Figowiec

Figowiec

Autor: Mirko Bonne 1 grudnia 2014 r.

Wszędzie odpadki lata, na każdej pochyłości pyszni się plastik. Wyrzucone, rozdeptane, pozostawione i zapomniane opakowania czegoś co było i nigdy nie wróci, flaszki we wszelkich barwach, przeżarte rdzą puszki, wypłowiała torba czy rozdarta walizka. Na skraju jezdni zaparkowane lata temu samochody, wraki, na wpół rozkradzione, na wpół rozwalone, zanieczyszczone ekskrementami i smarem. Przykucam, bo coś jasnego, co leży na asfalcie, wpada mi w oko – boska laleczka, która ma tylko pół głowy, a w ogóle nie ma ciała, ale na ustach wciąż uśmiech Afrodyty. W zeschniętej trawie w warstwach leżą resztki tego, czego nie dało się upchnąć w szczelinach i pęknięciach murów i ścian z raz po raz, i znowu ustawianych i rozrzucanych kamieni. W koronach drzew przycięte przewody, okablowanie gałęzi. Na plaży powódź szczoteczek do zębów, piana linek i siatek, czapek i długopisów, sznurowadeł, guzików i wyblakłych, wyłupionych oczu pluszowych zwierzątek. Na niedużej greckiej wyspie Simi, tylko kilka mil morskich od wybrzeża Turcji, nad przystanią rybacką stoi dom – jego krokwie, ściany wewnętrzne i podłogi zostały zniszczone przez drzewo, które stopniowo zajmowało dla siebie pozostałości ruiny. Piękny, ciemnozielony figowiec wyrasta z odpadków i śmieci, które wrzucano przez otwory okienne jak w otchłań, w której kryją się przymus przemijania i pustka, a czas i śmierć muszą ustąpić przed gwarnym życiem.

 

feigenbaum

 

 

 

 

 

 

 

 

Zdjęcia: Zanieczyszczone plastikiem Morze Śródziemne u wybrzeży Rodos (1), Dom z figowcem na wyspie Simi (2), Figowiec w Santa Barbara w Kalifornii (3)

 

Być może ostatnia szansa na współistnienie w większej bliskości.

Pytając się własnego odbicia w lustrze – lustrze mowy – podliczam i wychodzi mi, że już od ponad piętnastu miesięcy należysz do piątki autorów piszących w projekcie Weather Stations. Czy twój sposób widzenia świata uległ w tym czasie zmianie? Może sam stałeś się stacją pogodową?

 

Każdego ranka, kiedy tylko wyjrzę za okno, zwracam uwagę na pogodę – na niebo, chmury i drzewa. Drzewa, bo dzięki nim możemy dojrzeć wiatr. Jeszcze półtora roku temu doniesienia o tornadzie w Meklemburgii-Pomorzu Przednim byłyby dla mnie zadziwiające, ale nie wpłynęłyby na moją aktywność i nie zwróciłbym uwagi na to, co mówi burmistrz miasteczka Bützow – a było to coś bardzo podobnego do tego, co słyszałem w regionach Australii, gdzie ludzie już od dziesięcioleci narażeni są ekstremalne zjawiska pogodowe.

 

W projekcie Weather Stations chodzi o uwrażliwienie. Ale dla ciebie to właściwie nic nowego.

 

Zmiana klimatu doskonale pasuje do współczesnego świata. Nikt nie przejmuje się czymś, czego nie da się zrozumieć ani skonsumować. Liczy się tylko to, co jest użyteczne – i to najlepiej dla mnie. W mojej młodości, za Kohla, sprzeciwialiśmy się – zmęczeni, ale zadowoleni, że jest się przeciw czemu buntować – „społeczeństwu jednorazowego użytku”, ale ani przez chwilę nie podejrzewaliśmy, że podążając moralnie nieskazitelną ścieżką, gorliwie uczestniczymy w tworzeniu świata jednorazowego użytku – tego, w którym teraz żyjemy. Oczywiście uwrażliwianie to zadanie dla piszących. Jednak piszący nigdy nie powinien dać się zaprząc do cudzego wozu. Musi pozostać wolnym koniem, jeśli trzeba – koniem kopalnianym, a najlepiej koniem i jeźdźcem naraz. Zmiana klimatu jest dla mnie także problemem językowym, ponieważ chodzi mi o sprawdzenie, czy da się ją przedstawić i opisać w formie literackiej. Projekt Weather Stations zaprowadził mnie w takie przestrzenie językowe, których sam nigdy bym nie odkrył. Siedziałem nad zatoką Chowder w Sidney z dwiema badaczkami oceanu, które opowiadały mi, jak to jest nurkować w lesie wodorostów.

 

Czy pisarze mogą przyczynić się do wyjaśnienia, wobec jakich złożonych, wielorakich wyzwań staje współczesny świat w związku ze zmianą klimatu i jej skutkami? Czy zgodziłbyś się, że może o to chodzić?

 

W czasie trwania projektu uświadomiłem sobie – i bardzo mnie to zaskoczyło – że także i w tym przypadku wszystko zależy od jednostek. Mógłbym nawet powiedzieć, że zmiana klimatu nie jest problemem ludzkości, lecz dotyka każdego z osobna. Czy to w Dublinie, Londynie, Melbourne, Poczdamie czy Sidney, w twarzach badaczy oceanów, chmur i klimatu, z którymi rozmawiałem, mogłem zauważyć to samo – zadziwienie, że rozmawiają z ludźmi, dla których język właściwie od samych podstaw znaczy coś innego.

 

Pisarz, w dodatku poeta, może mieć problem z mówieniem o języku i pisaniu w sposób abstrakcyjny i przy użyciu podstawowych pojęć. Projekt Weather Stations jako ćwiczenie z samoograniczeń?

 

Nie należy porzucać kreatywnych wątpliwości tylko dlatego, że problem wydaje się bardzo naglący. Absurdem wydaje mi się postulowanie, aby wahania i wątpliwości, opisywane od stuleci przez poetyckie umysły, odłożyć na bok, bo chodzi o rzekomo jednowymiarowe konflikty, które jakoby jedynie język nauki jest w stanie wyrazić.

 

W wielu dyskusjach panelowych mówiłeś, że w centrum debaty wokół zmiany klimatu stoi według ciebie konflikt, który jednak nie jest za taki uznawany, a nawet zostaje przemilczany.

 

Konflikt ten sięga bardzo głęboko i trudno go opisać słowami. Skutki zmiany klimatu postrzegam jako wypowiedzi Ziemi, która chciałaby postawić bariery swoim ludzkim mieszkańcom. To dialog, który wymknął się spod kontroli, pradawny konflikt, który tylko eskaluje. Człowiek przeciwko naturze – i, rzecz jasna, na odwrót. To stąd właśnie bierze się obawa wielu ludzi przed zajęciem się tym tematem. W każdym razie także i w tym sporze dla mnie liczy się przede wszystkim strona językowa.

Bo jesteś pisarzem, a nie matematykiem ani mówcą. Czy mógłbyś przybliżyć swoje stanowisko?

 

Staram się unikać wszelkiej teorii. John Keats powiedział, że każdy aksjomat filozoficzny musi zostać sprawdzony tętnem. A Günter Eich uważał, że pisanie oznacza postrzeganie świata jako języka. Wyrażenie dramatu zmiany klimatu – czy też może raczej: zaburzenia klimatu – to według mnie też problem dokładności. Nauka pretenduje do używania jak najprecyzyjniejszego języka. Natomiast dla mnie jako poety język to coś znacznie więcej niż tylko nośnik danych czy narzędzie do wyrażania znaczenia. Jest to medium zmysłowe, a więc też odczuwalne, mające swoją historię i opowieści. Język jest łącznikiem. A przy tym jest takim manipulującym monstrum! Kiedy tylko usłyszę albo przeczytam słowo „totalny”, na myśl nasuwa mi się zbrodnicza demagogia Goebbelsa. Użycie języka bardziej przypomina mi rzucanie zaklęć niż korzystanie z narzędzia. W moich oczach jest on jak niezbędna do życia tkanka łączna, czymś, co łączy mnie i wszystkich – nasz dzisiejszy świat z przeszłym światem zmarłych i przyszłym światem nienarodzonych jeszcze wnuków. Język to jedyny świat równoległy, w którego istnienie wierzę. Cudowna poezja dnia powszedniego, obecna w wielu tekstach współuczestnika projektu Weather Stations, Tony’ego Bircha z Melbourne, mówi właśnie o tym: co moje życie i życie mi współczesnych ma wspólnego z opowieściami dawnych ludzi, którzy umieli jeszcze czytać znaki ziemi i nie musieli ze strachu i niepewności wszystkiego wylewać betonem i mielić na miazgę?

 

Jakie doświadczenie w czasie udziału w projekcie Weather Stations uznałbyś za najistotniejsze dla siebie?

 

Najpiękniej było zawsze, kiedy ludzie zaczynali snuć opowieści. Pogoda dawniej i pogoda dziś. Pogoda, jaką opisywał mój dziadek, pogoda, kiedy byłam młodą dziewczyną. Jeden z uczniów z Tallaght pod Dublinem opowiedział, jak w czasie ulewnych deszczów w Irlandii latem 2014 r. woda porwała dom jego dziadków. Poruszająca była wizyta w dolinie rzeki Yarry na południe od Melbourne, gdzie rozmawiałem z mieszkańcami o pożarach buszu, które spustoszyły ogromne połacie terenu. Ludzkie umiłowanie swojego sposobu życia i wiążących się z nim historii okazywało się często bardzo żywe w tych miesiącach. Myślę, że także i to zawdzięczamy językowi, który stawia na nieostrość zamiast na dokładność. Dlatego sądzę, że zmiana klimatu oznacza szansę, być może ostatnią, na współistnienie w większej bliskości.

Mirko Bonné

‘G′day’ z City College w Footscray, Australia

Image: Footscray City College – och, to jest

Footscray City College – och, to jest „so cool” (tak twierdzi Tony Birch)

 

„G′day” [witajcie] z City College w Footscray, Australia!

