‚Ciągle Tutaj Jesteśmy′: wyrzut sumienia, narodowa psyche i kraj

Ostatnio miałem szczęście doświadczyć przyjaźni i mądrości innych Aborygenów działających na rzecz uznania naszej kultury i historii w zgodzie z ochroną środowiska, zarówno dla Aborygenów jak i szerszej społeczności. W ostatniej rozmowie z moim bliskim przyjacielem, Bruce’m Pascoe, mówił on o nieobecności jakiegoś prawdziwego poczucia wyrzutow sumienia w kolonialnej psyche. Nie odnosił się do chwilowego poczucia winy, którego niektórzy biali Australijczycy doświadczają wobec kradzieży aborygeńskiej ziemi i historii przemocy skierowanej przeciw naszym ludziom. Wierzę, że Bruce rozważał coś daleko głębszego. Posiadanie spokojnego i wygodnego obrazu kolonizacji w Australii wymaga niewiele myślenia w ogóle, nie mówiąc już o odpowiedzialności za grzechy przeszłości. Prawdziwy wyrzut sumienia, wymagający więcej od ludzi, dałby wyniki bezcenne dla wszystkich Australijczyków. Z wyrzutem sumienia przychodzi refleksja. Z wyrzutem sumienia niech przyjdzie uznanie – i z tym wszystkim – wzajemne poszanowanie. O to Bruce’owi chodzilo.

[mapa 22 - Wisząca Skała, Wiktoria, Australia]

[mapa 22 – Wisząca Skała, Wiktoria, Australia]

Widzę silne związki między tym brakiem wyrzutów sumienia, późniejszą nieobecnością refleksji, a regresywnym stanowiskiem Australii w sprawie zmiany klimatu ogólnie, a degradacji naszego środowiska w szczególności. Widzę także jasny związek między brakiem woli chronienia środowiska naturalnego i rabunkową polityką australijskiego rządu wobec aborygeńskiego kraju. Tak samo, nieposzanowanie kulturalnych i suwerennych związków tubylców z ojczyzną to ostatecznie atak na wszystkich Australijczyków.

Australijski rząd próbuje obecnie unieważnić umieszczenie na liście Światowego Dziedzictwa 74,000 hektarów starego lasu w Tasmanii, w celu zezwolenia na wznowienie wyrębu. Ważne tubylcze święte miejsca w granicach obszaru Światowego Dziedzictwa znowu zostaną zagrożone, jeżeli wpis na listę Dziedzictwa zostanie unieważniony. Jest to czyn haniebny. Biorąc pod uwagę historię przemocy i powtarzane próby wywłaszczenia i wytępienia, którym stawia czoła tasmańska tubylcza społeczność, miałoby się nadzieję, że szersze społeczeństwo nie pozwoli, żeby ta przemoc trwała. Gdybyśmy byli naprawdę skruszonym narodem, możliwe że stosowne zrozumienie i refleksja doprowadziłyby do bardziej świadomego punktu widzenia. Ale w kraju, gdzie głosi się frazesy na temat praw Aborygenów, taka refleksja nie jest możliwa.

Czytając gazetę wczoraj rano (Age – 14 czerwca 2014), w eseju Andrewa Darby’ego czytałem o odwadze Ruth Langford i Linton Burgess’a, dwojga Aborygenów, spośród wielu innych, którzy walczą by uratować ich kraj i ochronić wpis na listę Światowego Dziedzictwa lasu deszczowego otaczającego ważne kulturalne miejsca. Podczas wizyty na tym terenie ostatnio, ta para ′wołała do starych ziomków … dajmy im znać, że jeszcze tutaj jesteśmy′.

Jesteśmy jeszcze tutaj

Proszę, rozważcie przez chwilę głęboką odwagę tego czynu. Rozważcie, że aborygeńskie narody ziemi, której przyszło otrzymać nazwę ‘Tasmania’ od brytyjskich mieszkańców kolonii, oparły się aktywnym próbom ludobójstwa przez ponad 2oo lat i dzisiaj dumnie stają, by chronić zarówno swoich przodków jak i swoje dzieci. Ruth Langford, Linton Burgess i Aborygeni Tasmanii są bohaterami dla Aborygenów w całej Australii. Powinni oni też być uważani za bohaterów przez naród, bo walczą w obronie ich kraju i środowiska. Czyniąc to, chronią całą planetę.

W przyszłym tygodniu Ruth Langford dołączy do naukowców i działaczy ekologicznych na dorocznym spotkaniu Komitetu Światowego Dziedzictwa w Doha, w Katarze, próbując powstrzymać posunięcie australijskiego rządu. Życzę jej i jej odważnym ludziom pełnego sukcesu – zawsze byłem, zawsze będę.

 

Tony Birch

‘G′day’ z City College w Footscray, Australia

Image: Footscray City College – och, to jest

Footscray City College – och, to jest „so cool” (tak twierdzi Tony Birch)

 

„G′day” [witajcie] z City College w Footscray, Australia!

Footscray City College to państwowa szkoła w zachodniej części Melbourne, w Australii. Mamy w tej szkole 46 różnych narodowości i prawie 1000 studentów. Spoglądamy z góry na jedną z wielkich dróg wodnych Melbourne, potężną rzekę Maribyrnong. Jesteśmy pełną zapału gromadką dzieci w wieku 14 i 15 lat, z kilkoma znakomitymi, zaangażowanymi nauczycielami. Odkrywamy miasto Melbourne, jak również naturalny krajobraz, który je otacza.

Tutaj jest film, który zrobiliśmy w naszym pierwszym dniu ze Stacjami Pogody.

Nasza grupa współpracuje z Tony Birch’em i z Wheeler Centre w zakresie książek, pisania i pomysłów na to, jak poprawić nasze własne pisanie i wiedzę o zmieniającym się klimacie. Tony napisał wiele powieści, między innymi Shadowboxing i Blood. Wheeler Centre jest organizacją, która organizuje rozmowy i imprezy dla publiczności na wiele tematów, włącznie z pisaniem, zmianą klimatu, i wiele więcej.

