą cierpieć w większej mierze w najbliższej przyszłości.

Chociaż taka jest żałosna rzeczywistość, jest też faktem, że tubylcze społeczności poprzednio stające wobec środowiskowych wyzwań — z powodu przymusowych zewnętrznych okoliczności — były pomysłowe i elastyczne w swojej reakcji w obliczu ogromnych trudności. Nie próbuję w tym punkcie być nadmiernie albo strategicznie optymistyczny. Oczywiście, choćby w samej Australii, nie tylko pewne środowiska i ekologie zostały zupełnie zniszczone … ale wytępiono i kilka tubylczych narodów. Że inne tubylcze społeczności na terenie Australii odżyły spod zagrożenia zniknięciem i kontynuują podtrzymywanie cennych naturalnych i kulturalnych zasobów, to świadectwo odwagi, przemyślności i kreatywności.


 

Ostatnio czytałem sporo fantastyki—część z tego to całkiem dobre ‘czytadła’. Ale mam parę pytań. Czy te opowiadania o zagrażającej apokalipsie są czymś w rodzaju zachodniego fetysza? I czy te historie usypiają ludzi, żeby myśleli, że fikcyjna przyszłość zniszczona przez zmianę klimatu (przez każdego z nas, faktycznie) to nic więcej jak katastrofa wyprodukowana narracyjnie dla naszej zabawy? Scenariusz przedstawiony w tych historiach to często asortyment zagrażajacej meteorologicznej katastrofy, głodu, przemocy i egzystencji mniej więcej typu „dog-eat-dog” (albo w wypadku ” Drogi” Cormaca McCarthy, ludzi jedzących noworodki i małe dzieci). Scenariusze obecne w spekulatywnej fikcji, a również w części fantastyki naukowej i katastroficznych filmów, dla niektórych społeczności nigdy nie były beletrystyczną rozrywką. One są częścią historii. I nie tylko kolonialnej historii — licząc zrzucenie bomb atomowych na miasta Hiroszimę i Nagasaki — ale przykładem zarówno ekologicznych, jak ludzkich strat spowodowanych przez wojnę. (Jak obszary Środkowego Wschodu kiedykolwiek zdołają zregenerować się po barbarzyńskich atakach na środowisko naturalne i fizyczne?)

Ostatnie debaty o zmianie klimatu obejmują dyskusję na temat ′początku nowej epoki ludzkości′ (Guardian, 11 marca 2015)— Anthropocene, opisanej jako ′geologiczny punkt czasowy, w którym ludzie osiągnęli panowanie nad ziemią′ i punkt zaznaczający dramatyczny wzrost w ocieplaniu się planety. Ogólnie, uzgodnione zostało, że Anthropocene zaczął się około roku 1750 (albo trochę później) jako rezultat rozpoczęcia Rewolucji Przemysłowej i szybkiego wzrostu spalania paliw kopalnych. Nowa analiza podaje tę datę w watpliwość i lokuje ten punkt około 1610, odnosząc zmianę ludzkiej dominacji nad planetą do ′nieodwracalnego transferu zbiorów i gatunków pomiędzy starym i nowym światem’. Może tak być. Ale czegoś brakuje w wielu prasowych omówieniach tej kwestii (i w akademickim pismiennictwie również).

Nie, żeby podnieść tę sprawę jako ćwiczenie w zabawie w szukanie winnych, ale trzeba też zauważyć, że nie wszystkie społeczeństwa i nie wszyscy ludzie ′osiągnęli panowanie nad ziemią′ — czy to w roku 1610 czy w 1750 (albo w ramach projektu modernizacji, na dobrą sprawę). Anthropocene wyrósł z szybkiej industrializacji połączonej z rozwojem kapitalizmu i globalnej kolonizacji. Możliwe to było przez eksploatację poszczególnych społeczeństw i kultur — tubylcow i kultur rolniczych, by wymienić dwie — przez tych dążących do ekspansji i zysków kosztem innych. Aktualnie, globalne społeczeństwo, ale szczególnie zasobniejsze społeczności w granicach globalnego społeczeństwa, stają wobec wyzwania, którego w historycznych warunkach poprzednio uniknęły. Warto zauważyć, że dużo dyskusji na temat daty urodzenia Anthropocene — skupianie się na wędrujących zbiorach albo wynalazku maszyny parowej, być może — uznaje łagodną, nawet przypadkową interwencję w ocieplanie planety, pozwalając nam odwołać naszą odpowiedzialność. Ale nie jesteśmy widzami. Jesteśmy aktywnymi czynnikami. Nasze środowiskowe ingerencje nie były wynikiem jakiegoś naukowego przypadku. One były świadome, proaktywne i czasami gwałtowne.