Footscray City College to państwowa szkoła w zachodniej części Melbourne, w Australii. Mamy w tej szkole 46 różnych narodowości i prawie 1000 studentów. Spoglądamy z góry na jedną z wielkich dróg wodnych Melbourne, potężną rzekę Maribyrnong. Jesteśmy pełną zapału gromadką dzieci w wieku 14 i 15 lat, z kilkoma znakomitymi, zaangażowanymi nauczycielami. Odkrywamy miasto Melbourne, jak również naturalny krajobraz, który je otacza.

Tutaj jest film, który zrobiliśmy w naszym pierwszym dniu ze Stacjami Pogody.

Nasza grupa współpracuje z Tony Birch’em i z Wheeler Centre w zakresie książek, pisania i pomysłów na to, jak poprawić nasze własne pisanie i wiedzę o zmieniającym się klimacie. Tony napisał wiele powieści, między innymi Shadowboxing i Blood. Wheeler Centre jest organizacją, która organizuje rozmowy i imprezy dla publiczności na wiele tematów, włącznie z pisaniem, zmianą klimatu, i wiele więcej.

Naszym celem jest sprawić, żeby ludzie mówili o zmianie klimatu, a także, jak to mogłoby dotknąć nas na naszych własnych osiedlach, ulicach i w domach. Chcemy żeby ludzie na całym świecie wiedzieli, że myślimy i jednoczymy się w tej kwestii. Nie tylko chcemy, żeby ludzie myśleli o zmianie klimatu, chcemy sprowokować ich do działania.

Oczekujemy niecierpliwie podzielenia się naszą pracą ze wszystkimi z innych podstacji, w Berlinie we wrześniu!

– Studenci z Podstacji Footscray City College

Klasa

Wjeżdżając na szkolne podwórze cieszyłem się z pięknej pogody. Zapinałem rower i nie mogłem się już doczekać lekcji angielskiego. Dziś piątek. Mogłem pospać dłużej, bo odwołano nam dwie pierwsze lekcje. Przede mną cztery godziny lekcyjne i wspaniały weekend. Witam się z kolegami przy wejściu do szkoły i pogrążony w myślach, co też będę porabiał w ten weekend, wchodzę do klasy. Wtem zdaję sobie sprawę, że jest jakoś inaczej. Pachnie dziwnie, prawie jak w lesie. Rozglądam się wokoło i już wiem, dlaczego. Wszędzie są rośliny, pną się po ścianach, na podłodze korzenie, gdzieniegdzie mech, ptak wlatuje przez wybite okno. Nie wierząc własnym oczom robię krok naprzód i słyszę trzask. Stanąłem na linijkę, którą zostawiłem wczoraj w klasie. Schylam się, żeby ją podnieść i z poruszeniem przyglądam się jej pęknięciu.

Mój mózg zaczyna myśleć racjonalnie, więc mówię sobie, że musi być jakieś logiczne wytłumaczenie całej tej sytuacji. To nie sen, więc wychodzę z sali i z niedowierzaniem zauważam, że zatłoczony jeszcze przed chwilą korytarz jest pusty i wygląda tak samo jak klasa, z której wyszedłem. Jakby od dawna nie stanęła tam ludzka stopa.

Już wiem! To żart! Nie taki zwyczajny, tylko profesjonalnie przygotowany. Szukam wzrokiem kamer, ale żadnej nie znajduję. „Dziwne” – mówię sam do siebie, słysząc dobiegający gdzieś z kąta hałas przypominający śpiew. Zbliża się. Nie wiem, czego się spodziewać, więc chowam się we wnęce w ścianie, czekając, co się wydarzy. Źródło hałasu przybliża się. W końcu moim oczom ukazuje się starszy mężczyzna, na oko sześćdziesięcioletni, z brodą jak u świętego Mikołaja i krótkimi siwymi włosami. Stwierdzam, że nic mi nie grozi, więc wychodzę z wnęki. Mężczyzna odwraca się powoli w moją stronę i zaskoczony taksuje mnie wzrokiem od stóp do głów. „Dziś nie ma lekcji, stary” – mówi do mnie i odwraca się z tak głośnym śmiechem, jakby nie miał okazji tak się uśmiać od bardzo dawna.

Zdaję sobie sprawę, że to może być dla mnie jedyna szansa, żeby dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. Biegnę więc za nim i pytam go: „Dlaczego? Co tu się dzieje? Gdzie są wszyscy?”. A on, nie zatrzymując się, odpowiada: „Nie wiem, gdzie są wszyscy. Ale wiem, że w tym budynku od 25 lat nie było żadnego ucznia – po chwili dodaje – z wyjątkiem ciebie”.

Tłumaczę mu: „To niemożliwe. Byłem tu wczoraj”.

Mężczyzna odwraca się nagle, spogląda na mnie i mówi: “Chwila. Pamiętam cię. Jesteś tym chłopcem, który zaginął 35 lat temu”.

Manuel Plonsky

Obserwacje pogodowe z 1 kwietnia 2015

SINGAPUR, SINGAPUR

Kiedy wstaliśmy, spojrzeliśmy w błękitne niebo.

Wyszliśmy na zewnątrz i rozkoszowaliśmy się upałem na naszej skórze.

Byliśmy wdzięczni za każdą białą chmurkę, która rzucała trochę cienia. Im później się robiło, tym bardziej się ściemniało. Po kilku godzinach jasny błękit ustąpiła ciemnej szarości. Czuliśmy, jak robi się coraz bardziej przytłaczająco i wilgotno. Wielka ulewa, raczej krótka, próbowała ostudzić powietrze. Daremnie. Na horyzoncie dało się dostrzec jaskrawe błyskawice rzucające światło, po których następował głośny grzmot. Gwałtowna burza wywołała trochę poruszenia w spokojnej okolicy, ale po pół godzinie odeszła. Wieczorem już tylko miła ciepła bryza poruszała liśćmi palm i strącała z nich ostatnie krople wody.

(Kim Burkart)

DAHAB, EGIPT

Dzień na rafie Blue Hole – z rybiej perspektywy

O poranku obudziła mnie torba plastikowa, która przykryła wejście do mojej rozpadliny. W tej małej szczelinie w rafie spędzam każdą noc. Jeszcze kilka tygodni temu mieszkałam w większej rozpadlinie, bardziej na północ, ale zniszczyli ją nurkowie. Wiele domów moich przyjaciół zostało zniszczonych przez butle z tlenem i płetwy. Ilość wolnych szczelin mieszkalnych zaczyna się z wolna kurczyć…

Ale wróćmy do tej torby plastikowej. Takie torby o poranku mogą oznaczać dwie rzeczy: silny pływ, który przynosi na naszą rafę plastik z innych części Morza Czerwonego albo silny wiatr na powierzchni wody, który zgarnia do morza śmieci z ulic Dahab. Nie jest to najczystsze miasto. Podobno nie jest w nim aż tak źle, jak w innych miejscach, o których słyszałam, ale śmieci są tam wszędzie. Wiatr odgrywa tu wielką rolę w życiu ludzi. Kiedy jest wietrznie, rybacy nie mogą wypływać na pełne morze, bo fale są zbyt wysokie dla małych łodzi, nurkowie nie mogą popłynąć nurkować w każde miejsce, bo przy wysokich falach ciężko się wsiada na łódź, zaś uliczni sprzedawcy muszą biegać, żeby łapać swoje odfruwające towary. Tylko Kitesurferzy na swoich łodziach cieszą się z silnego wiatru. Ale tu, na naszej rafie, nie ma ich zbyt wielu. Trzymają się raczej bliżej hoteli. Blue Hole – mój dom – leży około pół godziny drogi od Dahab i sąsiadują z nim z jednej strony góra Synaj, a z drugiej morze. Mimo iż jest to najbardziej niebezpieczne miejsce do nurkowania na świecie i z każdym rokiem rośnie ilość ofiar śmiertelnych, nurkujących jest tu bez liku. Nurkowie nie przeszkadzają mi zbytnio, o ile trzymają się z dala od rafy i nie pozostawiają po sobie nic poza bańkami powietrza.

Jak już mówiłam, dzień jest bardzo wietrzny. Pod powierzchnią czuć, że woda jest zmącona. Wielu spośród moich przyjaciół żywiących się planktonem uwielbia taką pogodę. Fale i prąd przynoszą pokarm bliżej rafy, więc jest więcej świeżego jedzenia. Ja żywię się koralami, a ponieważ one jedzą plankton, mnie też cieszy odrobina wiatru. Ale wiatr oznacza też więcej nurków na Blue Hole. Dostęp do rafy jest osłonięty od morza i łatwy niezależnie od pogody. To sprawia, że rafa jest jedynym dobrym miejscem do nurkowania przy takim wietrze. Najczęściej nurkowie zachowują odległość i tylko przepływają nad nami. Ale niektórzy z nich zahaczają o koralowce i niszczą je w ten sposób. Najgorsi są nurkowie z większą ilością butli, bo niszczą rafę butlami przyczepionymi do brzucha. Trójka moich przyjaciół straciła w ten sposób swój dom.

Około południa słońce zdecydowało się wyjść i wiatr zelżał nieco. Jednak skutki wietrznej nocy były wciąż widoczne: torby plastikowe, puste puszki i opakowania wirowały w wodzie. Słońce rzucało promyki na plastik unoszący się nad naszą rafą i odnaleźć trochę piękna w tym smutnym widoku. I choć odbity blask dodawał śmieciom uroku, wiedziałam, że tak naprawdę w plastiku nie kryje się nic magicznego. Pewnie w ciągu następnych tygodni plastik zabije któregoś z moich przyjaciół.