Naszym celem jest sprawić, żeby ludzie mówili o zmianie klimatu, a także, jak to mogłoby dotknąć nas na naszych własnych osiedlach, ulicach i w domach. Chcemy żeby ludzie na całym świecie wiedzieli, że myślimy i jednoczymy się w tej kwestii. Nie tylko chcemy, żeby ludzie myśleli o zmianie klimatu, chcemy sprowokować ich do działania.

Oczekujemy niecierpliwie podzielenia się naszą pracą ze wszystkimi z innych podstacji, w Berlinie we wrześniu!

– Studenci z Podstacji Footscray City College

Połamany Anioł

[mapa 10 - Połamany Anioł, Carlton Cemetery, Melbourne, Australia]

[mapa 10 – Połamany Anioł, Carlton Cemetery, Melbourne, Australia]

Poszedłem dzisiaj na cmentarz z moim psem, Ellą. Ma ona jedenaście lat, chore biodro i woli swoje posłanie od dobrego spaceru. Wybraliśmy się odwiedzić grób mojej babki. Zmarła ona w 1996, w wieku 88 lat. Żyła, jak to mowią, pełnią życia. Urodzona na Cape Barren Island, w cieśninie Bass Strait, między Wiktorią a wyspą Tasmanią, moja babka została jako małe dziecko wysłana do sierocińca na tasmańskim lądzie. W wieku dwunastu lat przepłynęła statkiem na gapę przez ciśninę do Wiktorii. Dwa razy brała ślub, miała siedmioro dzieci i parodiowała Al Jolsona, kiedy była pijana.

Pochowana jest ze swoim mężem, moim dziadkiem, Patrickiem Corcoranem. Irlandzki katolik, był on pracowitym człowiekiem, który jednego popołudnia w 1953 przyszedł do domu z pracy, wszedł do łazienki, podciął sobie gardło i wykrwawił się na śmierć. W tym grobie jest też pochowany mój wujek, Michael Anthony Corcoran, który został zamordowany w 1963, mając zaledwie osiemnaście lat. Nigdy nie spotkałem mojego dziadka, oczywiście, ale wyraźnie pamiętam Michaela. Był wesoły, psotny i był oczkiem w głowie mojej babki.

Na cmentarzu pozwoliłem Elli powęszyć dookoła nagrobków, kiedy porządkowałem rodzinną kwaterę. Wypieliłem, zmieniłem mętną wodę w naczyniach i zastąpiłem zniszczone plastykowe kwiaty nowszymi, które wiatr rozrzucal po terenie cmentarza, zdmuchnięte z grobów, na których były pierwotnie umieszczone. Przed wieloma laty wypełniłem słój kamieniami, skorupami i szkłem z plaży, które zbierałem po całym świecie: z rzeki w Szkocji, plaży w Chile i z ulic Nowego Jorku. Wypełniłem słój wodą, zapieczętowałem i umieściłem go na grobie. Dzisiaj opróżniłem ten słój, wyczyściłem go i wymieniłem wodę.

Usiadłem na grobie i myślalem o nich, o mojej rodzinie – tam w dole. Wiem, że mój dziadek troszczył się o swoją rodzinę. I był on bardzo opiekuńczym człowiekiem. Nikt nie wie, dlaczego odebrał sobie życie, ale moja matka wierzy, że obawiał się, że nie będzie nigdy mógł dostatecznie ochronić swoich dzieci. Nie jestem pewny, co to znaczy. Kiedy myślę o moich własnych dzieciach – jest ich pięcioro – nigdy nie jestem pewny, czy niepokoję się o nie za bardzo, czy nie dosyć. Czasami myślę, że jest moim zadaniem by je uratować – zrozumiały, ale śmieszny wniosek.

Czy cokolwiek z tego jest istotne dla kwestii Zmiany Klimatu? Myślę, że tak. Moja babka żyła całe życie w biedzie. Jej codzienną troską było znaleźć dość jedzenia, by nakarmić rodzinę; by obejść ulice centrum miasta podczas zimy, pchając wózek, w poszukiwaniu drewna na opał, by utrzymać ciepło w domu. Byliśmy ze sobą blisko, kiedy dorastałem. Ona nauczyła mnie, że jeżeli nie zabezpieczymy naszym rodzinom i sobie nawzajem podstaw życia – żywności, ciepła i schronienia – wszystko inne jest bezwartościowe. I co więcej, jeżeli nie dostarczymy tych podstawowych rzeczy po równo wszystkim w społeczeństwie, powinniśmy się wstydzić samych siebie.

Alma Corcoran nie była żadnym marksistowskim ekonomistą czy aktywistą politycznym. Nie miała prawie żadnej szkoły i była bezpośrednią i nieromantyczną kobietą. Ale wiedziała dużo o nadmiarze – i nienawidziła go. Jeśli kiedykolwiek dobrze jej się wiodło, kiedy kredens był pełny i lodówka zaopatrzona, otwierała swoje drzwi frontowe i zapraszała sąsiadów na specjalny posiłek. Ona nauczyła mnie, że nie jest w mojej mocy nikogo uratować, nie mówiąc o moich dzieciach. Ona też nauczyła mnie, że jestem tylko małą częścią większej całości.

Tony Birch

Wspomnienie mojej górskiej wspinaczki

remembering

W wieku 11 lat przeżyłem wspinaczkę wysokogórską z moimi przyjaciółmi. Góra była wysoka, ale klimat nam sprzyjał. Było miło i słonecznie z owiewającym nas bardzo niewiele chłodniejszym wietrzykiem. Słońce tylko powodowało, że chciało nam się pić, bo temperatura lokalna wynosiła 31 stopni minimum i 38 stopni maksimum. Trener wybrał tę górę i ten klimat w sezonie, ponieważ w zimie nie możemy się wspinać w takim zimnie, a także nie w porze monsunu kiedy jest mokro, i dlatego mieliśmy alpinistykę latem, co prawie doprowadziło nas do odwodnienia.

