Klasa

by Manuel Plonsky

 

Wjeżdżając na szkolne podwórze cieszyłem się z pięknej pogody. Zapinałem rower i nie mogłem się już doczekać lekcji angielskiego. Dziś piątek. Mogłem pospać dłużej, bo odwołano nam dwie pierwsze lekcje. Przede mną cztery godziny lekcyjne i wspaniały weekend. Witam się z kolegami przy wejściu do szkoły i pogrążony w myślach, co też będę porabiał w ten weekend, wchodzę do klasy. Wtem zdaję sobie sprawę, że jest jakoś inaczej. Pachnie dziwnie, prawie jak w lesie. Rozglądam się wokoło i już wiem, dlaczego. Wszędzie są rośliny, pną się po ścianach, na podłodze korzenie, gdzieniegdzie mech, ptak wlatuje przez wybite okno. Nie wierząc własnym oczom robię krok naprzód i słyszę trzask. Stanąłem na linijkę, którą zostawiłem wczoraj w klasie. Schylam się, żeby ją podnieść i z poruszeniem przyglądam się jej pęknięciu.

Mój mózg zaczyna myśleć racjonalnie, więc mówię sobie, że musi być jakieś logiczne wytłumaczenie całej tej sytuacji. To nie sen, więc wychodzę z sali i z niedowierzaniem zauważam, że zatłoczony jeszcze przed chwilą korytarz jest pusty i wygląda tak samo jak klasa, z której wyszedłem. Jakby od dawna nie stanęła tam ludzka stopa.

Już wiem! To żart! Nie taki zwyczajny, tylko profesjonalnie przygotowany. Szukam wzrokiem kamer, ale żadnej nie znajduję. „Dziwne” – mówię sam do siebie, słysząc dobiegający gdzieś z kąta hałas przypominający śpiew. Zbliża się. Nie wiem, czego się spodziewać, więc chowam się we wnęce w ścianie, czekając, co się wydarzy. Źródło hałasu przybliża się. W końcu moim oczom ukazuje się starszy mężczyzna, na oko sześćdziesięcioletni, z brodą jak u świętego Mikołaja i krótkimi siwymi włosami. Stwierdzam, że nic mi nie grozi, więc wychodzę z wnęki. Mężczyzna odwraca się powoli w moją stronę i zaskoczony taksuje mnie wzrokiem od stóp do głów. „Dziś nie ma lekcji, stary” – mówi do mnie i odwraca się z tak głośnym śmiechem, jakby nie miał okazji tak się uśmiać od bardzo dawna.

Zdaję sobie sprawę, że to może być dla mnie jedyna szansa, żeby dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. Biegnę więc za nim i pytam go: „Dlaczego? Co tu się dzieje? Gdzie są wszyscy?”. A on, nie zatrzymując się, odpowiada: „Nie wiem, gdzie są wszyscy. Ale wiem, że w tym budynku od 25 lat nie było żadnego ucznia – po chwili dodaje – z wyjątkiem ciebie”.

Tłumaczę mu: „To niemożliwe. Byłem tu wczoraj”.

Mężczyzna odwraca się nagle, spogląda na mnie i mówi: “Chwila. Pamiętam cię. Jesteś tym chłopcem, który zaginął 35 lat temu”.

Co by było, gdyby…?

by Gina , Romain -Rollan-School

To był zwykły dzień. Przynajmniej przez większość czasu myślałam, że to będzie dzień jak codzień… A potem zdałam sobie sprawę, jak bardzo się myliłam.
Jesteście pewnie ciekawi, kim jestem. Mam na imię Kate i mam 16 lat. Jeszcze kilka dni temu wiodłam zwyczajne życie, ale od wczoraj wszystko się zmieniło.

Wstałam jak zwykle o 7.00 rano, ubrałam się i poszłam do szkoły. Miałam francuski, matematykę i chemię. Nic ciekawego.
A potem poszłam na angielski (wiem, zaczyna się nieciekawie), ale kiedy weszłam do klasy, aż mnie zatkało i szczęka mi opadła ze zdziwienia.
Znalazłam się w środku dżungli. Tak, dobrze słyszeliście, w klasie rosły drzewa i pięły się po nich inne rośliny. Spytałam sama siebie, czy to aby nasza klasa?
Nagle usłyszałam w pobliżu zdziwiony głos. Odwróciłam się i zobaczyłam moją najlepszą przyjaciółkę Lucie. Przynajmniej nie byłam sama w tych dziwnych okolicznościach.
– Co tu się dzieje? – spytała cienkim głosem.

– Wierz mi, Lucie, sama chciałabym to wiedzieć – przyznałam. – Nie mam bladego pojęcia.

– I co teraz? Może po prostu wyjdziemy stąd? – spytała.
Dobry pomysł. Było tak gorąco i wigotno, że nie mogłam się skoncentrować. Powiedziałam sobie: „Tylko bez paniki. Skoro jakoś się tu dostałam (to z pewnością nie była nasza szkoła), to pewnie się i wydostanę. Muszę tylko wymyślić, w jaki sposób”. Zaś na głos powiedziałam:

– Nie wiem, czy to coś da, ale spróbujmy.
Owszem, spróbowałyśmy się wycofać, ale czekało nas kolejne zaskoczenie: cała szkoła była porośnięta roślinnością. Szybko wróciłyśmy do klasy, lub do miejsca, które było naszą klasą.

– I co teraz?

– Nie możemy tu siedzieć załamując ręce. Zobaczmy, jak wygląda sytuacja – powiedziałam, starając się sprawiać wrażenie, jakbym nie traciła głowy.
Przedarłyśmy się wzdłuż wysokich zarośli, tam gdzie powinna być ściana, w stronę, gdzie kiedyś było okno, a teraz rosły tam olbrzymie pnącza. Poszłam za głosem instynktu i odsunęłam rośliny, żeby zobaczyć, co jest dalej. Ku naszemu zaskoczeniu spoglądałyśmy teraz przez okno, owszem, okno w środku dżungli. Spojrzałyśmy po sobie ze zdziwieniem. Zdziwiłyśmy się jeszcze bardziej, kiedy nagle usłyszałyśmy dziwny hałas.
– Cz…czy słyszaś to? Ten przerażający ryk?

