Wachaj i smakuj

smelltaste

Tamte róże pachniały jak te inne róże.

Sałata smakowała jak ostre jalapeno.

Tamte kwiaty pachniały jak róże.

Ciastko smakowało jak czekolada.

Okruchy z miękkiego kurczaka smakowały jak tarta bułka z kurczakiem.

Powietrze pachniało jak świeże.

Grilowane mięsa smakują jak upieczone na płycie jagnięta.

Młoda salata smakowała jak regularna sałata.

Cytryna smakowała jak kwaśne cytryny.

Tamte lody miały smak czekolady na rożku z wafla.

Woda źródlana smakowała jak czysta woda.

Tamte ryby wędzone smakowały jak gotowane ryby.

Pianka na dwu kwadratach chleba z czekoladą to były S′moresy.

Habanero smakował jak upał cytrusów.

 

– Ioannis / Footscray City College Substation

Uwierz

Autor: Maxine

 

Wielkie łukowate dachy
Okna popękane rozdzielają
Tysiące odcieni światła
Lśniącego na rzędach drewnianych siedzeń
Pięknych w swojej zgodności

Tutaj każdy jest taki sam
Wstępujesz przez drzwi
I nic już nie jest ważne
Wszyscy mamy ten sam cel

Nie wierzę w Boga
Czy w życie po śmierci
Ale świece
– Setka życzeń
Stopiona w jedno –
Każą się zastanowić

Odbijająca się cisza
Wypełnia każdy kąt spokojem
Tysiące modlitw
Unoszących się w spokojnym powietrzu
Niektórzy chcą zbawiać
Inni potrzebują zbawienia
Ale oni wszyscy kończą tutaj

Nie wierzę w Boga
Czy w życie po śmierci
Ale wierzę w ideę
Która łączy świat

Klimatyczny slam poetycki

1.

Globalne ocieplenie, globalne ocieplenie
Gorsze niż palenie
Spalamy węgiel, spalamy ropę
Nie lataj samolotem – niszczysz nam Europę

Globalne ocieplenie, globalne ocieplenie
Co wkrótce z nami zrobisz
Tego jeszcze nikt nie wie.
Ogrzewanie oceanów –
Czas zacząć pić wodę z kranu

Zacznijmy współpracować to być może
Uda nam się ziemię uratować
Zakładajmy filtry na kominy
Nakłaniajmy do tego całe gminy

Recykling dobra sprawa
To również naprawa!

2.

Globalne ocieplenie, globalne ocieplenie
Gorsze niż palenie
Spalamy węgiel, spalamy ropę
Nie lataj samolotem – niszczysz nam Europę

Nie chcemy już więcej dwutlenku węgla
Gorączka na Ziemi jest już wielka
Burze, susze i powodzie –
Umierają ryby w wodzie.

Sadźmy rośliny, zamykajmy fabryki
Jest to tak dobre, jak słuchanie muzyki.

Butelki plastikowe i metan od krowy
Niszczy nasz gatunek narodowy.

3.

Globalne ocieplenie, globalne ocieplenie
Gorsze niż palenie
Spalamy węgiel, spalamy ropę
Nie lataj samolotem – niszczysz nam Europę

Lepiej iść się przejść,
Niż krowie mięso w domu jeść.
Lepiej przejechać się rowerem
Niż papierosem zanieczyszczać nam atmosferę
Ona jest nam bardzo potrzebna,
Dzięki niej nasza natura jest podniebna

Dziura ozonowa jest zła
Jak ziejąca metanem krowa
Bo metan jest naszym wrogiem.
Można go porównać z najgorszym nałogiem.
Naszą wodę trzeba ratować,
A nie w plastikowe butelki pakować.