 

Urja – / Footscray City College Substation

Dromana

Od kiedy pamiętam, prawie każdego lata moja rodzina i ja jeździliśmy na Półwysep Mornington, a dokładnie do Dromana. Czy mieliśmy towarzystwo czy nie, dzień był zawsze fantastyczny. Jednego szczególnie ciepłego letniego dnia przybyliśmy na miejsce później niż zwykle, około 5:00 po południu. Na dworze było jeszcze ciągle słonecznie z powodu czasu letniego, i tak było jeszcze lepiej. Moja siostra i ja wyskoczyliśmy z samochodu i na wyścigi pobiegliśmy na brzeg. Zrzuciliśmy nasze rzeczy na piasku i złapaliśmy nasze fajki. Woda była kryształowo czysta i widzieliśmy masę ryb. Gdzieś po godzinie nurkowania z rurką zdecydowaliśmy pobawić się w piasku. Po 2 godzinach na plaży umieraliśmy z głodu i pożarliśmy swoje smażone ryby z frytkami. Przez ten czas zrobiło się ciemno i wskoczyliśmy do samochodu ruszając w długą drogę do domu. Usnąłem w samochodzie i reszta jest historią.

 

– Gabriel / Footscray City College Substation

Rybitwa

Unknown

Już od ponad roku mój starszy sąsiad, Jack, porządkuje swoje życie i pozbywa się niektórych rzeczy. Chociaż nie jesteśmy rodziną i znamy się tylko parę lat, wiele z tego, co jest mu już nieprzydatne, trafiło do mnie.

Zaczął od tomów  ‘Encyklopedii Australijskich Traktorów Tractorsand i Nowoczesnego Rolnictwa’ w twardej oprawie. Zaoferował mi je pewnego słonecznego ranka, kiedy rozmawialiśmy ponad chudym żywopłotem z lawendy, który uchodzi za rozdzielające nas ogrodzenie.

Jack zna swoje traktory i uwielbia mówić o nich. Gdyby był zawodnikiem w starym telewizyjnym quizie Mastermind, traktory pewnie byłyby jego ′specjalnym tematem′.

Jack spędził swoje aktywne życie zawodowe sprzedając traktory w całej Wiktorii w spółce ze swoim bratem bliźniakiem, Ronnie’m. Założyli biznes razem i parę lat później ożenili się z dziewczynami ze swojego rodzinnego miasta – w tym samym kościele i w tym samym dniu.

Zaplanowali tez po przejściu na emeryturę osiedlić się na dwóch sąsiadujacych ze sobą działkach przy plaży na zachodnim wybrzeżu. Ale zaledwie kilka miesięcy przed odejściem z biznesu pikap prowadzony przez Ronnie’ego został podczas powodzi zmyty z mostu, kiedy próbował przejechać wezbrana rzekę gdzieś koło Colac. Roztrzaskany wrak w końcu odkryto kilka mil w dół rzeki od miejsca wypadku, ale ciało Ronnie’go nigdy nie zostało odnalezione.

Pomimo że niezwykle odczuwał brak Ronnie’go, niemniej Jack przystąpił do realizacji swojego planu emerytalnego, podczas gdy wdowa po Ronnie’m sprzedała ich działkę ′jakiemuś typowi z miasta′, jak lekceważąco mowi o nim Jack. Chociaż ′typ z miasta′ zbudował dom w sąsiedztwie Jacka, rzadko odwiedzał go przez następne lata, aż wystawił go na  sprzedaż.

Kupiłem dom od wdowy po Ronnie’m marząc o wyremontowaniu go w czasie pisania wielkiej powieści. Ale od wprowadzania się wykonałem bardzo niewiele pracy i nabazgrałem nie więcej niż kilka akapitów.

W dodatku do swoich książek o traktorach Jack przekazuje mi też przez żywopłot swoje stare narzędzia. Prawdę mówiac są mi one przydatne tak samo jak książki o traktorach.  Nie to, że nie doceniam hojności Jacka, ale nie potrafiłbym prosto rabnąć w gwoźdź choćby zależalo od tego moje życie.

Jack bardzo dba o swoje narzędzia. Nasmarowane powierzchnie metalu są wolne od rdzy, a drewniane rękojeści są wypolerowane do gładkości przez lata używania. Chociaż nie spodziewam sie, że zrobię coś z nimi, każdy dar, czy to szufla, młotek czy jakaś odmiana prostej piły ręcznej jest dodawana do kolekcji trzymanej w pokoju za kuchnią, który ma okno na podwórze.

Jest to też pokój, gdzie uprawiam moje pisanie. Albo dokładniej, gdzie powinienem spędzać mój dzień pisząc.

To, co niefortunnie nazywam „dniem pisania” zaczynam przy swoim biurku, uzbrojony w filiżankę herbaty i trochę inspiracyjnej muzyki – moją ′piszącą muzykę′ jak ją optymistycznie nazywam. Mój roboczy ranek, który jest wcale niedługi, polega na gapieniu się wymiennie na ekran komputera i przez okno, na zarośnięty ogród bardzo potrzebujący troski, której nie mogę mu zapewnić, bo jestem zajęty pisaniem.

Po mniej więcej godzinie, czasami wcześnej, dochodzę do wniosku, że dzisiaj nie jest dobry dzień na pisanie. Więc wstaję od biurka,wychodzę z domu i idę na tył ogrodu. Potem prześlizguję się przez lukę w ogrodzeniu i kieruję się ku plaży.

Kiedy zaczynałem moje codzienne spacery na plażę, Jack był zawsze obok mnie. Faktycznie to Jack pokazał mi tajną ścieżkę, ukrytą pod olbrzymim drzewem herbacianym [tea-tree] tuż poza moim tylnym ogrodzeniem. I to Jack poprowadzil mnie tą ścieżką do plaży, gdzie podzielił sie ze mną drugim sekretem.

Rankiem tamtego pierwszego spaceru właśnie zrezygnowałem z kolejnej sesji pisania, kiedy Jack zobaczył mnie przemierzającego frontowy ogród. Prowadziłem poszukiwania, nie historii, ale skromnego zdania, albo być może jednego słowa, które mogłoby mnie zastartować.

′Hej, synu′ zamachał do mnie przez żywopłot .