Pewnie, że słyszałam. Nie dało się go nie usłyszeć.

– Tam, za oknem.

Wyjrzałyśmy na zewnątrz, ale nic nie zobaczyłyśmy… jednak coś tam przecież było… Okolica wyglądała znajomo. Kiedy wyjrzałyśmy ponownie, to znów była nasza szkoła, znacznie bardziej zielona, porośnięta bujną roślinnością, jak nasza dawna klasa, ale miała strukturę naszej szkoły.

– Jak to możliwe? – wyszeptałam.

– Jeśli to nasza szkoła… – zaczęła Lucie, ale nie skończyła zdania.

Tuż przed nami było coś… Czegoś takiego nie widziałam jeszcze nigdy w życiu. To było… Ciężko mi to nawet opisać. Skrzyżowanie tygrysa o długich kłach z pancernikiem. Przestraszyłam się, ale z ulgą stwierdziłam, że dzieli nas od tej bestii szyba okienna.
Rzuciłam się do ucieczki przez ścianę zieleni. Wpadałam w coraz większą panikę, tak jak Lucie. Usłyszałyśmy, jak pazury szorują po pniach i murze, wydając ostry, przerażający dźwięk. Włosy stanęły mi dęba. Co robić?

– Kate, musimy wrócić.

– Tak, musimy wrócić do naszego wymiaru czasu.

Kiedy zjawił się ten potwór, przemknęło mi przez głowę, że byłyśmy w naszej szkole, ale z pewnością w dalekiej przyszłości… Wiem, że to brzmi dziwnie, ale tak musiało być.

– Co takiego? – zdziwiła się Lucie.

Próbowałam jej to wyjaśnić:

– Wygląda na to, że jesteśmy w przyszłości. Nie ma innego wytłumaczenia. Przeszłyśmy przez drzwi, które okazały się portalem do podróży w czasie.

– Żartujesz?

– Niestety, nie.

– Jak wrócimy do naszych czasów?

W tym momencie usłyszałyśmy hałas i spostrzegłyśmy z przerażeniem, że potwór już przedarł się przez chaszcze i mur. Teraz pędził z przyprawiającym o dreszcze rykiem prosto na nas. To, co nastąpiło, działo się jakby na zwolnionych obrotach. Chwyciłam Lucie za ramię i pociągnęłam za drzwi, tuż przed nosem potwora. Czułam na karku jego ciepły oddech. I wtedy nagle wszystko zniknęło. Nie było roślin, bestii. Znów byłyśmy w naszej szkole, w naszych czasach.
– Jak to zrobiłaś? – spytała Lucie.

– Przypomniałam sobie, że zanim się to wszystko zaczęło, zastanawiałam się, jak ta szkoła będzie wyglądać za 50 lat. I oto przyszła odpowiedź. Rośliny i zwierzęta przejmą to miejsce, a ich spokój będzie mógł zburzyć tylko człowiek. Ale myślałam o tym w naszych czasach i spytałam sama siebie, co by było, gdyby nas już tam nie było. I wtedy wyszłam za drzwi.
– Możesz się więc przenosić w czasie, zadając sobie pytanie: co by było, gdyby…?

– Na to wygląda.

– Całe szczęście, że zadałaś sobie to kluczowe pytanie.

Rzetelność w przedstawianiu faktów

Opowiedz to pszczołom. Dziennik australijski 14

 

O przepaści między faktami i odczuciami opowiada mi Meg, aktywiska ekologiczna z Greenpeace Australia Pacific w Sydney. Żeby przerzucić most nad tą otchłanią, konieczna jest, jej zdaniem, rzetelność w przedstawianiu faktów z naukowego punktu widzenia (integrity of facts), jednocześnie trzeba znaleźć nowe sposoby ich kojarzenia. Narracja i poezja mogą otwierać drzwi, które bywają zatrzaśnięte przed językiem naukowym czy sloganami i paragrafami polityki i prawa.
Literacki styl opowiadania i muzyka znaczeń wiersza potrzebowały przecież dziesiątek, jeśli nie setek lat, zanim uwolniły się z okowów funkcjonalizacji i instrumentalizacji.
Meg nie chodzi jednak o sprowadzenie literatury i poezji do służalczej roli, co najwyżej o zaprzestanie traktowania ich wyłącznie jako rozrywki. Dzieła literackie mogą opowiadać o zmianach klimatycznych, które dotyczą ludzi – mówi Meg – mogą przekształcać fakty i liczby, wypełniać je życiem, mogą je tłumaczyć.
Leard State Forest
Meg jest pięćdziesięciolatką w czarnej kurtce, o twarzy zahartowanej zmienną pogodą. Sprawia wrażenie gniewnej i smutnej. Spędziła kilka dni w areszcie po protestach przeciwko wyrębowi dużej części Leard State Forest, dzięki któremu koncern górniczy z Whitehaven chce podnieść wydajność kopalni Maules Creek. Maules Creek to ziemia Aborygenów. Lud Gomeroi od tysięcy lat zamieszkiwał te lasy. Przetrwało tam czterysta rzadkich i zagrożonych gatunków roślin i zwierząt. Meg wierzy w moc opowiadania i czar poezji, a także w to, że dzięki nim można dotrzeć do ludzi, gdyż poezja i opowieść są częścią każdej kultury, gdziekolwiek na świecie.