Na spotkaniu, w ktorym uczestniczyłem w tym tygodniu, kilka osób wyraziło pogląd, że nawet mówienie o zmianie klimatu, a tym bardziej działanie w tej sprawie jest zbyt ‚depresyjne’ żeby o tym myśleć. Wydaje mi sie to dziwne… i zgryźliwie, być może, uważam to za luksusowe wygodnictwo. Na całym świecie są ludzie i społeczeństwa, które spędzają całe życie walcząc nie tylko o przetrwanie, ale starając się ponownie zregenerować siebie samych i ich ciężko ranne kraje, ich domy, z powodu niszczycielskiej ludzkiej interwencji w ich życie. Są także ci, którzy nigdy nie stanęli wobec takiej trudności. Co gorsze, są to często członkowie społeczeństw, które w poważnym stopniu skorzystały z eksploatacji innych. A mimo to nie mogą oni zmusić się, by zadziałać w decydujący sposob.

Nie mam na myśli działania zapobiegawczego, tak jakby zmiana klimatu miała dopiero się pojawić. Jak stwierdziłem powyżej, zmiana klimatu jest tutaj. Ale właśnie, dlaczego siedzimy dookoła czekając by apokalipsa ukazała się ponad wzgórzem, jak to często robi w filmach? Dlaczego żyjemy z takim poczuciem beznadziejności? Podejrzewam, że gdzieś głęboko, wielu z nas dało się oszukać. Myślimy, że jesteśmy w filmie i że właśnie kiedy pomyślimy, że już po wszystkim, inny typ człowieka przybędzie przez to samo wzgórze, umięśniony, z kompletem olśniewajaco białych zębów.

Nazwiemy go Bohaterem. I on nas uratuje.

 

Tony Birch

Czas

Świat zjechał do Limy, podobno z zamiarem ocalenia planety. Sygnały są do nas wysyłane w microsekundowych doniesieniach. Jesteśmy Tutaj Żeby Działać. Oczywiście, nie naprawdę. Lima jest ćwiczeniem w semantyce, propagandzie i okazją do fotografii, która na pewno nastąpi po gorących dyskusjach. Dominować będzie hasło naglącej potrzeby, desperacji w poszukiwaniu communiqué, żeby nią zamachać przed zbierającym się tłumem, w stylu Chamberlina. To stała praktyka takich zebrań od ponad dekady. Dużo gadania i mało działania w sprawie Zmiany Klimatu. Australijski rząd niepotrzebnie tak denerwował się tym uczestnictwem. Nie było żadnej potrzeby, żeby twardogłowy minister, Andrew Robb, eskortował minister spraw zagranicznych, Julie Bishop, do Peru. Nawet gdyby zażądała ona rzeczywistych cięć w paliwach kopalnych, poparła sprawę odnawialnych źródeł energii i powiosłowała z powrotem do Australii by wgryzć się w jej własne emisje, to i tak nie spowodowałoby to żadnej różnicy w wynikach. (Być może zakłopotałoby to jej Prezesa Rady Ministrów, Tony Abbotta, a być może nie – nic nie wydaje się zdolne wprawić go w zakłopotanie).

Może wydać się niekonsekwencją sugestia, że nagląca potrzeba jest ostatnim retorycznym efektem jakiego potrzebujemy. Na pewno, stan planety jest rozpaczliwy. Wbrew minister Bishop twierdzącej, że australijska – nie, światowa – Wielkia Rafa Koralowa jest w doskonałym stanie, szanowani naukowcy ostrzegają nas raz po raz, że rafa jest w strasznej sytuacji. Takiej, która może spowodować jej śmierć. Mógłbym rozwodzić się tutaj o innych aspektach naglącej potrzeby: o sprawie czystego powietrza, zanieczyszczenia dróg wodnych, suszy, coraz bardziej nieokiełznanych zdarzeń meteorologicznych, i tak dalej i tak dalej. Dziwne, być może, ale nie uważam żeby rozmowy o pilnej potrzebie i panikowanie mogły nas doprowadzić gdziekolwiek. Język może prowokować niektórych do działania i temu przyklaskuję. Działanie jest niezbędne. Ale wielu ucieka w strachu, zagrzebuje głowy w przysłowiowym piasku i nie robi nic. Ten nastrój paniki został strategicznie wykorzystany przez rząd Abbotta w Australii i inne administracje na całym świecie.