Po krótkiej, pełnej słońca przerwie wiatr znów zaczął hulać po morzu. Około piętnastej pojawiła się drużyna Reef Checkers. To grupa nurków, którzy co roku wracają na naszą rafę, żeby badać jej kondycję. Rozwieszają nad rafą sznur i opisują wszystko, co znajduje się do określonej odległości od niego: ilość i gatunki ryb, bezkręgowców, stan podłoża, ilość zniszczonych korali itd. Ponoć zebrane tutaj dane pomagają ludziom lepiej zrozumieć rafy świata. Ludzie chcą wiedzieć, jak przez lata zmienia się rafa i znaleźć przyczyny problemów. Nie sądzę, żeby długo trzeba było szukać odpowiedzi. Naszym przekleństwem i przyczyną wszystkich naszych problemów są ludzie. Radzimy sobie ze sztormami, potopami i atakami koron cierniowych. Trudniej nam odzyskać siły nadwątlone przez nurków, którzy płetwami mącą piasek. Ten osadza się na koralach i dusi je. I jeszcze zostaje plastik, któremu potrzeba lat, żeby się rozłożyć. Plastik nie znika sam, w magiczny sposób. Wciąż jest go pełno. Tylko że nie widać go już gołym okiem. Moja przyjaciółka żółwica opowiadała mi o Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci. To ogromny obszar wypełniony ludzkimi śmieciami. Wiele sióstr i braci mojej przyjaciółki straciło życie, próbując umknąć plastikowej dżungli.

Mimo wszystko szanuję wysiłki drużyny Reef Checkers. Dzięki nim wiemy, że przynajmniej niektórzy ludzie przejmują się naszą sytuacją i chcą nam pomóc. Dziś zostaną wynagrodzeni widokiem młodego rekina wielorybiego. Przybył tu, żeby się najeść do syta planktonem naniesionym przez wiatr. Widzę poruszenie i radość wśród nurków i uśmiecham się do siebie. Gdyby tylko wiedzieli, jakie jeszcze rzadkie zwierzęta skrywa ta rafa.

Pozostała część dnia upływa spokojnie. Nie niepokoją mnie już nurkujący ludzie. Martwi mnie tylko murena falista kilka korali dalej, która od dłuższego czasu bacznie mi się przygląda. Wracam do mojej szczeliny z myślą, że mimo plastiku to był dobry dzień na mojej rafie.

(Silke Müller)

Spotkanie Xiaolu Guo z uczniami Podstacji na Helu

This gallery contains 18 photos.

Podstacja projektu „Stacje Pogody” gościła na Helu pisarkę Xiaolu Guo w piątek, 10 kwietnia 2015. Uczniowie zaangażowani w projekt zabrali Xiaolu Guo na spacer po przepięknym Półwyspie Helskim. Celem przejścia było pokazanie jak bardzo „przemysł turystyczny” może dewastująco wpływać na środowisko. Zobaczyliśmy najciekawsze atrakcje Helu, które latem odwiedza tysiące turystów … Read more

Tysiąc słów na śnieg

WSTĘP

Przełożyła Marta Dziurosz.

Na wodzie unosi się wielka góra lodowa. Gdyby stać się ptakiem lub rybą i podążać za tą górą wystarczająco długo, trafiłoby się na Grenlandię. Można byłoby tam zobaczyć zamarzniętą mewę na śniegu, albo szkielet wielkiego woła piżmowego na zboczu wzgórza. Można byłoby też napotkać tę inuicką rodzinę w niewielkim igloo. Nasza opowieść zaczyna się przy tym igloo.

To co teraz robią? Jak zdarza się każdej rodzinie, zgromadzili się dookoła, zajęci domowymi obowiązkami. Matka gotuje, jej trzej synowie karmią psy. Czasem pomagają matce w przygotowywaniu jedzenia. Ich ojciec zmarł dawno temu, na polowaniu, podczas burzy śnieżnej. Najmłodszy syn to Tekkeit Qaasuitsup. Ma tylko dziewiętnaście lat i sześć miesięcy, ale jest bohaterem w tej okolicy i wszyscy nazywają go Bystry Tekk. To on dobrze mówi po angielsku i wypuścił się na podróże daleko w świat. Trafił na pierwsze strony gazet od Niemiec po Amerykę, od Rosji po Australię. Właśnie opowiada krewnym o swojej niedawnej przygodzie:

– Powiedziałem ludziom w Niemczech, że aput nazywamy śnieg, który leży na ziemi; qana to padający śnieg, a pigsipor to nagromadzony śnieg; mentlana jest różowy, a suletlana – zielony. I że klin to pamiętany śnieg, a naklin to zapomniany. Niemców to zaciekawiło, więc pytali, czym jest „pamiętany” i „zapomniany” śnieg. Powiedziałem, że nie da się spamiętać każdego śniegu, który się widziało. Pamięta się tylko jego część z całego swojego życia. Na przykład śnieg przykrywający martwe ciało naszego ojca, motela, ten śnieg zapamiętuje się na zawsze…

 

1

Nasz młody Nanuk śpi w łóżku. Ale to nie Grenlandia. Na zewnątrz słychać ruch uliczny i szum samolotów. Okno jest dokładnie zasłonięte, ale i tak wkrada się promień porannego słońca, który rozświetla ciemności.

Tekk otwiera jedno oko. Rozgląda się po tym dziwnym miejscu i ma wrażenie, że wciąż śni. Na powrót zamyka oko. Sny, z których się właśnie ocknął, raczej nie pasują do tego otoczenia. Śniło mu się, że pływa z młodym niedźwiedziem polarnym, choć zwierzę go wyprzedziło, ponieważ niedźwiedzie te słyną z umiejętności pływackich. Tekk musiał zrezygnować z wyścigu. Teraz wydaje mu się, że ma mokrą twarz: pewnie od wody, w której pływał. Ale co śni mu się teraz? Tekk znów otwiera oczy i przesuwa głowę po miękkiej poduszce. No dobrze, jest telewizor zawieszony na ścianie, lodówka, biurko, krzesło, lustro, szafa i łazienka przy łóżku. Wszystko jawi mu się wyraźnie. Czyli to nie sen. Tekk siada z mętlikiem w głowie. Potem nagle rozpoznaje pomarańczową walizkę stojącą na dywanie na środku pokoju. Rodzina kupiła mu ją, całkiem nową, na wyjazd z Grenlandii. Nie, to nie sen: to rzeczywistość. Jest gdzieś w Niemczech. Widocznie wylądował tam poprzedniego dnia, po bardzo długiej i skomplikowanej podróży. Jak przez mgłę pamięta, że siedział w dalekobieżnym autobusie, potem przesiadł się do małej awionetki, potem znalazł się na wielkim międzynarodowym lotnisku, a później leciał ogromnym samolotem, w którym uśmiechnięta stewardesa podawała mu darmowe wino i alkohol, a potem… więcej nie potrafi sobie przypomnieć.

Ktoś puka do drzwi. Tekk ani drgnie. Znów pukanie. Bez słowa opuszcza stopy na dywan. Słyszy, że ktoś przekręca klucz w zamku i otwiera drzwi. Wchodzi młoda, biała kobieta w uniformie, z odkurzaczem. Tekk wzdryga się z zaskoczenia i pyta łamaną angielszczyzną:

– Kim jesteś?

Zdaje sobie sprawę, że ostatnio nie ćwiczył angielskiego.

Kobieta wygląda na skruszoną, kiedy zdaje sobie sprawę, że gość jest wciąż w pokoju.

– Entschuldigen Sie! Mam wrócić później? – pyta.

Ale Tekk ją zatrzymuje:

– Czekaj, nie idziesz!

– Słucham pana. – Kobieta odwraca się do niego.

– To Berlin, tak?

– Tak – odpowiada z uśmiechem.

– A gdzie w Berlinie?

– Jest pan w Hotel Kantstrasse, blisko berlińskiego zoo.

– Berlińskie zoo? – powtarza Tekk, zdumiony.

– To znaczy to jest hotel, nie zoo – tłumaczy kobieta równie niepewną angielszczyzną – ale jesteśmy niedaleko berlińskiego zoo.

Tekk nie odpowiada, więc kobieta powtarza pytanie:

– Chce pan, żebym posprzątała teraz, czy mam wrócić później?

Tekk wlepia wzrok w pokojówkę, kręci słabo głową.

Kobieta wychodzi wraz z odkurzaczem, zamyka za sobą drzwi. Tekk siada. Uświadamia sobie, że zasnął w ubraniu. Dotyka głowy i nie czuje na niej nic poza krótkimi włosami. Gdzie jego czapka z futra morsa? Tekk kocha tę starą futrzaną czapę. Nie może wędrować po świecie z gołą głową. Dostrzega czapkę na biurku przy oknie. Chwyta ją i wciska na głowę. Czuje się trochę lepiej. Rozsuwa zasłony. Światło zalewa pokój. Otwiera okno. Widzi dachy miasta i wielkie tablice reklamowe na wysokich budynkach. Na jednej dostrzega napis „Benz”, na drugiej – „BMW”. Patrzy w dół. Ulice i samochody wyglądają jak zabawki. Kręci mu się w głowie. Zamyka okno. Znów krąży po wyłożonym dywanem pokoju, próbując przyzwyczaić się do tej przestrzeni.

Wchodzi do łazienki. Umywalka ma dziwny kształt, jak wielki kwiat lotosu – nie żeby Tekk widział w życiu dużo wielkich kwiatów. Dotyka zlewu i automatycznie zapala się krąg światełek, jak w filmie science-fiction. Tekk gapi się na lśniącą umywalkę, próbuje pojąć, gdzie jest żarówka. W końcu się poddaje. Musi się umyć. Nie ma jednak kurka, który mógłby odkręcić. Przesuwa dłoń pod kranem, ale nic się nie dzieje. Właśnie kiedy się pochyla, żeby sprawdzić, czy z kranem wszystko w porządku, tryska strumień wody, mocząc mu twarz i głowę.

– Tiaavuluk! – Tekk klnie, chwyta ręcznik, wyciera twarz. Otwiera lodówkę; pełno w niej buteleczek wina i wódki. Wyciąga wódkę i wypija ją prosto z gwinta. Smakuje mu, przyjemnie szczypie w suchych ustach. Tekk siada na łóżku i sączy dalej, jakby pił wodę mineralną. Znów sięga do lodówki i znajduje paczkę orzeszków ziemnych. Zjada całą, a potem bierze jeszcze jedną wódkę i colę. Kiedy kończy drugą butelkę alkoholu, słyszy dzwonek.

Otwiera drzwi. Stoi za nimi wysoki, przystojny, uśmiechnięty Europejczyk.

– Dzień dobry. Pan Tekkeit Qaasuitsup? Mogę wejść?