Meg jest pierwszą osobą, która podczas tych wszystkich spotkań, wykładów, dyskusji i pokazów nie boi się przywoływać słowa „Bóg”.
Opowiada o wierzeniach mieszkańców Kiribati, wyspiarskiego państwa w Polinezji, dawnej kolonii brytyjskiej zwanej Wyspami Gilberta. Zalanie wysp, które wystają tylko kilka metrów nad poziom wody, wydaje się naukowcom nieuniknione w obliczu spodziewanego podniesienia się poziomu mórz. Jednak wyspiarze nie zamierzają opuścić swojej ojczyzny, powołując się na przekaz ustny i Biblię. Kiribati uparcie wierzą w to, co im przekazał Bóg. Woda już nigdy nie zaleje Ziemi. A przecież Kiribati jest częścią Ziemi.
Meg opowiada o Bangladeszu. Pytała tam kobiety, czego najbardziej potrzebują. Kobiety z wybrzeża prosiły o przenośne piecyki, które można by zabrać ze sobą w razie kolejnej powodzi.
Opowiada o Aborygenach Wurundjeri. Wygnania i masakry przeżyło zaledwie około tysiąca osób, z czego połowa w rezerwatach, w których zostali odcięci od swych ziem, od zwierząt, drzew, rzek i świętych miejsc. Wurundjeri mówią: „Nie wyginiemy. Nie damy się.”
Opowiada o Inuitach i odgłosach Alaski. Eskimoskie nazwy miejscowych ptaków naśladują śpiew lub odgłosy tych ptaków. Dlatego od dłuższego czasu między Innuitami trwa dyskusja, co się stanie z nazwami, kiedy ptaki wyginą.
Opowiada o australijskich lirogonach. Naśladują one dźwięki ze swojego otoczenia. Coraz częściej słychać, jak wydają z siebie dziwne pstryknięcia, trzaski i forkot czy dźwięk migawki aparatów, jeśli mają okazję podsłuchać czegoś innego, niż odgłos piły elektrycznej.

Lyrebird 1932W podaniach plemienia Kulin lirogon jest tłumaczem zwierząt. W wierzeniach tego ludu wszystkie zwierzęta miały kiedyś wspólny język, zanim chciwość i zazdrość sprawiła, że oddaliły się od siebie. Tylko lirogon zachował umiejętność komunikowania się ze wszystkimi zwierzętami, które przestały się wzajemnie rozumieć.
Opowiadam Meg o tym, że w Hamburgu kosy naśladują dźwięki dzwonków telefonów komórkowych, pewnie dlatego, że są skołowane. Być może obłęd, byłby dla nich rozwiązaniem.
Meg jest aktywistką, a ja – wręcz przeciwnie. Czuję się rzucony w świat, przymuszony do trwania w stanie przytomności dniem i nocą, bez wytchnienia, między wszystkimi możliwymi światami, bezbronny wobec niezrozumiałych dla mnie obyczajów i jeszcze dziwniejszych uniesień, szukając otuchy w wierze, a to, co piszę, ma kogoś poruszyć, sprawić, żeby miał oczy szeroko otwarte tam, gdzie ja chciałbym w zasadzie już tylko spać, śnić i godzinami zapisywać w notatniku wspomnienia, żeby nie przepadły, jak wszystko inne.
Meg, wspominając na marginesie o Bogu, wie, gdzie szukać winnych: „Władza dopuszcza się zbrodni wobec Australii, tak samo, jak wobec Australijczyków. Nikt z tym nic nie robi. Jesteśmy otoczeni przez zbrodniarzy. Sami nimi jesteśmy.”

Mirko Bonné
Zdjęcia: Leard State Forest (1): leardstateforest.com; „Niewiarygodny lirogon”, Ambrose Pratt, 1932 (2)

 

Po półtora dnia lotu przez pół świata

Opowiedz to pszczołom. Dziennik australijski 1

Piękne światło pierwszego poranka w Melbourne: jakby południe całego świata chciało nagle stać się jasnoniebieskie. Jeszcze nie widziałem żadnego ptaka, ale przez całą noc słyszałem świergot klimatyzacji z dachu sąsiedniego budynku, zupełnie jakby siedziało tam stado papużek falistych. Nagle słyszalne stały się przybierające na sile uderzenia skrzydeł wiatraka, może to był tylko sen, ale wtedy rozległa się syrena straży pożarnej pędzącej ulicą. Przez półtora dnia przeleciałem przez pół świata, od Abu Dhabi przez Sri Lankę, nad Oceanem Indyjskim, mijając Perth i Adelaidę. Przebudzić się przy takim świetle… z nierealności swego życia choć raz się tak przebudzić…
Nie zapomnij: z wiosny wleciałeś wprost w jesień. A gdzie się podziało lato? Jesienny kwiecień dociera do mnie dopiero w ogrodach Carlton Gardens, gdzie przechadzam się pod platanami i kasztanowcami i słyszę pierwsze przedziwne ptaki, ich trzaski i kwiki, nerwowy rumor, nie szeleszczenie, tylko brzęczenie, grzechotanie. Wszędzie pełno liści, ale powietrze jest łagodne, ciepły wiatr, na niebie cirrostratusy, trzy razy potężniejsze niż nad Hamburgiem, Frankfurtem czy Paryżem. Przez kolejne dni w Melbourne wciąż obserwuję potężne masy obłoków, które napływały przeważnie z zachodu nad rzekę Yarra i zdawały się nieuchwytne w swym pędzie, choć wiatr ledwie muskał korony drzew. Pogoda zmienia się tu nagle, równie szybko, jak zapada zmierzch, trwający może dwadzieścia minut. Chłodny, dżdżysty poranek poprzedza południe pełne słońca, popołudnie szarpane podmuchami, przyciemnione chmurami i wieczór, gdy po pomarańczowym niebie szybują trzy fregaty.

Mirko Bonné

Lima

Ta powódź w Pasawie,
która jest nieunikniona – co wnosi
na szczyt klimatyczny, co ze sobą
niesie? Szybciej niż topnieją
alpejskie lodowce, licytuje się
ziemie w Australii, pożary lasów w Kalifornii,
powodzie w Bangladeszu czy zatapianie
archipelagu Tuvalu
i zmienia się je w sumę zysków. Zmiany klimatyczne,
Handel klimatyczny. Zielone niebo
nad Limą w ostatnim dniu
konferencji, tak też połyskuje morze
i chmury szpaków świszczących
nad portem Acon, na widok których ktoś taki
jak Auden pomyślałby, że każdy powinien kochać
obojętnie kogo albo wszyscy zginiemy, co tenże
Auden wyraża w nieco drastyczny sposób, pisząc:
Musimy się kochać, a potem umierać.

dla Ulricha Schreibera

Z Yeatsem i Heaneyem w Tallaght, Islington i Reinickendorfie

Wskazówki na zegarze mojego życia
Autor: Mirko Bonné

Te spotkaniMount Seskin, Studentsa były więcej niż serdeczne. W ciągu trzech tygodni w lutym i marcu dyskutowałem z młodzieżą z trzech szkół o dwóch wierszach, które moim zdaniem mówią coś ważnego o stosunku jednostki do klimatu środowiska, w którym przyszło jej żyć, a więc także do skutków zmiany klimatycznej. Były to wiersze „The Meditation of the Old Fisherman” [Przemyślenia starego rybaka] Williama Butlera Yeatsa z wydanego w 1889 r. zbioru „Crossways” oraz napisany sto lat później „A Postcard from Iceland” [Pocztówka z Islandii] Seamusa Heaneya. Yeats otrzymał nagrodę Nobla w 1923 r., Heaney w 1995. Około pięćdziesięciu uczennic i uczniów podzieliło się ze mną przemyśleniami i odczuciami, jakie wzbudziły w nich wiersze obu Irlandczyków – a ja, wysłuchawszy ich, byłem bardzo poruszony i zadziwiony. Spotkania odbyły się w szkołach Mount Seskin Community College w Tallaght pod Dublinem, Islington Arts and Media School w Londynie oraz gimnazjum im. Romaina Rollanda w Berlinie.

