Globalne ocieplenie serc

 

Postaci:

Leonardo DiCaprio – aktor i aktywista, trochę Bóg

Andrzej – nauczyciel języka polskiego, trochę frajer

Bożena – nauczycielka biologii, trochę jędza

 

 

SCENA 1

Andrzej i Bożena oglądają w telewizorze wystąpienie Leonarda DiCaprio na Szycie Klimatycznym

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=vTyLSr_VCcg&w=560&h=315]

Andrzej: Wierzysz mu?

Bożena: Wolałam go w Titanicu.

Andrzej: Lepiej wyglądał bez brody.

Bożena: Mam nadzieję, ze nie został jednym z tych… jakim im tam… weganininów?

Andrzej: Weganów.

Bożena: Wegan? Mniejsza z tym… tych, co nie jedzą mięsa ani nawet sera.

Andrzej: Sera? przecież to jeden z najlepszych wynalazków ludzkości. Dzikusy, po prostu dzikusy.

Bożena: Więc mam nadzieję, że DiCaprio nie ma z nimi nic wspólnego, choć z tą brodą, to już sama nie wiem. Boję się o niego, wiesz? Taki był ładny i przystojny.

Andrzej: Podobno weganiny nie jedzą nawet miodu.

Bożena: Nawet miodu? Czemu nie jedzą miodu?

Andrzej: Uważają, że nie można okradać pszczół z efektów ich ciężkiej pracy.

Bożena: No to już naprawdę dziwactwo.

Andrzej: Nie sądzisz? Przecież pszczoły nawet nie zauważą. Poza tym dostają w zamian wodę z cukrem. Nie mają prawa narzekać.

Bożena: Każdy ma prawo narzekać. Gdyby narzekać mogli tylko ci, co mają najgorzej. Nie mógłby narzekać nikt poza kobietami chodzącymi dziesięć kilometrów przez pustynię do studni po wodę i gwałconymi przez partyzantów po drodze w każdą stronę. Gwałconymi tak gwałtownie, że woda im się rozlewała i będą musiały po nią wracać z powrotem.

Andrzej: Czy ty zawsze musisz być tak drastyczna?

Bożena: To nie ja, to takie czasy. Ja nikogo nie gwałcę.

Andrzej: Nie. Tylko opowiadasz o tym jakbyś naprawdę nie znała przyjemniejszych sposobów spędzenia wieczoru.

Andrzej i Bożena zastygają wpatrzeni w ekran.

Przez scenę przechodzi Szalony Foliówkarz, ewidentnie czegoś szuka. Coś zaginęło.

 

SCENA 2

Na scenę wkracza Leonardo Dicaprio.

Leo: Siemka. Cześć. Dzieńdoberek. Przepraszam, ale polski nie jest moim naturalnym językiem. Czy coś źle się witam?

Andrzej: Moi uczniowie mówią „strzała”.

Bożena: Mówią też „skisłem”. Nie powoływałabym się tutaj na ich autorytet.

Andrzej: Nie powołuję się. Po prostu mówię, że język jest płynny i kształtują go jego użytkownicy. No i chciałem pomóc panu.

Bożena: Chciałem to, chciałem tamto. Zawsze masz coś na swoje wytłumaczenie. I tych swoich gagatków. Gdybym ja do Ciebie powiedziała „strzała”, to byś mi to mi wypominał przez miesiąc.

Andrzej: Ja się nigdy z Ciebie nie śmieje.

Bożena: Ciągle.

Leo: Przepraszam, czy w czymś przeszkodziłem?

Bożena: Nie, skąd. Tak sobie tylko dyskutujemy.

Andrzej: Bożena, daj spokoj. Pan tu z pewnością po coś przyszedł, daj mu powiedzieć.

Bożena: Dokładnie. Proszę mi najpierw powiedzieć, co pan robi w naszym domu?

Leo: To nie jest wasz dom. To dom nas wszystkich. Planeta Ziemia.

Andrzej: Technicznie ma pan rację, ale tak się akurat składa, że znajduje się w pan w jej czterdziestopięciometrowym wykroju, który lubimy nazywać mieszkaniem i za którą to przestrzeń płacimy solidną ratę kredytu, przy której wpłacaniu do banku płakałbym za każdym razem, gdyby nie miał ustawianego automatycznego zlecenia. Dążę do tego, że codzienną krwawicą płacę za to, by na tych paru metrach podłogi, na których żyję, nie zjawiał się nikt nieproszony. Tymczasem pan ewidetnie mi zaburza czasoprzestrzeń swoim tu nagłym się zjawieniem. Jeśli mogę tak dookreślić pytanie Bożenki.

Leo: Oczywiście. Spodziewałem się tego. Doprawdy. Drobnomieszczańskie przyzwyczajenie do własności prywatnej jest takie żałosne w czasach, gdy połowa planety znajduje się w rękach kilkudziesięciu najbogatszych ludzi. To mieszkanie zresztą też nie należy do was. Tylko do banku. Który może was w każdym momencie stąd eksmitować, jeśli tylko na chwile przestaniecie być dobrymi obywatelami. Ale jak tam sobie chcecie. Nazywam się Leonardo DiCaprio. Dokądkolwiek nie pójdę, ludzie rozpoznają mnie. Wołają moje imię, pozdrawiają. Ale są ludzie, których życie nie znaczy nic dla większości z nas, mieszkańców pierwszego świata. Oni głodują i umierają abyśmy mogli jeździć autem na weekendowe wypady w Karkonosze oraz mieli zawsze naładowanego smartfona. Przyszedłem do państwa w ich imieniu, ale w naszej wspólnej sprawie.

Bożena: Ale serio nikt panu nie powiedział, że bez brody wygląda pan lepiej?

Leo: Och, już bez przesady. Mów mi Leo. W końcu w najbliższych dniach przyjdzie nam spędzić trochę czasu razem.

Andrzej: Ale my… ale my nie mamy pokoju dla gości.

Leo: Zostałem o tym oczywiście poinformowany, dlatego zebrałem ze sobą karimatę i śpiwór.

Będę spał na podłodze w kuchni.

Bożena: Ależ panie Leonardzie. Jestem pewna, że znajdą się w tym mieście hotele, które z przyjemnością przyjmą pana za darmo. Jeśli tylko pozwoli pan sobie zrobić zdjęcie na tle ich logo.

Leo: Leo, nie pan. Nazywam się Leo.

Bożena: Leo. Mamy wiele świetnych hoteli. Wybudowali na Euro.

Leo: Bożena, ty chyba nie zdajesz sobie sprawy za jaką ilość emisji CO2 jest odpowiedzialna branża turystyczna. Każde wynajęcie pokoju w hotelu odbija się na zawsze na zdrowiu naszej planety. Nie zamierzam przykładać do tego ręki. Podłoga będzie doskonała.

Andrzej: Ale chyba nie idziemy jeszcze spać?

Leo: Nie. Oczywiście, że nie. Przecież wciąż nie powiedziałem wam o najważniejszym.

Bożena: Też odnoszę takie wrażenie…

Leo: Zatem będę się streszczał. Zostaliście wybrani spośród milionów. Wielka maszyna losująca skonstruowana przez naszych najlepszych ekspertów wskazała was jako osoby całkowicie typowe, wzorzec z Sevres przeciętności. Nie jesteście ani mądrzy ani głupi, ani bogaci ani biedni, ani chudzi ani grubi. Wszystko w normie. Do tego żyjecie w tym przeciętnym kraju, którego historia nie była ani specjalnie ciekawa ani bardzo tragiczna. Taka sobie historia takiego sobie kraju gdzieś pośrodku wszystkiego. Ani tu umierać, ani żyć za bardzo się nie warto. Ale można. Sunąć jak zombie przez kolejne dni, ciesząc się, że już minęły.

Andrzej: Przesadzasz. Nie jest tak źle.

Bożena: To prawda. Nie mamy powodów narzekać.

Leo: No właśnie! To jest to, co mnie najbardziej wkurwia. To postawa beztroskiej negacji. Jakbyśmy wcale nie znajdowali się na skraju katastrofy klimatycznej. Jakbyśmy nie mknęli odrzutowcem prosto do piekła. Globalne ocieplenie jest faktem, który na zawsze wpłynie na przyszłość życia na ziemi. Od nas zależy, jak szerokie kręgi zatoczy katastrofa. Jeszcze możemy uniknąć najgorszego. A wy nie macie powodów narzekać? Korporacje zabijają was i czynią bezpłodnymi, trują wasze dzieci, uzależniają od swoich produktów. Miliony ludzi na ziemi będzie musiało opuścić swoje na domy na skutek wojen o zasoby, susz i podnoszenia się poziomu wody. Niedługo część z nich zapuka do waszych drzwi z pytaniem, co uczyniliście naszej planecie. Ale nie. Nie narzekajcie. Uważajcie, że nie jest wcale tak źle. Po co się martwić. Jakoś to będzie.

Bożena: Leo, proszę cię, usiądź. Porozmawiajmy spokojnie. Wszyscy tutaj jesteśmy dorosłymi i racjonalnymi ludźmi. Nie ma potrzeby się tak unosić.

Leo: Racja. Przepraszam. Bardzo wasz przepraszam. Czasami po prostu nie mam już siły ciągle tego tłumaczyć.

Andrzej: O ile dobrze zrozumiałem, zostaliśmy wybrani do jakiegoś programu. Czy przysługuje nam za to jakieś honorarium?

Leo: Nie wystarczy wam perspektywa uratowania planety?

Andrzej: Planeta planetą, ale to my będziemy się wygłupiać na oczach telewidzów całego świata.

Leo: Chwila. Kto mówił o telewidzach?

Andrzej: Już ja znam te wasz programy. Myślisz, że my tutaj nie mamy MTV Cribs?

Leo: Nie jestem tutaj zawodowo. Przychodzę w imieniu swoim i podobnych mi ludzi, którym leży  na sercu los przyszłości planety. Powoli kończą nam się już pomysły, co robić, żebyśmy w ciągu najbliższych stu lat nie zajechali ziemi do szczętu. Z każdym rokiem wiemy coraz więcej o tym jak niszczymy planetę i z każdym rokiem jest coraz gorzej. Nie potrafimy zatrzymać machiny konsumpcji i zniszczenia

Bożena: Mnie też czasem to smuci, ale nie bardzo wiem jak moglibyśmy tutaj pomóc.

Leo: Wasz udział jest kluczowy!

Andrzej: Chujowy.

Leo (do Andrzeja): Bardzo śmieszne. (do obojga) Jeśli udałoby się przekonać do walki o ratowanie planety ludzi tak absolutnie przeciętnych i standardowych jak wy, to by oznaczało, że można do tego przekonać każdego. Planeta Ziemia zostałaby uratowana.

Andrzej: Ok. Przekonałeś nas. Co teraz? Płacicie przelewem czy w gotówce?

Leo: (do Andrzeja) Nie sądzę. (do obojga)  Musimy razem opracować plan jak przekonać ludzi takich jak wy, aby włączyli się w aktywne zmniejszanie konsumpcji, dekarbonizację i nauczyli się żyć z ujemnym wzrostem gospodarczym.

Andrzej: Trochę dużo.

Leo: Mniej już nie będzie.

Andrzej: A nie można by tego jakoś podzielić? Na kilka osób? Ja na przykład ograniczę konsumpcję, a Bożena wejdzie bardziej w dekarbonizację. I tak jeździ do pracy rowerem.

Bożena?

Bożena: Dekarbo co?

Leo: Eliminację węgla z energetyki.

Bożena: Górnicy się na pewno ucieszą.

Andrzej: I z tej radości będą palić opony pod Sejmem i śpiewać rubaszne piosenki.

Bożena: Ja się zawsze zastanawiam jak oni znajdują czas, żeby tu przyjeżdżać protestować. Czy oni nie muszą chodzić od jakiejś pracy?

Leo:  Nie mogą! Przecież strajkują!

Bożena:  Oni sobie strajkują i pracować nie ma komu.

Andrzej: Ani jak dojechać do pracy.

Leo: (do Andrzeja) Serio, stary, jeździsz Wiejską do pracy? Naprawdę?

Andrzej: Masz mnie.

Leo: Byłoby trudniej, gdybyś nie myślał kalkami zasłyszanymi w programie radiowym dla ekonomicznie aspirujących.

Bożena: Zejdź z niego Leo. Przypominam, że jesteś u nas w gościach. Naprawdę nie musisz być takim bucem.

Leo: Znowu masz rację. Muszę powiedzieć, że wątpiłem. Ale teraz widzę, że słusznie was wybrali.

Andrzej: Wybrali? Ale kto dokładnie nas wybrał? I co mielibyśmy robić? I jak bardzo będzie bolało?

Leo: Czyli się zgadzacie?

Bożena: Gadamy i gadamy, a może Leo chciałby się czegoś napić. Herbata? Na kawę już chyba za późno. Mamy też jakiś piwo chyba. Jeśli Andrzej wszystkiego nie wychlał.

Andrzej: Nie wychlałem. Jest.

Bożena: To może piwka?

Leo:  Nie, dziękuję. Wystarczy woda z kranu.

Bożena wychodzi do kuchni, lecz po chwili wraca

Bożena:  Wody z kranu? Nie mamy wody z kranu. Jest tylko mineralna. Może być?

Leo:  Oczywiście, że macie wodę z kranu. Chyba macie tutaj bieżącą wodę? Czy chodzicie po nią do studni?

Andrzej: Oczywiście, że mamy wodę w kranie. Nie jesteśmy dzikusami.

Bożena: Ale to woda chyba nie nadaje się do picia?

Leo: Przecież myjecie nią warzywa, które potem jecie. Pijecie ją w herbacie.

Bożena: Ale po przegotowaniu. Mogę ci przegotować i potem odstawić do wystudzenia, ale to trochę może potrwać.

Leo: Dziękuję. Nie trzeba. Napiję się po prostu wody z kranu. Bez gotowania. Ze zwykłego kranu, który macie w kuchni.

Bożena: Dobrze. Ale od razu mówię, że nie gwarantuję jej jakości. Nie jesteśmy w Hollywood i tutaj z kranu nie leci Dom Perignion.

Andrzej: Dom Perignion to nie woda.

Bożena: Wiem.

Leo: Ja też.

Andrzej: Super. Sami koneserzy.

Bożena wychodzi do kuchni po raz drugi, Andrzej włącza radio, z radia leci piosenka Tomka Saciłowskiego „W lipcu będzie maj”. Panowie siedzą w salonie i milczą.

 

SCENA 3

Leo: To co byście zrobili, gdybyście mieli przekonać ludzi, że globalne ocieplenie to poważny problem, z którym już dziś powinni się zacząć na serio mierzyć?

Bożena: No, nie wiem.

Andrzej: Czekaj, czekaj. Nie tak szybko. Na razie jeszcze nie zgodziliśmy się, że w ogóle bierzemy udział w tym cyrku.

Leo: To nie cyrk, tutaj się ważą losy przyszłości naszej planety i życia na ziemi.

Andrzej: Jak zwał, tak zwał. Dla ciebie to losy przyszłości planety, dla mnie to zwykły cyrk. Myślisz, że jak często odwiedzają nas w naszym domu hollywoodzcy gwiazdorzy?

Leo: Mogę tylko zgadywać, ale wolałbym tego nie robić. Bo musiałbym znowy być niemiły.

Bożena: Wyręczę cię zatem. Zdecydowanie za rzadko, żebyśmy mogli ci uwierzyć w to wszystko na słowo. Masz jakieś dokumenty, potwierdzenie, że to oficjalna wizyta? Zresztą co tu po potwierdzeniach. Jest już po Wiadomościach. Urzędy już dawno zamknięte, a ty się spodziewasz, że potraktujemy to poważnie?

Andrzej: Tylko dlatego, że nazywasz się Leonardo DiCaprio…

Bożena: Obawiam się, że nawet tego nie możemy być pewni. Niby wyglądasz podobnie, ale ostatecznie znamy cię tylko z telewizji, a wszyscy wiemy jak to jest z telewizją.

Andrzej: Telewizja kłamie.

Leo: Nie jestem aktorem telewizyjnym, tylko filmowym.

Bożena: I to jest wszystko, co masz na swoje wytłumaczenie?

Andrzej: To już moi gimnazjaliści potrafią znaleźć lepsze wymówki.

Leo: To nie wymówka. To tylko luźna uwaga, bliżej niezwiązana z tematem. Nie przyszedłem do was jako aktor, tylko jak człowiek głęboko zaniepokojony stanem świata.

Andrzej: Wiesz, co ci powiem o ludziach zatroskanych światem? Jest ich wszędzie pełno! Cały dzień nic nie robią, tylko kręcą się po mieście i zamartwiają  — martwi ich WSZYSTKO. Martwią się o powietrze, martwią się o wodę, martwią się o glebę. Martwią się o GMO, pestycydy, dodatki do żywności i substancje rakotwórcze. Martwią się o rtęć w szczepionkach, martwią się o gluten. Martwią się o ginące gatunki zwierząt.