Pewny, że coś musi dręczyć człowieka wydeptującego ścieżkę na swoim podwórku, Jack przeszedł dookoła żywopłotu, zastąpił mi drogę i zapytał, czy mógłby pomóc. Kiedy wyjaśniłem, że jestem dosyć pewny, że złapala mnie niemoc twórcza, spojrzal mi w oczy, zarówno zaintrygowany jak przejęty.

′Niemoc twórcza?′ powtórzył do siebie kilka razy. ′Nigdy o tym nie słyszałem. Co to takiego?′

′No cóż, Jack. To jest tak, jakby mieć problem, którego nie możesz rozwiązać. Albo ideę, ktorej szukasz. Ideę ze słowami. Ale słów nie możesz znaleźć′.

Oczy Jacka rozjaśniły się, był pewny, że on znał rozwiązanie.

′Dobrze, w połowie masz rację, że próbujesz rozpracować swój problem przez  spacer. Ja robię to samo. Pospaceruj i uporządkuj sobie w głowie. Ale chodzenie dookoła w kołko? To nie jest dla ciebie dobre.  Musisz pójść po linii prostej.’ Machnął ręką w kierunku niskich wzgórz za naszymi sąsiadującymi z sobą domami. ′Linia prosta, synu. Linia prosta.′

A potem poprowadził mnie na koniec swojego ogrodu i wskazał lukę między dwoma słupkami w ogrodzeniu za jego szopą.

′Myślałem żeby tu zrobic furtkę,′ udzielił mi wyjaśnienia Jack,  kiedy przeleźliśmy przez ogrodzenie. ′Byłoby łatwiej niż robić to każdego ranka. Ale żeby ci powiedzieć prawdę, to nie byłaby taka zabawa. To sprawia, że czuję się trochę jak dziecko′.

Dostrzegłem przed nami wąską ścieżkę, znikającą poniżej baldachimu drzewa herbacianego. Szedłem za Jackiem wzdłuż ocienionej ścieżki, która wznosiła się ostro, osiągnęła szczyt a potem spłynęła łagodnie w dół do plaży między piaszczystymi wydmami, a falami złotej trawy.

Jack czekał na mnie na plaży kiedy przechodziłem pas piasku zaśmieconego wiórami twardych jak rzemień morskich wodorostów. Nie śpieszyliśmy się idąc dalej, gawędząc i zatrzymując się od czasu do czasu, by podziwiać olśniewające kolory w skalnych basenach między plażą a oceanem. Kiedy Jack identyfikował gatunek każdej  ryby przemykającej się przez lasy wodorostów, czułem się jak chłopiec drepczący radośnie za swoim ojcem.

Szliśmy tak być może pół godziny, kiedy Jack zeszedł z plaży i wszedł na trawę. Przeszedł ze trzydzieści metrów i zatrzymał się. Kiwnał głową w kierunku płytkiej depresji w gruncie.

′To jest to′. Wskazał  na punkt, na który gapiliśmy się obaj, chociaż nie miałem najmniejszego pojęcia, co powinienem tam zobaczyć.

Oczy Jacka rozszerzyly sie. ‚No, co myślisz?′

Znowu popatrzyłem na przygniecioną warstwę trawy. ′Co myślę o czym, Jacku?′

Jeżeli usłyszał moje pytanie, zignorował je.

′Przybywają każdego lata. Są tu, od kiedy mam swój dom. I tysiące lat przedtem, powiedziałbym′.

′Kto przybywa, Jack?′

′Nie kto, synu. Co. Rybitwa′.

Powiedział to słowo – rybitwa – cicho i spokojnie, jakbym powinien wiedzieć bez pytania, do czego się odnosi.

Potem Jack odwrócił się i ruszył z powrotem wzdłuż plaży. Zaskoczył mnie przejściem w trucht.

Biegłem za nim. ‚Rybitwa, Jack? Co to jest?′

On zatrzymał się na plaży biorąc głęboki oddech.

′ Rybitwa popielata’ [The Arctic Tern] udzielił wyjaśnienia ruszając dalej. ′To jest ptak. Odważny ptaszek. Przybywa prosto tutaj, na tę plażę, każdego lata, ze szczytu świata, spod arktycznego koła podbiegunowego. 20,000 mil leci, by dostać się tutaj. A potem, później w tym samym roku leci znowu z powrotem. Ten sam dystans. Większość ludzi nigdy nie może zobaczyć tego ptaka. Spędza większość swego życia w powietrzu′.

Popatrzyłem ponad oceanen na horyzont, a potem w górę na puste niebo. ‚To musi być duży ptak, Jack, żeby przelecieć całą tę drogę?′

′No,′ zakpił. ′Rozpiętość skrzydeł, być może stopa w poprzek, trochę więcej. A sam ptak,′ Jack zacisnął swoja sękatą pięść, ′niedużo większy niż to′.

Gwizdnąłem z podziwem. ′Wiec widziałeś go, Jack? Tego ptaka?′

Popatrzył na mnie i  jego twarz złagodniała, ale nie powiedział nic więcej.

Kiedy szliśmy w kierunku domu, od czasu do czasu spoglądałem przez ramię na jasne poranne niebo, zadajac mu więcej pytań o ptaka.

′Spod koła podbiegunowego, Jack? Jak one się tu dostają?′

′One lecą,′ zaśmiał się.

′Ale jak, Jack? Skad one wiedzą, gdzie lecą?′ Znowu popatrzyłem do tyłu na horyzont. ′Całą tę drogę.′

Zatrzymał się i położył rękę na moim ramieniu. Byłem zaskoczony siłą jego chwytu.

′One pamiętają, synu. Stąd wiedzą. Zajmuje im to miesiące, by dostać się tutaj. Czytałem o tym. Naukowcy tropili tego ptaka do każdego miejsca odpoczynku po drodze.

Zatrzymują się w tym samym miejscu każdego roku. One nigdy nie zapominają, gdzie były, albo dokąd zmierzają. To jest ich sekret. Nigdy nie zapominać. Zapamiętaj to, synu′.

Znowu chwycil moje ramię. ′I wiesz, co jeszcze?′

Czekał na moją odpowiedź, ale nie miałem żadnej. ′Co jeszcze, Jack?′

Jego oczy błyszczały czystą satysfakcją.