 

The Meditation of the Old Fisherman

 

You waves, though you dance by my feet like children at play,
Though you glow and you glance, though you purr and you dart;
In the Junes that were warmer than these are, the waves were more gay,
When I was a boy with never a crack in my heart.

The herring are not in the tides as they were of old;
My sorrow! for many a creak gave the creel in the cart
That carried the take to Sligo town to be sold,
When I was a boy with never a crack in my heart.

And ah, you proud maiden, you are not so fair when his oar
Is heard on the water, as they were, the proud and apart,
Who paced in the eve by the nets on the pebbly shore,
When I was a boy with never a crack in my heart.

 

Mount SeskinW każdej ze szkół trójka uczniów kolejno odczytywała na głos poszczególne zwrotki z wiersza Yeatsa. We wszystkich klasach szczególne wrażenie wywarły wersy końcowe – na niektórych uczniach sprawiły one wrażenie fal uderzających o brzeg. Innych oczarowały przypływy i odpływy, „chybotanie” czy „pulsowanie” stóp metrycznych, jeszcze innych – sposób, w jaki stary rybak pod koniec swojego życia spogląda na świat i różne sprawy: że wszystko podlega zmianom wraz z biegiem czasu, ale tęsknota i miłość pozostają takie same. Długo rozmawialiśmy o powiązaniu ludzkiego samopoczucia z pogodą i klimatem. Czym właściwie jest klimat, a czym pogoda? Gdzie leżą różnice i czy można je wymienić? Szczególnie chłopcy pytali, co może oznaczać „crack in my heart” [pęknięcie w sercu] – czy Yeatsowi naprawdę, jak może się wydawać, chodziło tylko o miłość i jej przemijanie? Przypominam sobie pewnego ucznia, siedzącego w milczeniu w sali artystycznej w Mount Seskin College – kręcił głową i wielokrotnie czytał wiersz po cichu, dla siebie. Dopiero pod koniec zajęć zebrał się na odwagę i opowiedział o powodziach z 2014 r., które po tygodniowych burzach i deszczach zalały przedmieścia Dublina. „Nagle ze wzgórz spłynęła rzeka, której wcześniej nie było, i porwała domy, w tym dom moich dziadków”.

 

O dziwnie podobnej, chociaż zupełnie innej rzece mówi Seamus Heaney w prologu do swojego zbioru poezji „The Haw Lantern” („Latarenka głogu”), której motto brzmi:

 

The riverbed, dried-up, half-full of leaves.RoRo
Us, listening to a river in the trees.

 

Wiersz Heaneya „A Postcard from Iceland” na równi zachwycił uczniów w Tallaght, Londynie i Berlinie. Natychmiast zaczęto porównywać go ze strofami Yeatsa, a wiele uczniów szybko zauważyło, że także i tu słychać głosy żyjących, którzy mówią o utraconym połączeniu – chociaż innym, ironicznym tonem:

 

As I dipped to test the stream some yards away
From a hot spring, I could hear nothing
But the whole mud-slick muttering and boiling.

 

And then my guide behind me saying,
„Lukewarm. And I think you’d want to know
That luk was an old Icelandic word for hand”.

 

And you would want to know (but you know already)
How usual that waft and pressure felt
When the inner palm of water found my palm.

 

IAMSNajwiększą dyskusję wzbudziło moje pytanie, czy poetycko opisane przez Heaneya uczucie bezpośredniego połączenia z Ziemią można mieć także po zanurzeniu dłoni w wodzie podgrzanej w sposób sztuczny. Niezależnie od siebie wszyscy stwierdzili, że nie. W wierszu Seamusa Heaneya – co do tego wszyscy okazaliśmy się zgodni – są dwie rozmowy: krótka wymiana zdań między przewodnikiem wycieczki a turystą zwiedzającym Islandię, a także rozmowa, jaką Natura, Ziemia albo Stworzenie toczy z każdym, kto się na to otworzy i uwrażliwi. „Koniec końców wszyscy znamy tę mowę letniej wody” – powiedział pewien uczeń z Islington, podobnie jak pewna uczennica z Berlina. „Ostatecznie każdy pamięta, jak było w łonie matki – tylko nie da się tego opowiedzieć”. Środowisko, w którym wszyscy żyjemy, być może zapewnia nam podobne poczucie nieświadomego bezpieczeństwa: „(but you know already)” [(ale już to wiesz)].

 

IAMS, EntryJaki język pozwala o tym opowiedzieć, a jaki o niebezpieczeństwach przynoszonych przez zmiany klimatu? W szkołach na obrzeżach trzech europejskich stolic nie było poczucia bezradności, przeciwnie, było mnóstwo młodzieńczego zapału i ciekawości, żywotnego zainteresowania innymi punktami widzenia i wiele empatii. Przede wszystkim jednak gotowość, aby wreszcie coś zmienić – i to według własnych, a nie tradycyjnych wyobrażeń. Pewna piętnastoletnia uczennica szkoły IAMS na londyńskim przedmieściu Islington-Finsbury, na poczekaniu znalazła niezwykły obraz, pozwalający przezwyciężyć wzajemne dyskredytowanie się nauki i literatury w debatach wokół zmiany klimatu: „Język wiersza to wskazówka minutowa, a język nauki – godzinowa na zegarze mojego życia”.