Powiem ci coś o zagrożonych gatunkach, ok? Ratowanie zagrożonych gatunków jest tylko kolejną arogancką próbą człowieka, by kontrolować naturę!

Bożena: Andrzej!

Andrzej: To arogancka interwencja, to nam właśnie przysporzyło kłopotów. Czy nikt tego nie rozumie?

(Leo i Bożena nie rozumieją)

Wtrącanie się w naturę! Ponad dziewięćdziesiąt procent, znacznie ponad dziewięćdziesiąt procent wszystkich gatunków, które kiedykolwiek żyły na tej planecie WYGINĘŁO! Są wymarłe! Nie zabiliśmy ich wszystkich. Po prostu zniknęły. Taka jest natura. Obecnie znikają w tempie dwudziestu-pięciu gatunków dziennie.

Leo: Dwustu…

Andrzej: Nie przerywaj mi! Dwieście gatunków ginie dziennie. Co za różnica. Podkreślę, że giną niezależnie od naszego zachowania.

Leo: Możesz sobie podkreślać, ale to nie sprawi, że będziesz miał rację.

Andrzej: Bez względu na to jak będziemy się zachowywać na tej planecie, dwieście gatunków żyjących dzisiaj, nie zobaczy jutra. Dajmy im odejść z godnością! Zostawmy naturę w spokoju! Czy nie zrobiliśmy już wystarczająco dużo? Każdy będzie coś teraz ratować. “Ratujmy drzewa, ratujmy pszczoły, ratujmy wieloryby i ślimaki!”. I największa arogancja ze wszystkich — “Ratujmy Planetę”! CO? Czy robisz sobie z nas żarty? Ratować planetę? Nie wiemy nawet jak zadbać o nas samych! Nie nauczyliśmy się jeszcze jak dbać o siebie nawzajem, a będziemy ratować PLANETĘ?

Z planetą nic złego się nie dzieje. Planeta ma się dobrze. To ludzie mają przejebane. W porównaniu do ludzi planeta ma się świetnie. Istnieje od czterech i pół miliarda lat. A my od ilu? Stu tysięcy, może dwustu? Rewolucja przemysłowa miała miejsce dwieście lat temu. Dwieście lat kontra cztery i pół miliarda. I mamy jeszcze czelność myśleć, że jesteśmy w jakiś sposób zagrożeniem? Ta piękna zielono niebieska kula, która krąży sobie spokojnie wokół Słońca, przechodziła przez o wiele gorsze rzeczy. Trzęsienia Ziemi, wulkany, wędrówki płyt tektonicznych, wędrówki kontynentów, rozbłyski słoneczne, plamy na Słońcu, burze magnetyczne, odwrócenie biegunów magnetycznych. Setki tysięcy lat bombardowania kometami, asteroidami, meteorami, globalne powodzie i pożary, fale pływowe, erozje, promieniowanie kosmiczne, okresowe epoki lodowcowe, a nam się wydaje, że jakieś plastikowe torebki i aluminiowe puszki coś zmienią?

Planeta będzie istnieć jeszcze przez długi, długi czas, kiedy nas już zabraknie. I sama się uzdrowi i sama się oczyści, bo taka jest jej natura. To samo-korygujący się system. Powietrze i woda ozdrowieją, ziemia się odnowi. Nawet jeśli to prawda, że plastik się nie rozłoży, to co? Cóż planeta włączy go do nowego wzoru: “Ziemia + plastik”. Ziemia nie podziela naszych uprzedzeń do plastiku. Plastik powstał z Ziemi i Ziemia prawdopodobnie widzi plastik jako kolejne swoje dziecko. Ziemia chciała mieć plastik. Nie wiedziała jak go stworzyć, więc wykorzystała nas. I teraz sobie robi z niego wyspy, na których być może powstanie jakaś inna, lepsza i mądrzejsza forma życia. Plastik już jest, nasze zadanie jest wykonane i możemy się wycofać.

Leo: Powiedz to ludziom w Indiach, którzy spędzają całe swoje życie na segregowaniu waszych śmieci. Cześć, czołem. Posegregujcie jeszcze te śmieci do końca i możecie zdychać.

Andrzej: Szczerze mówiąc, planeta pewnie widzi nas jako niewielkie zagrożenie. Coś z czym można sobie poradzić. I jestem pewien, że planeta obroni się metodami dużego organizmu, jak rój pszczół lub kolonia mrówek, wypracuje sobie obronę.

Bożena: A co ty byś zrobił gdybyś był planetą próbującą obronić się przed tym nieznośnym, kłopotliwym gatunkiem? Co by to mogło być? Wirusy?

Andrzej: Wirusy są sprytne. Mutują i tworzą nowe odmiany, zawsze gdy zostanie wynaleziona na nie szczepionka. Dobrze pewnie sprawdziłby się wirus układu odpornościowego rozprzestrzeniany drogą płciową, sprawiający, że ludzie będą nieco bardziej niechętni do angażowania się w akt reprodukcji.

Bożena: Dotarło do mnie właśnie, dlaczego będąc z tak niepoprawnym romantykiem, jeszcze nie mam dzieci.

Andrzej: Chyba mogę marzyć? Prawda? Dlatego nie martwię się, o małe rzeczy, drzewa, pszczoły, wieloryby, ślimaki. Uważam, że jesteśmy częścią większego sensu, którego nigdy nie pojmiemy.

Leo: Wygłosiłeś właśnie najbardziej żałosną próbę samousprawiedliwienia się jaką kiedykolwiek słyszałem. Arogancja, ignorancja, egoizm, hipokryzja, obłuda i zwykłe wygodnictwo doprawione sosem z przekonania o własnej słuszności. Ubawiłem się setnie. A bawiłbym się jeszcze lepiej, gdyby to nie było takie obrzydliwe. To przez takich zadowolonych z siebie samców, ta planeta zmierza prosto do piekła. Nic nie możemy zrobić, nic nie możemy zrobić, płaczą. Jakbyście nie doprowadzali świata do ruiny robiąc to, co robicie. Wystarczyłoby przestać niszczyć planetę. Ale tego nie możecie zrobić, bo musielibyście zmienić styl życia. Chuj z planetą, ważne, że możemy kontynuować jeszcze jakiś czas nasz destrukcyjny styl życia, który tak bardzo lubimy. To, że gatunki wymierają, nie znaczy, że musimy się koniecznie przyczyniać do ich śmierci. Fakt, że ktoś umrze, nie daje nam prawa, żeby go zabić. Być może już niedługo podzielimy los dinozaurów. I to na własne życzenie. Bo dinozaury nie były świadome. A my jesteśmy. A przynajmniej za takich się lubimy uważać. Ale ty oczywiście wiesz lepiej. Nie warto przejmować się losem robaków. Tylko, co jeśli istnienie tych robaków jest kluczowe dla naszego ekosystemu? Wymorduj pszczoły, a być może już nigdy nie zobaczysz kwiatów.

Bożena: No, nie kłóćcie się już. Nie tak znowu często gościmy w domu taką gwiazdę, żeby tracić czas na bezproduktywne swary. Opowiedz lepiej Leo, co tam słychać w wielkim świece. Chińczycy trzymają się mocno?

Leo: Wbrew temu, co się mówi Chińczykom coraz bardziej leży na sercu polityka klimatyczna. Zresztą nic dziwnego. W Chinach położone są najbardziej zanieczyszczone miasta na ziemi. Miasta, których mieszkańcy nigdy nie widują słońca. Żyją w krainie wiecznego smogu. Wszystko, co znają to krajobraz, którym wygląda zupełnie jak Mordor. Więc trudno, żeby byli ślepi na problem, skoro go mają prosto przed oczami. Już w zeszłym roku Chiny stały się największym producentem paneli słonecznych na świecie. Do tego podpisały porozumienie klimatyczne i już nie możemy dłużej zbywać problemu, gadaniem, że wszystko zależy od Chin, a one nic nie robią. Robią.

Bożena: Jesteś bardzo rzeczowym młodym człowiekiem. Pewnie dużo czytasz, gdy nie musisz występować w filmach?

Leo: Staram się. Dziękuję, to bardzo miłe z Twojej strony, że to zauważyłaś.

Andrzej: Żeby nasi uczniowie tyle czytali. Czy po rozwiązaniu problemu globalnego ocieplenia, nie moglibyśmy się zająć pracą na rzecz zwiększenia czytelnictwa wśród polskiej młodzieży?

Leo: Nie wiem. Musiałbym zapytać moich przełożonych.

Andrzej: Żartuję. Nic nie jest w stanie podnieść czytelnictwa wśród młodzieży. Trzeba by chyba zlikwidować internet.

Leo: Da się zrobić.

Andrzej: Serio?

Leo: Pracujemy nad tym. Powrót do epoki kamienia łupanego to niewątpliwie jeden z nielicznych realnych i perspektywicznych sposób na obniżenie emisji.

Andrzej: Serio?

Leo: Nieeee. Wkręcam cię. Strasznie jesteś naiwny. Myślisz, że byłbym tutaj, gdyby wystarczyło wyłączyć internet i załatwić sprawę? Naprawdę myślisz, że przyjechałbym do tego błotnistego kraju, gdybyśmy mieli lepsze pomysły?

Andrzej: Masz rację. Przepraszam. Nie da się ukryć, że musicie być zdesperowani skoro wylądowaliście w Polsce.

Bożena: Przypominam ci Leo, że obiecałeś być miły, a znowu masz jakieś wąty do Andrzeja, który nic ci złego nie zrobił.

Leo: Wszyscy robimy coś złego. Nikt nie jest niewinny. Żyjący i konsumując w obecnych czasach wspieramy zło i cierpienie.

Andrzej: A kiedyś może było inaczej?

Bożena: Andrzej nie jest bardziej winny niż wszyscy inni mieszkańcy globu, więc proszę cię, żebyś stonował emocje i powiedział dokładnie, o co ci właściwie chodzi.

Leo: Dobrze, przepraszam. Więc jeszcze raz od początku. Zostałem wysłany przez grupę zaniepokojonych obywateli, którym na sercu leży przyszłość planety.

Andrzej: Chyba nie bardzo cię lubią w tej grupie, skoro cię wysłali do Polski.

Bożena: Andrzej!

Leo: Grupa ta od lat organizuje robocze spotkania i konferencje, na których zastanawiamy się, co zrobić, żeby gatunek ludzki nie sprowadził na siebie zagłady.

Andrzej: I pewnie macie te spotkania w pięciogwiazdkowych hotelach i latacie na nie odrzutowcami…

Leo: Nie. Spotykamy się w przestrzeni internetu.

Andrzej: Nigdy ich nie widziałeś na żywo?

Leo: Niektórych widziałem.

Bożena: I ufasz im?

Leo: Bardziej niż własnej matce.

Bożena: Ciągle nie masz dziewczyny, co?

Leo: A co?

Bożena: A nic. Zastanawiałam się jak bardzo ufasz swojej matce. Kontynuuj.

Leo: Bardzo. Zatem podczas pracy w tej grupie – coraz bardziej zdesperowanej, powinniście mieć świadomość – doszliśmy do wniosku, że kluczowe dla skutecznego uratowania planety jest przekonanie zwykłych ludzi, takich jak wy, do zmiany nastawienia.

Andrzej: Ale jakie my mamy nastawienie?

Leo: Przecież powiedziałeś przed chwilą. Egoistyczne, krótkowzroczne i tłumaczące sobie wszystko wzruszeniem ramion, że tak już to jest i nic nie ma sensu robić. Ale to nieprawda. Można jeszcze wiele zrobić. Los świata jest w naszych rękach.

Andrzej: Może w twoich.

Leo: Teraz w waszych również też.

Bożena: Na nic się jeszcze nie zgodziliśmy.

Leo: Ale zgodzicie się. Przecież to dla was jedyna szansa, żeby osiągnąć jakiś sukces, zdobyć rozpoznawalność w mediach, a może nawet uratować planetę. Dlaczego mielibyście się nie zgodzić? Chcecie dalej wieść swoje nudne życie sfrustrowanych belfrów?

Bożena: Przepraszam, ale ja lubię swoją pracę.

Leo: Tak, jasne. I nie rzuciłabyś jej, gdybyś miała perspektywę wygodnego życia z dywidend od honorarium za uratowanie planety?

Andrzej: W końcu. Dochodzimy do konkretów. To ile nam zapłacicie?

Leo: Jeśli wam się uda? Tyle, że nigdy już nie będzie musieli o nic się martwić.

Andrzej: Brzmi jak propozycja nie do odrzucenia.

Leo: Z inną bym nie przychodził.

Bożena: Czy to w ogóle moralne?

Andrzej: Ale co?

Bożena: Płacić nam za coś, co ludzie powinni i tak zrobić sam z siebie, gdyby naprawdę leżało im na sercu piękno i dobro.

Andrzej: Jeśli ktoś chce zapłacić za ratowanie planety, to ja nie wiem, dlaczego miałbym tych pieniędzy nie przyjąć.

Bożena: A nie zrobiłbyś tego za darmo? Tylko po to, żeby się znaleźć w podręcznikach historii?

Andrzej: Nie wiem. Musiałby się zastanowić. Czy wtedy uczniowie nie będą się z naś śmiali? Jak z Jana Pawła Drugiego.

Bożena: Andrzej! Przepraszam cię Leo, normalnie on nie jest aż taki cyniczny.

Andrzej: Normalnie jestem normalnie cyniczny, ale to nie jest normalna sytuacja.

Bożena: To powiedz jeszcze, co mielibyśmy robić.

Leo: To podchwytliwa część, bo nikt właściwie do końca tego nie wie. Wiem tyle, że zostaliście wybrani spośród wszystkich mieszkańców globu jako osoby doskonale przeciętne, a wasza działalność ma być kluczem do uratowania ziemi. Ale co macie robić, nikt mi nie powiedział. Chyba po prostu nikt sam tego nie wie. Ale będziecie musieli to wymyślić. Pasuje?

Andrzej: I to będzie transmitowane gdzie?

Leo: Nic nie wiem o żadnej transmisji. To nie reality show. Ale jeśli się wam uda, możecie być pewni, że będziecie zapraszani do studiów telewizyjnych całego świata.

Bożena: Wiedziałam, że powinnam lepiej się przykładać do tego angielskiego, bo jeszcze kiedyś mi się przyda.

Andrzej: Spokojnie. Najpierw musimy uratować planetę, a nie wróżę nam specjalnego sukcesu, więc być może słusznie nie marnowałaś czasu na uczenie się języka imperialistów.

Bożena: W ratowaniu planety znajomość języka też mogłaby się przydać.

Leo: Załatwimy tłumaczy jak będzie trzeba.

Andrzej: Jednak chciałbym to dostać na piśmie.

Leo: Co? Tłumaczenie?

Andrzej: Chodziło mi o umowę. Nie powinniśmy czegoś podpisać?

Leo: Oczywiście. Dajcie mi pięć minut.

Bożena: To może ty spiszesz umowę w kuchni, a my tymczasem zamienimy z Andrzejem kilka słów na osobności?

Leo: Jasne. Przemyślcie to na spokojnie. Pięć minut wam wystarczy?

Bożena: Zobaczymy. Zawołamy cię. Czuj się jak u siebie w domu.

Leo wychodzi do kuchni i ćwiczy tam jogę. Umowę spisuje, stojąc na głowie. 

Bożena: No i co o tym myślisz?

Andrzej: Wygląda jak prawdziwy Leonardo DiCaprio.

Bożena: Ale przecież nigdy nie poznaliśmy prawdziwego Leonarda. Może to po prostu świetny sobowtór?

Andrzej: Nawet jeśli, to co mamy do stracenia.

Bożena: Serio wierzysz w ten poroniony pomysł? Przecież nie uda nam się wymyślić sposobu jak powstrzymać zmiany klimatu i tylko się namęczymy bezsensu.

Andrzej: Skąd wiesz? Skoro wybrali właśnie nas, to widocznie mieli ku temu jakieś ważne powody. Może rzeczywiście jest w nas jakiś potencjał. Potencjał, żeby zrobić coś większego. Zawsze czułem, że jest mi pisany los bohatera, żołnierza wyklętego albo kogoś w tym stylu. Nie pozwolę, żeby taka okazja przeszła mi koło nosa.

Bożena: Ale przecież ty nawet nie wierzysz w to, że trzeba ratować planetę…

Andrzej: Bo planeta sobie poradzi bez nas. Ale to czy gatunek ludzki przetrwa czy ulegnie wyginięciu, jednak trochę zależy od nas. Choć w sumie nie jestem pewien, czy zasługujemy na to, żeby przetrwać.

Bożena: Ale będziesz aktywnie o to walczył, jeśli dobrze ci za to zapłacą?

Andrzej: A czemu nie?

Bożena: To trochę nielogiczne.

Andrzej: Życie jest nielogiczne. Trochę nienawidzę ludzkości, a trochę jestem jej częścią. Aż tak bardzo sobie śmierci nie życzę. A ty co myślisz?