Pilna potrzeba to język, który pozwala, żeby politycy wyglądali na bardzo zajętych. Nie lekceważę faktu, że wielu obecnych w Limie – organizacje pozarządowe, grupy tubylcze i sami członkowie rządu – przyjechało z zadaniem stworzenia czegoś ważnego. Ale potrzebujemy efektu większego, niż kolejny arkusz papieru popchnięty w naszą strone, podczas gdy, paradoksalnie, rzeczywiste zmiany prowadzące do reakcji na zmianę klimatu następują z prędkością lodowca. (Chociaż, przypuszczam, lodowce w dzisiejszej dobie poruszają się trochę szybciej?)

Jakkolwiek rozpaczliwa stała się nasza sytuacja, trzeba działać cierpliwie, nie panicznie. Tylko w ten sposób da się osiągnąć istotną zmianę. W konsekwencji, myślę więcej o sposobach na to, aby przywiązanie tubylców do ziemi oraz filozofia środowiska i ekologia dostarczyły nam zarówno intelektualnej jak i naukowej drogi w przyszłość. (Wspomniałem o tym przy jakiejś okazji podczas swojej ostatniej ′europejskiej trasy′, prawie bez odzewu. Myślę, że większość ludzi w Europie, tak jak biała Australia, spycha tubylczą wiedzę do statusu romantycznego folkloru, w najlepszym wypadku.)

Rozmawiając ostatnio z przyjacielem, mówiłem o praktyce ‘łagodnych oczu’, stosowanej przez niektóre tubylcze społeczności w Australii (i wydaje mi się, na całym świecie) w widzeniu ziemi. Nie mam kwalifikacji, żeby wchodzić w zawiłości tej praktyki. Byłoby to zarówno głupotą jak i brakiem szacunku, próbować tutaj wywodzić kulturalną i intelektualną wartość ′łagodnych oczu’. Ale czuję się kompetentny by odnieść się do tego, co uważam za szeroko rozumianą kulturalną lekcję do przyswojenia sobie. ′Łagodne oczy’ to patrzenie na ziemię i niebo i wodę w taki sposób, który nie pozwala skupić się na pojedynczym przedmiocie czy miejscu.

Nie widząc niczego ze szczegółową dokładnością, człowiek może zająć się bardziej całością. Innym aspektem ′łagodnego oka’ jest, że potrzeba cierpliwości i czasu, żeby zarówno opanować technikę, jak zareagować odpowiednio na to, co się faktycznie widzi.

Po Limie będzie Paryż i kto wie co jeszcze. Nie sprawdziłem mojego planu. Ale, mówiąc słowami aborygeńskiego autorytetu i poety dziewiętnastego stulecia, ′wszyscy stajemy się kośćmi … każdy z us′. Jest w tych prostych słowach holistyczna rzeczywistość. I lekcja dla każdego z nas. My

Tony Birch

(tłum. A.Habryn)

 

 

Przejdźmy się – numer jeden – Tony i Nina

[map 23 - Mr Wolf, Yarra River, Melbourne]

[mapa 23 – Mr Wolf, Yarra River, Melbourne]

Jak mówimy o miejscach, które kochamy? Jeżeli nie jesteśmy poetami, jeżeli nasza edukacja była ograniczona, jeżeli powiedzenie do kolegi nastolatka: ′kocham to miejsce′, wywołuje zakłopotanie (ogólne) i skutkuje ośmieszeniem i prawdopodobnym upokorzeniem, jak możemy wyrazić swoją płomienną lojalność i przywiązanie do jakiegoś miejsca? Kiedy byłem nastoletnim chłopcem, kochałem mój kawałek rzeki Yarra w obrębie Melbourne. Żyłem w dzielnicy komunalnych domów, typowej brutalnej odpowiedzi architektonicznej na globalny trend do ′burzenia slumsów′ w powojennej erze ′rekonstrukcji′. Najwięcej czasu spędzaliśmy w blokowisku odkrywając nowe sposoby rozbijania się nawzajem o betonowe ściany – które dominowały zarówno we wnętrzach naszych mieszkań jak i w otaczającej przestrzeni na zewnątrz.

[mapa 24 - mój literacki bohater, Barry Hines]]

[mapa 24 – mój literacki bohater, Barry Hines]

Niezależnie od mojego występnego zachowania w szkole, zawsze byłem żarłocznym i poważnym czytelnikiem. Moją ulubioną powieścią w czasie kiedy odkryłem rzekę, była Barry’ego Hinesa ‘A Kestrel For A Knave’ (Pustułka dla szelmy), historia rozgrywająca się po drugiej stronie świata w ponurym północno-angielskim górniczym mieście. Główny bohater, Billy Kasper, jest chłopcem poddawanym przemocy: w domu, na ulicy, w szkole i na boisku do piłki nożnej. Billy jest chłopcem, który wędruje i zakochuje się w dzikich miejscach otaczających jego miasto. Zakochuje się też w ptaku, pustułce – Kes.