Szklanka wody

20150309_172544podobno niektórzy
widząc tę samą szklankę wody
uważają, że jest w połowie pełna
a inni, że jest w połowie pusta
ja jednak wiem
że niezależnie od tego
czy jest pełna czy pusta
to można się w niej utopić
albo kogoś
bo są też tacy
którzy za tę wodę gotowi byliby zabić
są jeszcze inni
dla których szklanka czystej wody
pozostanie obrazem z filmu w telewizji
w którym nigdy nie wystąpią
bo role zostały w nim obsadzone już dawno temu
a castingu nie wygrali biedni, głodni i spragnieni
są też jeszcze inni
którzy tę szklankę
wyleją do zlewu
nawet nie myśląc o tym
że komuś innemu mogłaby uratować życie
sam czasem też do nich należę
więc polejcie mi wody
zanim umrę z pragnienia
żartuję
choć ktoś tu może umrzeć
to raczej nie będę ja
tylko oni

Morze plastiku

Wąska wstęga wody, która się wije
pod jesionami albo może wśród robinii, częściej
jednak pośród starych brzóz, gdzie mieszkają kaczki,
ciche, płochliwe łyski; która trzęsawiskiem
pachnie w starej ciszy lasów Sztormarnu, Holsztyna,
wstęga, która potem wpływa do Hamburga,
nosi nazwę Alster, jest, od zawsze była
rzeką. Dwa jeziora w środku
wielkiego hanzeatyckiego miasta
powstały dopiero gdy Adolf III powrócił z wyprawy
krzyżowej do Ziemi Świętej i na jego rozkaz
pewien zdolny młynarz zablokował rzeczkę
grubą tamą, której uległ nawet
prąd Łaby. I tak sobie rosło Morze Północne
wewnątrz drewnianego miasta, a holsztyńskie wody
Wöddelbek, Rönne, Wischbeck i Lankau,
z Sielbek i Tangstedter Mühlenbach
płynęły, bez ujścia, bez końca,
zamiast się zatrzymać –
niemiłosierny
niepowstrzymywalny
żywioł w ciągu kilku tygodni
stał się o wiele potężniejszy, szerszy,
by wreszcie najpierw Außenalster, a potem
Binnenalster (rozdzielone znacznie później)
stały się dwoma jeziorami, raz turkusu i zieleni,
innym razem turkusu oraz odcieni błękitu,
lecz zawsze pofałdowane przez zachodni
wiatr, osaczone szczelnie szuwarami, wciąż
uwielbiane przez ludzi. Od ośmiuset lat.

Die Alsterseen

I tak oto się wije, czarno połyskując, owa wodna
żmija, pełznąc wokół krzewów, zarośli i ścieżek,
by przeniknąć czerwień przybrzeżnych
szuwarów. Cicha nieskończenie. Szum
wody, stłumiony, jej szemrzący szept jest
trudno usłyszeć, gdy rzeka w ustach
ma drewno, a na dnie – kamienie, płyty
styropianu z budowy, wyrwany krzak
jeżyn, który stanął na drodze,
a ona na chwilę porwała go
w objęcia, tak jakby zimą rzeka Alster
mówiła – ten, kto umie się bawić, na pewno
nie umrze. Rzeka jest czarna i podczas
powodzi wyższa o pół człowieka.
W 2014 roku, w Boże Narodzenie,
po długich ulewach, które spadły
na pola i ostatnie skrawki lasu
liściastego między Kaltenkirchen,
Bad Oldesloe i Duvenstedt,
żywcem wzięte z bajki
dopływy wpłynęły z potężnym
impetem do rzeki Alster, zmieniwszy ją w ciągu kilku
godzin w nieobliczalny żywioł, który raptem zmusił
mieszkańców do ustawienia wałów z ciężkich worków
z piaskiem, worków mających uchronić osiedla, domy szeregowe;
i która to rzeka, tam, gdzie była wcześniej ścieżka biegowa,
nad samiutkim brzegiem, wyrzucała gapiów
niczym – mówiąc z przekąsem – dryfujące drewno.