Tekk kiwa głową. Mężczyzna wchodzi i od razu podaje mu dłoń.

– Jestem Hans. Pracuję dla tegorocznej Międzynarodowej Konferencji Klimatycznej. Będę panu towarzyszył podczas pobytu tutaj.

– Wszyscy mówią mi Tekk – odpowiada trochę nieśmiało.

– Jasne, Tekk. Znam trochę grenlandzkiego, ale nie będę się wygłupiał. Czy to twoja pierwsza wizyta w Berlinie?

– Tak – Tekk kiwa głową, ale ma wrażenie, że rozmówca patrzy na niego z wyższością, więc dodaje: – Ale byłem raz w Kopenhadze, i w Stavager. Byłeś kiedyś w Stavager?

– Hmm… – Hans kręci głową. Pierwszy raz słyszy tę nazwę. – Nie jestem pewien. Czy to w Danii?

– Nie – śmieje się Tekk. Hans zwraca uwagę na jego głośny, nieskrępowany głos i to, że śmieje się z przyjemnością. – W Norwegii! Mają tam taki domkirke. Bardzo duży.

– Domkirke? – Hans nie nadąża już za chłopcem. Poza tym trochę go niepokoi silna woń wódki w pokoju.

– Tak, domkirke. Wielka, stara katedra. Bardzo straszna w środku.

Hans postanawia, że nie usiądzie. Zerka na zegarek, jakby się spieszył.

– Dobrze wiedzieć, Tekk. Jeśli kiedyś pojadę do Stavager, odwiedzę domkirke. Teraz jednak mamy niewiele czasu. Jeśli jesteś gotowy, zabiorę cię na śniadanie. Mamy potem plany na całą resztę dnia.

Tekk się zgadza i zakłada wełniane buty. Idzie za Hansem do drzwi.

– Nie zapomnij klucza! – Hans zabiera kartę i zamyka za nimi drzwi.

 

2

Kawiarnia jest piękna, na ścianach wiszą obrazy. Siedząc na tak miękkich poduszkach Tekk czuje się trochę nieswojo. Hans zamówił im już śniadanie. Podchodzi kelnerka i podaje im talerze: sałatkę owocową dla Hansa i omlet dla Tekka.

Tekk wlepia jednak wzrok w talerz, nie rusza jedzenia.

– Mówiłeś chyba, że lubisz jajka? – Hans nachyla się, zatroskany.

– Tak. Ale nie mają tu mięsa?

– Mięsa? Jasne, jest w omlecie – mówi Hans.

Tekk podejrzliwie trąca omlet widelcem. Rzeczywiście: w środku jest trochę szynki. Zajada szybko, ale widać, że jest niezadowolony.

– Myślałem, że będzie prawdziwe mięso.

– Chcesz prawdziwego mięsa. Dobrze, poproszę o talerz wędzonej szynki.

Hans woła kelnerkę i zamawia szynkę. Po chwili dostają półmisek różowego mięsa ozdobionego plastrami melona.

Tekk w końcu się rozpogadza. Natychmiast, ku konsternacji siedzących dookoła, wyciąga z kieszeni własny nóż z kości morsa. Pod milczącym spojrzeniem innych gości młody Nanuk wbija plastry mięsa na czubek noża i pożera je łapczywie. Hans mu się przygląda, ale nie odzywa ani słowem.

Szynka znika w mgnieniu oka. Na talerzu zostaje tylko melon.

Tekk czyści ostrze kościanego noża białą serwetką i ociera usta. Potem mówi:

– Wiesz, Hans, to mięso jest za miękkie. Lubię twarde mięso, jak karibu, które jemy na Grenlandii.

– Tak, mięso karibu! Niestety nie mamy go w Niemczech.

– Powinieneś spróbować: jest twardsze. Dobre na zęby.

Hans dojada sałatkę owocową i w końcu mówi:

– Jestem wegetarianinem.

– Co to jest wegetarianin?

– Ktoś, kto nie je mięsa.

– Dlaczego? – Tekk patrzy na swojego niemieckiego towarzysza ze zdumieniem. – Nie masz zdrowych zębów?

– Mam bardzo zdrowe zęby – odpowiada rozbawiony Hans. – Jeszcze nie jestem staruszkiem! Ale to nie ma nic wspólnego z zębami. Tylko… Jak by to ująć? – Chwilę się zastanawia, a potem stwierdza: – Jedzenie mięsa zwierząt źle wpływa na środowisko. Nie jest też zdrowe.

Tekk przygląda się Hansowi ze zdziwioną miną. Chce mu się śmiać, ale próbuje być uprzejmy. Mówi tylko:

– Moja rodzina mi nie uwierzy, jak im to powiem. Wiesz, tylko karibu jedzą trawę.

Hans wzrusza ramionami.

– No to jestem karibu. Jem trawę, a ty możesz zjeść mnie. Tworzymy wspaniały łańcuch pokarmowy!

– Wy, Niemcy, jesteście dziwni – mówi Tekk, nieco urażony.

Hans dopija kawę i wyciąga portfel.

– Chyba powinniśmy ruszać. Chcę cię oprowadzić po okolicy.

Ale Tekk ma problem ze wstaniem od stołu. Jest trochę senny po wódce wypitej rano w pokoju.

– Hej, napij się wody – Hans podaje mu szklankę.

 

3

Hans i Tekk idą ulicą jak duet z komedii: jeden bardzo wysoki, drugi dość niski. Jeden rusza się szybko, drugi powoli. Wędrują w stronę Savignyplatz. Dookoła pełno jest kafejek i barów. Tekk rozgląda się, idąc chwiejnym krokiem, ciekaw otaczającego go świata. Wszyscy mijający go ludzie widzą, że jest pijany. To dziwny widok: pijany Inuit w futrzanych ubraniach zataczający się po modnej dzielnicy Berlina. Hans próbuje go prowadzić, kiedy przechodzą przez jezdnię.

Mijają bar ozdobiony światłami i neonami. Na chodniku przed lokalem stoją stoliki z krzesłami. Pani w krótkiej spódniczce rozmawia z towarzyszem. Jej odsłonięte nogi wydają się Tekkowi bardzo pociągające.

Zmierza niepewnie w stronę kobiety w mini. Bez słowa kładzie głowę na jej bladych, nagich kolanach. Zszokowana kobieta się cofa, a dostrzegłszy, że jest pijany, zaczyna krzyczeć. Jej towarzysz wstaje i odpycha Tekka. „Was ist loss mit dir, Mensch?” – gromi go.

Hans interweniuje: odciąga Tekka w samą porę, gorąco przeprasza zirytowaną parę.

Kilka chwil później Tekk stoi przed wielkim budynkiem ze szklaną fasadą.

– To siedziba Międzynarodowego Centrum Badań nad Zmianą Klimatu – mówi Hans, pchając Tekka do windy. – Przedstawię cię przewodniczącemu i organizatorom konferencji.

– Po co? – W windzie Tekk czuje, że pęka mu głowa. Plączą mu się nogi i jest mu niedobrze.

– Ponieważ to oni cię tutaj zaprosili i płacą za twój hotel. Bardzo chcieliby, żebyś zabrał głos na konferencji.

Wchodzą do biura, gdzie muszą chwilę poczekać, ponieważ przewodniczący jest na spotkaniu. Tekk zapada się w sofę. Kiedy Hans wraca z łazienki, okazuje się, że jego towarzysz już śpi, głośno chrapiąc.

Hans czeka cierpliwie na sofie; jeden z organizatorów podchodzi, żeby się z nimi przywitać. Widząc jednak, w jakim stanie jest ich gość, proponuje:

– Może pozwolimy temu biedakowi dziś odpocząć, pozwiedzać, jeśli będzie miał ochotę. Może wrócić na konferencję jutro.

Hans się zgadza.

Po południu zabiera Tekka do Tiergarten, gdzie młodzieniec czuje się znacznie lepiej i nabiera energii. Wchodząc w głąb parku mijają staw. Kaczki spokojnie unoszą się na wodzie. Obaj zauważają parę płynącą małym kajakiem. Tekk wlepia w niego wzrok, a jego serce przepełnia tęsknota. Kiedy ludzie w kajaku do niego machają, odbiera to jako zaproszenie. Rusza biegiem wzdłuż brzegu i nie rozbierając się wskakuje do stawu, żeby popłynąć w ich stronę. Para wygląda na nieco przestraszoną i speszoną. Tekkowi błyskawicznie udaje się wspiąć na łódkę.

Śmieje się i świetnie bawi w swoim nowym kanoe. Choć Hans krzyczy i gestykuluje z brzegu, Tekk wyrywa wiosło z dłoni mężczyzny i zanurza je w wodzie. Hans biegnie brzegiem i krzyczy do pary w kajaku: „Proszę wybaczyć mojemu przyjacielowi! Jest z Grenlandii… Nie zna tutejszych zasad!”

 

4

Konferencja prasowa odbywa się rano. Kiedy gromadzą się delegaci, grono szacownych mówców siedzi już na scenie. Tekk też na niej jest; ma na piersi plakietkę ze swoim imieniem. Posadzono go przy końcu stołu, obok Hansa.

Przewodniczący wygłasza mowę powitalną i podkreśla ogromne znaczenie badań nad zmianą klimatu. Podczas długiego przemówienia Tekk zapada w drzemkę, garbiąc się na krześle. Potem przewodniczący przedstawia siedzących na scenie: naukowców, ekspertów, działaczy i innych. Tekka zapowiada jako „ostatniego Nanuka z Grenlandii, z plemienia mieszkającego na topniejącym lodzie”. Wybucha pełna entuzjazmu owacja, błyskają flesze. Hans daje Tekkowi do zrozumienia, że powinien wstać do zdjęć.

Przewodniczący mówi dalej:

– Tekkeit Qaasuitsup, jeden z ostatnich Nanuków z Grenlandii Północnej, opowie nam w nadchodzących dniach o tradycyjnym stylu życia swojej rodziny i tym, czego możemy się nauczyć o kulturze inuickiej. Nie będę już przedłużał: zacznijmy konferencję…

Kilka godzin później wielkie zbliżenie twarzy Tekka pod futrzaną czapką pojawia się we wszystkich berlińskich mediach. Nagłówki nad zdjęciem brzmią na przykład: „Ostatni Nanuk w mieście!” albo „Co Eskimosi sądzą o współczesnym świecie”.