Ta książka dotknęła mnie głęboko i na długo. Czułem wielkie powinowactwo z Billym i odczuwałem podziw dla autora książki. Wydawało mi się niezwykłe, że pisarz umiał stworzyć historię, która zdołała przemierzyć kulę ziemską i wywrzeć na mnie taki wpływ. Hines stał się pierwszym literackim bohaterem mojego życia i pozostał takim po dzień dzisiejszy. Kiedy pisałem moją pierwszą książkę, Shadowboxing, myślałem o Billym Kasprze i Kes każdego ranka zanim usiadłem do pisania. I zastanawiałem się czy będę umiał, jak Barry Hines, napisać historię, która trafiłaby do nastolatków.

[map 25 - Shadowboxing]

[mapa 25 – Shadowboxing]

W Shadowboxing i w każdej książce, jaką od tej pory napisałem, przedstawiałem historię o rzece, za każdym razem próbując artykułować coraz wyraźniej moją głęboką z nią więź. Chociaż nie powiedziałbym, że nie udało mi się słowami wyrazić ogromu mojego przywiązania, jest dla mnie jasne, że moje słowa i opowieści muszą jeszcze w pełni zadowolić mnie samego – jak powinno być przypadku każdego pisarza próbującego przekazać ideę za pośrednictwem krajobrazu.

Ważniejszym dla mnie odkryciem jest, że kiedy byłem nastolatkiem, nie posiadałem ekspresji językowej wystarczającej by przekazać moją miłość do rzeki Yarra. A teraz gdy ją mam, słowa ciągle jeszcze zawodzą. Być może to jest dobra rzecz? Mój (nieco dojrzalszy) umysł i moje dzieło nie mogą już wyrazić tamtej miłości – tego, jak czułem rzekę, jak żyłem nią, wędrowałem nią, pływałem w niej i śniłem o niej, kiedy byłem chłopcem.

[Nina Birch szukająca zburzonego domu swojego ojca - Abbotsford, Melbourne]

[Nina Birch szukająca zburzonego domu swojego ojca – Abbotsford, Melbourne]

Wczoraj poszedłem na spacer z moją szesnastoletnią córką, Niną, wzdłuż rzeki Yarra. Po drodze wstąpiliśmy do mojej matki na filiżankę herbaty. Ona ma około siedemdziesięciu pięciu lat i całe życie przeżyła w promieniu paru mil od centrum miasta. Chociaż jako dzieci spędziliśmy wiele lat usuwając się z drogi komornikom, policji i rządowym buldożerom, nigdy nie podróżowaliśmy daleko, żyjąc według reguły przekazanej mojej matce przez jej matkę: ′jeżeli nie możesz usłyszeć dzwonka tramwaju, kiedy w nocy leżysz w łóżku, mieszkasz zbyt daleko.′

[mapa 27 - ′Dzieci slumsów’ wyglądają na szczęśliwsze niż powinny być, 1966; autor drugi z lewej]

[mapa 27 – ′Dzieci slumsów’ wyglądają na szczęśliwsze niż powinny być, 1966; autor drugi z lewej]

Po wyjściu z domu mojej matki poszliśmy wzdłuż pasa zieleni oddzielającego melbourneńską Wschodnią Autostradę od wąskich ulic wiodących w dół, do rzeki. Pas zieleni niegdyś był ulicą szeregowców, pełnych dzieci, i stołów kuchennych, i podwórek ze szczekającymi psami. To wszystko minięło. Kiedy wskazałem pewne miejsce na pasie roślinności i powiedziałem Ninie, że stoi na schodkach wejściowych mojego dzieciństwa, obejrzała się jak gdyby w poszukiwaniu ducha. Dom, w którym wtedy mieszkałem, został zburzony pod budowę autostrady. Stał tak blisko rzeki, że mogłem leżeć w łóżku w nocy i czuć zapach wody płynący do mojej sypialni i mogłem słyszeć wodę przelewjącą się przez Dights Fall, nie więcej niż kilkaset jardów od mojej tylnej bramy.

[mapa 28 – Dights Falls, Abbotsford, Melbourne]

[mapa 28 – Dights Falls, Abbotsford, Melbourne]

W latach kiedy obijałem się nad rzeką, była to resztka przemysłowej dzielnicy z dziewiętnastego stulecia. Przędzalnie bawełny i fabryki zostały zbudowane wzdłuż niższego brzegu rzeki. Pracownicy fabryk żyli stłoczenieni w wąskich domach budowanych w cieniu kapitalistycznej ekspansji. Same Dights Falls, zbudowane nad ′naturalnym′ wodospadem, były tworem ludzkiej ręki. Napędzały turbinę w przylegającej sterowni, która dostarczyła wodę do fabryki. W czasie kiedy ja zamieszkałem rzekę, ponad 100 lat później, zarówno przędzalnia jak i sterownia były już w ruinie; tym lepiej dla nastolatków wysuwających roszczenia do własnego miejsca.