Die schwarze Welt

Ktoś policzył, że każdy z groźnych, skotłowanych głucho
czarnych metrów wody uderza z impetem ponad trzystu cystern
ustawionych jedna na drugiej. Nabrzeża, place
zabaw, zagajniki, ścieżki, również wiele ulic,
mosty, działki, kładki, wielka szopa
przy torach, pełna zapomnianego
Bóg wie kiedy złomu – to wszystko
zniknęło na długie tygodnie.
Dzieci pytały, czy
woda będzie zawsze
tak wysoka, tak ciemna i tak
bardzo zła. Owszem, powiedziałem
jakiejś małej dziewczynce
z opaską na oku, od dziś
tak będzie zawsze. Tak.
A świat, świat
będzie czarny.
I sąsiad, stojący pod rękę
z małżonką, z niewidzialnym psem
przy nodze, spojrzał na zakole Alster, gdzie
wcześniej zakręcała ona ciemnozłotym blaskiem,
olśniewając brzeg, a następnie bacznie przyjrzawszy się
koszmarnemu bezmiarowi wody, sąsiad dodał
po cichu, że nigdy w życiu, od kiedy jako
chłopiec puszczał tu łódeczki, Alster
nie była taka, że nigdy nic takiego się nie zdarzyło,
nawet w najśmielszych snach nie mogliśmy się
tego spodziewać. Szybko – tak, aby rozbiegane źrenice
nie mogły dognać nurtu – rzeka mknęła pod mostem
kolejowym w Fuhlsbüttel dalej na
południe, w kierunku hanzeatyckiego
miasta. Gdy ujrzałem trzy plastikowe
zbiorniki, pomyślałem sobie, że można by
z nich zrobić tratwę. Mamy powódź, powiedział
zdumiony sąsiad. To powódź. Przecież zawsze
się to zdarzało, latem, zimą, jesienią,
a najczęściej wiosną, gdy odwilż
nawiedzała Sztormarn.
Ale tu, te czarne masy
wody, ten szlam?
Co to, to nie.

Der Alsterlauf

Alster, wciśnięta pomiędzy
kamienne skarpy, płynie przez Rödingsmarkt
i Herrlichkeit, by wreszcie, gdzieś na pograniczu
hamburskiego Neustadt oraz portugalskiej dzielnicy
ujść do Łaby. Wystarczy sześć godzin,
by statki parowe, frachtowce
i tankowce dotarły do morza z nurtem
pogłębionej rzeki. Trzy zbiorniki, tratwa, która nigdy
nie powstanie, bo nie jestem Tomkiem Sawyerem
ani Huckleberry Finnem ani moja ukochana rzeka
nie jest żadną Missisipi, tylko rzeczką, nad którą często
staję, żeby popatrzeć na wodę i zadumać się
nad sensem wierszy; te trzy żałosne
puste plastikowe zbiorniki dryfują
tygodniami od mostu kolejowego e aż
do słonych wód Łaby pomiędzy Finkenwerder,
St. Pauli i Glückstadt. Ich plastik – odlany, uformowany,
perforowany i klejony pewnie w jakiejś fabryce
w Hangzhou, zanim przywieziono go
do Hamburga z mlecznobiałym milionem
identycznych zbiorników na pokładzie
olbrzymiego kontenerowca – potrzebuje, bez rozdrabniania,
około 850 lat, żeby się rozłożyć i zniknąć pod powierzchnią
ziemi, czyli dokładnie tak długo, jak w środku Hamburga
istnieją dwa jeziora na rzece Alster. Chociaż
z plastikiem jest tak, jak z duszą.
Ostateczne zniknięcie; nie,
nie ma czegoś takiego.

Plastikmeer5

Arne Rautenberg,
kiloński poeta, w pewnym
wierszu ze zbioru „Rzadkie ziemie“
z sukcesem przemienił skażenie morza
w sztukę, swoją własną sztukę, w której dziękuje
(pływom, promieniowaniu UV, ruchom falowym, ale też
planktonowi oraz morskim wirom) za to, że jest artystą,
który może żonglować kontynentami . Niech żyje
sztuka. Niech żyje ta jedyna, odwieczna i wieczna
radość, wolność w każdej sztuce! A to przecież znaczy,
że wszystko chce być sztuką – tak jak wszystko,
choćby odrobinę żywe, pragnie właśnie wolności.
W roku 1800 Friedrich von Hardenberg, znany jako Novalis,
Czyściciej Nowej Ziemi, używał plastiku jako kategorii estetycznej –
z przekonaniem pisał, że muzyka, poezja i plastik to elementy
nierozłączne w każdym wolnym dziele, obecne w różnych
proporcjach. Novalis myślał właśnie nad tym
w Burgenlandzie, w Weißenfels nad Soławą,
tworzącą z Muldą, Müglitz i Weißeritz
krainę rzek, którą kochał i gdzie spędził
życie. Wszystkie cztery rzeki wpadają do Łaby
i tam oto, w Soławie nieopodal Barby,
Novalis jako chłopiec chadzał
się kąpać, nago, często
głęboko w noc.