*

Zdjęcia: uczniowie z Mount Seskin Community College (1), Oisin McGann przed „podstacją” Mount Seskin (2), gimnazjum im. Romaina Rollanda (3), uczniowie IAMS (4), wejście do IAMS w Islington. Niedaleko, w Finsbury do szkoły chodził John Keats. Obok wejścia widać motto: „Confidence Aspiration Reflection Respect” [Zaufanie, ambicja, namysł, szacunek] (5)

Zaćmienie Słońca w gimnazjum im. Romaina Rollanda

20 marca 2015 r.

 

 

Budzik dzwoni, a ja od razu przypominam sobie o wydarzeniu, które już od miesiąca dokładnie omawiamy na moich dodatkowych zajęciach z fizyki. Dzisiaj w szkole zdarzy się coś zupełnie niezwykłego. Coś tak rzadkiego i spektakularnego, że oficjalnie pozwolono mi zwagarować z biologii i częściowo z angielskiego. Przypuszczalnie, drogi czytelniku, od dawna już wiesz, o czym piszę. Oczywiście chodzi o zaćmienie Słońca, które będzie można podziwiać dzisiaj w Berlinie i dużej części Europy. Dlatego dzisiaj rano jestem ogromnie zadowolony. Po pierwsze dlatego, że pierwszy raz w życiu zobaczę na żywo prawdziwe zaćmienie Słońca, a po drugie oczywiście dlatego, że nie będę mieć biologii – a zamiast w klasie spędzę ten czas na szkolnym podwórku, przygotowując stanowisko obserwacyjne i ciesząc się ciepłą, słoneczną wiosenną pogodą. A skoro mowa o pogodzie: było sporo prognoz przepowiadających zachmurzenie w dniu zaćmienia. Na pewno nie tylko mnie spadł więc kamień z serca, kiedy po drodze do szkoły popatrzyłem w niebo, a tam nie było ani jednej chmury. Właściwie to w tym roku nie widziałem jeszcze tak czystego i błękitnego nieba. Wyglądało to, jakby ktoś umył kopułę nieba i postawił ją świeżo wypolerowaną nad Berlinem. Nieskończony błękit przecinały jedynie gdzieniegdzie smugi kondensacyjne, pozostawione przez odrzutowce. Jedno trzeba dziś przyznać – z pogodą mamy prawdziwe szczęście. „Na razie ciągle jest słońce” – myślałem sobie, wchodząc do szkoły. „Na razie”. Po dwóch lekcjach geografii, które wydały mi się najkrótsze w życiu, wyszedłem na szkolne podwórze, aby razem z innymi uczestnikami dodatkowych zajęć z fizyki przygotować stanowisko obserwacyjne wyposażone w tych kilka instrumentów, jakie mieliśmy do dyspozycji. Jakie to instrumenty? Mamy coś, co nazywa się „Solarscope”, czyli przyciemniony teleskop służący specjalnie do obserwacji Słońca. Poza tym mamy rzutnik słoneczny, czyli tekturowe pudło, w którym obraz Słońca jest projektowany na ekran. No i oczywiście mnóstwo okularów do obserwacji zaćmienia, które wyglądają dosyć… niezwykle, ale pozwalają patrzeć prosto w Słońce bez wypalenia sobie oczu. Teraz może się już zaczynać!

Około dziesiątej Księżyc powoli, ale nieubłaganie zaczął nasuwać się na Słońce. W czasie długiej przerwy zasłonięte było już prawie 80% tarczy. Z budynku szkoły zaczęli wylewać się młodsi i starsi uczniowie, aby podziwiać ten spektakl natury. Zebrał się i otoczył mnie wielki tłum. Na szczęście stanowisko obserwacyjne było ogrodzone, więc znajdowałem się w czymś w rodzaju strefy dla VIP-ów, wolnej od zamieszania. O dziwo, w chwili największego zaćmienia zwróciłem uwagę na coś, czego się w ogóle nie spodziewałem. Promienie słoneczne stały się chłodne. Serio! Księżyc zakrywał prawie całe Słońce, ale ciągle było dość jasno, chociaż światło słoneczne nie rozgrzewało już mojej skóry tak jak wcześniej. Przerwa szybko się skończyła, a uczniowie zaczęli rozchodzić się do klas. Księżyc kontynuował swoją wędrówkę i wkrótce odsłonił znajomą, okrągłą tarczę Słońca. Podwórko opustoszało, zostali tylko uczniowie z dodatkowych zajęć z fizyki, aby zdemontować instrumenty.

I tak minął dzień, w którym promienie słoneczne stały się zimne. Dla mnie ten piątek był pełen wrażeń i bardzo przyjemny. Założę się, że nie tylko dla mnie. Po południu wygooglałem, kiedy będzie następne takie zaćmienie w Niemczech. Odpowiedź: 12 sierpnia 2026 r. Jestem pewien, że będę je także oglądać, i mam nadzieję, że Ty, drogi czytelniku, także.

Igor Zaytsev

 

Morze plastiku

Wąska wstęga wody, która się wije
pod jesionami albo może wśród robinii, częściej
jednak pośród starych brzóz, gdzie mieszkają kaczki,
ciche, płochliwe łyski; która trzęsawiskiem
pachnie w starej ciszy lasów Sztormarnu, Holsztyna,
wstęga, która potem wpływa do Hamburga,
nosi nazwę Alster, jest, od zawsze była
rzeką. Dwa jeziora w środku
wielkiego hanzeatyckiego miasta
powstały dopiero gdy Adolf III powrócił z wyprawy
krzyżowej do Ziemi Świętej i na jego rozkaz
pewien zdolny młynarz zablokował rzeczkę
grubą tamą, której uległ nawet
prąd Łaby. I tak sobie rosło Morze Północne
wewnątrz drewnianego miasta, a holsztyńskie wody
Wöddelbek, Rönne, Wischbeck i Lankau,
z Sielbek i Tangstedter Mühlenbach
płynęły, bez ujścia, bez końca,
zamiast się zatrzymać –
niemiłosierny
niepowstrzymywalny
żywioł w ciągu kilku tygodni
stał się o wiele potężniejszy, szerszy,
by wreszcie najpierw Außenalster, a potem
Binnenalster (rozdzielone znacznie później)
stały się dwoma jeziorami, raz turkusu i zieleni,
innym razem turkusu oraz odcieni błękitu,
lecz zawsze pofałdowane przez zachodni
wiatr, osaczone szczelnie szuwarami, wciąż
uwielbiane przez ludzi. Od ośmiuset lat.