[mapa 29 - ściana sterowni]

[mapa 29 – ściana sterowni]

Nina i ja zrobiliśmy fotografie przy wodospadach i przeszliśmy na drugą stronę do sterowni. Ruina wprawdzie została zabezpieczona, ale jej przeszłość jest stale obecna; w zastarzałym zapachu wody stojącej na dnie sterowni, wilgotnych mchów pełznących w górę po ścianach z czerwonej cegły i w dochodzących z ciemności poniżej chrobotliwych odgłosach, które mogłyby być wydawane przez wyginane wiatrem nagie gałęzie drzew. Albo przez rzeczne szczury, które widywaliśmy jako dzieci, beztrosko buszujące w błocie, śmieciach i chwastach. Pokazałem różne miejsca koło wodospadów, gdzie jeździliśmy rowerami, gdzie skakaliśmy ze skał do wody i gdzie odkryliśmy wypalone wraki skradzionych samochodów. Nie powiedziałbym, że Nina była zadrosna o historie z moich lat dorastania, ale wiem, że ona sama czuje pragnienie odkrycia własnych miejsc; miejsc poza kontrolą, poza zasięgiem wścibskiego wzroku władz, rodziców i natrętnych kamer CCTV. Takie miejsca trudniej znaleźć we współczesnym mieście, ale mam nadzieję, że ona trafi na nie zanim będzie za późno, zanim dorośnie.

[mapa 30 - Nina odwiedzająca miejsce pięknie marnowanej młodości jej ojca]

[mapa 30 – Nina odwiedzająca miejsce pięknie marnowanej młodości jej ojca]

Zostawiliśmy wodospady i skierowaliśmy się w dół rzeki ku miastu, mijając nieskończoną liczbę kanałów, które zmywają śmieci z ulic do wody. Kiedy byłem chłopcem, nie było niczym nadzwyczajnym widzieć chemikalia zrzucane bezpośrednio do wody z fabryk powyżej. Aż do lat siedemdziesiątych, niższy bieg Yarry był ogólnie akceptowany jako otwarty kanał ściekowy przemysłu. Pływanie w tym było ryzykowne (czego sam doświadczyłem jako nastolatek, zbierając ropiejące owrzodzenia i dziwne wypryski po pływaniu w rzece). W latach siedemdziesiątych, melbourneńska gazeta Age zaczęła kampanię ′Daj szansę Yarra′, starając się podnieść zarówno prestiż rzeki jak i poziom świadomości obywateli. Kampania odniosła pewien sukces i rzeka stała się czystsza (chociaż przez lata, zdarzyło się wiele porażek).

[mapa 31 - człowiek wyrażający gniew wobec gwałtu wyrządzanego jego rzece Yarra

[mapa 31 – człowiek wyrażający gniew wobec gwałtu wyrządzanego jego rzece Yarra

 Często czułem gniew z powodu trucia mojej rzeki. Czasami widziałem martwe ryby w wodzie, w okolicy wylotów kanałów. Albo strugi oleju i farby dryfujące w dół rzeki z prądem. Wówczas, nie pomyślałbym, że środowiskowe szkody wyrządzane mojej rzece możnaby powstrzymać. Czułem się bezsilny. Moi rodzice byli bezsilni. Moja społeczność nie miała głosu, który mógłby być słyszany. Jedyne, co mieliśmy, to nasz gniew. Świadomość ekologiczna była pojęciem nie do wyobrażenia. Dzisiaj, tak wielu z nas ma świadomość. I jesteśmy też lepiej poinformowani. A także, mamy gdzie formułować i wyrażać nasze obawy. A mimo to wielu z nas czuje taką samą bezsilność.

Dlaczego tak jest? Nie mogę tutaj dać odpowiedzi. Jest to, jednakże, nić przewodnia w moim myśleniu i pisaniu dla projektu Stacje Pogody.

[mapa 32 - Nina odwiedza inny dom dzieciństwa jej ojca - Ulica Nicholson , Abbotsford, Melbourne]

[mapa 32 – Nina odwiedza inny dom dzieciństwa jej ojca – Ulica Nicholson , Abbotsford, Melbourne]

Zostawiliśmy rzekę i poszliśmy do sklepu Armii Zbawienia w Abbotsford. Nina kupiła wełniany rozpinany sweter a ja znalazłem koszulkę i bluzę do biegania. Chodzę do ‘ciucholandów’ ponad 50 lat. Kocham woń tych miejsc. One pachną życiem, użyciem raczej niż odrzuceniem. Zatrzymaliśmy się żeby zrobić ostatnie zdjęcia, innego domu, w którym mieszkałem w latach siedemdziesiątych. Nina zapytała, czy dobrze mi się mieszkało w tym domu. ′Tak. Byłem tu szczęśliwy. Nigdy nie byliśmy daleko od wody′.