Plastikmeer4

Hardenberg nigdy nie trzymał w dłoni
niczego z plastiku. Nic dziwnego. Nie istniały
wtedy sztuczne materiały, nie było ich nawet
w opaskach na włosy bardzo małych lalek,
nie było ich nigdzie w szumiących
nieskończenie lasach; i zarówno
w ciszy, jak i w biciu dzwonów, nie było ich
w smrodzie kanalizacji ze starego świata. Kubki
po jogurtach, pokrywki, zegarki, folie, reklamówki, torebki
we wszystkich kolorach, rozmiarach i kształtach,
zabawki we wszystkich kształtach i kolorach,
zapalniczki, pudełka płyt CD, długopisy,
dywaniki w autach, jednorazowe
maszynki do golenia, kołpaki,
grzebienie, spinacze, pudełeczka na pióra
i pudła na pudła, butelki, zakrętki, opony samochodów,
traktorów, ciężarówek, opony kombajnów, kubki, talerze
i sztućce, torby na chleb, etui kart do gry, specjalne opakowania,
osłonki na ramy luster, kanistry, jednorazowe krzesła, kubki jednorazowe
i jednorazowe stoły, wtyczki, gniazdka, listwy też jednorazowe,
okulary, niekończące się powłoki na kable, kable
w torbach, w workach pełnych opakowań,
w jednorazowych pudłach, skrzynkach
na jeden raz. Nic, zupełnie nic, nawet najmniejsza
część tegonie istniała w spokojnym, niezniszczonym,
nieopakowanym, nieokablowanym
świecie, gdy Novalis pływał
w Soławie, nie myśląc przecież
o tym, jak by tu spalić zbędny tłuszcz,
wzmocnić mięśnie czy wyrzeźbić klatkę
piersiową, lecz nad tym, czy biust
to pierś wyniesiona do rangi
tajemnicy, a fizyka to tylko
wytwór wyobraźni.

Kupferstich Alsleben an der Saale

Plastikowe śmieci niesione przez
Łabę giną w większości w mrocznych
odmętach Morza Północnego. W osadach
obecnych na dewastowanym od dawna dnie
znajdują się niezliczone ilości małych
plastikowych części, głównie
cząstek włóknistych. Jak donosi
„Open Science“, pismo wydawane
przez brytyjskie Towarzystwo Królewskie,
jest ich dziesięć tysięcy razy więcej niż dużych
plastikowych odpadów, które dryfują w bardzo brudnych
wirach morskich, zbite w kontynenty ze śmieci –
lądy większe niż cała środkowa Europa.
Gdyby każdy kilometr kwadratowy
dna morskiego był jeziorem, to wszystkie te zbiorniki
byłyby zatkane, aż chce się powiedzieć: zasrane
biliardem ton plastiku aż po czubki
drzew sterczących na brzegach.

Plastikmeer2

Nigdzie – na całej Ziemi, na biegunie północnym,
w Czarnym, Czerwonym albo Martwym Morzu,
na Wyspach Karaibskich bądź na Antarktydzie –
nie ma dużego zbiornika, wybrzeża albo plaży
wolnej od plastiku, piszą naukowcy
na czele z Lucy Woodall z Muzeum Historii
Naturalnej, którego dźwiękoszczelne okna
wychodzą na bezrybią, wyregulowaną, jakże
brudną Tamizę. Za siedmioma morzami
znajduje się prawie dwieście siedemdziesiąt tysięcy
ton plastikowych śmieci, a przynajmniej tak się szacuje.
Choć ta ilość przeraża, jest absurdalnie mała
jeśli ją porównać z kosmicznym ogromem
tworzyw sztucznych, które wszyscy
właściwie wyrzucamy do morza
– sześć i pół miliona ton,
ale kto jest w stanie
zważyć korek, którym
można zatkać świat?
Trzeba zadać pytanie: co z tym
całym brudem dobrobytu. Tylko skromny procent
odpadów unosi się w formie widocznych na powierzchni
cząstek. Fale rozbijają większe odpady, na ledwie widoczne
cząsteczki rozkłada je ultrafiolet. Jeśli osiądą na nich glony
lub inne małe stworzenia, to zatoną, opadną
jak statki, samoloty albo ciała zmarłych,
w ciemość, na samo dno.