Bożena: Nie wiem. To wszystko wygląda bardzo podejrzanie. Ale z drugiej strony już za samo pokazanie się na mieście z Leonardem DiCaprio byłabym gotowa zrobić bardzo wiele. Mogę nawet spróbować uratować planetę. Skoro tak mu zależy.

Andrzej: To wołam go z powrotem.

Bożena: Dobrze.

Leo wraca, daje parze umowy.

Leo: Tutaj musicie wpisać swoje dane, a tutaj się podpisać. I tutaj. I jeszcze tutaj.

Andrzej: Czy świata nie uratowałoby, gdyby było na nim mniej biurokracji?

Leo: Czasami też tak myślę, ale z drugiej strony. Kto wam uwierzy, że był u was Leonardo DiCaprio i obiecała wam górę pieniędzy za uratowanie planety? Lepiej chyba mieć to na piśmie.

Andrzej: Jasne, jasne. Tak tylko mówię. Wiesz, że w Polsce jest ponad czterysta tysięcy urzędników?

Leo: Chyba wciąż za mało, skoro ten kraj wygląda jak wygląda.

Andrzej: Urzędnicy go nie doprowadzą do porządku.

Leo: A kto? Przedsiębiorcy? Politycy? Putin?

Andrzej: To nie jest śmieszne.

Leo: Dobra. Zrobiło się późno. Kładłbym się spać. Potrzebujecie czegoś z kuchni? Jakby co to się nie krępujcie i właźcie. Postaram się rozłożyć tak, żeby nie przeszkadzać.

Bożena: To ja pójdę po to piwo.

Bożena z Leonardem idą do kuchni, Leo rozkłada śpiwór i karimatę. Bożena wyciąga piwo z lodówki i wraca do Andrzeja. Piją piwo w milczeniu. W radio leci piosenka „Nie pytaj o Polskę” Obywatel G.C.

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=zb9Obfsfhrw&w=420&h=315]

Bożena i Andrzej zaczynają tańczyć. Powoli gaśnie światło.

 

SCENA 4

Leo, Bożena i Andrzej siedzą na naradzie w klasie w szkole, gdzie zaciągnęła aktora, twierdząc, że tam jest najlepsza przestrzeń do myślenia.

Bożena: Widzieliście jak się wszyscy gapili?

Andrzej: Trudno było nie zauważyć.

Leo: Można się przyzwyczaić. Z czasem przestajesz nawet reagować na własne imię. Bo myślisz, że to pewnie znowu jacyś fani i nie ma co się odwracać.

Bożena: I nie odwracasz się?

Leo: Staram się nie.

Bożena: A gdybyś na przykład zgubił portfel?

Leo: Zadzwoniłbym do asystenta, żeby przywiózł mi nowy.

Bożena: A gdybyś zgubił telefon?

Leo: Na pewno pozwoliliby mi zadzwonić z najbliższej knajpy.

Bożena: A gdyby ktoś umierał i potrzebował ratunku?

Leo: To krzyczałby „umieram, pomocy”, a nie „Leonardo, kocham cię”.

Andrzej: Brzmi logicznie, ale może zabierzmy się do pracy?

Leo: Słusznie. No więc zastanówcie się co byście zrobili, żeby przekonać ludzi, że jeśli nie zaczniemy działać szybko i na wielką skalę, to nie powstrzymamy ani nawet nie spowolnimy globalnego ocieplenia!

Andrzej: Może jakaś kampania społeczna?

Leo: Tak. Kampania społeczna. Też tego próbowałem. Dlaczego by nie spróbować kampanii społecznej? Właśnie. Dlaczego? Bo nie działa! Ale zawsze można spróbować. Czemu nie. Spróbujmy. Warto próbować. I jak by wyglądała ta wasza kampania?

Bożena: Może taki film. Ujęcie na morze, zbliżenie na krę. Na krze siedzi biały niedźwiedź. Zbliżenie i widzimy, że płacze. Płacze, bo roztopił się jego lodowym domek. Widz od razu utożsamia się ze smutnym misiem.

Leo: Świetnie. Doskonale. Czy ktoś ci już mówił, że powinnaś pracować w reklamie? Leo Burnett wziął by za taki pomysł co najmniej dwa miliony.

Andrzej: Nie mamy nawet kamery…

Leo: Nic się nie bój. Moja organizacja zadba o wszystko.

Na scenę wjeżdża masa statystów ze sprzętem filmowym. A gdy wychodzą widzimy pośrodku kręcą na niej smutnego niedźwiedzia. Śpiewającego piosenkę: „Ice Cave” Lebanon Hanover:

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=oVQSLEcIdVA&w=420&h=315]

Kra się topi i niedźwiedź tonie.

Leo: Wzruszyłem się. Myślicie, że to przekona wszystkich ludzi na świecie, żeby przestali konsumować tyle energii elektrycznej i w ogóle zmienili swoje nastawienie do prawie wszystkiego?

Bożena: Nie.

Andrzej: Nie sądzę.

Leo: I co teraz?

Andrzej: Nie wiem.

Bożena: Ani ja.

Leo: No to musicie coś wymyślić. To nie muszą być od razu działania na skalę globalną. Może raczej należałoby zacząć od własnego podwórka?

Andrzej: Akurat podwórko nam ostatnio ogarnęli w ramach Wielkiego Sprzątania Świata. Choć trochę trudno było przekonać dzieciaki, że powinni posprzątać nasze podwórko zanim ruszą sprzątać las. Ale my, nauczyciele, mamy pewne metody wychowawcze.

Leo: Z tym podwórkiem to była raczej taka metafora. Chodziło mi o to, że może warto pomyśleć o zmianie siebie i swojego otoczenia, zanim zabierzemy się za przekonywanie całego świata, że powinien się zmienić.

Bożena: Dokładnie tak myślę. Dlatego zawsze wyjmuje ładowarkę z kontaktu, gdy nie ładuję telefonu oraz zakupiłam listwę z przedłużaczem, która pozwala wyłączyć wszystkie sprzęty elektronicznie, tak by nie znajdowały się w trybie czuwania. Tryb czuwania – jak wiadomo – również powoduje zużycie prądu. I to całkiem sporo w skali roku.

Leo: Bardzo dobrze. O to właśnie chodzi. Teraz jeszcze trzeba by tym działaniom nadać szerszą skalę. Przekonać innych ludzi, żeby robili tak samo.

Andrzej: Ale dlaczego mieliby to robić? Żeby oszczędzić pięć złotych? Litości. Więcej stracisz energii przy tym całym włączaniu i wyłączaniu, wkładaniu i wyjmowania niż oszczędzisz prądu.

Leo: Ale ludzka energia jest odnawialna, a paliwa kopalne nie.

Andrzej: Może twoja.

Leo: Co?

Andrzej: Jak ja na coś poświęcę energię, to potem już jej nie mam.

Bożena: Dlatego powinno się ją oszczędzać.

Andrzej: Dlatego powinno się pracować mało i w godnych warunkach. Ale tak po prostu nie ma. Na litość boską. Jestem nauczycielem języka polskiego. Wiem, coś o tym.

Leo: Dzieci nie chcą się uczyć polskiego?

Andrzej: A po co im to? Wymierający język jakiegoś dzikiego kraju…

Leo: Wy Polacy, zawsze się nie docenialiście. A Małysz? Kopernik? Curie-Skłodowska? Krzysztof Kolumb?

Andrzej: Żadne z nich nie mówiło właściwie po polsku. Kolumb po włosku, hiszpańsku i po portugalsku, Kopernik po niemiecku, Skłodowska po francusku. Małysz po góralsku. Może dlatego wymyśliliśmy esperanto.

Leo: W którym też nikt nie mówi. A szkoda, bo byłby łatwiej, gdybyśmy mieli wspólny język, w którym słowa znaczą to, co powinny znaczyć.

Bożena: Bardzo to ciekawe, co mówicie, ale chyba mieliśmy coś do wymyślenia.

Andrzej: Ciągle myślę, że kampania reklamowa to dobry sposób. Skoro ludzi na całym świecie udało się przekonać, że picie barwionej na czarno gazowanej wody z cukrem jest takie super, to znaczy, że można ich przekonać do wszystkiego.

Leo: Historycznie rzecz biorąc może i masz rację, ale zważ, że wraz z rozwojem neoliberalnego kapitalizmu nastąpił taki nadmiar bodźców, że większość informacji, które do nas docierają zwyczajnie ignorujemy.

Bożena: Leo, ale ty jesteś mądry. Nigdy bym nie pomyślała.

Leo: Uznam to za komplement.

Andrzej: Oj, już mu się tak nie podlizuj. Może i jest znanym aktorem, ale przypominam, że to do nas się zwrócił o pomoc.

Bożena: Bo jesteśmy perfekcyjnie przeciętni!

Andrzej: To też jakieś osiągnięcie!

Bożena: Może przy twoich ambicjach!

Leo: Przestańcie krzyczeć jakbyście występowali w jakimś teatrze. Mamy sprawę do przegadania.

Andrzej: Właśnie potrzebowaliśmy kogoś, kto by nas strofował. Dzięki, Leo.

Leo: Oj, już nie bądźcie tacy przewrażliwieni. Przypominam, że to ja wam płacę.

Bożena: To jeszcze nie powód, żebyś tak się rządził.

Leo: Przepraszam, przepraszam. Ale czy możemy wrócić do tematu?

Andrzej: Może zrobimy taką wielką bombę i ją spuścimy na prawie wszystkich. Na wszystkich pewnie i tak się nie da. Ludzie są jak szczury. Przetrwają wszystko. Więc w sumie można zrzucić bombę na wszystkich. Bo i tak pewnie jacyś gdzieś przetrwają.

Bożena: Przypominam, że obecny arsenał nuklearny wystarczy, żeby wysadzić ziemię trzy razy, więc za bardzo nie wiem, gdzie mieliby przetrwać.

Andrzej: Gdzieś na pewno im się uda. Już ja ich znam.

Leo: Przestańcie, nie będziemy zrzucać żadnej bomby.

Andrzej: Ale czemu nie? To oczywiste, że przy ciągle wzrastającej populacji nie da się zmniejszyć emisji dwutlenku węgla do atmosfery. Ludzie, którzy się rodzą i bogacą chcą konsumować więcej a nie mniej niż ich rodzice. I kto miałbym im tego zabronić?

Bożena: Ale bomba?

Andrzej: Nawet nie poczują.

Leo: Przestańcie!

Andrzej: Przestań nas strofować. Mamy wymyślić jak uratować ludzkość czy nie? Chyba nie chcesz, żeby nas krępowała poprawność polityczna?

Leo: Planujecie masową zagładę ludzkości. To nie jest niepoprawne, to po prostu zbrodnicze.

Andrzej: No i?

Leo: Tak nie można. Jesteśmy tu po to, żeby uratować ludzkość, a nie ją zgładzić.

Andrzej: A może przetrwanie ludzkości wymaga ofiar?

Leo: W postaci hekatomby ludności cywilnej? Wiem, że wy, Polacy, zawsze byliście w tym dobrzy, ale nie jestem pewien, czy to są dobre wzorce, ani godne naśladowania.

Andrzej: Teraz będziesz nasz jeszcze obrażał?

Bożena: Akurat taka jest prawda.

Andrzej: Dzięki tym ofiarom odzyskaliśmy niepodległość!

Leo: Raczej dzięki zmianie sytuacji geopolitycznej.

Andrzej: Ciągle nie rozumiem, co masz przeciwko masowej zagładzie ludności.

Leo: Musi istnieć jakiś lepszy sposób.

Andrzej: Tak. Masowa sterylizacja. Ludzie nie umierają, po prostu przestają się rodzić.

Bożena: I kto będzie się opiekował tymi wszystkimi starcami?

Leo: To rzeczywisty problem.

Andrzej: Nie byłoby dla nich lepiej, gdyby po prostu umarli?

Przez megafon słychać głos: Państwo Waśniewscy proszeni są do dyrektora.

Bożena: Przepraszamy Cię bardzo. Nigdzie nie wychodź. Zaraz będziemy z powrotem.

Waśniewscy wychodzą.

 

SCENA 5

Andrzej i Bożena wracają.

Leo: Wszystko w porządku?

Andrzej: Dyrektor chciał wiedzieć, czy to naprawdę ty.

Leo: I co mu powiedzieliście?

Bożena: Prawdę.

Leo: Jaką?

Andrzej: Że jesteś tylko sobowtórem Leonarda DiCaprio, który gra w naszym spektaklu teatralnym o globalnym ociepleniu, jakie przygotowujemy na szkolną akademię.

Leo: Mam nadzieję, że to jednak nie jest prawda.

Andrzej: Martwisz się, że nie jesteś prawdziwym Leonardem DiCaprio?

Leo: Raczej boję się, że szkolny spektakl teatralny może nie uratować świata.

Andrzej: No ale skoro już tu jesteś to, co ci szkodzi wystąpić w małym spektaklu?

Bożena: A Dziady?

Leo: Co za dziady?

Bożena: Dramat Adama Mickiewicza. Po jego wystawieniu w 1968 w Polsce nastąpiły masowe protesty społeczne.

Andrzej: Ale ten spektakl był tylko katalizatorem poczucia opresji, jakie podskórnie miało całe społeczeństwo.

Bożena: Chyba jednak nie całe. Jerzy Urban nie miał poczucia opresji.

Andrzej: Skąd wiesz?

Bożena: „Rząd się sam wyżywi.” Heloł?

Leo: Może teraz społeczeństwo też coś podskórnie przeżywa i trzeba dać mu przestrzeń, żeby mogło pozwolić się temu wydostać.

Andrzej: Znam trochę to społeczeństwo i jakoś tego nie widzę.

Leo: A milion dolarów widziałeś?

Andrzej: Co?

Leo: Czy widziałeś kiedyś na oczy milion dolarów?

Andrzej: Nie.

Leo: Ale wierzysz, że istnieje.

Andrzej: No jasne.

Leo: To dlaczego nie wierzysz, że w społeczeństwie tkwi podskórna potrzeba buntu? Dlaczego potrafisz sobie wyobrazić milion dolarów, ale rewolucja już przekracza granice twojej wyobraźni?

Andrzej: Serio pytasz?

Leo: Tak!

Andrzej: No wiesz, Stalin, Lenin, Pol-Pot, Che Guevara. Parę osób już tej rewolucji próbowało i sam wiesz, jakie to przyniosło skutki.

Leo: A milion dolarów nigdy nikogo nie skrzywdził? Jakby uczciwie policzyć, to więcej ludzi zostało zabitych dla pieniędzy niż w imię ideałów równości i sprawiedliwości. Jednak pieniądze ciągle mają lepszy PR.

Andrzej: Pieniądze nie są niczemu winne, tylko tylko symbol.

Leo: Owszem, ale to jeszcze nie powód, żeby w nie wierzyć.

Andrzej: Ale kto mówi, żeby w nie wierzyć? Po prostu warto je mieć. I lepiej jak jest ich więcej.

Leo: Planetę też warto mieć. I lepiej jak jest w dobrym stanie. Czy wiesz, że stężenie dwutlenku węgla w atmosferze przekroczyło w tym roku 400ppm. Naukowcy uważają, że bezpieczny poziom to 350 ppm. Przed erą industrializacji to było 280 ppm.

Bożena: I jak mielibyśmy zmniejszyć stężenie dwutlenku węgla w atmosferze, skoro on już tam jest?

Leo: Mam nadzieję, że wy mi powiecie.

Bożena: Sztuczna fotosynteza? Czytałam kiedyś, że naukowcy z Lublina opracowali metodę uzyskiwania metanolu z wody i dwutlenku węgla przy udziale katalizatorów i promieniowania ultrafioletowego.

Leo: I pewnie, żeby ten dwutlenek węgla napromieniować trzeba zużyć więcej energii niż można w efekcie uzyskać.

Andrzej: Czemu jesteś takim pesymistą? Nie wierzysz w innowacje naszych polskich naukowców?

Leo: Ich narodowość nie ma tu nic do rzeczy. Naukowcy pracują nad sztuczna fotosyntezą od lat siedemdziesiątych i jakoś nikomu nie udało się na razie opracować efektywnej ekonomicznie metody przerabiania dwutlenku węgla na paliwo.

Andrzej: Co nie znaczy, że jeszcze im się nie uda.

Bożena: Czytałam o tym parę lat temu, więc chyba na razie się nie udało.

Andrzej: Zawsze można zadzwonić i spytać.

Leo: Raczej by się pochwalili, gdybym im się udało. Przecież to byłaby rewolucja w energetyce, wymarzona technologia jutra. Bill Gates wylizałby im stopy, żeby móc położyć na niej łapy. Richard Bransons już by lądował w Lublinie swoim prywatnym odrzutowcem. Wylądował?

Andrzej: Kto?

Leo: Richard Branson, brytyjski przedsiębiorca, miliarder, założyciel Virgin Group, obejmującej ponad czterysta firm.

Andrzej: Nie słyszałem.