Die Alsterseen

I tak oto się wije, czarno połyskując, owa wodna
żmija, pełznąc wokół krzewów, zarośli i ścieżek,
by przeniknąć czerwień przybrzeżnych
szuwarów. Cicha nieskończenie. Szum
wody, stłumiony, jej szemrzący szept jest
trudno usłyszeć, gdy rzeka w ustach
ma drewno, a na dnie – kamienie, płyty
styropianu z budowy, wyrwany krzak
jeżyn, który stanął na drodze,
a ona na chwilę porwała go
w objęcia, tak jakby zimą rzeka Alster
mówiła – ten, kto umie się bawić, na pewno
nie umrze. Rzeka jest czarna i podczas
powodzi wyższa o pół człowieka.
W 2014 roku, w Boże Narodzenie,
po długich ulewach, które spadły
na pola i ostatnie skrawki lasu
liściastego między Kaltenkirchen,
Bad Oldesloe i Duvenstedt,
żywcem wzięte z bajki
dopływy wpłynęły z potężnym
impetem do rzeki Alster, zmieniwszy ją w ciągu kilku
godzin w nieobliczalny żywioł, który raptem zmusił
mieszkańców do ustawienia wałów z ciężkich worków
z piaskiem, worków mających uchronić osiedla, domy szeregowe;
i która to rzeka, tam, gdzie była wcześniej ścieżka biegowa,
nad samiutkim brzegiem, wyrzucała gapiów
niczym – mówiąc z przekąsem – dryfujące drewno.

Die schwarze Welt

Ktoś policzył, że każdy z groźnych, skotłowanych głucho
czarnych metrów wody uderza z impetem ponad trzystu cystern
ustawionych jedna na drugiej. Nabrzeża, place
zabaw, zagajniki, ścieżki, również wiele ulic,
mosty, działki, kładki, wielka szopa
przy torach, pełna zapomnianego
Bóg wie kiedy złomu – to wszystko
zniknęło na długie tygodnie.
Dzieci pytały, czy
woda będzie zawsze
tak wysoka, tak ciemna i tak
bardzo zła. Owszem, powiedziałem
jakiejś małej dziewczynce
z opaską na oku, od dziś
tak będzie zawsze. Tak.
A świat, świat
będzie czarny.
I sąsiad, stojący pod rękę
z małżonką, z niewidzialnym psem
przy nodze, spojrzał na zakole Alster, gdzie
wcześniej zakręcała ona ciemnozłotym blaskiem,
olśniewając brzeg, a następnie bacznie przyjrzawszy się
koszmarnemu bezmiarowi wody, sąsiad dodał
po cichu, że nigdy w życiu, od kiedy jako
chłopiec puszczał tu łódeczki, Alster
nie była taka, że nigdy nic takiego się nie zdarzyło,
nawet w najśmielszych snach nie mogliśmy się
tego spodziewać. Szybko – tak, aby rozbiegane źrenice
nie mogły dognać nurtu – rzeka mknęła pod mostem
kolejowym w Fuhlsbüttel dalej na
południe, w kierunku hanzeatyckiego
miasta. Gdy ujrzałem trzy plastikowe
zbiorniki, pomyślałem sobie, że można by
z nich zrobić tratwę. Mamy powódź, powiedział
zdumiony sąsiad. To powódź. Przecież zawsze
się to zdarzało, latem, zimą, jesienią,
a najczęściej wiosną, gdy odwilż
nawiedzała Sztormarn.
Ale tu, te czarne masy
wody, ten szlam?
Co to, to nie.

Der Alsterlauf

Alster, wciśnięta pomiędzy
kamienne skarpy, płynie przez Rödingsmarkt
i Herrlichkeit, by wreszcie, gdzieś na pograniczu
hamburskiego Neustadt oraz portugalskiej dzielnicy
ujść do Łaby. Wystarczy sześć godzin,
by statki parowe, frachtowce
i tankowce dotarły do morza z nurtem
pogłębionej rzeki. Trzy zbiorniki, tratwa, która nigdy
nie powstanie, bo nie jestem Tomkiem Sawyerem
ani Huckleberry Finnem ani moja ukochana rzeka
nie jest żadną Missisipi, tylko rzeczką, nad którą często
staję, żeby popatrzeć na wodę i zadumać się
nad sensem wierszy; te trzy żałosne
puste plastikowe zbiorniki dryfują
tygodniami od mostu kolejowego e aż
do słonych wód Łaby pomiędzy Finkenwerder,
St. Pauli i Glückstadt. Ich plastik – odlany, uformowany,
perforowany i klejony pewnie w jakiejś fabryce
w Hangzhou, zanim przywieziono go
do Hamburga z mlecznobiałym milionem
identycznych zbiorników na pokładzie
olbrzymiego kontenerowca – potrzebuje, bez rozdrabniania,
około 850 lat, żeby się rozłożyć i zniknąć pod powierzchnią
ziemi, czyli dokładnie tak długo, jak w środku Hamburga
istnieją dwa jeziora na rzece Alster. Chociaż
z plastikiem jest tak, jak z duszą.
Ostateczne zniknięcie; nie,
nie ma czegoś takiego.

Plastikmeer5

Arne Rautenberg,
kiloński poeta, w pewnym
wierszu ze zbioru „Rzadkie ziemie“
z sukcesem przemienił skażenie morza
w sztukę, swoją własną sztukę, w której dziękuje
(pływom, promieniowaniu UV, ruchom falowym, ale też
planktonowi oraz morskim wirom) za to, że jest artystą,
który może żonglować kontynentami . Niech żyje
sztuka. Niech żyje ta jedyna, odwieczna i wieczna
radość, wolność w każdej sztuce! A to przecież znaczy,
że wszystko chce być sztuką – tak jak wszystko,
choćby odrobinę żywe, pragnie właśnie wolności.
W roku 1800 Friedrich von Hardenberg, znany jako Novalis,
Czyściciej Nowej Ziemi, używał plastiku jako kategorii estetycznej –
z przekonaniem pisał, że muzyka, poezja i plastik to elementy
nierozłączne w każdym wolnym dziele, obecne w różnych
proporcjach. Novalis myślał właśnie nad tym
w Burgenlandzie, w Weißenfels nad Soławą,
tworzącą z Muldą, Müglitz i Weißeritz
krainę rzek, którą kochał i gdzie spędził
życie. Wszystkie cztery rzeki wpadają do Łaby
i tam oto, w Soławie nieopodal Barby,
Novalis jako chłopiec chadzał
się kąpać, nago, często
głęboko w noc.