Plastikmeer1

Zespół Lucy Woodall zbadał już
dwanaście próbek osadu z dna oceanicznego,
które przez dwanaście lat, aż do 2012 roku
wydobywano sukcesywnie z Morza Śródziemnego,
południowo-zachodniej części Oceanu Indyjskiego,
a także z północnej części Atlantyku.
Cztery próbki koralowców
zbadano przy pomocy mikroskopu
oraz spektroskopu na podczerwień. We
wszystkich tych próbkach znaleziono mikrocząstki
plastiku, najczęściej włókniste, o długości dwóch-trzech
milimetrów, ale o grubości często dużo mniejszej
niż jedna dziesiąta milimetra. Próbki
zawierały przeciętnie trzynaście
i pół cząstki na pięćdziesiąt
mililitrów cieczy. Ponad połowa cząstek była
z wiskozy – która nie jest plastikiem, lecz włóknem
syntetycznym na bazie celuzozy, stosowanym w filtrach
do papierosów oraz coraz chętniej przy produkcji odzieży.
Ryby, płaszczki, rekiny, wieloryby i żółwie nie potrzebują wiskozy,
dla nich jest ona trucizną, przez którą giną, jak każdy
na diecie z plastiku. Drugim materiałem najczęściej
występującym we wszystkich stworzeniach morskich
był poliester – można śmiało mówić o poliestrowych
rybach, wężach wodnych, ośmiornicach
z poliestru. Być może cząsteczki
będą stawać się coraz mniejsze, aż się
skondensują w parze wodnej, i uniosą w powietrze
obłoki z poliestru czy wiskozy – plastikowe chmury.
Z powodu nikłej liczby próbek porównanie częstotliwości
i składu osadu było niemożliwe; lecz włókniste cząsteczki
występują podobno wszędzie, w każdej morskiej głębi,
w osadach nawet dziesięć tysięcy razy częściej
niż w zanieczyszczonych wirach morskich.
Szacuje się, że na jeden kilometr
kwadratowy osadu w gujotach
w Oceanie Indyjskim przypadają cztery
biliardy włókien plastiku. Wciąż się nie prowadzi
badań podwodnych dolin, kryjówek plastiku z całego świata, gdzie
króluje najczarniejsza z nocy: brak słońca, gwiazd i nic nie rozświetla
mroku. A jednak właśnie tam oddycha wielki świat niestrudzonych
gwiazd kąpiących się w niebieskim oceanie nieba.

*

Zdjęcia: jeziora Binnenalster i Außenalster w Hamburgu (1), czarny łabędź w zaślepionym świecie, rzeka Alster w hamburskim Klein Borstel (3), zanieczyszczone plastikiem morza i wybrzeża (4, 5, 7, 8), osiemnastowieczny miedzioryt z widokiem Alsleben nad Soławą, miasto i rzeka, jakie Novalis znał z dzieciństwa (6).

(Przekładu dokonała Jolanta Kossakowska, zaś jego redakcji – Katarzyna Fetlińska)

To nadużycie

Posłanka Joanna Mucha nie wie,
że w Polsce były tajne więzienia CIA,
ale wie, że sprzedaż energii do sieci przez prosumenów
to nadużycie. To nadużycie. To nadużycie!
Popieram tę logikę.
Odnawialne źródła energii
powinny być wykorzystywane wyłącznie
do torturowania ludzi.

Piszę taki status na fejsie.
Przewodniczący polskiej partii Zielonych komentuje:
ten rząd definiuje współspalanie jako OZE,
więc Twój postulat jest już zrealizowany.

Postulat jest zrealizowany. Jest zrealizowany.
Tajne tortury, o których istnieniu nie wie posłanka,
są opłacane z naszych podatków.