Dom został solidnie odnowiony i przyniósłby ładną sumkę na aukcji. Pamiętam, mijałem ten dom wiele lat temu, kiedy był naprawiany. Wtedy też czułem gniew. Kiedy my wynajmowaliśmy ten dom, miał on dziury w dachu, ścianach i podłogach. Podnosząca się wilgoć sięgała sufitu, a jedynym źródłem gorącej wody był ′wiórowy piecyk′. Rozdrażniło mnie, że trzeba było kogoś z pieniędzmi, żeby uczynić ten dom zdatnym do mieszkania.

Teraz już tak nie myślę. Jestem po prostu szczęśliwy, że jest jeden dom mojego dzieciństwa, który nie został zniszczony spychaczem w imię jakiegoś wielkiego planu. Na frontowej werandzie był rowerek dziecka i zabłocona para ogrodowych butów. Są w tamtym domu dzieci, bawiące się i krzyczące i śpiące. Jest ktoś mieszkający w tym domu, kto przekopuje swój ogród i przycina swoje róże i siedzi na krześle na frontowej werandzie w popołudniowym słońcu. Mam nadzieję, że ci ludzie kochają swój dom.

 

Tony Birch

 

(tłum. A Habryn)

 

Zaufanie i nasze dzieci

Bunjil Shelter - The Black Ranges, Western Victoria

Bunjil Shelter – The Black Ranges, Western Victoria

Schronienie Bunjila to najbardziej znaczący obiekt sztuki skalnej w południowo-wschodniej Australii. Jest to także jedno z najstarszych schronień, ma około 6000 lat. Każdego roku turyści odwiedzają to miejsce, by fotografować owe dzieła sztuki. Wielu odjeżdża nie poznawszy ważnej opowieści, którą ta sztuka prezentuje. Jest to opowieść o kraju i o strzeżeniu go. Jest to też historia o ochronie dzieci, o opiece i o wzorcach im dostarczanych, a także o straży nad krajem, która im powierzamy na przyszłość. Historia wyrażona po prostu, w kategoriach kultury aborygeńskiej, mówi, że Orzeł Bunjil strzeże wszystkich dzieci z nieba i stara się zapewnić im bezpieczeństwo. To nie jest po prostu ′bajka′ albo folklor (w lekceważącym sensie). Historia Bunjila ma ważne znaczenie dla tubylczej ludności współczesnej Australii. Ta historia również ma sens jako wytyczna dla przetrwania wszystkich ludów i środowiska naturalnego.

Historia Bunjila wśród Koori (aborygeńskiej) społeczności w Wiktorii wiąże się z wysokim poziomem odpowiedzialności. Jest sprawą dorosłych i rodziców by otaczać opieką nasze dzieci. Jest ważne, że dostarczamy im edukacji. Że karmimy je zarówno emocjonalnie jak i intelektualnie. W zamian żywimy nadzieję, że kiedy nasze dzieci urosną, przejmą na siebie zadanie troszczenia się o siebie nawzajem i o środowisko naturalne. To jest wiara w nasze własne działania i w akceptację przez dzieci odpowiedzialności, która przychodzi z wiekiem.

Niektórzy, realiści, cynicy bądź pesymiści, mogą odczytać powyższe stwierdzenie jako naiwne i upraszczające. I mogą oni mieć – do pewnego stopnia – rację. W społecznościach tubylczych czasami nie żyjemy zgodnie z wymaganiami, które słusznie narzucamy samym sobie (chociaż dzieje się tak na znacznie mniejszą skalę, niż to ciągle malują zapowiadające ‘sądny dzień’ medialne portrety naszych społeczności). Częściej się zdarza, w Wiktorii przynajmniej, że zapewniając ukierunkowanie naszym dzieciom, zarówno nastolatkom jak i młodszym dzieciom, zbieramy nagrodę w postaci młodych ludzi coraz bardziej przejmujących wiodącą rolę w pracy ze środowiskiem naturalnym. W miarę jak przychodzi im przyjąć rolę opiekuna, oni sami z kolei nabierają zaufania do własnych decyzji. Mówiąc po prostu, satysfakcja z pracy usprawiedliwia każdą ofiarę, jakąkolwiek by ponieśli.