Konferencja przebiega bez problemów i wkrótce nadchodzi pora przerwy na lunch. Delegaci kierują się w stronę bufetu w jadalni przylegającej do bujnego ogrodu. Wielu ludzi podchodzi do Tekka, aby uścisnąć mu dłoń, zapytać o rodzinę i podróż. Jego uwagę przykuwa coś innego.

Obserwuje młodą kobietę w czerwonej sukience, która idzie przez ogród. Hans podąża wzrokiem za jego oczami i widzi brunetkę niosącą między rabatami kruka w klatce.

– Widziałeś to, Hans? Tego czarnego ptaka?

– Tak. To był kruk – odpowiada zaciekawiony Hans. – Kruk w klatce. Pierwszy raz w życiu widzę oswojonego kruka.

Przyglądają się kobiecie, która, zdaje się, wyczuwa ich spojrzenie i ogląda się za siebie. Uśmiecha się do nich tajemniczo, a kiedy tylko Tekk wbiega do ogrodu – znika.

– Sedna! Znalazłem moją Sednę! – krzyczy Tekk.

– Co to jest Sedna? – Hans wychodzi za nim na zewnątrz.

– Sedna! Inuicka bogini mórz!

– Masz na myśli kruka czy kobietę? – pyta Hans.

– Kobietę! Nazywa się Sedna!

– Okej, uspokój się, Tekk – mówi Hans. – Opowiesz mi, kto to jest?

– Tak. Była przepiękną Inuitką z długimi czarnymi włosami, tak jak ona. – Tekk wciąż krąży niespokojnie po ogrodzie z nadzieją, że znów zobaczy tę scenę. – W naszej okolicy wszyscy znają tę historię. Ponieważ Sedna była tak piękna, odrzucała myśliwych, którzy przychodzili do jej domu w zalotach. Jej rodzina żyła jednak w biedzie, więc ojciec chciał wydać ją za mąż. Powiedział: „Sedna, nie mamy co jeść i wkrótce będziemy głodować. Potrzebujesz męża, który by się tobą zaopiekował, więc musisz poślubić następnego myśliwego, który przyjdzie prosić o twoją rękę!” Pewnego dnia przed ich igloo pojawił się łowca w gładkim czarnym futrze i poprosił ojca Sedny o jej rękę. Sedna się zgodziła, choć nie widziała nawet twarzy mężczyzny. Wsadzono ją do kajaka myśliwego i popłynęła do swojego nowego domu. Wiesz, co to jest kajak?

– Tak, wiem, co to jest kajak. No i co stało się z nią i jej dziwnym mężem?

– Podróż była daleka. Padał śnieg, wiało. Otulili się grubymi ubraniami. Przez cały ten czas Sedna ani razu nie widziała twarzy swojego nowego męża. W końcu dotarli do jakiejś wyspy. Sedna się rozejrzała; nie zobaczyła ani chaty, ani namiotu, ani garnków, tylko nagie skały i klif. Jej nowym domem było kilka kępek zwierzęcego futra i piór rozrzuconych po twardych, zimnych kamieniach. Kiedy stanęli na lądzie, myśliwy stanął przed Sedną i zsunął kaptur. Zaśmiał się złowrogo. Nie zgadniesz!

– Nie był człowiekiem, tylko krukiem! O to chodzi w tej historii? – Hans się uśmiecha.

– Tak, bystrzy ludzie z was Niemców! Był wielką, brzydką, czarną wroną!

– I co dalej? Mieszkała z tym ptaszyskiem przez resztę życia? – pyta niecierpliwie Hans, świadom, że wszyscy dookoła kończą już lunch, choć oni sami nie zaczęli jeszcze jeść.

– Oczywiście nie chciała z nim żyć. Ale jej dom był daleko. Nie mogła tak po prostu sama wrócić…

Właśnie wtedy podchodzi organizator konferencji i przerywa Tekkowi:

– Cześć, Tekk, Hans. Mam nadzieję, że podoba się wam dzisiejsza konferencja prasowa?

Tekk wymienia z nim uścisk dłoni. Uświadamia sobie, jaki jest głodny. Biegnie do stołu, chwyta talerz i nakłada sobie jedzenie.

– Jak najbardziej. Oby tylko nasz grenlandzki przyjaciel wytrzymał cały tydzień obrad! – Hans wita jednego z organizatorów, jednocześnie ładując sobie na talerz sałatkę.

– Bez obaw. Jeśli się znudzi, możecie pozwiedzać. W Berlinie jest dużo miejsc, które warto zobaczyć: Muzeum Holokaustu, Checkpoint Charlie i tak dalej. Co o tym myślisz, Tekk?

Tekk szczerzy zęby odruchowo. Jest zajęty swoim sznyclem.

– Jak ci się podoba Berlin, Tekk? Widziałeś już naszego słynnego niedźwiedzia? – pyta mężczyzna.

– Niedźwiedzia? – Zaskoczony Tekk przełyka kęs mięsa. – Macie niedźwiedzie w Niemczech?

– Tak, mamy własnego sławnego niedźwiedzia polarnego. Nazywa się Knut.

– Żartujesz! – Tekk przestaje jeść. – Gdzie on jest? Możemy pójść do niego teraz? – dopytuje się gorączkowo, odwracając się błagalnie do Hansa.

– Teraz nie – odpowiada Hans ze śmiechem – ale może później, jeśli nie będziesz zbyt zmęczony.

Dziennikarze tłoczą się dookoła nich, namawiają Tekka, żeby założył futrzaną czapę i uśmiechnął się do obiektywu. Tekk pozuje, ale nie potrafi zdobyć się na uśmiech.

 

5

Tekk i Hans stoją w kolejce do berlińskiego zoo. Przed wejściem czeka wielu ludzi. W końcu Hansowi udaje się dostać dwa bilety.

Na Tekku od razu robi wrażenie skala zoo, jego bujna roślinność i sztuczne wzgórza. Zadaje mnóstwo pytań.

– Czyli ludzie znajdują różne zwierzęta i wsadzają je tutaj, zamiast je zabić?

– Tak. Dzięki temu możemy je oglądać; prawdziwe tygrysy na naszych oczach jedzą i biegają.

– Tygrys! – wykrzykuje Tekk. – Widziałem je w telewizji. Bardzo straszne zwierzęta! Nie chcę na nie patrzeć. Nie idźmy do nich, proszę.

– Dobrze, żadnych tygrysów – mówi Hans z uśmiechem, prowadząc go w głąb zoo. – Dopilnuję, żebyś nie zobaczył żadnego zwierzęcia, którego nie chcesz oglądać. Ale nie skończyłeś jeszcze opowieści o Sednie! Co stało się po ślubie pięknej dziewczyny z okropnym krukiem?

– Tak… Sedna odkryła, że jej mąż jest zwykłą wroną. Przestraszona i smutna próbowała uciekać, ale ptaszysko ciągnęło ją wtedy na skraj klifu i groziło, że ją zepchnie. Błagało ją też, żeby była jego towarzyszką, bo nie mogło znieść swojego samotnego życia. Została więc żoną kruka, zamieszkała na nagiej skale. Kruk każdego dnia wylatywał i wracał z surowymi rybami. To było jej jedyne pożywienie. Płakała bez końca, wołając ojca. Wyjące arktyczne wiatry zaniosły szlochy Sedny aż do uszu jej ojca, który rozpoznał te nawoływania i pojął, że to zawodzi jego córka. Pewnego dnia…

Tekk przerywa opowieść. Jego uwagę przyciągają jakieś wielkie zwierzęta przed nimi. Na jego twarzy maluje się udręka i przestrach. Znaleźli się przed wybiegiem goryli. Okazuje się, że Tekk nigdy wcześniej nie widział goryla. Śmieje się przez łzy na widok tych ogromnych, czarnych, podobnych do ludzi zwierząt.

– Może one są też ludźmi, jak myślisz, Hans? – pyta Tekk drżącym głosem.

Kiedy jeden z goryli się do nich zbliża, Tekk nieruchomieje. Potem nagle pada na kolana twarzą do ogrodzenia i zaczyna modlić się do zwierzęcia.

Hans obserwuje dziwne zachowanie Tekka z uniesioną brwią, ale się nie odzywa.

Idą w stronę wybiegu żyraf. Tekk uważnie przygląda się strzelistym zwierzętom, podziwia ich długie szyje.

– Chciałbym mieć tak długą szyję: z daleka widziałbym, czy nie zbliża się wróg. – Potem znów klęka. – Hans, musimy się pomodlić. Inaczej one się na nas któregoś dnia zemszczą.

Hans wzrusza ramionami i patrzy, jak Tekk modli się do zwierząt, mamrocząc bezgłośnie.

W końcu zmierzają w stronę najsłynniejszej atrakcji turystycznej zoo: niedźwiedzia polarnego. Dookoła tłoczą się turyści. Wszyscy czekają przy ogrodzeniu z aparatami i komórkami. Według ostatnich doniesień prasowych sławny niedźwiedź nie pojawił się od kilku dni.

Jednak kiedy tylko Tekk podchodzi do ogrodzenia, coś się zmienia. Zza sterty głazów stopniowo wyłania się białe cielsko. Odwiedzający z wyczekiwaniem podnoszą aparaty. Tekk wlepia wzrok w wielkiego niedźwiedzia, słynnego Knuta, który siedzi na kamieniu nad wodą i wygląda na znudzonego i samotnego. Nie zwraca uwagi na turystów i nieustający błysk fleszy; obserwuje otaczającą go płytką wodę.

– Och, Tekk, masz szczęście, że możesz zobaczyć gwiazdę naszego miasta. Przynosi nam jakieś 2 miliony euro dochodu rocznie – mówi cokolwiek podekscytowany Hans.

– Jak to? – pyta Tekk.

– Jak? Widzisz tych wszystkich ludzi? Kupili bilety tylko dlatego, że chcą zobaczyć niedźwiedzia polarnego.