Leo: To pewnie nie wylądował jeszcze w Lublinie. Co oznacza, że ta wasza innowacyjna technologia jest gówno warta.

Bożena: Skoro już jesteśmy w temacie gówna, to czy pozyskiwanie metanu z odchodów nie jest obiecujące? Wzrasta spożycie mięsa, więc mamy coraz więcej trzody, z której można by zrobić chodzące biogazowie.

Leo: Stado bydła może produkować 250 do 300 litrów czystego metanu dziennie. Co jest wystarczające, aby zapewnić odpowiednią ilość energii na przykład w lodówce przez dwadzieścia cztery godziny. Ale pewnie lodówka nie jest jednym sprzętem jakiego byś chciała przez te dwadzieścia cztery godziny używać.

Andrzej: Oraz nie masz stada bydła.

Leo: I raczej prędko nie dojdziemy do sytuacji, żeby każdy człowiek posiadał stado bydła, która będzie zasilać jego lodówkę.

Bożena: Ale może to nie jest takie bezsensu? W Argentynie, jednym z największych eksporterów wołowiny, bydło odpowiada za około trzydzieści procent całkowitej emisji gazów cieplarnianych. Gdyby wszystkim tym krowom zainstalować w tyłkach mini biogazownie, to przynajmniej zmniejszyłby się poziom emisji.

Leo: Niespecjalnie. Metan z krowich pierdów to tylko część gazów cieplarnianych jakie są emitowane do atmosfery przy okazji produkcji mięsa. Przecież to w większości hodowla przemysłowa. W Argentynie wycina się lasy, żeby je zamieniać w pastwiska. Lasy, które w naturalny sposób absorbują dwutlenek węgla są wycinane, żebyście mogli sobie zjeść kotleta!

Andrzej: Chyba ty. Nas nie stać na argentyńską wołowinę.

Leo: Od lat nie jem mięsa.

Bożena: W filmach jesz.

Leo: I zabijam. Ale to tylko filmy.

Bożena: Jednak przyczyniasz się w ten sposób do kreowania mody na jedzenie mięsa. Ludzie widzą, że Leonardo DiCaprio je kotleta. Więc jedzenie kotletów musi być fajne.

Leo: No i jak to sobie wyobrażasz? Że akceptuję tylko te scenariusze, w których mój bohater jest weganiniem? Czy może powinienem dzwonić do autorów? Cześć, słuchaj, tutaj DiCaprio. Bardzo fajny scenariusz, ale czy nie mógłbyś go tak przerobić, żeby mój bohater był chociaż wegetarianinem?

Bożena: A dlaczego nie? Skoro chcesz zmienić świat, może warto zacząć od siebie.

Leo: Ale przecież nie jem mięsa.

Andrzej: Ale ludzie myślą, że jesz. Więc na jedno wychodzi.

Bożena: Skoro zjadanie zwierząt przyczynia się do wzrostu emisji gazów cieplarnianych, to rezygnacja z jedzenie mięsa oraz propagowania potraw mięsnych w hollywoodzkich filmach, mogła mieć pozytywny skutek dla planety.

Andrzej: No to wymyślone. Możemy już dostać naszą nagrodę?

Leo: No nie wiem, czy przejście ludzkości na weganizm całkowicie rozwiąże problem globalnego ocieplenia.

Bożena: Ale jest krokiem w dobrym kierunku.

Leo: Ale musicie nie tylko wymyślić, jaki krok należy zrobić, ale też go zrobić.

Andrzej: Nie ma problemu. Od dziś zostaję weganinem. Nawet od wczoraj. Bo wczoraj też nie jadłem szyneczki.

Bożena: Przecież wczoraj się z nich śmiałeś.

Andrzej: Wczoraj nie wiedziałem, że szyneczka emituje tyle CO2.

Bożena: I miodu też nie będziesz jadł?

Andrzej: No już bez przesady. Pszczoły chyba nie emitują gazów cieplarniaych?

Leo: Nie wiem. Jest tu jakiś telefon? Skonsultuję to z przełożonymi.

Bożena: Nie masz komórki?

Leo: A, rzeczywiście.

Leo wyciąga telefon i wychodzi zadzwonić. Po chwili wraca.

Andrzej: I co? Wygraliśmy?

Leo: Nie do końca. Co prawda hodowla zwierząt jest odpowiedzialna za 18 procent światowych emisji gazów cieplarnianych, czyli więcej niż powoduje na przykład transport, więc wegenizm to dobry pomysł, ale – tak jak podejrzewałem – musielibyście do niego przekonać jakieś większe grono, żebyśmy mogli wam zrobić przelew.

Andrzej: Większe grono? Chińczyków?

Leo: Albo Hindusów. Tak pewnie byłoby najlepiej. Ale możecie zacząć od swoich rodaków.

Andrzej: To już wolałbym Chińczyków weganizmu uczyć. Przecież w tym kraju jak nie podasz gościom na obiad w niedzielę kotleta, to zaraz się rozniesie po mieście, żeś biedak.

Bożena: Albo Żyd.

Andrzej: Albo Żyd.

Leo: Być może już nadszedł czas, żeby ten stan rzeczy zmienić. Proponuję, żebyście chwilę nad tym pomyśleli i spotkamy się za dwie godziny na sali gimnastycznej, gdzie zaprezentujecie mi, co wymyśliliście. Ok?

Andrzej: A możemy się nie zgodzić?

Leo: Jeśli chcecie zrezygnować, to oczywiście droga wolna. Na pewno znajdą się chętni na wasze miejsce. Nie jesteście aż tak perfekcyjnie przeciętni, żeby nie było innych podobnie przeciętnych, którzy mogliby was zastąpić.

Bożena: Dzięki, Leo. To bardzo miłe, co mówisz.

Leo: Nie czas na miłość, gdy przyszłość świata wisi na włosku.

Bożena: Na miłość zawsze jest czas, bez względu na okoliczność. Po co ratować ludzi, jeżeli są niemili?

Leo: Masz rację. Przepraszam.

Bożena: To już nie pierwszy raz, gdy nas przepraszasz. Wolałbym, żebyś po prostu tak się zachowywał, żebyś nie musiał przepraszać.

Leo: Też bym tak wolał. Ale uwierz mi, że jest mi ciężko. Chyba jeszcze nigdy nie miałem takiej trudnej roli.

Bożena: Dobrze. Niech ci będzie. To idź przemyśleć swoje zachowanie, a my pomyślimy co zrobić z tym mięsem, żeby go już ludzie więcej nie jedli.

 

SCENA 6

Na środku sali gimnastycznej widzimy rekonstrukcję chlewni mającej kojce na podłożu rusztowym. Wielkość klatki jest na tyle mała, żeby świnie nie mogły się ruszać. Bożena i Andrzej przebrani za świnie siedzą we wnętrzu klatki. Klatka jest ubrudzona odchodami i moczem, widać też plamy krwi. Wchodzi Leonardo.

Bożena: Chrum, chrum.

Andrzej: Chrumk, chrumk.

Leonardo: Całkiem was już pojebało?

Bożena: Chrum, chrum. Jestem świnią i nie umiem mówić po ludzku.

Andrzej: Chrumk, chrumk. Ja też jestem świnią i nie mogę mówić po ludzku. A bardzo chciałbym powiedzieć, że warunki w jakich jestem hodowany wołają o pomstę do nieba. Czy ludzi, którzy na to pozwalają można w ogóle jeszcze nazywać ludźmi?

Bożena: Barbarzyńcy, nie ludzie. Chrum, chrum.

Leonardo: Barbarzyńcy też byli ludźmi.

Andrzej: Holocaust to przy tym małe piwko, chrumk, chrumk.

Bożena: Aby zmaksymalizować zysk hodowcy ignorują nasze podstawowe potrzeby. Nigdy nie widujemy świata słonecznego, nie wychodzimy na powietrze, nie mówiąc o ściółce leśnej, w której tak lubili ryć nasi przodkowie, a którą znamy tylko z legend krążących po chlewni.

Andrzej: Ale nie wszyscy w nie wierzą. Niektóre świnie twierdzą, że to tylko propaganda hodowców, którzy chcą w nas zasiać nadzieję. Że tak naprawdę ściółka leśna, z której moglibyśmy wygrzebywać korzonki, nigdy nie istniała. Że nie ma świata poza chlewem, a naszym przeznaczeniem jest pójść na rzeź.

Bożena: To akurat prawda, chrum chrum. Rzeźnia to nasze przeznaczenie.

Andrzej: Prawda, chrumk, chrumk. Traktują nas jakbyśmy byli mięsem armatnim.

Bożena: Andrzej, ale my jesteśmy mięsem armatnim.

Andrzej: Nie jestem Andrzej, jestem świnią. Nie mam imienia ani nazwiska, tylko numer ewidencyjny. Moje zwłoki zostaną przemielone na tanie parówki.

Bożena: Prawda o naszym losie jest ukrywana przed oczami opinii publicznej, bo wrażliwsza część tej opinii mogłaby nie znieść prawdy i przestać zjadać parówki.

Andrzej: Jesteśmy tuczone wysokobiałkową paszą, naszprycowaną hormonami wzrostu oraz antybiotykami, przez co robimy się takie grube, że ledwie potrafimy ustać w miejscu. W kojcach mamy tak mało przestrzeni, że cierpimy na liczne zwyrodnienia stawów, a czasem wręcz nasze kości pękają, gdy nie potrafią już utrzymać tłustego cielska w powietrzu.

Bożena: Sramy i sikamy pod siebie. Stoimy we własnych odchodach, a mocznik wżera nam się w skórę.

Andrzej: Choć z natury jesteśmy bardzo czystymi zwierzętami. Ale nie mamy miejsca, żeby się umyć.

Bożena: Jesteśmy też bardzo inteligentne, więc te urągające honorowi i godności człowieka warunki, są tym bardziej dla nas bolesne.

Leo: Gdybyście były takie inteligentne, to chyba byście się nie pozwoliły zamknąć takich klatkach.

Andrzej: To samo mówiłeś więźniom obozów koncentracyjnych? Chrumk, chrumk.

Bożena: Pozbawieni kontaktu z naturą i odizolowani od przyjaciół ze stada, dziczejemy, stajemy się otępiałe, agresywne i znudzone. Nawet nie chce nam się chrumkać.

Andrzej: Nie chcę się. Chrumk, chrumk.

Bożena: Nasze krótkie życie naznaczone jest pogardą, wyzyskiem i cierpieniem.

Andrzej: Nikt nie szanuje nas jako indywidualnych istot świńskich.

Bożena: Jesteśmy tylko cyfrą w kartotece.

Andrzej: Obiadem na stole.

Bożena: Lecz zanim się na nim znajdziemy jesteśmy rażeni prądem, co ma nas uśmiercić.

Andrzej: Ale nie zawsze się to udaje.

Bożena: Bywa, że prąd ogłusza nas tylko na chwilę, ale nasi oprawcy się tym nie przejmują i jesteśmy żywcem obdzierane ze skóry.

Andrzej: Chrum, chrum.

Leo: Biedne świnki. Ale mnie nie musicie o tym przekonywać. Ja to wszystko dobrze wiem.

Bożena: Chcieliśmy ci tylko pokazać nasz smutny los.

Andrzej: Ale to nie ty jesteś naszym głównym odbiorcą.

Bożena: Za niecałe pół godziny na tej sali odbędzie się interwencyjny apel szkolny.

Andrzej: Który zostanie ogłoszony przez szkolny radiowęzeł.

Bożena: Na szczęście dyrektorka jest na urlopie i nie miał się kto nie zgodzić.

Leo: Jesteście pewni, że pokazywanie dzieciom takich rzeczy to taki świetny pomysł?

Andrzej: W telewizji widzą znacznie gorsze rzeczy.

Bożena: I w internecie. Ostatnio jeden uczeń pokazał mi na komputerze jak piękna ośmioletnia dziewczynka wykonuje egzekucje na dwóch dorosłych mężczyznach. Normalnie strzela im z pistoletu w tył głowy. A potem mówi, że to w imię Boga. To nie był żaden film, tylko reklama zachęcająca do rekrutowania się do wojska. Powiedziałam mu, żeby się nie przejmował. Że widać, że to zmontowane. Ale to nie było zmontowane. Naprawdę ich zabiła.

Leo: Może byście ją przekonali, że powinna walczyć z globalnym ociepleniem a nie z niewiernymi?

Bożena: Żartujesz?

Leo: Nie do końca. Potrzeba nam zdeterminowanych aktywistów.

Bożena: Ale raczej nie ośmioletnich morderczyń.

Andrzej wstaje z kolan i wychodzi z klatki.

Andrzej: Mam już dość tej cholernej klatki i tego świńskiego stroju. Poza tym strasznie tu śmierdzi łajnem.

Bożena: A co mają powiedzieć świnie, która w ten sposób przeżywają całe swoje życie? Weź wytrzymaj jeszcze pół godziny, dopóki nie przyjdą dzieci…

Andrzej: Dzieci, dzieci. Już ja znam te dzieci. Do niczego nie da się ich przekonać. Za bardzo lubią kanapki z szynką, żeby przejmować się losem świnek. Tylko się ucieszą, że robimy z siebie pośmiewisko.

Bożena: Przecież jeszcze godzinę temu mówiłeś, że to dobry pomysł.

Andrzej: Godzinę temu nie siedziałem w świńskim stroju w wąskiej klatce, ubabrany odchodami i moczem. Do tego strasznie się pocę. Czy ktoś mógłby tu otworzyć okno?

Leo: Czy ktoś coś mówił? Chyba słyszałem jakieś „chrum chrum”.

Andrzej: Nie udawaj teraz, że nie rozumiesz, co do ciebie mówię.

Leo: Tak, nie wydawało mi się. Jakaś świnka coś chrumka.

Leo podchodzi do Andrzeja.

Leo: Co tam chrumkasz świnko? Chciałoby się wyjść na spacer?

Andrzej: Chrumk, chrumk.

Leo: Nie dla świni spacery, wracaj do klatki. No już! Bo zrobimy ci ubój rytualny i będziesz się koszernie wykrwawiać na oczach swoich bliskich.

Andrzej posłusznie wraca do klatki. 

Leo: Ze świniami trzeba ostro. Dasz im palec, to odgryzą ci rękę.

Andrzej: To ile jeszcze do tego apelu?

Bożena: Nie wiem. Jestem świnią. Świnie nie noszą zegarka.

Leo: Puszczę wam jakąś muzykę, żebyście się nie nudzili i pójdę się przejść. Do zobaczenia za chwilę. Bo oczywiście przyjdę obejrzeć jak wam pójdzie przekonywanie młodzieży. Swoją drogą: nie boicie się, że was wypierdolą ze szkoły?

Bożena: Chrum, chrum.

Andrzej: I tak nigdy nie lubiłem tej cholernej budy.

Leo włącza piosenkę „Closer” Nine Inch Nails z refrenem „I want to fuck you like an animal” i wychodzi.

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=PTFwQP86BRs&w=420&h=315]

 

I want to fuck you like an animal

I want to feel you from the inside

I want to fuck you like an animal

My whole existence is flawed

You get me closer to god

 

SCENA 7

Na sali gasną światła.

Bożena: Dlaczego jest tutaj tak ciemno?

Andrzej: Oszczędzamy energię. Ludzie już dawno zapomnieli jak to jest żyć bez łatwo dostępnej energii. Wystarczy, że silniejszy wiatr zerwie przewody elektryczne i jesteśmy całkowicie bezradni. Czy wiesz, że wystarczyłyby dwa dni bez prądu w Europie, a ludzie zaczęliby umierać na ulicach? Poza tym chcę sprawdzić jak to jest żyć bez wywierania negatywnego wpływu na środowisko. Będziemy siedzieć po ciemku, dopóki nie zainstalujemy sobie paneli słonecznych.

Leo: Wyprodukowanie paneli to również koszt dla środowiska. Niektóre z używanych w nich części są produkowane z rzadkich metali szlachetnych.

Andrzej: Szybko to nie nastąpi, bo z naszych pensji musielibyśmy na panele słoneczne odkładać przez lata.

Bożena: Na szczęście są liczne możliwości zdobycia dofinansowania.

Leo: Czyli jednak nie wyrzucili was ze szkoły?

Bożena: Mało brakowało. Rada rodziców była oburzona. Pojawiły się nawet plotki, że obnażaliśmy przed uczniami nasze genitalia.

Andrzej: Ale ostatecznie udało się ich przekonać, że perfomans mający na celu ukazanie dzieciom okrucieństwa chowu przemysłowego mieście się w programie naszej szkoły, która stara się nie tylko uczyć, ale również wychowywać do wartości.

Bożena: Zgodnie z mottem Jana Pawła II „Wolności nie można tylko posiadać, nie można jej zużywać. Trzeba ją stale zdobywać i tworzyć przez prawdę”, które wisi u nas nad wejściem do szkoły. A jaka jest prawda o warunkach chowu przemysłowego, każdy widzi. A przynajmniej wczoraj zobaczyli uczniowie naszej szkoły.