W zeszłym tygodniu mój przyjaciel – Stephen Muecke, pisarz z Sydney – przyjechał spędzić z naszą rodziną weekend. Wszystko poszło dość dobrze (oprócz tego, że mój ojciec jest bardzo chory w szpitalu – ale wyzdrowieje, jestem pewny). Pogoda była świetna, słonecznie i jasno; moja drużyna piłki nożnej, Carlton, ugrała dramatyczny remis z odwiecznym rywalem, Essendon, w obecności 60 000 ludzi. W sobotę wieczorem mieliśmy wielki obiad w greckiej restauracji z moim najbliższym przyjacielem, Chrisem Healym (też pisarz) i moją żoną, Sarą (pisarz, naukowiec i wszechstronie nadzwyczajna kobieta).

W niedzielę rano, po uporaniu się z piłką nożną i wczorajszą kolacją, rozmowa zboczyła na nasze obawy nie tyle co do realiów zmieniającego się klimatu, ile bezczynności w tej kwestii ze strony aktualnego australijskiego rządu. Jak to często się zdarza, rozmowa zeszła na naszą własną odpowiedzialność i działania, które powinniśmy podjąć, aby zmienić pozycję rządu. Zastanawialiśmy się – co często czynimy – czy to co robimy, piszemy, ma w ogóle jakiś wpływ na cokolwiek. Chociaż, naturalnie, mieliśmy nadzieję że ma, nie byliśmy pewni. A potem rozmawialiśmy o naszych dzieciach (ja mam pięcioro, Stephen ma trójkę) i o młodych ludziach w ogóle. Podczas gdy żaden z nas nie chciał uznać, że zawiedliśmy nasze dzieci żyjąc z dala od środowiska naturalnego – chociaż, faktycznie, zbiorowo zawiedliśmy – musieliśmy uznać, że jakikolwiek brak zainteresowania nasze dzieci mogłyby wykazać na temat problemów takich jak zmiana klimatu, to jest to wynik braku odpowiedzialności i przywództwa w ramach instytucji władzy, takich jak ogólna polityka i media.

Te instytucje stworzyliśmy sami. Wierzę w mantrę, że mamy polityków takich, na jakich sobie zasłużyliśmy. W Australii, płytkości polityki ekologicznej głoszonej przez konserwatystów, co najmniej dorównuje polityka obrana przez stronę Partii Pracy. Bezczynność, poza oddanym sprawie ruchem ekologów i aktywistów, to stan powszechny dla Australii. Jeżeli uważamy, że zasługujemy na coś więcej, nie mamy innej alternatywy jak działać z większą energią i przekonaniem. Jeśli tego nie robimy, nie możemy oczekiwać, żeby nasze dzieci nam ufały. Ani nie możemy spodziewać się, że przekażemy im troskę o środowisko naturalne.

Wracając do Bunjila. Powierzenie orłowi ochrony dzieci jest nieprzypadkowe. Rola przypisana Bunjilowi wynika z uznania wiedzy, mądrości i duchowego przywództwa. Ale nie jest też wychowywanie młodych przez Bunjila warunkowe: nie ma żadnego oczekiwania, że po jakimś czasie, w przyszłości te dzieci dorosną do odpowiedzialności; że one, bez wątpienia, odwzajemnią opiekę, której doznały. Na pierwszy rzut oka może to wyglądać na niezbyt korzystną umowę. Tamten orzeł, w górze na niebie, wkłada ogromny wysiłek w opiekę nad młodymi. Nie ma żadnej gwarancji wdzięczności. Rozważ zatem, jak zarówno potężny jak i pełem uczucia staje się ten układ, kiedy dzieci uznają całą tę ciężką pracę, jaką orzeł wykonał – dla nich. Będą ufać orłowi i odpowiednio reagować. Jeżeli chcemy, żeby nasze dzieci okazały zainteresowanie środowiskiem naturalnym i by podjęły o nie walkę wtedy, kiedy to konieczne – jeżeli chcemy, żeby nam zaufały – będziemy musieli wzbić się tam w górę, w niebo i wykonać swoją pracę.

 

 

Looking for Bunjil - outside my front gate

Looking for Bunjil – outside my front gate

Tony Birch

(tłum. A. Habryn)

Nie marnuj

Niedaleko miejsca, gdzie mieszkam, bezdomni ludzie śpią pod mostem, szczególnie podczas zimowych miesięcy kiedy jest mokro i zimno. Schronienie, które wznieśli, stoi mniej niż parę metrów od scieżki dla rowerów i pieszych. Czasami używam tej ścieżki podczas swojego codziennego biegania i nigdy nie omieszkam skinąć albo pomachać do każdego, kto aku

[map 6 - abandoned TV sets - Carlton, Victoria, Australia]

[mapa 6 – porzucone telewizory – Carlton, Victoria, Australia]

rat używa schronienia. Stali mieszkańcy rzadko odmachują. Ludzie czasami zostawiają przed wejściem do schronienia ciężkie torby: koce i śpiwory, używaną odzież, żywność i garnki. Niestety, zostawiają zbyt wiele rzeczy. Dosyć koców żeby stopić górę lodową i stos wielbłądziego koloru ‘chinos’ i koszul ‘chambray’ – weekendowe mundurki miejskich prawników.