– Knut… – mruczy pod nosem Tekk. – Na Grenlandii nie chcemy oglądać niedźwiedzi twarzą w twarz. Życzymy im jak najlepiej, ale nie mamy ochoty zapraszać ich, żeby podeszły bliżej.

Pojawia się grupa uczniów. Przepychają się przed Tekka i podskakują, chcąc dojrzeć niedźwiedzia-gwiazdora.

– No cóż, od kilku miesięcy Knut nie jest zbyt szczęśliwy. Niektórzy eksperci twierdzą, że tęskni za swoim naturalnym otoczeniem albo brakuje mu towarzystwa. Rzeczywiście sprawia wrażenie smutnego. Czasami nie wychodzi nawet zażyć słońca. Chowa się tylko w grocie, żeby nikt go nie widział.

Tekk zdaje się świetnie rozumieć tę sytuację. Mówi:

– Zrobiłbym to samo, gdyby mnie wsadzili do wielkiej klatki. Pewnie bym umarł po trzech dniach.

Im dłużej Tekk przygląda się niedźwiedziowi, tym bardziej jest wstrząśnięty. Stoi jak wryty, jakby był zaklęty. Ściska mocno ogrodzenie. Śledzi oczami każdy ruch niedźwiedzia.

– Myślę, że on mnie zna… – mówi jak we śnie.

Wygląda na to, że pod jego spojrzeniem Knut w końcu zaczyna reagować. W oczach zwierzęcia lśni smutek i nadzieja. Tekk jest jak w transie i wciąż szepcze:

– Och, Hans, on na mnie patrzy. Myślę, że mnie zna…

 

6

Nad zoo duje wiatr, niosąc ze sobą wycie syren i szum ruchu ulicznego. Knut nagle ryczy gniewnie, z bólem. Powoli wraca do groty i postanawia się ukryć na jakiś czas. Tekk przytomnieje, trze oczy. Hans pyta go, czy dobrze się czuje. Tekk nie odpowiada, z pochyloną głową ściska sztachety. Potem nagle – jakby ocykał się ze snu – wznawia opowieść o czarnym kruku.

– Mówiłem ci, że Sedna musiała zostać żoną kruka. Codziennie płakała gorzko na skraju klifu. W końcu jej ojciec usłyszał szlochy córki przez zamieć. Miał wielkie wyrzuty sumienia z powodu krzywdy, którą jej wyrządził. Postanowił więc, że czas ją uratować. Zabił wielkiego morsa, przygotował zapasy na kilka dni. Załadował kajak jedzeniem i wodą, po czym ruszył w kierunku, z którego niósł się płacz. Przez trzy dni wiosłował po lodowatych wodach do domu Sedny. Kiedy tylko zbliżył się do wyspy jej męża, zobaczył na klifie postać w czerwieni. Rozpoznał córkę: miała na sobie tę samą czerwoną suknię, co w dniu, kiedy opuściła dom. Na widok ojca Sedna poczuła takie zaskoczenie i radość, że pobiegła w jego stronę i wspięła się do kajaka. Bez wahania odpłynęli. Po wielu godzinach podróży spojrzeli za siebie i zobaczyli w oddali czarną kropkę. Wiedzieli, że leci za nimi rozgniewany mąż Sedny.

W tej chwili niedźwiedź wyje dwukrotnie w jaskini, jakby słyszał tę opowieść i dobrze ją rozumiał. Potem wychodzi z groty. Tekk przerywa; nie potrafi oprzeć się wpływowi niedźwiedzia. Zwierzę jakby patrzy mu w oczy.

– Może obejdźmy ogrodzenie dookoła między turystami – proponuje Tekk. – Żebym zobaczył, czy faktycznie mnie poznaje.

Ruszają wzdłuż wybiegu i niedźwiedź na chwilę traci Tekka z oczu. Jednak po chwili na powrót odnajduje go w tłumie, jakby przebiegał między nimi jakiś prąd. Jednak dwaj dozorcy nagle rozpraszają Knuta i wrzucają na jego wybieg plastikową fokę, chcąc zachęcić zgaszone zwierzę do ćwiczeń. To zdaje się budzi jego gniew: zeskakuje ze skały i zaczyna rozrywać fokę na kawałki.

Tekk odwraca się z niesmakiem. Odciąga Hansa na ławkę pod drzewem. Z westchnieniem podejmuje wątek:

– I tak wielki kruk puścił się w pościg za żoną, żeglując na wietrze. W końcu dogonił ich i zapikował nad kajakiem. Ojciec Sedny zamachnął się na niego wiosłem, ale chybił. Wielki ptak dręczył ich dalej. Potem opadł jeszcze niżej i zaczął machać skrzydłami nad oceanem. Wezbrała straszliwa burza. Spokojny dotychczas ocean wkrótce szalał, wściekle ciskając kajakiem. Ojciec Sedny był przerażony. Chwycił córkę i wyrzucił ją za burtę kajaka. „Masz swoją ukochaną żonę! Proszę, nie rób mi krzywdy. Weź ją!” – wrzeszczał. Sedna krzyczała i walczyła o życie, choć jej ciało drętwiało w lodowatej wodzie. Podpłynęła do kajaka i wyciągnęła dłoń, aż chwyciła skraj burty. Jej wystraszony sztormem ojciec myślał tylko o sobie, jak zawsze. Zaczął okładać palce Sedny wiosłem. Dziewczyna krzyczała, żeby przestał, ale to nie pomogło. Jej przemarznięte palce ułamały się i wpadły do oceanu. Powoli przeobraziły się w foki i odpłynęły. Znów spróbowała chwycić się łodzi ojca, ale i tym razem obił jej dłonie, które zamarzły i odpadły. Osunęły się na dno morza i zamieniły w wieloryby i morsy. Sedna nie miała już sił i zaczęła tonąć.

– Co za smutna opowieść! – wzdycha Hans. – Ojciec jest równie podły jak kruk.

– Zrozpaczona Sedna zamieniła swoje ciało w zwierzęta morskie – ciągnął Tekk. – Jej włosy stały się milionami krewetek i rybek, jej jelita homarami i ośmiornicami, jej smutek przemienił się w wodorosty, a tęsknota w piaszczystą wydmę na plaży. Na końcu jej czerwona suknia zmieniła się w górę Mara niedaleko bieguna północnego, gdzie chroni ludzi przed przenikliwym wiatrem. Teraz wszystkie głodne inuickie rodziny mogą się pożywić dzięki bogatemu w wodne stworzenia morzu. Mogą budować chaty u stóp góry. To dlatego kiedy w naszej okolicy myśliwy upoluje fokę, klęka twarzą w stronę góry Mara i wlewa nieco wody do pyska zwierzęcia, zanim je zabije… żeby podziękować Sednie. Jest naszą boginią mórz.

– Ale co przytrafiło się jej okropnemu ojcu i złemu ptakowi? – pyta Hans.

– Obydwu dopadł niedźwiedź polarny. Co więcej, był to pan niedźwiedzi z tej okolicy i o wszystkim wiedział. Ukarał więc kruka i ojca.

Tekk kończy opowieść. Obaj milkną, patrząc w dal. Za ogrodzeniem niedźwiedź wrócił już do jaskini. Hans widzi okazję, żeby opuścić zoo. Obiecuje Tekkowi, że następnego dnia wrócą zobaczyć znów Knuta.

 

7

Wieczór upływa Tekkowi bez większych atrakcji. Jest w jakiejś wytwornej restauracji z przepysznymi owocami morza i mięsem na talerzu, jaśniejącymi świecami na stole i ciemnymi niczym atrament winami i złotym piwem. Udaje mu się jednak przełknąć tylko dwa kęsy pieczeni wołowej. Jest przygnębiony, choć wielu życzliwych delegatów próbuje nawiązać z nim rozmowę. On nie ma jednak słownictwa na rozmowy z kulturalnymi białymi Europejczykami. Nie potrafi się też wdać w wyrafinowane dyskusje o emisji dwutlenku węgla czy poziomie zakwaszenia wody morskiej. Tęskni za rodziną, ulubionymi psami, igloo, a przede wszystkim – za wolnością, którą czuje tylko w swoim naturalnym otoczeniu. Prosi Hansa, żeby odprowadził go do hotelu, podczas gdy inni raczą się winem i tartami z agrestem.

Później – kiedy jest już sam w swoim pokoju – Tekk czuje się nieco lepiej. Rozbiera się do bielizny, ale nie zdejmuje futrzanej czapki. Kocha swoją czapkę. Przypomina mu ona te wszystkie wspaniałe chwile, kiedy razem z ojcem ruszał na polowanie na morsy, i kiedy przyglądał się, jak ojciec obdziera zwierzęta ze skóry za pomocą noża. Tekk tęskni za ojcem, choć wie, że jego martwe ciało leży bezsensownie głęboko pod śniegiem przy ich domu. Łzy niespodziewanie płyną mu z oczu.

Kładzie się na łóżku, wciska guziki pilota, przerzuca kanały telewizyjne.

Na jednym trwa program kulinarny, na innym jakaś opera mydlana rozgrywająca się w posiadłości bogaczy gdzieś w Europie, na kolejnym – kryminał z pościgami samochodowymi i strzelaninami. Tekk ogląda go przez chwilę, ale film jest po niemiecku. Wkrótce Tekk zaczyna się nudzić i poczucie osamotnienia powraca.

Wyłącza telewizję, leży nieruchomo, próbuje zasnąć.

Przez cienką ścianę słyszy, jak kocha się para w sąsiednim pokoju. Z każdą chwilą robią coraz większy hałas.

Tekk leży bez ruchu z szeroko otwartymi oczami, nasłuchując.

Następnego dnia prosi Hansa, żeby znów zabrał go do zoo. Tym razem Hans odprowadza go tylko do bramy i mówi, że będzie przy niej czekał za trzy godziny, ponieważ jest potrzebny przy obsłudze konferencji. Przez te trzy godziny spędzone w zoo bez niczyjego towarzystwa Tekk jest szczęśliwy. Idzie prosto w stronę wybiegu przyjaciela i wkrótce stoi przed Knutem, samotnym niedźwiedziem polarnym. Obserwuje każdy ruch zwierzęcia, ale starannie się chowa, żeby go nie zobaczyło.