Leo: No to macie szczęście, że papież wam pomógł. Dzieci zarażone HIV-em w Afryce, bo nie wolno używać prezerwatyw, nie mogą o sobie tak powiedzieć.

Bożena: Czy ty właśnie sugerujesz, że Jan Paweł II był masowym mordercą?

Leo: To ty to powiedziałaś. Ale przyznam, że doceniam Twój tok rozumowania i nie zamierzam się kłócić.

Andrzej: Dzwoniła też do nas lokalna telewizja. Bardzo ich zainteresował nasz mały performans. Chcieliby, żebyśmy o nim opowiedzieli w studio.

Bożena: Tylko mają jeden warunek. Musimy być przebrani za świnie. Czy możemy już włączyć światło?

Andrzej: Niestety nie. Ale jeśli potrzebujesz światła, to gdzieś powinny być świeczki. Choć proponowałbym ci raczej skorzystanie z opracowanej przeze mnie metody oświetlania pomieszczenia za pomocą pracy ludzkich mięśni.

Bożena: Co takiego?

Andrzej: Zainstalowałem nasz stary rower na poręcznej konstrukcji, dzięki czemu można pedałować w miejscu, a zasilana przez dynamo lampka pozwala oświetlić kawałek pokoju. Można nawet czytać książkę. O ile się szybko pedałuje.

Bożena: A mogę poświecić sobie komórką?

Andrzej: Możesz. Ale na wszelki wypadek zablokowałem wszystkie kontakty. Więc nie będziesz mogła jej więcej naładować. Więc na twoim miejscu używałbym oszczędnie baterii.

Bożena: Zwariowałeś. Nie uważasz, że powinniśmy to wcześniej przedyskutować?

Leo: Dość długo już dyskutujemy. A jakoś ciągle nic nie wymyśliliście. Więc popieram postulat Andrzeja, że czas przejść od słów do czynów.

Bożena: Przebraliśmy się za świnie. Dla ciebie to nic? Może gdybyś sam posiedział parę godzin w ciasnej, śmierdzącej klatce, to byś docenił nasze zaangażowanie.

Leo: Doceniam. Ale myślę, że potrzebujemy bardziej radykalnych rozwiązań.

Bożena: No pięknie. A długo tak mamy siedzieć po ciemku?

Andrzej: Nie wiem. Do odwołania.

Bożena: I co będziemy w tej ciemności robić?

Andrzej: Nie wiem. Możesz wsiąść na rower i poczytać książkę. Wypożyczyłem z biblioteki parę książek na temat ekologii.

Bożena: Wiesz, co? Sam sobie je czytaj. Ja tymczasem idę odwiedzić koleżankę. Jeśli będę siedzieć w świetle, którego on i tak by używała, to chyba nie przyczyniam się do nasilenia zmian klimatu?

Leo: Niby nie, ale dobrze by było, gdybyś spędzony u niej czas poświęciła na wytłumaczenie jej skali problemu. Może wcale nie musicie siedzieć przy włączonym świetle?

Bożena: Pozwól, że sama zdecyduje o czym będę rozmawiać z koleżanką. Poza tym naprawdę nie jestem przekonana, że indywidualne wybory konsumenckie mogą zmienić obecny stan rzeczy. Potrzebujemy raczej zmiany systemowej. A teraz wybaczcie mi panowie, ale mam chwilowo dość do tej groteski. Idę się rozerwać.

Bożena wychodzi. Andrzej wsiada na rower i zaczyna czytać książkę oświetloną lampką.

Wchodzi Leo. Pyta się, czy jest na widowni jakaś kobieta z dzieckiem, która dba o środowisko, a gdy jakaś się zgłosi wygłasza swój monolog, jeśli nie – i tak go wygłasza.

Leo: Czy jest dziś z nami rodzic, matka lub ojciec, którzy dbają o środowisko?

Rodzice, którzy uważają, że wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za przyszłość planety?

Jeśli nie, skąd się biorą dzieci?

Jeśli tak, dlaczego je pan spłodził, dlaczego pani je urodziła? Dlaczego je robicie? I kolejne? Dlaczego?

Za swojego życia wasze dziecko wyprodukuje pięćset piętnaście ton węgla. To czterdzieści TIRów. Jedno dziecko to równowartość prawie 6500 lotów do Paryża. Mogliby państwo latać do Paryża dziewięćdziesiąt razy w roku tam i z powrotem, a to i tak miałoby mniejszy wpływ na środowisko niż urodzenie potomka. Nie wspominając o pestycydach i detergentach, plastiku i paliwach, które go ogrzeją. Sprowadzając na ten świat dziecko zachowali się państwo samolubnie. To okrutne skazywać innych na cierpienie. Gdyby państwu zależało na środowisku, natychmiast podcięlibyście im gardła. Albo ja mogę wyjąć nóż, zrobić to za was. Potem zniknę, a państwo przysłużycie się przyszłym pokoleniom.

Tak? Nie?

A może po prostu dopadnie ich jakaś zmutowana grypa czy inny rota wirus i będzie po sprawie.

Tak, będzie po sprawie. Z głowy. Może byłoby dla niego lepiej, gdyby się nigdy nie urodziło? Nie będę się kłócił, bo to nie leży w mojej naturze, ale środowisko się w końcu zemści. A wasze dziecko będzie musiał na to patrzeć. I nie miejcie wątpliwości, że będzie was za to obwiniać.

Leo wychodzi

 

SCENA 8

Bożena przychodzi do domu lekko podchmielona.

Bożena: O, znowu mamy światło. Czyżbyś wymyślił jak produkować energię w sposób nie szkodzący środowisku?

Andrzej: Nie do końca muszę coś w tym temacie wymyślać. Ludzkość od wieków zna takie sposoby. Choćby elektrownie wodne. Przecież młyny wodne to nic innego niż ekologiczne generatory darmowej energii.

Bożena: Boże, mam nadzieję, że nie zrobiłaś nam w domu elektrowni wodnej i przez łazienkę nie przepływa właśnie rzeka?

Andrzej: Nie. Na razie zdecydowałem się na wykorzystanie energii konwencjonalnej. Przemyślałem, co powiedziałaś i rzeczywiście nie ma sensu koncentrować się na indywidualnych wyborach konsumenckich. Zresztą nasza misja jest na tyle ważna, że możemy sobie pozwolić na wyemitowanie odrobiny CO2 atmosfery. Ostatecznie jeśli nam się powiedzie, zwróci się to środowisku z nawiązką.

Bożena: Wszyscy tak myślą o swoich działaniach. Że są takie ważne dla świata albo dla nich, że mogą sobie pozwolić na dalsze zanieczyszczanie środowiska. I dlatego nigdy nie powstrzymamy zmian klimatycznych. Bo myślimy o sobie za dobrze. A co właściwie tutaj robisz?

Andrzej: Konstruuję sztuczny wulkan.

Bożena: Całkiem cię już powaliło.

Andrzej: Nie. Dużo ostatnio czytałem, zgłębiałem temat. Amerykańscy uczeni geoinżynierowie uważają, że to jedyna droga.

Bożena: Sztuczne wulkany? No to chyba naprawdę mamy przejebane.

Andrzej: Proszę cię nie przeklinaj, tu są dzieci.

Bożena: Jakie dzieci? Ciebie już naprawdę całkiem powaliło. Nie ma tu żadnych dzieci. Nie jesteśmy w szkole.

Andrzej: Nie ma? Wydawało mi się, że słyszałem ich śmiech.

Bożena: Może to nie był śmiech, tylko niemy płacz. Może to nie były dzieci, tylko ginące gatunki.

Andrzej: Kogo obchodzą ginące gatunki?

Bożena: A kogo ty obchodzisz? Co w życiu osiągnąłeś?

Andrzej: Musisz się mnie czepiać akurat teraz? Gdy w końcu odnalazłem sposób jak uratować planetę i powstrzymać sztuczne ocieplenie?

Bożena: Przed chwilą mówiłeś, że to nie ty wymyśliłeś, tylko jacyś amerykańscy geoinżynierowie.

Andrzej: To prawda. Ale dopiero ja mam odwagę wcielić ich pomysł w życie. Wiesz jak to jest w Ameryce. Pełno ludzi ma mnóstwo świetnych pomysłów, ale żeby coś opatentować to trzeba mieć już portfel pełen pieniędzy i wysoko postawionych znajomych. Tymczasem w Polsce mogę sobie zbudować taki sztuczny wulkan na podwórku i nikt się nawet nie będzie pytał, o co z nim chodzi. Ale wszyscy mi będę dziękować, gdy już uratuję świat.

Bożena: I jak ma działać ten twój świetny pomysł?

Andrzej: Normalnie. Ponieważ nie za bardzo umiemy powstrzymać emisję gazów cieplarnianych do atmosfery, to trzeba znaleźć jakiś sposób, żeby zmniejszyć ilość światła, która dociera do ziemi, a co za tym idzie – globalne ocieplenie. No i dzięki mojemu sztucznemu wulkanowi będziemy do atmosfery emitować cząstki siarki, które będą odbijać światło słoneczne. No i już. Mniej światła dostaję się na ziemię. Planet jest uratowana.

Bożena: Mówiłeś o tym Leonardowi?

Andrzej: Jeszcze nie. Gdzieś sobie poszedł.

Bożena: To dobrze, że nie mówiłeś, bo większej bzdury w życiu nie słyszałam. Naprawdę uważasz, że rozwiązaniem problemu zaśmiecania atmosfery dwutlenkiem węgla jest dowalenie do niej jeszcze siarki? Serio serio? Biologia może nigdy nie była twoją mocną stroną. Ale tutaj nie potrzeba nawet znać się na biologii. Wystarczy odrobina zdrowego rozsądku. Którego resztki najwyraźniej ci wyparowały na skutek przegrzania mózgu. Haha. Najwyraźniej nastąpiło u ciebie globalne ocieplenie mózgu. Aż tak bardzo ci zależy na zwycięstwie, że chcesz strzelać siarką do atmosfery? Nie wiem, co za książki czytałeś, ale gdybyś je czytał dokładniej, to byś wiedział, że globalne ocieplenie to nie tylko problem wzrastającej temperatury, ale również choćby zakwaszenia oceanów. Więcej dwutlenku węgla w atmosferze, spowodowało już wzrost kwasowości oceanów o 30%. Wielka Rafa Koralowa umiera! I wszystkie piękne stworzenia na niej żyjące umierają razem z nią. Nie uratujesz jej sztucznym wulkanem.

Andrzej: To ty to potrafisz człowieka do wszystkiego zniechęcić. Prawdziwa Matka-Polka.

Bożena: Jeszcze mi za to podziękujesz. Po prostu chronię cię przed twoim samczym debilizmem. Gdyby władza nad światem był w rękach kobiet, nigdy by nie doszło do takiego zniszczenia planety. Ale wy faceci oczywiście musicie wszystko sobie podporządkować. Matka ziemia to dla was zwykła kurwa, którą należy wydymać. A jak nie chce się ruchać, to przynajmniej spuścimy się jej do atmosfery. Brawo wy!

Andrzej: Mogłabyś już przestać na mnie krzyczeć i obwiniać mnie o wszystkie błędy rasy męskiej?

Bożena: Nie, nie mogłabym. Dość już mam tego cyrku. Chcę z powrotem do mojego nudnego życia i mojego cynicznego Andrzejka!

Wchodzi z Leonardo. Również trochę podchmielony.

Leo (beka): O, przepraszam. W czymś przeszkadzam?

Andrzej: Tak.

Bożena: Nie.

Leo: Zatem? Nie wiedziałem, że mam w waszym mieście tyle fanek. Myślałem, że mnie rozerwą na strzępy.

Andrzej: Ale tylko cię upiły? Mam nadzieję, że to nie była żadna z moich uczennic i nie zrobiłeś jej dziecka?

Leo (beka): Nigdy. Nigdy nie rucham się z fankami. I zawsze używam prezerwatywy.

Andrzej: Mam nadzieję, że miałeś swoje, bo tutaj niejedna dziewczyna posunęłaby się znacznie dalej niż do przebicia szpilką kondoma, żeby mieć dziecko z taką gwiazdą.

Leo: Jak już mówiłem, nie rucham się z dziećmi. To znaczy z fankami. A już na pewno nie z fankami, które chciałyby mieć dzieci.

Bożena: To po co ci prezerwatywy?

Leo: Przezorny zawsze ubezpieczony. Nigdy nie mów nigdy.

Andrzej: Nie przejmuj się. Potrzebujemy w Polsce takich dobrych genów. Na pewno się nie zmarnują.

Leo: To ja chyba się pójdę do położyć. To był męczący dzień.

Leo idzie spać do kuchni. Bożena i Andrzej po cichu uprawiają seks na zgodę.

 

SCENA 9

Leo (przeciąga się): Kolejny piękny wiosenny dzień. Jak dobrze żyć na tej wspaniałej planecie!

Andrzej: Tylko trochę szkoda, że zmierza ona prosto do piekła.

Leo: Tak, coś sie zdaje o tym pisali w jakiejś bestsellerowej książce. “Nowy testament” to się chyba nazywa. Czytałeś?

Andrzej: Nie, ale kojarzę o co chodzi. Myślisz, że globalne ocieplenie to piekło, na które jesteśmy skazani za grzechy jakie popełniliśmy na planecie?

Leo: Zdarza mi się.

Bożena: Jednego możemy być pewni: droga do piekła z pewnością nie jest prosta, lecz raczej kręta i wyboista. Jeszcze wiele może się na niej wydarzyć.

Leo: Skoro już jesteśmy w temacie podróży, to zapomniałem wam wczoraj powiedzieć, ale mam dla was super niespodziankę. Możecie się zacząć pakować. Jedziemy na wycieczkę!

Andrzej: Dokąd? Czy transport nie przyczynia się znacząco do wzrostu emisji? Czy nie byłoby lepiej zostać w domu?

Leo: Nic się nie martw. Do portu dojedziemy pociągiem, a tam już czeka na nas katamaran zasilany na baterie słoneczne.

Bożena: Ale dokąd jedziemy?

Leo: Naszym celem jest Arktyka. Będziemy oglądać topniejące lodowce! A może po drodze uda się nawet zahaczyć o pierwszą sztuczna wyspę w całości złożoną z wyrzuconych do morza śmieci.

Andrzej: Ktoś na niej mieszka?

Leo: Jeszcze nie, o ile mi wiadomo. Za to na pewno ginie na niej mnóstwo ryb i ptaków, którym się wydaje, że ten plastik to pokarm. Jeśli znacie kogoś, kto się potrafi odżywiać plastikiem, to być może jest to dom stworzony specjalnie dla niego.

Andrzej: Zawsze chciałem mieć prywatną wyspę.

Leo: Tak jak mówię. Jeśli tylko nauczysz się odżywiać plastikiem, jest cała Twoja!

 

SCENA 10

Nasi bohaterowie płyną jachtem przez arktyczne morze racząc się drinkami. W tle leci film pokazujący rozpadające się lodowce: [youtube http://www.youtube.com/watch?v=hC3VTgIPoGU&w=560&h=315]

Andrzej: Gdy mówiłeś, że czeka na nas katamaran, wyobrażałem sobie bardziej jakąś żaglówkę, a tu widzę, że mamy do dyspozycji prawdziwy jacht.

Bożena: I obficie wypełniony barek.

Leo: Wieczory na pełnym morzu bywają długie, trzeba umieć sobie je jakoś umilić.

Bożena: Za jaką ilość emisji gazów cieplarnianych odpowiada branża alkoholowa?

Leo: Powstrzymałem się od tego, żeby sprawdzać. Trzeba mieć jakieś przyjemności.

Andrzej: Ale powiedz mi Leonardzie, teraz gdy płyniemy sami przez morze, chyba możesz mi powiedzieć. Ty tak naprawdę wierzysz w to całe globalne ocieplenie? Spójrz jak tu jest dookoła pięknie. Naprawdę myślisz, że człowiek może to wszystko zniszczyć?

Leo: Podpuszczasz mnie, co?

Andrzej: Trochę, a trochę chciałbym po prostu wiedzieć. Przecież nie możemy być aż tacy źli.

Leo: Jesteśmy nawet gorsi. Celowo ukrywamy przed sobą fakty, żeby poczuć się lepiej z samymi sobą. Tak już działa ludzki mózg. Z milionów postrzeganych informacji starannie selekcjonuje te, z którymi da się żyć w miarę bezpiecznie I wygodnie. Gdybyśmy naprawdę chcieli spróbować spojrzeć prawdzie w oczy, zobaczylibyśmy w nich rzeczywistość tak okrutną, że zmiotłaby każdego z nas w sekundę. Znając tę prawdę, nie da się żyć. Bożenko, czy dolałbyś mi jeszcze odrobinę tej wyśmienitej wódeczki?

Bożena: Ale ty poznałeś tę prawdę?