′One mają długie życie, to znaczy, jak na ptaka. Więcej niż dwadzieścia lat, niektóre. Całe to latanie, pomyślałoby się, że to powinno je zmęczyć. Ale nie męczy. Cała ich siła pochodzi z tego lotu. I inna rzecz. Przez cały ten czas, one łączą się w pary na całe życie. Lecą przez cały świat do tego samego miejsca i tego samego partnera, każdego roku. Co ty na to, ha?′

Kiedy po spacerze wśliznęliśmy się z powrotem przez ogrodzenie, Jack zaprosił mnie do swojej ogrodowej szopy.

′Mam tutaj coś dla ciebie,′ powiedział, robiąc do mnie oko żartobliwie .

Jego szopa była wzorem porządku. Ogromne zapasy gwoździ, śrub, bolców i nakrętek leżały w oznaczonych etykietą szklanych słojach wzdłuż tylnej sciany drewnianego stołu do pracy, pod oknem wychodzącym na podwórko. Jego narzędzia ogrodnicze: szufle, grabie i kilofy różnych rozmiarów stały na baczność pod jedną ścianą, podczas gdy jego piły, młotki i wiertła zwisały z uchwytów powyżej narzędzi ogrodowych.

Nie było w zasięgu wzroku żadnego narzędzia o napędzie mechanicznym .

Różne kawałki drewna, niektóre z nich ′rzadko spotykane’ według Jacka, leżały na podwyższonym stelażu wzdłuż tylnej sciany szopy.A poniżej kolekcji drewna, druga półka była schludnie zastawiona kilku tuzinami puszek farb i lakierów.

′Czego szukamy, Jack?′ Zastanawiałem się na głos, kiedy on grzebał w szopie.

′Mojej lornetki,′  odpowiedział przeszukując karton oznaczony grubym ołowkiem RÓŻNE DROBIAZGI .

Kiedy nie znalazł swojej lornetki w  pudełku, Jack wyszedł z szopy i wrócił z drewnianą drabiną. Oparł ją o tylną ścianę  i przystawił koniec drabiny do górnej półki, gdzie spoczywał naftowy grzejnik, inne kartony i stara walizka.

Kiedy testował stabilność drabiny zaoferowałem moje usługi. ‘Czy mogę pomóc, Jack? Wejdę tam na górę za ciebie′.

Machnięciem ręki kazał mi odejść stawiając stopę  na dolnym szczeblu drabiny. Wspiął się na półkę i odsunął jeden z kartonów na bok, sięgając do drugiego pudełka. Kiedy to zrobił, pudełko rąbnęło w walizkę. Odskoczyłem w momencie, kiedy waliza zwaliła się na podłogę.

′Cholera′ szepnął Jack do siebie spogladając przez ramię w dół na walizkę.

Przeszukał jeszcze kilka pudełek, zanim wyciągnął z jednego z nich wytarty skórzany futerał do lornetki. Wyjął lornetkę z futeralu. ′Tutaj jest′.

Stałem u dołu drabiny, kiedy podał mi lornetkę. Była w doskonalym stanie  – ciemny metal, chrom, szklane soczewki, każda powierzchnia odbijała światło słoneczne wypełniajace okno szopy.

Jack zszedł po drabinie i oparł rękę na moim ramieniu. ′Kiedy ona będzie odlatywać tego lata, ta rybitwa, będziesz na nia przygotowany′.

Popatrzyłem na szkła. ′Ale jak ona wygląda, Jack? Nie umiem odróżnić jednego ptaka od drugiego′.

Jack odpowiedział wręczając mi książkę z półki nad stołem do pracy – ‘Ptaki Wędrowne Świata’. Kiedy kartkowałem szybko strony, on skoncentrował się na walizce, która spadła na podłogę. Podniósł ją za ucho i potrząsnął walizką. Usłyszałem coś szeleszczącego wewnątrz łagodnie. Popatrzyłem na Jacka, ąeby sprawdzić, czy on to też usłyszał .

Podrapał się w głowę. ′Co my tu mamy?′

Położył walizkę na warsztacie, zaczął ja odpinać i zawahał się na moment zanim ją  w końcu otworzył. Przysunąłem się bliżej do warsztatu i popatrzyłem w dół na olśniewające cekiny naszyte na dziewiczo-białą tkaninę tego, co wydawało się być suknią ślubną.

Jack sięgnął do walizki i wyjął suknię. Tulił  ją w ramionach jak nowonarodzone dziecko. ′To jest suknia ślubna mojej żony’ wyjaśnił. ′Ona odeszła już ponad dziesięć lat temu′.

Powoli okrążył pokój, przyciskając suknię do ciała, jak gdyby tańczył z nią walca. Kiedy zobaczyłem, że ma łzy w oczach, wyszedłem do ogrodu, zostawiając go samego.

Kiedy Jack w końcu wyszedł ze szopy, zaprosił mnie do domu. Kiedy siedzieliśmy przy drewnianym stole popijając z kubków słodką herbatę, mówił o ich czterdziestu pięciu latach małżeństwa i o śmierci jego żony po krótkiej, ale bolesnej chorobie.

′Wszystkie te lata w drodze, podróżując od miasta do miasta. Powinienem był być z nią w domu. Zrozumiałem to dopiero, jak ją straciłem. Spędziliśmy w tych latach więcej czasu z dala od siebie, więcej nocy w oddzielnych łóżkach, niż tam, gdzie powinniśmy byli być, w swoich ramionach′.

Poczułem, że powinienem coś powiedzieć. Chciałem powiedzieć Jackowi, że jestem pewny, że oni  bardzo kochali się nawzajem i że ich czas spędzony razem nadrobił z nawiązką te osobne noce. Ale nie mogłem tego powiedzieć. Czułem, że nie znam go dość dobrze,  by to zrobić. A poza tym, byliśmy mężczyznami, więc powiedziałem to, czego się od mężczyzn oczekuje przy takich okazjach.

′Byłeś daleko ciężko pracując, Jack, dla was obojga. Jestem pewny, że ona to rozumiała′.

Wpatrywał się w dno swojego kubka myśląc o tym, co powiedziałem.