Kiedy pewnej chłodnej nocy w tygodniu przebiegałem koło schronienia gdzieś blisko zachodu słońca, jeden z bezdomnych ludzi kiwnał mi ręką w odpowiedzi – i uśmiechnął się. Zatrzymałem się w biegu i zapytałem, czy mu czegoś nie potrzeba. Roześmiał się i wskazał na ładunek samochodowy datków, który pojawił się przy jego ′domu′ w ostatnich tygodniach. ′Proszę, nie,′  śmiał się, podnosząc ręce w geście poddania. ′Mam dosyć kłopotu z pozbyciem się całego tego gówna′.

Gromadzimy tyle zbytku, że nie możemy tego wydać. Nikt tego nie chce. Był czas kiedy martwiliśmy się, że złodziej mogłby podważyć łomem frontowe okno, wkraść się do domu w środku nocy i zrabować rodzinny telewizor – traumatyczny wypadek, gdyby kiedykolwiek się zdarzył.  Pierwszym telewizorem naszej rodziny był His Master’s Voice. Moja matka, która nadal wyznaje wierność tej marce (gdyby tylko mogła ją znaleźć) jest ciągle dumna z faktu, że nasz stary HMV przetrwał piętnaście lat. (W latach psich to jest około 90. Nie jestem pewny jak to się liczy w latach telewizorów).

W dzisiejszych czasach telewizory, tak jak wiele elektrycznych wyrobów, są tak jednorazowe jak zasrane pieluchy. Buduje się je żeby były NIEtrwałe. I kiedy znudzimy się nimi, albo kiedy wysiądą, nie zadajemy sobie trudu żeby je reperować, sprzedać jako używane albo nawet wydać je za darmo. Zrzucamy je na ulicy, gdzie leżą dniami, a nawet tygodniami. Nikt nie dba o to, żeby je zabrać do domu. Ludzie mają swoje własne telewizory, których muszą się pozbyć.

Myśląc o swoim zaangażowaniu w projekcie Stacji Meteorologicznych  – i o śmieciach które wytwarzamy – kilka tygodni temu rozpocząłem fotograficzny projekt, dokumentując telewizory, które mijałem na ulicy każdego ranka w drodze do pracy. Szybko zebrałem album ponad trzydziestu obrazów. W konsekwencji tego projektu odkryłem, że nic nie wygląda na bardziej opuszczone czy bezużyteczne jak martwy telewizor. (Albo dwa tuziny par używanych ‘chinos’).

Kultura konsumencka jest podbudowana modelem ekonomicznym, podbudowanym przez wytwórców, podbudowanych przez politykę rządu i ulgi podatkowe, które wymagają, abyśmy kupowali więcej i więcej rzeczy. Szybko więc pozbywamy się rzeczy i kupujemy inne rzeczy. (Są to często te same rzeczy.) Te rzeczy, których się pozbywamy, czasami zostają podarowane tym ‘mniej wartościowym’, co pomaga nam poczuć się dobrze. Inne rzeczy oddajemy do recyklingu, co pomaga nam poczuć się wyjątkowo dobrze. Ale masa rzeczy poniewiera się tylko dookoła, samotnych i materialnie przestarzałych. I nie jest tak, że niektore z tych rzeczy nie są zdolne do pełnego i długiego życia. (Podczas gdy spółki międzynarodowe zapewniają konsumentów, że nie warto naprawiać tego liczącego sobie trzy miesiące telefonu komórkowego, zabierz go na miejscowe targowisko, a oddany sprawie Pan (albo Pani) Złota Rączka będzie miała to urządzenie na chodzie w pięć minut, za rozsądną opłatą.)

Twój obecny telewizor, telefon, laptop albo iPodowe coś-tam mogą nie być traktowane z tą samą sympatią, ktorą moja matka nadal czuje dla swojego staruszka HMV. Ale może mógłbyś się nauczyć kochać je trochę, i trochę dłużej. Bezdomni ich nie chcą ani nie potrzebują. Miejscowi złodzieje szydzą sobie z rzeczy. A kiedy coś w końcu znajduje drogę na wysypisko smieci, hibernuje tam  – przez długi, długi czas.

Tony Birch

Tłumaczenie: Anna Habryn