Leo: Skłamałbym mówiąc, że tak. Nikt nie jest w stanie jej do końca poznać. Ale czasami mam wrażenie, że się do niej niebezpiecznie zbliżam. W takich momentach nogi zaczynają mi mięknąć w kolanach, w głowie zaczyna się kręcić, ręce próbują przytrzymać się czegoś stałego, ale tylko bezładnie wirują w powietrzu.

Andrzej: Też tak miewam. To znak, że jesteś pijany i czas dzwonić po taksówkę.

Leo: Nie, nie. Lubię pić i wiem jak to wygląda. To coś innego. O wiele gorszego. Serio. To jak zajrzeć do głowy Boga i ujrzeć, że marzy on o analnym gwałceniu mały dzieci przez konie.

Bożena: Nie wiem, co ty bierzesz, ale najwyższy czas przestać.

Leo: Nic nie biorę, tylko czasem piję. O, moja szklanka znowu jest pusta. Gdzie ta butelka?

Bożena: Tutaj. Ale może nie pij już tyle?

Leo: Pytałeś, czy wierzę w globalne ocieplenie. To nie kwestia wiary. 97 procent klimatologów zgadza się, że globalne ocieplenie jest skutkiem działalności człowieka. Są wśród nich naukowcy z całego świata. Od Grenlandii, po Republikę Południowej Afryki. Myślisz, że się dogadali na jakiejś tajnej konferencji i zawiązali spisek, który ma na celu spowolnienie rozwoju gospodarczego Unii Europejskiej? Dlaczego mieliby to robić? Żeby zdobyć granty na badania? Przecież badać mogą cokolwiek. I pewnie nawet woleliby badać coś innego, niż zjawisko pokazujące nam jak chujowym gatunkiem jest człowiek i do czego potrafi doprowadzić planetę, jeśli tylko dać mu odrobinę władzy. Naprawdę, to nic przyjemnego. A jeszcze mniej przyjemnie się robi, gdy musisz o tym powiedzieć ludziom. Na przykład politykom, którzy działając na rzecz liberalizacji rynków, tylko powiększyli skalę katastrofy. I powiększają ją dalej. Bo oczywiście nie chcą przyjąć do wiadomości, że ich polityka jest błędna. Jacy by z nich zresztą byli politycy, gdyby przyznawali się do błędów? Dupy wołowe, nie politycy. Cała logika świata, w którym żyjemy jest napędzana przez rozwój gospodarczy. Nie zrezygnujemy z tego w imię ochrony roślinek. A zanim do odpowiednich ludzi dotrze, że nie tylko roślinki mają przejebane, ale zwierzęta również, w tym także zwierzę człowiek, będzie już za późno. Już jest za późno.

Andrzej: Upiłeś się.

Leo: I co z tego? Z czy faktu, że jestem pijany, wynika, że nie mówię prawdy? Jeśli w którymś miejscu się mylę, to śmiało, popraw mnie. Chętnie się dowiem.

Bożena: Nie wiem, czy się mylisz. Ale z pewnością wydajesz się przygnębiony. Jeśli mogę ci coś poradzić, to radziłabym ci się skonsultować z lekarzem lub terapeutą.

Leo: Wszyscy mi to mówią. Ale to nie ze mną jest coś nie tak, to ten świat.

Andrzej: Mimo wszystko ten świat jest piękny.

Leo: Tak. Bardzo piękne są te lodowce. Dlatego chciałem, żebyście zobaczyli jak topnieją. Wasze wnuki mogą już nie mieć tej przyjemności. Zmiany klimatyczne przyśpieszają. Pod lodami Arktyki znajdują się potężne złoża metanu. To gaz cieplarniany o wiele bardziej szkodliwy od dwutlenku węgla. Gdy roztopi się za dużo lodu, dostanie się on do atmosfery. Bóg jeden wie jaki będzie miało to skutek dla planety, ale pewne jest jedno. Będzie to skutek katastrofalny. Nic już nie da się zrobić.

Bożena: To dlaczego do nas przyjechałeś i wkręciłeś nas, że musi coś z tym zrobić?

Leo: Dobrze mi za to płacą. Poza tym to pewna przyjemność występować w imieniu słusznej sprawy, nawet jeśli wiemy, że jest ona z góry przegrana. Przynajmniej na koniec będę mógł powiedzieć wszystkim: A nie mówiłem?

 

SCENA 11

finałowa

W tle słychać Celine Dion śpiewającą My heart will go on: [youtube http://www.youtube.com/watch?v=zmbw8OycJrE&w=420&h=315]

A może to śpiewa topniejący lodowiec? Leo dolewa sobie jeszcze wódki, a potem wyskakuję z łodzi na dryfująca po oceanie krę. Przytula się do niej.

Andrzej: I co teraz? Czy nie powinniśmy wyruszyć mu na ratunek?

Bożena: A wiesz jak to zrobić? Mam wrażenie, że specjalnie nas tutaj zabrał, żebyśmy byli świadkami jego śmierci w objęciach topniejącego lodowca.

Andrzej wyciąga kamerę.

Andrzej: To przynajmniej to uwiecznijmy. Niech jego śmierć nie pójdzie na marne.

Bożena wyciąga telefon i zaczyna kręcić Leonarda komórką.

Bożena: Masz rację. Tyle przynajmniej możemy zrobić.

Andrzej: A potem co? Co będziemy robić?

Bożena: To samo, co wcześniej, Pinky. Ratować ludzkość przed samozagładą.

Andrzej: Myślisz, że się uda?

Bożena: Obawiam się, że nie wiem. Ale myślę, że nie mamy innego wyjścia.

 

KONIEC

Jak nie zatrzymałem globalnego ocieplenia. Dziennik klimatyczny zaangażowanego konsumenta

Do pisania Dziennika klimatycznego, zachęcili mnie autorzy książki Koniec świata, jaki znamy Claus Leggewie i Harald Welzer, pisząc tak: „każdy codziennie wiele razy postępuje wbrew swoim najgłębszym przekonaniom. W omawianym w tej książce przypadku dotyczy to zużycia energii, które zwiększamy, wbrew posiadanej wiedzy i często bez wyraźnej konieczności korzystając z taksówek, samochodów i samolotów. Przykładów, jak łatwo nam przejść do porządku dziennego nad sprzecznością między naszymi przekonaniami a naszym postępowaniem, jest mnóstwo. Dowód? Jeśli są Państwo osobami świadomie podchodzącymi do kwestii ochrony klimatu, proszę założyć dziennik klimatyczny, w którym odnotowywać będą Państwo, jak często, w jaki sposób i w jakich sytuacjach naruszyli Państwo swoje zasady, wynikające z tej świadomości”. Jako osoba świadomie podchodząca do kwestii ochrony klimatu, postanowiłem sobie taki dziennik założyć.

To mój stary telefon, który pożyczyłem koledze, żeby nie mieć wyrzutów sumienia, że się marnuje.

2 grudnia, godz. 10.30

Podkręciłem kaloryfer. Bo poczułem się chory. A naprawdę nie chcę być dzisiaj chory. Naprawdę nie mam czasu być chory. To chyba ważniejsze, żebym był zdrowy, niż podkręcenie kaloryfera, żeby grzał trochę bardziej?

godz. 14.30

Poszedłem na obiad z przyjaciółką i wziąłem zupę na wynos. A nie miałem na nią pojemnika, więc dostałem jednorazowy ze styropianu. Nie miałem pojemnika, bo nie planowałem nic brać na wynos. Ale zupa była w zestawie lunchowym za pięć złotych i miałem na nią ochotę, ale bałem się, że jak zjem od razu, to nie dam rady zjeść drugiego dania. Więc wziąłem na wynos.

3 grudnia, godz. 15.00

Poszedłem do sklepu po tytoń i herbatę z lipy, bo trochę się przeziębiłem. Na przeziębienie najlepsze są papierosy. Żart. Na przeziębienie najlepiej leżeć pod kocem i pić herbatę, więc nie planowałem nic więcej kupować i nie wziałem torby na zakupy. Ale gdy już wyszedłem i kupiłem tytoń, uznałem, że może warto kupić też jakieś owoce, natualne źródło łatwo przyswajalnych mikroelemetnów i witamin. Ale ponieważ nie miałem torby, musiałem wziąć foliówkę w warzywniaku.

4 grudnia

Kupiłem sobie nowy komputer. To znaczy nie do końca nowy, bo używany. Ale nowy, bo ciągle mam stary. Ale stary kupiłem sobie parę lat temu i już naprawdę nie wyrabiał. Ciągle się wieszał i zacinął, więc uznałem, że najwyższy czas kupić nowy. Choć jednocześnie miałem z tym dylemat, bo przecież stary ciągle działał, choć się wieszał i zacinał. No, ale przecież nie wyrzucam starego, tylko oddam go bratu, który na pewno zrobi z niego jakiś pożytek. Do tego komputer był cały opakowany w folię bąbelkową, z którą teraz nie wiem, co zrobić. Ale żal wyrzucać, więc leży na fotelu i patrzy na mnie karcącym wzrokiem.

5 grudnia, godz. 12.00

Poszedłem na zakupy. W warzywniaku powiedziałem panu, że nie potrzebuję plastikowej torby, do której załadował mi dwie cebule, ale zażartował sobie:
– Zawsze to deko więcej.
W sensie, że zarobi więcej dzięki tej foliówce, choć chwilę mi zajęło zrozumienie tego żartu. No więc się śmiejemy i w końcu wziąłem tę foliówkę, której nie chciałem. Mam nadzieję, że naprawdę coś na tym zarobił.

godz. 13.18

Przyszedł kurier z przesyłką, co mi przypomniało, że mam dylemat, czy etycznie jest korzystać z usług kurierów. Nie dość, że zwiększa to ruch samochodowy, to do tego warunki pracy kurierów, a także pracowników sortowni błagają o pomstę do nieba. A wołanie do nieba im wcale nie pomoże, więc może należałoby samemu jeździć rowerem po te wszytkie rzeczy, które tak łatwo teraz kupić sobie jednym kliknięciem przez internet? Może wychodziłoby drożej, ale w sumie taniej, bo połowy z nich bym sobie nie kupował.

9 grudnia

Wymieniłem sobie telefon i teraz mam znowu wyrzuty sumienia. Myślę o tych wszystkich dzieciach zmuszonych do pracy w kopalniach złota i platyny, dzięki którym co dwa lata możemy cieszyć się nową komórką. Chciałbym kiedyś móc uścisnąć i rękę. Podziękować za te wszystkie lata, przez które moja jakość życia utrzymywał się tym samym wysokim technologicznie poziomie. Jednak pewnie nie będę miał takie okazji, więc pozostaje mi tylko, zasmucić się nad ich losem przez chwilę. Może należałoby zapalić im jakąś świeczkę? Może po prostu należałoby nie wymieniać telefonu? W końcu stary jeszcze działa i pewnie, gdyby nad nim popracować i wyszyścić ze śmieci, to mógłby całkiem dobrze działać dalej. Co prawda wkurzało mnie, że miał kiepski aparat, ale jeśli chcę mieć dobry aparat, to może muszę sobie kupić aparat, a nie co dwa lata zmieniać komórkę, licząc, że w którejś w końcu aparat będzie wystarczająco dobry. Może muszę, ale na razie stało się to, co się stało. Kupiłem nową komórkę i przedłużyłem umowę z operatorem na kolejne dwa lata. Biedni my.

10 grudnia

W drodze do Lubomierza (taka wioska w górach, gdzie mam po dziadkach domek) kupiłem sobie drożdżówkę i obwarzanek krakowski. Jedno i drugie zapakowano w foliowe torebki, a ja zbyt się śpieszyłem, żeby protestować. Podobno zrobiono kiedyś takie doświadczenie, że młodym pastorom kazano przygotować kazanie o dobrym samarytaninie, a następnie powiedziano, że muszą natychmiast udać się do drugiego budynku, żeby je wygłosić. Większość tak się spieszyła, że nawet nie zauważyła mężczyzny leżącego na chodniku i symulującego atak padaczki. Tylko niewielka część zatrzymała się sprawdzić, co mu się stało.

Dom w górach po dziadkach to ten z czerwonym dachem na samej górze

Dom w górach po dziadkach to ten z czerwonym dachem na samej górze

12 grudnia

Pojechałem w góry i sobie tu siedzę, pisząc książkę. Przyjechałem pociągiem i autobusem czyli nie tak najgorzej dla klimatu. Ale dziś na przykład pojchałem busem do Mszany Dolnej, która jest trochę większą miejscowością niż Lubomierz, w którym mam dom po dziadkach. I zastanawiam się, czy nie bezsensu pojechałem. Kupiłem dużo rzeczy, które pewnie mi się przydadzą, ale część z nich mógłbym przecież kupić w wiejskim sklepiku (choć większości nie). Zresztą nawet jeśli nie mógłbym kupić w najbliższym sklepiej różnych rzeczy, które sobie umyśliłem, to może czas nauczyć się robić dobre posiłki z rzeczy, które można znaleźć w najbliższym sklepie. A nie tylko ciągle mleko sojowe i pomidory suszone z Biedronki. Fasola w puszce to też w końcu super produkt, którego nie doceniałem jak dotąd w mojej kuchni. Może czas się z nią zaprzyjaźnić? Choć lepsza by była nie w puszce, ale kto ma czas na to namaczenie? Jednak skoro przejmuję się klimatem, to chyba będę musiał go znaleźć wkrótce.
Zasadniczo pojechałem do miasta, bo wczoraj próbowałem pójść w góry, ale szybko się poddałem, bo raki, które założyłem na buty były porwane i ciągle trzeba było je poprawiać. Więc pomyślałem, że kupię sobie nowe raki. W końcu taki produkt powinien być w co drugim sklepie w górskim miasteczku. W końcu wielu osób tu chodzi po górach i na pewno potrzebuje takiego produktu. Ale okazało się, że nie. Widocznie wszyscy mają tutaj lepsze buty i umiejętności chodzenia po śniegu niż ja. I nikt nie potrzebuję raków. Więc ostatatecznie kupiłem sobie nowe buty. Tyle dobrego, że nie są skórzane, a są całkiem ładne. W sumie potrzebuję nowych butów, bo mam na zimię tylko jedne oficerki. A nie mogę przecież wszędzie chodzić w oficerkach. A może mogę? Może wcale nie potrzebuję tych butów? I innych produktów, które kupiłem. Gdybym był bardziej przewidujący wziąłbym na przykład okulary przeciwsłoneczne z domu. I nie musiałbym kupować nowych. Ale nie jestem dość przewidujący. Byłem zajęty innymi rzeczami niż myślenie, co może mi być potrzebne w górach. W efekcie kupiłem kolejne zbędny mi na dłuższą metę produkt. A PKB rośnie, rośnie, rośnie i pogrzebie stary świat.
Martwi mnie jeszcze jedna rzecz, o której zazwyczaj nie myślę. Prąd. Nie potrafię żyć bez prądu. Zrozumiałem to dziś, gdy wiał silny wiatr i nagle zgasło światło. Była godzina 21.00 i pomysł, że mam teraz spędzić resztę wieczoru bez prądu i przy świeczkach wydawał mi się nie do zniesienia. Tym bardziej, gdy już znalazłem i zapaliłem świeczki, które okazały się żałosnymi ogarkami. Nie dało się przy nich nawet czytać. Napisałem na facebooku, że nie mam prądu i co teraz. I koleżanka się spytała, ile procent baterii mi zostało. (To też znamienne, że mogę nie mieć prądu, ale jednak mam go na tyle, żeby pisać na facebooku.) Zastanowiłem się nad tym pytaniem i odpisałem: „Ale w laptopie, tablecie, komórce czy drugiej komórce?” Oczywiście pisząc te słowa zdawałem sobie sprawę z ich dwuznacznego wydźwięku. Jako osoba zaangażowana w sprawy klimatu nie powininenem się obnosić z takim rozpasaniem technologicznym. Ale właśnie dlatego, że nie powiniennem, mam ochotę to robić. Przecież ciągle myśle o tym jak ograniczyć zużycie energii. Przeważnie wyłączam komputer, tablet, komórkę, gdy ich nie używam. Ok, tylko jedną komórkę. Ale wciąż.

15 grudnia

Wciąż jestem w górach, co sprzyja ekologiczniemu trybowi życia. Już drugi dzień nie wychodzę z domu. Ale oczywiście ciągle emituję CO2 paląc w kominku, używając komputera itd. Czytając kolejny tekst na temat zrównoważonego rozwoju, a konkretnie gospodarki odchodami, spotkałem się z myślą, że nie ma sensu spuszczać wody po siku, wystarczy, że się to robi po kupie. Zgodziłem się z tą myślę, bo w sumie dostarczanie wody na szczyt góry, tylko po to, żeby ją spuścić zmieszaną z moczem, jest dość absurdalne. Jednak odruchy są silniejsze. I ciągle przyłapuję się na spuszczaniu wody po siku. Długa droga od postanowienia do przestawianie się.

Okazało się, że nowa komórka ma funkcję robienia zdjęć panoramicznych. Tak to wygląda dookoła.

Okazało się, że nowa komórka ma funkcję robienia zdjęć panoramicznych. Tak to wygląda dookoła.