Dziś przy wybiegu ekipa z kanału BBC kręci reportaż. Tekk przygląda się jasnowłosej dziennikarce, która mówi do kamery po angielsku:

– Tu BBC World Service! Jestem w berlińskim zoo przed wybiegiem Knuta, słynnego niedźwiedzia polarnego. Niemcy martwią się o niego. Oto, na czym polega problem: dozorcy powiedzieli nam, że Knut prowadzi samotnicze życie i często chowa się w jaskini. Przejawia też brak apetytu. Niedźwiedzie polarne odżywiają się zazwyczaj surowym mięsem, ale ostatnio Knut za nim nie przepada. Zamiast tego zaczął jeść ludzkie pożywienie, takie jak warzywa i ugotowane potrawy, a nawet croissanty i chleb, który przynoszą mu turyści. Byliśmy ciekawi, czy słynny mięsożerca zostanie wegetarianinem. Za tydzień Knut będzie świętował wraz z opiekunami piąte urodziny i z pewnością zobaczymy sporo uroczych zdjęć z jego przyjęcia…

W tle niedźwiedź ryczy w stronę kamery. Dziennikarka wygląda na zaniepokojoną, ale koryguje uśmiech i mówi dalej. Wtedy jednak grupa działaczy na rzecz praw zwierząt tłoczy się przed obiektywem z uniesionymi transparentami i skanduje: „Klatki to zbrodnia!” Niedźwiedź robi wrażenie coraz bardziej niespokojnego. Tekk wychodzi zza drzewa i staje w polu widzenia Knuta, który po chwili zauważa przyjaciela. Stopniowo się uspokaja. Tekk zaczyna coraz głośniej recytować inuickie słowa. Jego śpiewna deklamacja wznosi się ponad hałasy protestujących i turystów. Niedźwiedź kołysze się, jakby do rytmu. Zwierzę i człowiek znów patrzą sobie w oczy.

To wtedy pozostali zdają sobie sprawę z dziwnej sceny rozgrywającej się między niedźwiedziem a ubranym w futro Azjatą przy ogrodzeniu, z którego piersi wydobywa się dźwięczna pieśń. W odpowiedzi Knut wydaje z siebie długi, smutny pomruk i unosi łeb, prostując grzbiet, jakby pozdrawiał Tekka. Nagle zapada cisza, przerywana tylko szumem ruchu ulicznego i nielicznymi odgłosami zwierząt. Tekk i niedźwiedź zastygają bez ruchu, nie spuszczając z siebie wzroku. Tłum i dozorcy się przyglądają. Potem jednak niedźwiedzia ogarnia rozpacz i połączenie między nimi pęka jak struna. Jakby zrzucając z grzbietu wielki ciężar Knut odwraca się i człapie do groty, szurając łapami po betonie. Tekk oddala się szybko, zanim ktokolwiek zasypie go pytaniami.

 

8

Tygodniowa konferencja ma się ku końcowi. Tego ranka Tekk ma wygłosić przemówienie. Ma tekst, z którym pomógł mu Hans. Ćwiczył przez kilka dni i teraz czyta go całkiem płynnie. Oto jego mowa:

„Drodzy delegaci Piątej Konferencji Klimatycznej, nazywam się Tekkeit Qaasuitsup i pochodzę z wioski na Grenlandii. Jestem zaszczycony, że mogę opowiedzieć wam o mojej rodzinie i plemieniu. Muszę przyznać, że nic nie wiem o globalnym ociepleniu ani zmianie klimatu, ale i tak chcę podziękować organizatorom za zaproszenie mnie do Berlina.

Oto moja opowieść: należę do inuickiego plemienia. Jesteśmy ludem zbieracko-łowieckim. Jestem Nanukiem, czyli dobrym myśliwym. Pierwotnie słowo Nanuk oznaczało w moim języku „pana niedźwiedzi”. W naszej kulturze niedźwiedź polarny jest panem wszystkich niedźwiedzi. Tylko on może zadecydować, czy myśliwy zasługuje na to, żeby upolować i zabić niedźwiedzia; on też każe złych myśliwych, którzy nie przestrzegają zasad. Mój ojciec polował na niedźwiedzie i ja też to robię. Musimy sami zdobywać jedzenie. Blisko naszego domu nie ma żadnych sklepów. Od najbliższego supermarketu dzielą nas trzy dni podróży psim zaprzęgiem. Musimy więc łowić ryby i polować, żeby przeżyć. Jednak podczas polowania zawsze nasłuchujemy sygnałów od pana niedźwiedzi. Po przyjeździe do Niemiec byłem bardzo zaskoczony widząc, że nasz pan jest zamknięty w klatce w berlińskim zoo. Dlatego podczas pobytu tutaj każdego dnia musiałem tam iść i oddać mu cześć. Martwię się o niego. Mam nadzieję, że mnie któregoś dnia nie ukarze.

Na końcu chciałbym podziękować mojemu przyjacielowi Hansowi. Nauczył mnie dobrych manier i dzięki niemu wiem coś o europejskim stylu życia. Jednak nie jestem pewien, czy tak jak on zostanę wegetarianinem, ponieważ jeśli jemy dobre morskie stworzenia i tylko tyle, ile nam potrzeba, wegetarianizm nie jest konieczny. Nie da się zjeść trzech fok w tydzień. Każdego dnia da się zjeść tylko trochę. Dlatego dziwię się, że w supermarketach jest tyle jedzenia. Co się dzieje, kiedy w ciągu dnia nie uda się wszystkiego sprzedać? Czy resztę się wyrzuca, czy zostawia, żeby zgniła? W każdym razie wiem, że w dużych miastach jest więcej możliwości, ale wolę moją wioskę i już za nią tęsknię. Mam nadzieję wrócić tam jak najszybciej. To koniec mojego przemówienia. Przepraszam za mój angielski i dziękuję za uwagę.”

Po mowie wszyscy klaszczą i uznają Tekka za najbardziej uroczego uczestnika konferencji. Jego nowi fani natychmiast proszą go o zrobienie sobie z nimi zdjęcia. Chwilę później podchodzi do niego mężczyzna w eleganckim garniturze. Przedstawia się jako Werner Vidoni; jest dyrektorem berlińskiego zoo i specjalizuje się w zachowaniach zwierząt.

– Czego pan ode mnie chce? – Tekk jest nieco zaskoczony.

– Och, potrzebujemy twojej pomocy, Tekk, wybacz bezpośredniość – wyjaśnia Werner.

– Jakiej pomocy?

– Poznałeś już naszego niedźwiedzia polarnego i wiesz, że jest dla miasta bardzo cenny. Co więcej, widziałem, jak silna więź łączy cię z Knutem. Byłem w zoo tego dnia, kiedy go uspokoiłeś.

– Tak, znam Knuta – odpowiada Tekk trochę tajemniczo.

– Knut urodził się w naszym zoo, a jego matka zmarła wkrótce po porodzie. Jak na niedźwiedzia żyje dosyć samotnie. W przeciągu ostatnich kilku miesięcy coraz częściej się chowa i coraz mniej je. Bardzo martwimy się o jego zdrowie. Ponieważ jesteś z Grenlandii, ojczyzny niedźwiedzi polarnych, byłem ciekaw, czy możesz nam coś podpowiedzieć. Jeśli chcesz, możesz potowarzyszyć opiekunom niedźwiedzi, żeby zbliżyć się do Knuta i powiedzieć nam, co sądzisz o jego diecie i zachowaniu.

Ta prośba jest dla Tekka zupełnie niespodziewana. Brakuje mu słów i tylko kiwa żarliwie głową.

– Tekk uwielbia Knuta: jestem pewien, że bardzo się ucieszy z możliwości bliższego kontaktu – Hans, który słyszał całą rozmowę, odpowiada za Tekka.

Następnego dnia opiekun niedźwiedzi odbiera Tekka z hotelu. Po drodze do zoo dołączają do nich dwaj realizatorzy filmów dokumentalnych z kamerą i sprzętem nagrywającym. Chcą zrobić reality show o tym, jak Inuit tresuje niedźwiedzia; sądzą, że całe Niemcy bardzo chętnie go obejrzą. W zoo całą grupę przyjmują pełni entuzjazmu pracownicy. Przed wejściem w tylne drzwi prowadzące na wybieg Knuta Tekk klęka twarzą w stronę jaskini zwierzęcia i modli się bezgłośnie. Potem otrzepuje spodnie i mówi:

– Teraz możemy wejść.

Dozorcę ciekawi rytuał Tekka.

– Tekk – pyta – w co wierzysz?

Młody Nanuk w odpowiedzi recytuje stare inuickie powiedzenie:

– My nie wierzymy, my się lękamy.

– Lękacie się? – powtarza dozorca. – A co z Bogiem? Macie jakiegoś boga, tak jak my w Europie?

– Boga? Wszystko jest bogiem. Foka to bóg, mors to bóg, ryba to bóg i niedźwiedź polarny to też bóg.

– Czyli boicie się tych bogów? Mam na myśli to, że gdybyście w nich nie wierzyli, nie balibyście się ich…

– Wiara nie jest dla nas ważna, ale strach nas ochroni. Lękamy się natury – mówi Tekk.

Filmowcy nagrywają słowa Tekka. Wkrótce jego tajemnicza odpowiedź stanie się enigmą dla wszystkich berlińskich mediów. Wkrótce sympatyczny Nanuk stanie się gwiazdą, będzie równie słynny jak Knut. Jego portret pojawi się w Bild i Süddeutsche Zeitung obok zdjęcia niedźwiedzia wraz z nagłówkiem: „My nie wierzymy, my się lękamy”.

Tekk spędza dzień na wybiegu z Knutem i ekspertami, dzieli się z dozorcą nabytą od ojca wiedzą o niedźwiedziach polarnych.

– Wiesz, one świetnie pływają na duże odległości. Ale tutaj, w zoo, on nigdzie nie popłynie, i nie może się tak naprawdę poruszać.

Dozorca kiwa głową. Dobrze wie o tym problemie, ale nie sądzi, żeby mogli zmienić otoczenie Knuta.