′Oboje rozumieliśmy′, odpowiedział w końcu. ′Pewnie masz rację. Ale to niczego nie zmienia. Te osobne noce dają w sumie lata separacji. Zmarnowane lata′.

To było na początku ostatniej wiosny, kiedy po raz pierwszy zauważyłem zmianę w Jacku. Pewnego ranka stałem przy skrzynce pocztowej,  kiedy on wykrzyknął do mnie zza żywopłotu. ′Ron! Hej Ronnie, chlopcze!′

ŚmiaŁ sieę  i machał do mnie, zanim szybko odwrocił wzrok. Wydawał się zmieszany i zakłopotany. Obszedłem żywopłot. Jack grzebał w ziemi czubkiem buta studiując nagi skrawek trawy w trawniku.

′Jack. Czy ty jesteś OK?′

Nie patrzył na mnie. ′Tak. Jestem w porzadku, synu. Właśnie myślałem o czymś.  Nie zwracaj na mnie uwagi. Jestem po prostu stary głupiec′.

W następnych tygodniach musiałem zwrócić kilka z narzędzi Jacka, po tym, jak zwierzył mi się, że zapodział gdzies młotek czy piłę – ′ nie chcę sprawiać kłopotu, ale czy masz jakąś, ktorą mogę pożyczyć na kilka dni?′

Zauważyłem także, że jakby spowolniał i rzadziej schodził  ze mną na plażę. Kiedy zapukałem do jego drzwi jednego ranka wczesnym latem, nie było żadnej odpowiedzi od Jacka. To się nigdy przedtem nie zdarzyło.

Ruszyłem ściezką do luki w tylnym ogrodzeniu samotnie, z futerałem lornetki wiszącym na mojej szyi na skórzanym pasku. Kiedy osiągnąłem grzbiet powyżej plaży wyjąłem szkła z futeralu i przejrzałem horyzont. Były dookoła dużo ptaków, mewy przeważnie, ale ani śladu Jack’owej rybitwy błękitnej.

Gdyby Jack był ze mną, zapytałby: ′Jest tam coś dzisiaj?′

Po tym, jak odpowiedziałbym, jak zawsze robiłem: ′Nic dzisiaj rano, Jack′, on byłby przez chwile rozczarowany zanim by sie pocieszyl: ′Jutro. Być może jutro′.

Po spenetrowaniu nieba zszedłem przez wydmy i wzdłuż plaży do miejsca, gdzie – jak był przekonany Jack – ptak ostatecznie wróci. Nie było go tam. Kiedy zawróciłem w kierunku domu, zauważyłem kogoś na plaży w oddali, oddalającego się od mnie. Chociaż zaskoczony widokiem  jego sztywnej jak drut sylwetki, byłem pewny, że to Jack. Podniosłem szkla. Kierował się w stronę przybrzeżnej kipieli.

Biegnąc ku niemu krzyczałem ′Jack! Jack!′

Nie obejrzał się aż byłem prawie przy nim. Przyjrzał mi się dokładnie, nawet trochę podejrzliwie. ′Ronnie? Ronnie?′ Cofnął się o krok. ′Ronnie Boy? No, niech mnie diabli. Gdzie się podziewałeś?′

Wyciagnąłem do niego rękę. ′Przepraszam, Jack, ale nie złapałem cię dzisiaj rano. Pewnie zaspałem. Chodź. Wróćmy razem piechotą do domu ′.

Rozejrzał się po plaży, gdzie kilku nastolatków leżało na trawiastym brzegu powyżej przyboju. W swoich ciemnych piankach błyszczących w słońcu przypominali kolonię fok.

Potem Jack odwrócił się i spojrzał w kierunku, z którego przyszliśmy. Patrzył w dół na piasek, na wgniecenia śladów, jakie jego stopy zrobiły w piasku zaledwie kilka minut wcześniej. Śledził ich drogę w tył wzdłuż plaży, gdzie przypływająca fala sunęła łagodnie po piasku i połchłaniała je.

′Do domu?′ wyglądał na oszołomionego.

′Tak. Do domu, Jack. Powinniśmy już wracać′.

W tej chwili coś mu się ułożyło w całość. Wyraz niepewności zamienil sie w spokój, a potem w lekki uśmiech rozpoznania. Popatrzył w dół na moja otwartą dłoń jak gdyby to była niezamierzona obraza jego niezależności.

Odsunął mnie na bok. ′Chodź dalej, synu.  Mam ci coś do pokazania′.

Idzie zima i Jack nie chodził ze mną po plaży od tamtego ranka. Nieco ponad tydzień temu byłem na ścieżce kierując się ku plaży, kiedy rozszalała się burza. Kiedy ulewny deszcz przesiąkał przez moj wełniany sweter i workowate dresowe spodnie, pomyślałem o wycofaniu się, albo co najmniej wróceniu do domu po płaszcz nieprzemakalny. Na chwilę zatrzymałem się na ścieżce, zanim zdecydowałem się pójść dalej.

Niskie niebo nad horyzontem było sine od ciężkich chmur, podczas gdy deszcz, niesiony przez porywisty południowy wiatr, siekł mnie po twarzy. Chociaż wydawało się, że niewiele jest sensu kłopotać się wyciąganiem lornetki z futerału, wyjąłem ją jednak i przeszedłem przez rutynowe przeszukiwanie horyzontu.

Najpierw zauważyłem statek towarowy, przeładowany wielobarwnymi kontenerami. Statkiem rzucało po bielą krytym morzu jak modelem z Lego. Dopiero kiedy uniosłem szkła do nieba, pochwyciłem okiem cień na tle chmury, a potem ciemną plamę ptaka.

Chociaż to była tylko krótka obserwacja, natychmiast uwierzyłem, że właśnie zobaczyłem rybitwę. Była w zasięgu mojego wzroku tylko kilka sekund, zanim zniknęła. Usadowiony na szczycie zbocza, przeszukiwałem horyzont jeszcze przez pół godziny albo więcej, ale nie zobaczyłem ptaka ponownie.