Plastikmeer4

Hardenberg nigdy nie trzymał w dłoni
niczego z plastiku. Nic dziwnego. Nie istniały
wtedy sztuczne materiały, nie było ich nawet
w opaskach na włosy bardzo małych lalek,
nie było ich nigdzie w szumiących
nieskończenie lasach; i zarówno
w ciszy, jak i w biciu dzwonów, nie było ich
w smrodzie kanalizacji ze starego świata. Kubki
po jogurtach, pokrywki, zegarki, folie, reklamówki, torebki
we wszystkich kolorach, rozmiarach i kształtach,
zabawki we wszystkich kształtach i kolorach,
zapalniczki, pudełka płyt CD, długopisy,
dywaniki w autach, jednorazowe
maszynki do golenia, kołpaki,
grzebienie, spinacze, pudełeczka na pióra
i pudła na pudła, butelki, zakrętki, opony samochodów,
traktorów, ciężarówek, opony kombajnów, kubki, talerze
i sztućce, torby na chleb, etui kart do gry, specjalne opakowania,
osłonki na ramy luster, kanistry, jednorazowe krzesła, kubki jednorazowe
i jednorazowe stoły, wtyczki, gniazdka, listwy też jednorazowe,
okulary, niekończące się powłoki na kable, kable
w torbach, w workach pełnych opakowań,
w jednorazowych pudłach, skrzynkach
na jeden raz. Nic, zupełnie nic, nawet najmniejsza
część tegonie istniała w spokojnym, niezniszczonym,
nieopakowanym, nieokablowanym
świecie, gdy Novalis pływał
w Soławie, nie myśląc przecież
o tym, jak by tu spalić zbędny tłuszcz,
wzmocnić mięśnie czy wyrzeźbić klatkę
piersiową, lecz nad tym, czy biust
to pierś wyniesiona do rangi
tajemnicy, a fizyka to tylko
wytwór wyobraźni.

Kupferstich Alsleben an der Saale

Plastikowe śmieci niesione przez
Łabę giną w większości w mrocznych
odmętach Morza Północnego. W osadach
obecnych na dewastowanym od dawna dnie
znajdują się niezliczone ilości małych
plastikowych części, głównie
cząstek włóknistych. Jak donosi
„Open Science“, pismo wydawane
przez brytyjskie Towarzystwo Królewskie,
jest ich dziesięć tysięcy razy więcej niż dużych
plastikowych odpadów, które dryfują w bardzo brudnych
wirach morskich, zbite w kontynenty ze śmieci –
lądy większe niż cała środkowa Europa.
Gdyby każdy kilometr kwadratowy
dna morskiego był jeziorem, to wszystkie te zbiorniki
byłyby zatkane, aż chce się powiedzieć: zasrane
biliardem ton plastiku aż po czubki
drzew sterczących na brzegach.

Plastikmeer2

Nigdzie – na całej Ziemi, na biegunie północnym,
w Czarnym, Czerwonym albo Martwym Morzu,
na Wyspach Karaibskich bądź na Antarktydzie –
nie ma dużego zbiornika, wybrzeża albo plaży
wolnej od plastiku, piszą naukowcy
na czele z Lucy Woodall z Muzeum Historii
Naturalnej, którego dźwiękoszczelne okna
wychodzą na bezrybią, wyregulowaną, jakże
brudną Tamizę. Za siedmioma morzami
znajduje się prawie dwieście siedemdziesiąt tysięcy
ton plastikowych śmieci, a przynajmniej tak się szacuje.
Choć ta ilość przeraża, jest absurdalnie mała
jeśli ją porównać z kosmicznym ogromem
tworzyw sztucznych, które wszyscy
właściwie wyrzucamy do morza
– sześć i pół miliona ton,
ale kto jest w stanie
zważyć korek, którym
można zatkać świat?
Trzeba zadać pytanie: co z tym
całym brudem dobrobytu. Tylko skromny procent
odpadów unosi się w formie widocznych na powierzchni
cząstek. Fale rozbijają większe odpady, na ledwie widoczne
cząsteczki rozkłada je ultrafiolet. Jeśli osiądą na nich glony
lub inne małe stworzenia, to zatoną, opadną
jak statki, samoloty albo ciała zmarłych,
w ciemość, na samo dno.

Plastikmeer1

Zespół Lucy Woodall zbadał już
dwanaście próbek osadu z dna oceanicznego,
które przez dwanaście lat, aż do 2012 roku
wydobywano sukcesywnie z Morza Śródziemnego,
południowo-zachodniej części Oceanu Indyjskiego,
a także z północnej części Atlantyku.
Cztery próbki koralowców
zbadano przy pomocy mikroskopu
oraz spektroskopu na podczerwień. We
wszystkich tych próbkach znaleziono mikrocząstki
plastiku, najczęściej włókniste, o długości dwóch-trzech
milimetrów, ale o grubości często dużo mniejszej
niż jedna dziesiąta milimetra. Próbki
zawierały przeciętnie trzynaście
i pół cząstki na pięćdziesiąt
mililitrów cieczy. Ponad połowa cząstek była
z wiskozy – która nie jest plastikiem, lecz włóknem
syntetycznym na bazie celuzozy, stosowanym w filtrach
do papierosów oraz coraz chętniej przy produkcji odzieży.
Ryby, płaszczki, rekiny, wieloryby i żółwie nie potrzebują wiskozy,
dla nich jest ona trucizną, przez którą giną, jak każdy
na diecie z plastiku. Drugim materiałem najczęściej
występującym we wszystkich stworzeniach morskich
był poliester – można śmiało mówić o poliestrowych
rybach, wężach wodnych, ośmiornicach
z poliestru. Być może cząsteczki
będą stawać się coraz mniejsze, aż się
skondensują w parze wodnej, i uniosą w powietrze
obłoki z poliestru czy wiskozy – plastikowe chmury.
Z powodu nikłej liczby próbek porównanie częstotliwości
i składu osadu było niemożliwe; lecz włókniste cząsteczki
występują podobno wszędzie, w każdej morskiej głębi,
w osadach nawet dziesięć tysięcy razy częściej
niż w zanieczyszczonych wirach morskich.
Szacuje się, że na jeden kilometr
kwadratowy osadu w gujotach
w Oceanie Indyjskim przypadają cztery
biliardy włókien plastiku. Wciąż się nie prowadzi
badań podwodnych dolin, kryjówek plastiku z całego świata, gdzie
króluje najczarniejsza z nocy: brak słońca, gwiazd i nic nie rozświetla
mroku. A jednak właśnie tam oddycha wielki świat niestrudzonych
gwiazd kąpiących się w niebieskim oceanie nieba.