16 grudnia

Muszę pojechać do Kielc, bo jestem świadkiem w sprawie zdjęcia, które sobie kiedyś zrobiłem z napisem „Papierz chuj, Polska kurwa”. Nie wiem, czy znajdą winnych, skoro nie mam pojęcia, kto ten napis zrobił. A pewnie jestem jednym świadkiem, bo zdjęcie jest z Berlina i gdybym to nie ja się na nim znajdował, to sprawy by nie było. Tyle dobrego, że nie jestem oskarżonym. Ale jednak muszę jechać bezsensu do Kielc, co zwiększa mój ślad węglowy. Nie mówiąc o śladzie węglowym prokuratury, który trawi ropę na takie bezsensowne sprawy.
Zrobiłem sobie na drogę kanapki z hummusem i zapakowałem sałatkę, którą już jem trzeci dzień, bo została po wizycie ciotki z wujem i dziećmi. W Krakowie miałem przesiadkę. Krakowski dworzec zmieniono praktycznie w galerię handlową, więc za bardzo nie ma gdzie uściąśc, jeśli nie chcemy siedzieć w sieciowej kawiarni, cukierni albo restauracji, ale w końcu znalazłem jakąś ławeczkę, gdzie można było przycupnąć i zjeść posiłek. Bardzo byłem z siebie zadowolony, że robię coś tak obciachowego jak spożywanie przywiezionego z domu jedzenia w środku świątyni handlu. Nikt, co prawda, nie zwrócił specjalnej uwagi na ten mój akt oporu, ale nie jest to najważniejsze. Dziś może nie zwrócił, a jutro pomyśli, że może nie ma sensu kupować hamurgera, skoro można sobie przynieść kanapkę z domu i będzie taniej, smaczniej i zdrowiej.
Przesłuchanie tyle trwało, że nawet nie miałem czasu w biegu kupić sobie nic więcej do jedzenia, więc przynajmniej nie wziąłem kolejnej foliówki.

18 grudnia

Pojechałem do koleżanki do Cieszyna, gdzie marnuje więcej zasobów niż w domu w Lubomierzu. Na przykład kupiłem sobie trzy pary skarpetek, tylko dlatego, że były ozdobione napisem „fuck you”. Ale jest jedna rzecz, która mnie tu cieszy (poza tym oczywiście, że wycieczki są fajne i koleżanka jest fajna i generalnie jest miło). Otóż koleżanka ma zepsutą spłuczkę i nie wystarczy nacisnąć przycisk, żeby spuścić wodę, ale trzeba też odkręcić zawór. Dzięki temu czynność spuszczania wody wymaga chwili refleksji, przy okazji które przypominam sobie, że spuszczanie wody po siku, to marnotrawstwo i tego nie robię. Spuszczam tylko po dłuższym posiedzeniu.

19 grudnia

Poszedłem na zakupy i nie wziąłem bawełnianej torby, bo miałem kupić tylko bułkę i gazetę, ale oczywiście doszły jeszcze jabłka, papryka konserwowa, druga bułka i w efekcie nie miałem jak tego wszystkiego po kieszeniach schować, ale i tak nie wziąłem oferowanej foliówki.

20 grudnia

Wróciłem do domu w górach i zastanawiam się, czy rzeczywiście siedzenie tu samemu jest takie ekologiczne. Na pewno kupuję mniej rzeczy, ale przecież ogrzewanie domów stanowi poważniejszy wkład w globalne ocieplenie, niż produkcja torebek foliowych, które czasami niechcący wezmę. Zima, co prawda, wyjątkowo ciepła, ale nie na tyle, żeby siedzieć w swetrze. Na szczęście niedługo zjedzie się rodzina i będzie to bardziej efektywne energetycznie.

20141224_17552627 grudnia

Święta, świeta i po świętach. Konsumowaliśmy całymi dniami, udało się uniknąć rękoczynów, tylko trzy razy zostałem nazwany faszystą. Na szczęście to matka zrobiła większość zakupów, więc nie muszę się trudzić liczeniem, ile wyemitowaliśmy przy tym dwutlenku węgla. Ale upomniałem ją, gdy próbowała palić plastiki w kominku. W końcu nie po to mamy recykling, żeby palić śmieciami. Ale pewnie jej nie przekonałem i dalej pali śmieciami, tylko robi to tak, żebym nie widział. Trochę się martwię, czy od tego wszystkiegiego nie przytyłem, ale na szczęście mam przemianę materii piętnastolatka, więc prawie równie szybko udawało mi się wydalać to, co skonsumowałem. Zobaczymy, co pokaże waga na siłowni. Gdy już uda mi się do niej dotrzeć. Niespuszczanie wody po siku okazało się trudniejsze niż myślałem, ale powoli zaczynam się przyzwyczajać. I powstrzymywać.

30 grudnia

Wróciłem do miasta i znowu wraca problem z torebkami foliowymi. Wszyscy chcą mi je dawać, a ja staram się odmawiać, ale bywa różnie. Nie zawsze łatwo odmówić, czasem łatwiej wziąć i się z tym pogodzić. To znaczy zawsze jest tak łatwiej, ale jednak nie poddaje się. Na szczęście mam na ulicy sklep, gdzie różne kasze, bakalie i przyprawy pakują w torebki papierowe, więc staram się w nim zaopatrywać. Wcześniej też był, ale pracował w nim facet paradujący w koszulce nacjonalistów, więc czułem pewien dyskomfort, żeby tam robić zakupy. W końcu nie po to walczę z globlanym ociepleniem, żeby wspierać nacjonalizm. Na szczęście obsługa się zmieniła. Nie wiem, czy już pisałem, że zmierzam do zostania weganinem. To na pewno zmniejszy mój ślad węglowy, bo przecież przemysł mięsny jest odpowiedzialny za ponad dwadzieścia procent emisji CO2. Co prawda, gdy kupuje się warzywa, trudno uniknąć pakowania ich przez sprzedawców w folikówi, ale na pewno da się to jakoś rozwiąć. I zajmę się tym w nowym roku. Takie postanowienie.

10 rzeczy, których nauczyłem się walcząc z globalnym ociepleniem

fot. Anna Novotny

fot. Anna Novotny

Nie sposób wymienić wszystkiego, czego się nauczyłem, co zrozumiałem i co mi dał projekt Stacje Pogody, ale spróbuję wybrać dziesięć najważniejszych rzeczy:
1. Przypomniałem sobie jak ważnym tematem jest globalne ocieplenie i dlaczego większość ludzi ma to gdzieś. Ale nie tam, gdzie powinni. Jednak mimo wszystko gdzieś w nich to siedzi i jakoś ich dotyka.
2. Nauczyłem się wszędzie zabierać ze sobą bidon, ale też, że przed wejściem do samolotu trzeba wypić jego zawartość. Ale zaraz można go napełnić z powrotem w łazience wodą z kranu.
3. Woda z kranu jest smaczna i zdrowa, a i tak większość ludzi woli płacić za kupowanie butelkowanej, która kosztuje 2000 razy drożej, a do tego zaśmieca planetę niewyobrażalną ilością plastiku. Jest o tym ładny film.
4. Plastiku jest już na świecie tyle, że powstała Wielka Pacyficzna Plama Śmieci, o której powstał ładny film Plastic Paradise. Plastikiem żywią się albatrosy, co można sobie obejrzeć na zdjęciach Chrisa Jordana z Midway i w efekcie giną. Podobnie zresztą jak ryby. Populacja wielu gatunków ryb spadała w ostatnich czterdziestu latach o 90%. A jedzenie ryb, które jedzą plastik, może być przyczyną różnych chorób. Na przykład raka.
5. Fermy przemysłowe oglądane z satelity wyglądają piękniej niż obrazy Salvadora Dali. I są bardziej przerażające. Więc nic dziwnego, że artysta konceptualny Mishka Henner wystawia je w galeriach, ale można też sobie je obejrzeć na jego stronie.
6. Jedzenie mięsa zabija planetę. Przemysł mięsny odpowiada za 18% emisji gazów cieplarnianych, czyli więcej niż transport. Na potrzeby paszy dla zwierząt wycina się las i sadzi monokulturowe uprawy GMO, mocno zakrapiane pestycydami, co powoduje śmierć milionów owadów i ptaków. A konsumpcja mięsa wciąż wzrasta.
7. W ciągu ostatnich lata o 50% spadła populacja dziko żyjących zwierzą, za to wzrosła populacja zwierząt hodowanych w klatkach, które nigdy w swoim życiu nie widziały słońca, ani nie dotykały ziemi. Robimy zwierzętom takie małe Auschwitz, tylko na większą skalę. Oraz szprycujemy je antybiotykami, co sprawia, że niedługo przestaną one na nas działać.
8. Czasami trzeba polecieć samolotem, nawet jeśli jest to niezgodne z naszymi najgłębszymi przekonaniami. Choć niektórzy uważają, że nie trzeba latać. I ja się z nimi zgadzam.
9. Jestem fajny, mądry i inspirujący. Nawet na występach w Londynie i Berlinie. Choć muszę się w końcu porządnie nauczyć angielskiego. A może nie muszę? Skoro jest tylu świetnych tłumaczy. Może nie warto im odbierać pracy. Zresztą poezja czytana po polsku jest piękna. Więc może niech już zostanie po polsku.
10. Wszystko jest możliwe. I choć na razie nie wymyśliłem jak pisać o globalnym ociepleniu, żeby problem zrozumieli właściciele spółek zatruwających naszą planetę ani opłacani przez nich politycy, to może jeszcze wymyślę. Zresztą – z tego, co się orientuje – już go rozumieją. Ale wciąż nie wywieramy na nich wystarczającej presji, więc warto o tym pisać i to zmieniać.

ps. Okazuje się, że jedną herbatę można zaparzać trzy razy i ciągle jest smaczna.

Półwysep Helski to takie miejsce

IMG_7975-2Półwysep Helski to takie miejsce, gdzie łowienie ryb i turystyka dają szansę na przeżycie, bo przynoszą pieniądze. Zaczynamy coraz bardziej myśleć, że turystyka jest przemysłem tak samo strasznym jak łowienie ryb. W porcie zawsze brzydko pachnie i jest pełno zanieczyszczeń. Przywykliśmy do tego, ale marzenia o innej codzienności zaczynają w nas dojrzewać. Chcemy, aby było inaczej pomimo tego, że jesteśmy mieszkańcami turystycznej miejscowości. Hel jest wciąż naszym domem.

Czy oznacza to, że mamy godzić się na hałas, zadeptane rośliny przy plaży, głośną muzykę lub niekulturalnych turystów? Czy to wszystko są koszty konieczności zarabiania pieniędzy? To my, mieszkańcy Helu sprzątamy wiosną i jesienią plaże, bo kochamy na nich wypoczywać przez cały rok. To my, godziny się na nieprzespane noce latem w imię zarabianych pieniędzy dających nam szansę przeżycia przez cały rok. To my, latem czujemy jedynie zapach smażonych ryb, który nie wygrywa nawet z zapachem portu. Godząc się na to wszystko podejmujemy świadomy wybór mając na uwagę presję finansową, ale co ze zwierzętami. Jakie korzyści czerpią zwierzęta mieszkające w helskich lasach? Nie sądzę, aby marzyły o mieszkaniu w lesie zaśmieconym butelkami, plastikami, papierami czy opakowaniami po batonach. Chociaż to wszystko jest może nawet lepsze, od podpalania lasu, co zdarza się, gdy rozbawieni turyści rozpalą ognisko i przestaną nad nim panować. Jedną z letnich atrakcji Helu jest drzewo, na które nakłada się puste butelki. Dla nas to pomnik rozpaczy…

Każdego roku sprzątamy śmieci z wojskowych bunkrów – kilkadziesiąt worków, z jednej z najdzikszych plaż – kolejne kilkadziesiąt worków oraz kilka opon. Czy turyści przyjeżdżający do nas latem, w podobny sposób spędzają czas w miastach? Przypuszczamy, że inaczej!

IMG_7881-2Niektórzy powiedzą, że to dodatkowe koszty, jakie ponosimy mieszkając w turystycznej miejscowości. Ale to koszty, których nie rozumiemy i nie akceptujemy. Przecież przyjeżdża się do nas szukając kontaktu z naturą. Czemu nie dostrzega się jej atutów? Czemu niszczy się las, dom zwierząt, które nie mogą zapakować się i wrócić do pięknie posprzątanych miast? Myśleliśmy, że największym koszmarem są sieci rybackie, gdzie ginie wiele fok, morświnów i ptaków, które zaplątują się w nie razem z rybami, ale od pewnego czasu zastanawiamy się, czy gorsi nie są turyści nieszanujący przyrody.

Kolejne wakacje zaczną się za moment i bardzo byśmy chcieli, aby Hel był miejscem, gdzie odnajduje się bliskość natury i wyjeżdża się po kilku dniach spędzonych na plaży z ogromnym szacunkiem do każdego stworzenia. Taki Hel, to miejsce, które chcemy stworzyć.

Klimatyczny slam poetycki

1.

Globalne ocieplenie, globalne ocieplenie
Gorsze niż palenie
Spalamy węgiel, spalamy ropę
Nie lataj samolotem – niszczysz nam Europę

Globalne ocieplenie, globalne ocieplenie
Co wkrótce z nami zrobisz
Tego jeszcze nikt nie wie.
Ogrzewanie oceanów –
Czas zacząć pić wodę z kranu

Zacznijmy współpracować to być może
Uda nam się ziemię uratować
Zakładajmy filtry na kominy
Nakłaniajmy do tego całe gminy

Recykling dobra sprawa
To również naprawa!

2.

Globalne ocieplenie, globalne ocieplenie
Gorsze niż palenie
Spalamy węgiel, spalamy ropę
Nie lataj samolotem – niszczysz nam Europę

Nie chcemy już więcej dwutlenku węgla
Gorączka na Ziemi jest już wielka
Burze, susze i powodzie –
Umierają ryby w wodzie.

Sadźmy rośliny, zamykajmy fabryki
Jest to tak dobre, jak słuchanie muzyki.

Butelki plastikowe i metan od krowy
Niszczy nasz gatunek narodowy.

3.

Globalne ocieplenie, globalne ocieplenie
Gorsze niż palenie
Spalamy węgiel, spalamy ropę
Nie lataj samolotem – niszczysz nam Europę

Lepiej iść się przejść,
Niż krowie mięso w domu jeść.
Lepiej przejechać się rowerem
Niż papierosem zanieczyszczać nam atmosferę
Ona jest nam bardzo potrzebna,
Dzięki niej nasza natura jest podniebna

Dziura ozonowa jest zła
Jak ziejąca metanem krowa
Bo metan jest naszym wrogiem.
Można go porównać z najgorszym nałogiem.
Naszą wodę trzeba ratować,
A nie w plastikowe butelki pakować.

Helska Podstacja

Polska Podstacja projektu Stacje Pogody mieści się na końcu Półwyspu Helskiego nad Morzem Bałtyckim. Podstację tworzą uczniowie Zespołu Szkół Ogólnokształcących im. Obrońców Helu.

IMG_3740Uczestnicy i uczestniczki projektu uczą się w jednej z najliczniej odwiedzanych latem miejscowości turystycznej. W Helu istnieje wiele atrakcji turystycznych, takich jak: droga rowerowa biegnąca przez cały półwysep, piękne plaże, pomost, z którego można podziwiać roślinność wydm, pozostałości po bunkrach tworzące Muzeum Obrony Wybrzeża, Fokarium, gdzie odtwarzana jest populacja fok na polskim wybrzeżu prowadzone przez Stacja Morska Uniwersytetu Gdańskiego, Port Rybacki , plaża od strony Zatoki Puckiej i Morza Bałtyckiego, Muzeum Rybackie i wiele innych…

Latem kilka tysięcy osób dziennie chce korzystać z atrakcji turystycznych Helu. Czy jest to przekleństwem, czy błogosławieństwem? Na pewno zabijane jest latem piękno Helu, który w pozostałych porach roku zachęca do spokojnego wypoczynku.

IMG_3572 IMG_3572 IMG_3596 IMG_3599

Jak mówią uczestniczy i uczestniczki zajęć:
„Dzięki projektowi „Stacje Pogody”, w którym uczestniczymy od ponad roku poznajemy też coraz lepiej nasz Półwysep. Na początku marca prowadziliśmy obserwację ptaków w okolicach portu rybackiego i cypla. Pana Mikołaj, ornitolog ze Stacji Morskiej w Helu, zabrał nas na wycieczkę z lornetkami. Dowiedzieliśmy się jak żyją kormorany, kaczki krzyżówki i lodówki oraz jak wiele gatunków mew przebywa w porcie: srebrzysta, śmieszka, białogłowa, pospolita. Dzięki wycieczce wiemy, że kaczki lodówki często giną w sieciach rybackich, tzw. przyłowu. Mieliśmy też szczęście obejrzeć rzadko spotykane okazy: rudzika i śniegułę.”