Zanim dostałem się z powrotem do domu byłem mokry do kości i drżący z zimna. Wrzuciłem moje ubranie do pralki, wziąłem prysznic i prześledziłem myśli, które zajmowały mnie, gdy szedłem z plaży do domu. Po ubraniu się opuściłem dom i pobiegłem dookoła żywopłotu do ogródka przed domem Jacka. Zapukałem do jego drzwi kilka razy, ale nie odpowiedział. Wróciłem do domu i zrobiłem sobie filiżankę herbaty. Potem poszedłem do saloniku i przewertowałem mój zbiór płyt CD, aż znalazłem jakąś ‘muzykę do pisania’ – Żelazo i Wino.

Usiadłem przy moim biurku, w stęchłym zapachu książek o traktorach i natłuszczonych powierzchni metalu, i napisałem następujące słowa do samego siebie:

Rybitwa ma ostry krwistoczerwony dziób i nosi  czarny kaptur z białą czapką. Kiedy rybitwa żeruje na łąkach i niskich wydmach, gdzie przygotowuje swoje gniazdo, jej prawdziwe piękno pozostaje ukryte pod warstwą nudnych szarych piór. Ale kiedy rozwija ona swoje skrzydła w locie, szczególnie kiedy szybuje, co robi by oszczędzać energię, ptak eksponuje swoją świetlistą mieszaninę bogatego ubarwienia. Rybitwa jest ptakiem siły i piękna.

– Tony Birch

 

Teatr

Darcy-FairFax-Studio-Theatre

Teatr, czy to w szkole, w pracy mojego taty, albo w jakichkolwiek profesjonalnych teatrach, zawsze czuję się tak jak w domu i komfortowo, teatr jest mi bliski ponieważ lubię występować/grać. Zawsze czuję dreszcz podniecenia i nerwowość kiedy wchodzę do jakiegoś teatru i zapach szminek i potu wypełnia mój nos, chociaż nawet nie mogę faktycznie go czuć, sądzę, że możnaby to nazwać pamięcią zapachu: jeżeli możesz zapamiętać miejsca, które widziałeś, dlaczego nie rzeczy, które wąchałeś? Kiedy przygasają światła do uwertury albo do cichego początku sztuki, przedpokazowa trema ogarnia moje ciało, niezależnie, czy występuję czy nie. Teatr jest dla mnie drogim miejscem, to jest jedno z niewielu miejsc gdzie mogę eksperymentować z nowymi rzeczami i być soba, bez teatru byłbym zagubiony.

 

– Darcy / Footscray City College Substation

 

Wachaj i smakuj

smelltaste

Tamte róże pachniały jak te inne róże.

Sałata smakowała jak ostre jalapeno.

Tamte kwiaty pachniały jak róże.

Ciastko smakowało jak czekolada.

Okruchy z miękkiego kurczaka smakowały jak tarta bułka z kurczakiem.

Powietrze pachniało jak świeże.

Grilowane mięsa smakują jak upieczone na płycie jagnięta.

Młoda salata smakowała jak regularna sałata.

Cytryna smakowała jak kwaśne cytryny.

Tamte lody miały smak czekolady na rożku z wafla.

Woda źródlana smakowała jak czysta woda.

Tamte ryby wędzone smakowały jak gotowane ryby.

Pianka na dwu kwadratach chleba z czekoladą to były S′moresy.

Habanero smakował jak upał cytrusów.

 

– Ioannis / Footscray City College Substation

Po prostu działaliśmy jak gdyby tego nie bylo

storm-surge-1-750x1000

Nigdy nie rozumieliśmy jak ważne to było… Po prostu działaliśmy jak gdyby to nie istniało…

Moja mama mówi, że pamięta czasy, kiedy obawa o klęskę żywiołową mogła istnieć gdzieś w jej podświadomości. Że było prawie niemożliwe żeby mogła ona jej osobiście dotknąć choćby w najmniejszym stopniu, a to z z powodu jej miejsca zamieszkania.

Ale prawda jest, że to jest nasza własna wina …

Ona mówiła, że kiedy pierwszy cyklon uderzył Melbourne, nikt nie był gotowy, co spowodowało tysiące strat w ludziach, niszcząc rodziny i domy. Miesięcy było ludziom potrzeba, aby z powrotem stanąć na nogach, ale rok później uderzył drugi cyklon. Ludzie byli teraz bardziej świadomi katastrofalnych skutków takiego zdarzenia, ale nie mieli czasu żeby się przygotować. Chociaż tym razem tylko zabierając życie jednej trzeciej oryginalnego cyklonu, i tak pozostawił on tysiące bezdomnych i zrozpaczonych. Te wydarzenia zaczęły powtarzać się od tego czasu często, za każdym razem częstsze i pustosząco niszczycielskie.

Ale to było 25 lat temu.

Teraz jesteśmy tutaj, to jest ja, mój tatuś, moja mama i mój brat, wszyscy stłoczeni w bunkrze, wszyscy kompletnie milczący. Wszystko, co mógłbym usłyszeć na zewnątrz to trzask rozdzieranej gwałtownie ziemi powyżej i przeraźliwe gwizdanie potężnych wichrów. Miałem na sobie swoje słuchawki próbując zablokować hałasy, ale to było prawie niemożliwe. Jesteśmy otoczeni przez nasze najcenniejsze przedmioty, tyle ile mogliśmy zmieścić w maleńkim schronie. Rozlega się głośny łomot, kiedy kawałek rumowiska na zewnątrz wali w drzwi, moje serce zamiera na chwilę i podskakuję, prawie uderzając się w głowę.

Mieszkamy w takich warunkach od wielu lat, urodziłem się i wychowałem podczas kiedy te zdarzenia zachodziły, co pozwalało mi mieć złudzenie, że zdarzenia takie jak te są normalne i zawsze były. Ale nie, te klęski żywiołowe były jak to niektórzy określają ′ludzkiego autorstwa′. Zrobiliśmy to, ostrzegano nas, ale zignorowaliśmy ostrzeżenia jak gdyby były nieważne.

Dzieci zwykły życzyć sobie rzeczy takich jak najnowsze PlayStation albo Xbox, najlepsza piłka do piłki nożnej albo buty do piłki nożnej, żeby móc grać na jakimś instrumencie, albo żeby dostać nowy rower.