 

9

– Nie możemy wypuścić Knuta na wolność, ponieważ urodził się w niewoli i zawsze mieszkał w zoo. Nie będzie nawet potrafił sam zdobyć jedzenia. Jeśli go wypuścimy, po prostu zginie – tłumaczy Tekkowi dozorca.

Tekk nie ma już nic więcej do powiedzenia. Przed opuszczeniem zoo sugeruje:

– Knut potrzebuje towarzysza, z którym mógłby mieszkać, kogoś takiego jak on.

– To prawda – odpowiada opiekun. – Postanowiliśmy zebrać 500,000 euro na drugiego niedźwiedzia polarnego: samicę z Norwegii, towarzyszkę dla Knuta, żeby miał rodzinę. Zgromadziliśmy już część pieniędzy i jesteśmy pewni, że zdobędziemy dosyć na panią Knut.

Ale tylko nasz młody Nanuk wie, że życie jego przyjaciela zza ogrodzenia ma się ku końcowi. Niedźwiedziowi brakuje tchu i przez ostatnie kilka dni nie zjadł nawet połowy tego, co powinien. Nie ma już sił i nie wychodzi nawet z jaskini, żeby pokazać się publiczności.

Następnego dnia Hans odwozi Tekka i jego pomarańczową walizkę na lotnisko; w terminalu setki ludzi zgromadziły się przed ekranami telewizyjnymi. Wszyscy oglądają relację na żywo z berlińskiego zoo. Knut nie żyje. Zmarł na tajemniczą chorobę – podobno miał guza na sercu. Tekk i Hans stoją jak skamieniali przed ekranem wyświetlającym reportaż. Słyszą, że nagła śmierć Knuta wywołała międzynarodową żałobę. Tysiące fanów odwiedzają zoo, zostawiają przy wybiegu kwiaty i pamiątki. W emitowanej przemowie burmistrz Berlina, pan Herzog, mówi: „Wszyscy tak bardzo za nim przepadaliśmy. Był gwiazdą miasta. Ale będzie dalej żył w naszych sercach. Stworzymy pomnik dla następnych pokoleń, żeby upamiętnić to niezwykłe zwierzę”. Według reporterów Knut być może zostanie wypchany i wystawiony w Muzeum Przyrodniczym. Sprawozdanie kończy się śpiewaną przez dzieci piosenką: „Knucie-marzycielu, kochamy cię”.

Siedząc samotnie w samolocie Tekk przygląda się chmurom płynącym za oknem. Widzi oczyma duszy sytuacje z kilku ostatnich dni, jakby oglądał film. Zasypia, podczas gdy samolot zmierza na północ. We śnie wraca do wizji, którą miał tydzień wcześniej, w noc po przyjeździe do Niemiec. Pływa z młodym niedźwiedziem polarnym w lodowatym morzu. Niedźwiedź jednak jest tak świetnym pływakiem, że szybko zostawia Tekka daleko w tyle. Wkrótce widać już tylko jego niewielki łeb unoszący się na falach w oddali, a potem i on znika powoli; nie da się go już odróżnić od szarej powierzchni wody i zachmurzonego nieba. Tekk rozgląda się za nim uważnie, nie widzi jednak nic. Jest sam na otwartym oceanie. Potem nagle niebo na północy zaczyna się zmieniać. Światło i chmury tworzą uśmiech – uśmiechnięty łeb niedźwiedzia unosi się przed nim w słabnącej poświacie, a szare fale muska lśniąca biel.

 

EPILOG

Na wodzie unosi się wielka góra lodowa. Gdyby stać się ptakiem lub rybą i dostatecznie długo podążać za tą górą, trafiłoby się na Grenlandię. Można byłoby tam zobaczyć zamarzniętą mewę na śniegu, albo szkielet wielkiego woła piżmowego na zboczu wzgórza. Można byłoby też napotkać tę inuicką rodzinę w niewielkim igloo. Nasza opowieść toczy się dalej w tym igloo.

To co teraz robią? Jak zdarza się każdej rodzinie, zgromadzili się dookoła, zajęci domowymi obowiązkami. Matka gotuje, jej trzej synowie karmią psy. Czasem pomagają matce w przygotowywaniu jedzenia. Ich ojciec zmarł dawno temu, na polowaniu, podczas burzy śnieżnej. Teraz najmłodszy syn, Bystry Tekk, opowiada krewnym o swojej niedawnej przygodzie:

– Powiedziałem ludziom w Niemczech, że aput nazywamy śnieg, który leży na ziemi; qana to padający śnieg, a pigsipor to nagromadzony śnieg; mentlana jest różowy, a suletlana – zielony. I że klin to pamiętany śnieg, a naklin to zapomniany. Niemców to zaciekawiło, więc pytali, czym jest „pamiętany” i „zapomniany” śnieg. Powiedziałem, że nie da się spamiętać każdego śniegu, który się widziało. Pamięta się tylko jego część z całego życia. Na przykład śnieg przykrywający martwe ciało naszego ojca, motela, tego śniegu nigdy nie zapomnę…

Nie marnuj

Niedaleko miejsca, gdzie mieszkam, bezdomni ludzie śpią pod mostem, szczególnie podczas zimowych miesięcy kiedy jest mokro i zimno. Schronienie, które wznieśli, stoi mniej niż parę metrów od scieżki dla rowerów i pieszych. Czasami używam tej ścieżki podczas swojego codziennego biegania i nigdy nie omieszkam skinąć albo pomachać do każdego, kto aku

[map 6 - abandoned TV sets - Carlton, Victoria, Australia]

[mapa 6 – porzucone telewizory – Carlton, Victoria, Australia]

rat używa schronienia. Stali mieszkańcy rzadko odmachują. Ludzie czasami zostawiają przed wejściem do schronienia ciężkie torby: koce i śpiwory, używaną odzież, żywność i garnki. Niestety, zostawiają zbyt wiele rzeczy. Dosyć koców żeby stopić górę lodową i stos wielbłądziego koloru ‘chinos’ i koszul ‘chambray’ – weekendowe mundurki miejskich prawników.

Kiedy pewnej chłodnej nocy w tygodniu przebiegałem koło schronienia gdzieś blisko zachodu słońca, jeden z bezdomnych ludzi kiwnał mi ręką w odpowiedzi – i uśmiechnął się. Zatrzymałem się w biegu i zapytałem, czy mu czegoś nie potrzeba. Roześmiał się i wskazał na ładunek samochodowy datków, który pojawił się przy jego ′domu′ w ostatnich tygodniach. ′Proszę, nie,′  śmiał się, podnosząc ręce w geście poddania. ′Mam dosyć kłopotu z pozbyciem się całego tego gówna′.

Gromadzimy tyle zbytku, że nie możemy tego wydać. Nikt tego nie chce. Był czas kiedy martwiliśmy się, że złodziej mogłby podważyć łomem frontowe okno, wkraść się do domu w środku nocy i zrabować rodzinny telewizor – traumatyczny wypadek, gdyby kiedykolwiek się zdarzył.  Pierwszym telewizorem naszej rodziny był His Master’s Voice. Moja matka, która nadal wyznaje wierność tej marce (gdyby tylko mogła ją znaleźć) jest ciągle dumna z faktu, że nasz stary HMV przetrwał piętnaście lat. (W latach psich to jest około 90. Nie jestem pewny jak to się liczy w latach telewizorów).

W dzisiejszych czasach telewizory, tak jak wiele elektrycznych wyrobów, są tak jednorazowe jak zasrane pieluchy. Buduje się je żeby były NIEtrwałe. I kiedy znudzimy się nimi, albo kiedy wysiądą, nie zadajemy sobie trudu żeby je reperować, sprzedać jako używane albo nawet wydać je za darmo. Zrzucamy je na ulicy, gdzie leżą dniami, a nawet tygodniami. Nikt nie dba o to, żeby je zabrać do domu. Ludzie mają swoje własne telewizory, których muszą się pozbyć.

Myśląc o swoim zaangażowaniu w projekcie Stacji Meteorologicznych  – i o śmieciach które wytwarzamy – kilka tygodni temu rozpocząłem fotograficzny projekt, dokumentując telewizory, które mijałem na ulicy każdego ranka w drodze do pracy. Szybko zebrałem album ponad trzydziestu obrazów. W konsekwencji tego projektu odkryłem, że nic nie wygląda na bardziej opuszczone czy bezużyteczne jak martwy telewizor. (Albo dwa tuziny par używanych ‘chinos’).

Kultura konsumencka jest podbudowana modelem ekonomicznym, podbudowanym przez wytwórców, podbudowanych przez politykę rządu i ulgi podatkowe, które wymagają, abyśmy kupowali więcej i więcej rzeczy. Szybko więc pozbywamy się rzeczy i kupujemy inne rzeczy. (Są to często te same rzeczy.) Te rzeczy, których się pozbywamy, czasami zostają podarowane tym ‘mniej wartościowym’, co pomaga nam poczuć się dobrze. Inne rzeczy oddajemy do recyklingu, co pomaga nam poczuć się wyjątkowo dobrze. Ale masa rzeczy poniewiera się tylko dookoła, samotnych i materialnie przestarzałych. I nie jest tak, że niektore z tych rzeczy nie są zdolne do pełnego i długiego życia. (Podczas gdy spółki międzynarodowe zapewniają konsumentów, że nie warto naprawiać tego liczącego sobie trzy miesiące telefonu komórkowego, zabierz go na miejscowe targowisko, a oddany sprawie Pan (albo Pani) Złota Rączka będzie miała to urządzenie na chodzie w pięć minut, za rozsądną opłatą.)

Twój obecny telewizor, telefon, laptop albo iPodowe coś-tam mogą nie być traktowane z tą samą sympatią, ktorą moja matka nadal czuje dla swojego staruszka HMV. Ale może mógłbyś się nauczyć kochać je trochę, i trochę dłużej. Bezdomni ich nie chcą ani nie potrzebują. Miejscowi złodzieje szydzą sobie z rzeczy. A kiedy coś w końcu znajduje drogę na wysypisko smieci, hibernuje tam  – przez długi, długi czas.

Tony Birch

Tłumaczenie: Anna Habryn