293debf622133668ec0a6bf30a6662d5

exegi monumentum

zbudowałem pomnik
trwalszy niż ze spiżu
tylko dzisiaj
z plastikowej butelki
opakowania jogurtu
puszki po piwie
gumy do żucia
trzech torebek foliowych
gdy zjem i wypiję
będą się rozkładać przez 450 lat
do tego parę opakowań
o których nie mam pojęcia
ile się będą rozkładać
na pewno dłużej niż ja
o makulaturze nie mówię
ona mnie nie przetrwa
nawet gdybym pisał wiersz
na każdej otrzymanej
papierowej torebce
torebki to jedno
dwutlenek węgla to drugie
10 ton czarnego złota
aktualnie w stanie gazowym
krąży nad moja głową
i dobrze że krąży
bo nie miałbym go gdzie trzymać
10 ton tylko w tym roku
w poprzednich nie mniej
300 ton do trzydziestki
a nie planuję jeszcze za bardzo umierać
(choć są tacy którym zdarza się planować to za mnie)
kilka ładnych tirów
na przedmieściach domek
z dwutlenku węgla, odpadków i dymu
i to wszystko moje
moje moje moje
my precious
wyobraźcie sobie że mówię to jak Gollum
zresztą nawet wyglądamy podobnie
zbudowałem pomnik trwalszy niż ze spiżu
ty też go zbudowałeś
każdemu jego Mordor
a niektórym także kawałek cudzego

Nieplanowane dziecko

jeśli coś się nie stanie

jeśli nic się nie zmieni

jeśli czegoś nie zrobimy

jeśli nie przestaniemy działać

jak gdyby nic nie mogło zaszkodzić tej kupie kamieni

na której siedzimy

mój boże

jakaż to będzie piękna katastrofa

(chciałbym ją podziwiać

czasami już to robię)

czytam o niej codziennie

i już prawie nie mogę

doczekać się tej erupcji zniszczenia

niestety ono nadchodzi powoli

rozpływa się po rzekach

roznosi z powietrzem

ukrywa się w chmurach

korzysta z odrzutowców

cała ludzka technika jest na jej zawołanie

albo jego?

katastrofa to ona

zniszczenie to ono

dziecko o którym tyle rozmawialiśmy

niestety nie ma połowy głowy

za to mózg na wierzchu

wiszące gałki oczne

rozszczep całej twarzy

na szczęście za bardzo je kochamy

by mu zrobić aborcję

 

Australia – 4. Literatura jako system wczesnego ostrzegania

DSC01724aJeśli ktoś ma wątpliwości, co do tego, czy literatura może ratować ludzi przed zagładą, to wcale mu się nie dziwię. Sam je mam. Mam jednak również dowody na to, że tak. Obecne od pokoleń ustne przekazy uratowały mieszkańców wyspy Simeulule w Indonezji, leżącej bardzo blisko epicentrum tsunami, które w 2004 roku spowodowało śmierć ponad 229 tysięcy osób w dwunastu krajach. Legendy powstały po 1904 roku, kiedy miało miejsce inne duże tsunami. Tradycja nakazywała mieszkańcom uciekać na wzgórza, gdyby zobaczyli nagłe cofanie się wód oceanu. Tak też się stało 26 grudnia 2004 roku. Ucieczka mieszkańców na wyżej położone tereny zminimalizowała liczbę ofiar do dosłownie kilku osób. Tymczasem na niektórych obszarach pobliskiej prowincji Aceh w Indonezji fala tsunami zabiła prawie 90% ludności. Nie istniał tam żaden sposób wczesnego ostrzegania. Nie było odpowiednich legend. Jak widzimy, literatura (w tym wypadku przekazy ustane, ale wciąż) może stanowić system wczesnego ostrzegania. Tylko obawiam się, że wcześniej musi się wydarzyć katastrofa, żeby odpowiednie historie mogły powstać. Jednocześnie ciągle się jakieś wydarzają. Parę cywilizacji już upadło w historii świata. Jest o tym kilka książek. Są także ostrzeżenia, że to samo może spotkać również naszą. Różnica jest taka, że w historii ludzkości nie było jeszcze globalnej cywilizacji takiej jak nasza. Więc jak upadnie, to zrobi to z hukiem (albo ze skomleniem, jak wolą niektórzy), ale z pewnością na całego. I będzie to fascynująca historia. Jeśli będzie komu ją opowiadać.