*

Zdjęcia: jeziora Binnenalster i Außenalster w Hamburgu (1), czarny łabędź w zaślepionym świecie, rzeka Alster w hamburskim Klein Borstel (3), zanieczyszczone plastikiem morza i wybrzeża (4, 5, 7, 8), osiemnastowieczny miedzioryt z widokiem Alsleben nad Soławą, miasto i rzeka, jakie Novalis znał z dzieciństwa (6).

(Przekładu dokonała Jolanta Kossakowska, zaś jego redakcji – Katarzyna Fetlińska)

PÓŹNE LETNIE POPOŁUDNIE

Cremation-1 Berlin 20.9.2014

Spojrzałem w górę.
Ocean, który nazywamy niebiem, jest czysty.
Palące światło słońca rani moje oczy.
Instynktownie odwracam głowę.
Widzę poświatę odbijającą się po drugiej stronie wielkiego lustra.
Mój umysł mówi mi, że to dobry dzień,
choć to był chłodny dzień.
Słońce chce mi coś powiedzieć
teraz, gdy o nim myślę.
Ale nie podoba mu się to, co sobie pomyślałem,
więc odchodzi, a jego miejsce zajmuje czerwono-pomarańczowa chmura.
Piękny błękitny ocean zmienił się w ciemną nieprzejrzystą płachtę.
Wszystko stało się w ciągu kilku minut.

Lukas Hoffman, Sophie-Scholl-Schule, Berlin

 

O spustoszeniu Hofgarten w Düsseldorfie

Mirko Bonne, 2 października 2014

Der Landtag in Düsseldorf am 10. Juni 2014

W zeszłym roku, na przełomie wiosny i lata, obchodziłem 49. urodziny. Żeby to uczcić wybrałem się w poniedziałek zielonoświątkowy razem z przyjaciółmi, synem oraz żoną, na kolację w portugalskiej dzielnicy. Był początek czerwca, ciepły wieczór w portowej części Hamburga. Co prawda zapowiadano burzę – miała przyjść z południowego zachodu; ale w końcu nie przyszła, więc siedzieliśmy do późna na ulicy. Roześmiani piliśmy wino, przysłuchując się dalekim grzmotom.

Niedługo później, rankiem, jechałem do Düsseldorfu. Miałem przez godzinę czytać fragmenty powieści „Nie mehr Nacht” na tarasie Muzeum Teatru, mieszczącym się na skraju Hofgarten. Z dworca odebrała mnie organizatorka i ruszyliśmy taksówką przez miasto, w którym nigdy wcześniej nie byłem i którego widok natychmiast mnie poraził. Głęboko zaniepokojeni, rozmawialiśmy o burzy, która, osłabiona, co prawda ominęła Hamburg, lecz na Düsseldorf uderzyła z wielką siłą. Chociaż prace porządkowe szły pełną parą, to nie było ani jednej ulicy, na której nie leżałyby połamane gałęzie, kosze na śmieci, rowery, zerwane markizy i tablice reklamowe. Na środku jednego ze skrzyżowań zobaczyłem łódkę.

Im bliżej byliśmy celu, tym większe wydawało się zniszczenie miasta. Z wąskiego pasa zieleni, który jeszcze przed kilkoma dniami przylegał do parku, nie uratowało się ani jedno drzewo. Jak wyjaśniła organizatorka odczytu, w dniu moich urodzin trzy burze połączyły się nad Düsseldorfem, a nowopowstały huragan przypuścił szturm na miasto. Moja rozmówczyni pokazywała mi taras, na którym miałem mieć odczyt – tarasu już nie było. Trzystu- czy czterystuletnie buki i kasztanowce leżały wyrwane z ziemi niczym zwiędłe osty. Poszatkowane konary, wciąż porosłe liśćmi, leżały w stertach rozrzuconych bezładnie wśród kamiennych płyt, które to pod ciężarem tej całej zieleni powbijały się w ziemię. Tamtego wieczora miał się odbyć koncert, mówiła pobladła organizatorka odczytu. Wystawiono na zewnątrz sto, może sto dwadzieścia krzeseł, lecz koncert trzeba było natychmiast odwołać. Wciąż miała przed oczami muzyków ratujących swoje instrumenty – jak się okazało, w ostatniej chwili – ponieważ za chwilę krzesła odleciały jak muchy. Całe rzędy krzeseł jak roje much wfrunęły między drzewa, których wiatr nie zdążył jeszcze połamać.

Długo stałem ze ściśniętym gardłem na środku tego pobojowiska. Gdzieś w dole, w trawiastej dolince pełnej pniaków, ujrzałem szklarnię rozbitą w drobny mak przez obalony platan. Starszy pan z dużym psem na smyczy przedzierał się przez szare czerwcowe popołudnie, klucząc po nielicznych miejscach pozbawionych zniszczeń, po enklawach odgrodzonych biało-czerwoną taśmą. – Miałem siedem lat – krzyknął do mnie – kiedy chadzałem tędy z moim ojcem!

Fotografia: Landtag w Düsseldorfie, 10 czerwca 2014

Video: nakręcony przez Homeboykoree filmik, w którym żartobliwy nastrój stopniowo ustępuje miejsca przerażeniu i dlatego materiał okraszony został całkowicie uzasadnionymi przekleństwami – zamieszczam ten link z rozmysłem. MB