IMG_3601 FullSizeRender

photoA czym na co dzień żyje szkoła? W ciągu roku w szkole odbywa się wiele uroczystości i imprez, np. gimnazjalia, inscenizacje teatralne, spotkania z ciekawymi ludźmi i jeszcze wiele innych. Uczniowie rozwijają się sportowo i artystycznie!
W ramach projektu „Stacje Pogody” wystawiono już kilka razy sztukę „Błękitna Planeta” Andri Magnasona, której autor odwiedził pobliski Gdańsk.
Pokaz spektaklu odbył się również gościnnie również dla Trójmiejskich dzieci w Gdańskim Archipelagu Kultury. blekitnaplaneta

Oprócz udziału w projekcie „Stacje Pogody” realizowane są także inne ciekawe projekty edukacyjne, jak na przykład spotkania z Teatrem Szekspirowskim. W miarę możliwości młodzież wyjeżdża też na wycieczki, z których młodzież wraca do Helu z nowi inspiracjami.

Dzięki udziałowi w projekcie Hel odwiedzają pisarze związani ze „Stacją Pogody”. Prowadzą z młodzieżą warsztaty oraz stawiają pytania o przyszłość naszej planety. Ostatnią pisarką odwiedzającą Hel była Xiaolu Guo z Londyu.

IMG_7646

Morszczyn pamiętamy!

IMG_5428malyGdy byłem dzieckiem, często jeździłem z rodzicami do Juraty i na Hel. Niewiele z tego pamiętam. Bieganie po lesie, szukanie bursztynów i brunatne glony z pęcherzykami, które często znajdowało się na plaży. To znaczy o tych glonach prawie zapomniałem. Dlaczego miałbym o nich pamiętać? Glony to glony. Pełno ich wszędzie. A przynajmniej kiedyś było ich pełno.

Teraz znowu stosunkowo często bywam na Helu. Już nie biegam po lesie, raczej spaceruje, ale ciągle patrzę, co można znaleźć na plaży. Znalazłem nawet bursztyn w miejscu, w którym podobno ich nie ma. Było też parę zardzewiałych monet. Ale morszczynów pęcherzykowatych (bo tak się te glony nazywają) w polskim Bałtyku prawie już nie ma. Kiedy się o tym dowiedziałem, poczułem się dziwnie. Nie jestem w końcu zbyt stary, a pamiętam z dzieciństwa coś, czego już nie ma. Oczywiście świat wokół nas ciągle się zmienia. Budują się nowe apartamentowce i supermarkety. Nawet w tym momencie za moim oknem powstaje kamienica i zasłania mi widok na Wisłę. Mogę to zrozumieć. W końcu ludzie muszą gdzieś mieszkać. Ale komu przeszkadzały morszczyny?

Są różne teorie. Część wyginęła, bo Bałtyk robił się coraz mniej przezroczysty i zanieczyszczony. Inną część wyłowiono, aby robić z niego kosmetyki. Pani Bogumiła jedząc robiony z morszczynów suplement i gimnastykując się schudła w ciągu dwóch miesięcy dwadzieścia sześc i pół kilo. Glony jeść lubią też łabędzie i skorupiaki. Nic dziwnego, mają dużo jodu i innych minerałów. Ale to wszystko sprawia, że już ich w polskim Bałtyku nie ma. Były i nie ma. Pozostaną w moich wspomnieniach z dzieciństwa oraz na liście gatunków zagrożonych. Dziwne uczucie.

Podaruj dzieciom raka

unnamed (3)„Wystarczy chcieć, by czyjś odmienić los / Uczyńmy świat lepszym dla wszystkich nas”, śpiewa czołówka polskich wokalistów (Edyta Górniak, Maryla Rodowicz, Grzegorz Markowski, Natalia Kukulska, Mietek Szcześniak, Kayah) w klipie promujący Fundację Polsat, od osiemnastu lat prowadzącą działania w zakresie ochrony zdrowia oraz ratowania życia dzieci. Trudno się nie zgodzić z tym pięknym hasłem. Piszę ten tekst między innymi dlatego, że wierzę, że możemy uczynić świat lepszym dla wszystkich nas. Nie jestem jednak pewien, czy rzeczywiście wszyscy w to wierzą.

Co bowiem można powiedzieć o Zygmuncie Solorzu-Żaku, który z jednej strony wspiera Fundację Polsat, a z drugiej blokuje budowę ferm wiatrowych, bo planuje w tym samym miejscu budowę gigantycznej (119 km2) kopalni odkrywkowej?

Mnie raczej trudno powiedzieć na ten temat cokolwiek dobrego. Węgiel brunatny jest jednym z najbrudniejszych paliw. Spalanie miliarda ton, które mają się znajdować w okolicach Rawicza, wyemituje znacznie więcej dwutlenku węgla niż spalanie węgla kamiennego czy ropy naftowej i dwa razy więcej niż spalanie gazu ziemnego. A przecież emisja dwutlenku węgla to nie jest jedyny problem. Są jeszcze tlenki siarki, tlenki azotu oraz metale ciężkie takie jak rtęć, nikiel, kadm, ołów, które również wzbogacają nasze powietrze w procesie spalania kopalin. By uczynić świat lepszym dla nas wszystkich. Nie licząc tych 450 tys. osób, które w Europie umierają przedwcześnie każdego roku ze względu na zanieczyszczenia powietrza. I nie licząc tych milionów Europejczyków, którzy cierpią na alergie i astmę.

W latach 2004-2008 odnotowano w Polsce wzrost liczby występowania objawów astmy z 13% do 18,8% dzieci w wieku sześciu i siedmiu lat. Teraz pewnie jest ich jeszcze więcej. WHO ocenia, że u dzieci poniżej piątego roku życia śmiertelność z powodu zewnętrznego zanieczyszczenia powietrza wyniosła 3% (z wszystkich odnotowanych zgonów) i 12% z odnotowanych zgonów w ciągu doby. Nic dziwnego: to dzieci i osoby starsze są najbardziej narażone na zgubny wpływ spalania węgla. Ale nie tylko one. Zanieczyszczenie powietrza to największy zabójca naszych czasów, ostrzegali eksperci podczas konferencji w Wojskowym Instytucie Medycznym. Poza astmą może też być przyczyną innych chorób układy oddechowego, m.in. przewlekłej obturacyjnej choroby płuc czy raka. Już niedługo więcej osób będzie umierać w Polsce z powodu zanieczyszczenia powietrza niż palenia tytoniu.

To nie są żadne tajemnice, ale wiedza powszechnie dostępna. Najwyraźniej nie przeszkadza on jednak spółce górniczej Solorza-Żaka w planowaniu szkodliwej dla zdrowia nas wszystkich inwestycji. No i nic dziwnego, że nie przeszkadza. Wydobycie węgla brunatnego jest tanie i zarobi na tym dużo pieniążków. A to, że gdzieś jacyś ludzie będą chorować i umierać? No cóż. To nie jest jego problem. Zarobi wystarczająco dużo pieniędzy, żeby to nie był jego problem. Część z nich nawet sypnie na Fundację Polsat, żeby ludzie nie myśleli o nim źle. W końcu pomaga dzieciom. Już wkrótce będzie mógł pomagać także tym dzieciom, które będę chorować na skutek jego inwestycji.

Może to w sumie jakiś sposób na kreowanie popytu? W końcu trzeba mieć chore dzieci, żeby móc im pomagać.

Planowana kopalnia ma zająć trzy, a nawet czterokrotnie większą powierzchnię niż kopalnia Bełchatów. Aby sobie lepiej wyobrazić skalę tego przedsięwzięcia, polecam zdjęcia z Bełchatowa. Należy pomnożyć ten Mordor razy cztery. Piękna kraina dla orków, ale dla ludzi trochę mniej. Nic dziwnego, że miejscowi rolnicy się buntują i planują kolejne powstanie wielkopolskie. Tym razem przeciwko okrutnemu zaborcy węgla, który nie pozwala im nawet wiatraków stawiać.

unnamed (4)Osobiście proponowałbym zmienić hasło Fundacji Polsat „Podaruj dzieciom słońce” na jakieś bardziej adekwatne. Na przykład „Podaruj dzieciom przewlekłą obturacyjną chorobę płuc”. I parę innych też. Lista jest długa i raczej się nie zmieści na takim małym słoneczku. Ale zawsze można zrobić dużo małych słoneczek. Każde z inną chorobą. Co państwu polecam. A może nawet nasze gwiazdy nam zaśpiewają jakąś ładną piosenkę? Wszak „tuż obok nas / Każdego dnia ktoś walczy o przeżycie / Zbyt mały, by móc samemu wygrać je / I czeka na to, że mu podasz rękę i pomożesz wstać”. Podamy rękę czy raczej przywalimy mu grudą węgla brunatnego w tę pucułowatą buźkę?

Monika Olejnik pisze wiersz o globalnym ociepleniu i przykuwa się z nim do bramy Elektrowni Bełchatów

12507291353_51fbae3f9f_k

Bełchatów – kopalnia odkrywkowa i elektrownia Photo by: Bogusz Bilewski źródło: Greenpeace Polska/flickr (CC)

Żyjemy w kraju, gdzie około 85% energii elektrycznej w roku 2012 pochodziło ze spalania węgla i nic (poza nie dość wymagającymi zaleceniami Komisji Europejskiej) nie wskazuje, by szybko miało się to zmienić. Tymczasem zanieczyszczenie powietrza staje się największym zabójcą naszych czasów, a koszty środowiskowe w postaci negatywnego wpływu na zdrowie Polaków sięgają kilkudziesięciu miliardów złotych rocznie, jak ocenia Europejska Agencja Środowiska. W skrócie: wydajemy miliardy na kopanie i spalanie węgla, aby potem wydawać miliardy na leczenie ludzi i ratowanie środowiska. Oczywiście nie każdego środowiska i nie wszystkich ludzi. Niektórzy po prostu umierają. Nie na wszystko starcza pieniędzy. Tym bardziej, że musimy je wydawać na dotowanie energetyki węglowej.

Choć większość Polaków zdaje się sobie sprawę z istnienia problemu globalnego ocieplenia, to jednak nie sądzą, że stanowi on dla nich bezpośrednie zagrożenie. Pewnie dlatego, żeby nie psuć ludziom humoru, polskie media zdecydowały się nie wspominać o niedawnym raporcie rządowej amerykańskiej agencji ds. zmian klimatu, że liczne skutki globalnego ocieplenia dotkliwie dotykają mieszkańców Stanów już dzisiaj. Powodzie, podnoszący się poziom wody, huragany, sztormy, susze i pożary lasów to tylko niektóre z wymienionych.

Pewnie dlatego, żeby nie psuć Polakom humoru, media niezbyt szumnieinformowały, że w zeszłym roku polski rząd przyjął dokument w kwestii walki ze zmianami klimatu, z którego dowiadujemy się, że w Polsce straty wynikające z nasilających się ekstremalnych zjawisk pogodowych w latach 2011-2020 mogą sięgnąć 86 mld zł. W tym kontekście tym bardziej niepokoją niedawne słowa premiera Tuska, że „węgiel ma być strategicznym fundamentem bezpieczeństwa energetycznego kraju”. Kiepski chyba jest fundament bezpieczeństwa, który funduje nam susze i gradobicia.

źródło: facebook

źródło: facebook

A jednak najwyraźniej fundamenty bezpieczeństwa narodowego nie są tak ważne jak laptop Sylwestra Latkowskiego. Jakoś nie słyszałem, żeby w walce o bardziej stanowczą politykę klimatyczną dziennikarze byli równie zdecydowani jak choćby Monika Olejnik w kwestii laptopa naczelnego „Wprostu”. No chyba że poza nagraniami Tuska znajduje się tam też plan, co zrobić z polskim przemysłem energetycznym. Jakoś nie sądzę. Ale jednak przyjemnie sobie wyobrazić dziennikarkę przykuwającą się bram Elektrowni Bełchatów.

Choć polscy dziennikarze niespecjalnie chcą się zajmować globalnym ociepleniem, a poziom refleksji politycznej na ten temat pozostaje na poziomie wypowiedzi ministry Elżbiety „taki klimat” Bieńkowskiej, to nie znaczy, że nikt się tym zajmuje. Całkiem niedawno Greenpeace wydał raport pt. Ukryty rachunek za węgiel. Dowiedzieć się możemy z niego między innymi, że „w latach 1990 i 2003 dotacje do górnictwa sięgały aż 2% PKB, a więc pięciokrotnie więcej niż roczne wydatki państwa na naukę, badania i rozwój”, a łączna suma dotacji i subwencji do górnictwa węglowego w latach 1990-2012 wynosi około 69 miliardów złotych. Bardzo mnie to nie dziwi. Ostatecznie nie wszyscy musimy się uczyć, a każdy chciałby mieć tanią energię. Problem polega jednak na tym, że tania energia tylko teoretycznie jest tania. I z każdym rokiem kosztuje nas coraz więcej.

Mając świadomość tego problemu, moglibyśmy coś z nim zacząć robić. I coś robimy, a jednak ciągle wsparcie dla węgla jest znacznie większe niż dla odnawialnych źródeł energii. „Wszystkie środki publiczne przeznaczone w latach 2005-2012 na stymulowanie rozbudowy energetyki odnawialnej w Polsce można (…) szacować na ok. 19 mld złotych. Jest to wielokrotnie mniej niż w wypadku energetyki węglowej, która w tym samym okresie otrzymała ok. 40 mld złotych, czy górnictwa, które zyskało 38 mld”. Zważywszy, że ze święcą szukać w Polsce polityków, którzy by mieli inne zdanie w sprawie bezpieczeństwa energetycznego niż Tusk, to pewnie węgiel trzeba będzie dotować jeszcze bardziej, żeby mógł konkurować choćby ze sprowadzanym z Rosji czy Chin. Nie bez powodu Kompania Węglowa, największa spółka węglowa w Europie, mierzy się z nieustannymi trudnościami i generuje straty. Tymczasem Chiny na gwałt inwestują w panele słoneczne, ale pewnie komuś będą chciały opychać też węgiel.

Z tego punktu widzenia logicznie wydaje się przestawianie rynku na odnawialne źródła energii i twierdzenie, że to właśnie one mogą zagwarantować Polsce niezależność energetyczną. Aby propagować ten punkt widzenia, Greenpeace postanowił z okazji przyjazdu Baracka Obamy zorganizować akcję podczas, której chciano wywiesić transparent „Niezależność – prawdziwi liderzy wybierają odnawialne źródła energii”. Jednak z okazji 25-lecia wolności BOR transparent zarekwirował i akcję udaremnił. Prawdziwi liderzy wybierają sprawne służby specjalne. Czy kogoś dziwi, że podsłuchy mają w Polsce lepszą prasę niż odnawialne źródła energii?

Jak można się było dowiedzieć w trakcie konferencji prasowej „Czy konflikt Rosja-Ukraina spycha Europę w kopalniane dno?”, brakuje nawet „woli politycznej, by uchwalić ustawę o OZE. Na rządzących mobilizująco nie działa nawet perspektywa nakładanych przez Komisję Europejską kar finansowych za niewdrożenie w terminie unijnych przepisów, a których ciężar spadnie ostatecznie na każdego Polaka (wynosić one mają 133 tys. euro za każdy dzień opóźnienia we wdrożeniu dyrektywy o odnawialnych źródłach energii)”. Dyrektywa jest z 2009 roku, termin wdrożenia minął w marcu 2011 roku. Czy ktoś ma kalkulator? Milion euro za tydzień, a minęły już trzy lata. Matematyka trudna nauka. Ale ktoś w sejmie mógłby ją opanować.

Zresztą cała konferencja była całkiem ciekawa. Okazuje się, że mamy ekspertów, którzy wiedzą, co robić, żeby sytuację poprawić, i polityków, którzy chcieliby to robić. A jednocześnie nic nie wskazuje, żeby coś się miało w najbliższym czasie w polskiej polityce klimatycznej zmienić. Nawet jeśli uda się obalić rząd. Bo znowu obalają go nie ci, co powinni.

Nieplanowane dziecko

jeśli coś się nie stanie

jeśli nic się nie zmieni

jeśli czegoś nie zrobimy

jeśli nie przestaniemy działać

jak gdyby nic nie mogło zaszkodzić tej kupie kamieni

na której siedzimy

mój boże

jakaż to będzie piękna katastrofa

(chciałbym ją podziwiać

czasami już to robię)

czytam o niej codziennie

i już prawie nie mogę

doczekać się tej erupcji zniszczenia

niestety ono nadchodzi powoli

rozpływa się po rzekach

roznosi z powietrzem

ukrywa się w chmurach

korzysta z odrzutowców

cała ludzka technika jest na jej zawołanie

albo jego?

katastrofa to ona

zniszczenie to ono

dziecko o którym tyle rozmawialiśmy

niestety nie ma połowy głowy

za to mózg na wierzchu

wiszące gałki oczne

rozszczep całej twarzy

na szczęście za bardzo je kochamy

by mu zrobić aborcję