W dzisiejszych czasach przekonasz się, że większość życzeń dzieci to żeby mieć kilka miesięcy bez katastrof.

To jest raczej smutne, nieprawda?

Pomyśleć, że temu wszystkiemu można było zapobiec.

Ludzie muszą pogodzić się z tym, jak rzeczywista jest zmiana klimatu; chociaż w tym opowiadaniu wyolbrzymiłem efekty, ciągle potrzebujemy spowodować zmianę, albo wszystko jest możliwe. Coś takiego może się zdarzyć.

 

– Will / Footscray City College Substation

Wracajac [znowu]

Rzeka Yarra w Collingwood

Rzeka Yarra w Collingwood

W ramach projektu Stacji Pogody, we wrześniu i październiku 2014 odwiedziłem miasta Berlin, Dublin, Londyn, Warszawę, Gdańsk i Hel, pracując ze szkołą i grupami społecznymi. Nauczyłem się dużo. Część zdobytej wiedzy była dla mnie zaskoczeniem. Najczęściej ludzie mówili mi: „oczywiście, u was jest dużo gorzej′”(o zmianie klimatu), myśląc o problemie jako widocznej katastrofie. Każdy wiedział o zjawisku pożarów buszu w Australii (których znowu doświadczamy), o suszy i zniszczeniach w Wielkiej Rafie Koralowej, okazując zrozumiałe, ale bardzo ograniczone zaangażowanie w tę sprawę.

Historycznie mówiąc, pożary buszu w Australii mają mało wspólnego ze zmianą klimatu; były i są, jest to naturalne zjawisko środowiskowe. Na pewno w miarę ogrzewania się planety (a 2014 może być najcieplejszym rokiem w historii) pożary będą się zdarzać zarówno z większą częstością jak i gwałtownością. I podczas kiedy niektórzy w Australii potwierdzają związek między zmieniającym się klimatem i wzrostem aktywności pożarów buszu, na poziomie psychologicznym i intelektualnym reagujemy na pożar jak na katastrofę, z którą trzeba walczyć, pokonać ją i przezwycieżyć – nawet w żalu. Nawet kiedy konkretna katastrofa jest kojarzona z obszerniejszym problemem, język używany do opisania naszej reakcji jest ukształtowany przez język militarny. Walczymy i pokonujemy nieprzyjaciela. W konfrontacji z rozległą powodzią, spowodowaną tyleż albo więcej przez nieodpowiedzialne planowanie miast, niż przez zmianę w meteorologicznych schematach, jesteśmy obywatelami Queensland, jak gdyby bohaterska etykietka jakoś przyznawała specjalny status grupie ludzi dość odważnych, by pokonać wszystko – aż się zdarzy następna powódź.

Negatywne wpływy zmiany klimatu na środowisko naturalne nie objawiają się jedynie w nagłych porywach meteorologicznej aktywności. Zmiana klimatu to nie po prostu najnowsze zjawisko, albo zdarzenie przyszłe. Jego wpływ jest zarówno stopniowy jak i głęboki. Efekty zmiany klimatu na planecie nie powinny być redukowane do mocnego efektu dźwiękowego albo dramatycznego obrazu, takiego jak spustoszenie powodowane przez pożar buszu. Przypominając sobie Czarną Sobotę, katastrofalne pożary w Wiktorii w 2009, warunki atmosferyczne wiodące do weekendu pożarów były ekstremalne. Czego większość ludności nie wie, albo zapomniała, to fakt, że więcej ludzi umarło w Wiktorii przed pożarami, z powodu ekstremalnego goracą, niż zginęło w samych pożarach. Niewątpliwie trauma i gwałtowność pożarów miała natychmiastowy i szokujący wpływ na życie ludzi, którzy ich doświadczyli. Ale wiekszość z nas wie mało albo nic na temat wieluset zgonów, które nie miały nic wspólnego z pożarami, ale wszystko z ocieplaniem się planety; nie poświęcamy dość refleksji problemowi, który nie zmniejsza się między okresami częstych pożarów, a są nim wpływy zmieniającego się klimatu, które są stale obecne. Podczas gdy ludzie na innych częściach kuli ziemskiej obserwują obrazy ognia w Australii na swoich ekranach telewizyjnych i uważają ten kraj za Przerażający Przykład Globalnego Ocieplenia, ich życie, tak samo jak nasze, zostanie zmienione, nie w szoku i przerażeniu, ale po cichu. Na przykład, Arktyka topnieje – topnieje zbyt wolno, by dało się wyprodukować dla YouTube 30-sekundowy klip o jakiejkolwiek ważności, ale zmienia planetę w sposób, jakiego nie znaliśmy przez tysiące lat.

Wczoraj znowu spacerowałem brzegiem mojej rzeki – Yarra, w Melbourne. Pisałem już o tej rzece kilka razy dla projektu Stacje Pogody; zachowuję się tak prowincjonalnie, ‘nie-globalnie’ i być może małostkowo, jak tylko mogę. Nie jestem jak dotąd pewny dlaczego, ale myślę że moje zrozumienie kwestii zmiany klimatu musi dokonać się tutaj, nad rzeką. Czytam tyle, ile sie da, o polityce i nauce o zmianie klimatu. Mówię o tej sprawie do tak wielu ludzi, jak mogę. Dołączyłem do tego projektu jako pisarz i nauczyciel. Pomimo tego, coraz bardziej mnie interesuje nie siła języka, ale jego ograniczenia. Planeta jest potężniejsza niż jakiekolwiek słowa albo opowiadanie, które ludzie jej poświęcą.

Właśnie kiedy miałem wczoraj odejść znad rzeki, doszedłem do ulubionego zakrętu. W tej jednej chwili, nie trwającej więcej niż sekunda albo dwie, poczułem zapach rzeki tak, jak go czułem czterdzieści lat temu. Czułem pamięć rzeki w moim ciele. To była reakcja tyleż fizyczna co psychiczna. Moją następną myślą było, że nie ma żadnych słów, nawet jednego jedynego dostępnego mi, aby opisać to uczucie.

Byłem zadowolony z tego uczucia.

 

– Tony Birch