Globalne ocieplenie serc

 

Postaci:

Leonardo DiCaprio – aktor i aktywista, trochę Bóg

Andrzej – nauczyciel języka polskiego, trochę frajer

Bożena – nauczycielka biologii, trochę jędza

 

 

SCENA 1

Andrzej i Bożena oglądają w telewizorze wystąpienie Leonarda DiCaprio na Szycie Klimatycznym

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=vTyLSr_VCcg&w=560&h=315]

Andrzej: Wierzysz mu?

Bożena: Wolałam go w Titanicu.

Andrzej: Lepiej wyglądał bez brody.

Bożena: Mam nadzieję, ze nie został jednym z tych… jakim im tam… weganininów?

Andrzej: Weganów.

Bożena: Wegan? Mniejsza z tym… tych, co nie jedzą mięsa ani nawet sera.

Andrzej: Sera? przecież to jeden z najlepszych wynalazków ludzkości. Dzikusy, po prostu dzikusy.

Bożena: Więc mam nadzieję, że DiCaprio nie ma z nimi nic wspólnego, choć z tą brodą, to już sama nie wiem. Boję się o niego, wiesz? Taki był ładny i przystojny.

Andrzej: Podobno weganiny nie jedzą nawet miodu.

Bożena: Nawet miodu? Czemu nie jedzą miodu?

Andrzej: Uważają, że nie można okradać pszczół z efektów ich ciężkiej pracy.

Bożena: No to już naprawdę dziwactwo.

Andrzej: Nie sądzisz? Przecież pszczoły nawet nie zauważą. Poza tym dostają w zamian wodę z cukrem. Nie mają prawa narzekać.

Bożena: Każdy ma prawo narzekać. Gdyby narzekać mogli tylko ci, co mają najgorzej. Nie mógłby narzekać nikt poza kobietami chodzącymi dziesięć kilometrów przez pustynię do studni po wodę i gwałconymi przez partyzantów po drodze w każdą stronę. Gwałconymi tak gwałtownie, że woda im się rozlewała i będą musiały po nią wracać z powrotem.

Andrzej: Czy ty zawsze musisz być tak drastyczna?

Bożena: To nie ja, to takie czasy. Ja nikogo nie gwałcę.

Andrzej: Nie. Tylko opowiadasz o tym jakbyś naprawdę nie znała przyjemniejszych sposobów spędzenia wieczoru.

Andrzej i Bożena zastygają wpatrzeni w ekran.

Przez scenę przechodzi Szalony Foliówkarz, ewidentnie czegoś szuka. Coś zaginęło.

 

SCENA 2

Na scenę wkracza Leonardo Dicaprio.

Leo: Siemka. Cześć. Dzieńdoberek. Przepraszam, ale polski nie jest moim naturalnym językiem. Czy coś źle się witam?

Andrzej: Moi uczniowie mówią „strzała”.

Bożena: Mówią też „skisłem”. Nie powoływałabym się tutaj na ich autorytet.

Andrzej: Nie powołuję się. Po prostu mówię, że język jest płynny i kształtują go jego użytkownicy. No i chciałem pomóc panu.

Bożena: Chciałem to, chciałem tamto. Zawsze masz coś na swoje wytłumaczenie. I tych swoich gagatków. Gdybym ja do Ciebie powiedziała „strzała”, to byś mi to mi wypominał przez miesiąc.

Andrzej: Ja się nigdy z Ciebie nie śmieje.

Bożena: Ciągle.

Leo: Przepraszam, czy w czymś przeszkodziłem?

Bożena: Nie, skąd. Tak sobie tylko dyskutujemy.

Andrzej: Bożena, daj spokoj. Pan tu z pewnością po coś przyszedł, daj mu powiedzieć.

Bożena: Dokładnie. Proszę mi najpierw powiedzieć, co pan robi w naszym domu?

Leo: To nie jest wasz dom. To dom nas wszystkich. Planeta Ziemia.

Andrzej: Technicznie ma pan rację, ale tak się akurat składa, że znajduje się w pan w jej czterdziestopięciometrowym wykroju, który lubimy nazywać mieszkaniem i za którą to przestrzeń płacimy solidną ratę kredytu, przy której wpłacaniu do banku płakałbym za każdym razem, gdyby nie miał ustawianego automatycznego zlecenia. Dążę do tego, że codzienną krwawicą płacę za to, by na tych paru metrach podłogi, na których żyję, nie zjawiał się nikt nieproszony. Tymczasem pan ewidetnie mi zaburza czasoprzestrzeń swoim tu nagłym się zjawieniem. Jeśli mogę tak dookreślić pytanie Bożenki.

Leo: Oczywiście. Spodziewałem się tego. Doprawdy. Drobnomieszczańskie przyzwyczajenie do własności prywatnej jest takie żałosne w czasach, gdy połowa planety znajduje się w rękach kilkudziesięciu najbogatszych ludzi. To mieszkanie zresztą też nie należy do was. Tylko do banku. Który może was w każdym momencie stąd eksmitować, jeśli tylko na chwile przestaniecie być dobrymi obywatelami. Ale jak tam sobie chcecie. Nazywam się Leonardo DiCaprio. Dokądkolwiek nie pójdę, ludzie rozpoznają mnie. Wołają moje imię, pozdrawiają. Ale są ludzie, których życie nie znaczy nic dla większości z nas, mieszkańców pierwszego świata. Oni głodują i umierają abyśmy mogli jeździć autem na weekendowe wypady w Karkonosze oraz mieli zawsze naładowanego smartfona. Przyszedłem do państwa w ich imieniu, ale w naszej wspólnej sprawie.

Bożena: Ale serio nikt panu nie powiedział, że bez brody wygląda pan lepiej?

Leo: Och, już bez przesady. Mów mi Leo. W końcu w najbliższych dniach przyjdzie nam spędzić trochę czasu razem.

Andrzej: Ale my… ale my nie mamy pokoju dla gości.

Leo: Zostałem o tym oczywiście poinformowany, dlatego zebrałem ze sobą karimatę i śpiwór.

Będę spał na podłodze w kuchni.

Bożena: Ależ panie Leonardzie. Jestem pewna, że znajdą się w tym mieście hotele, które z przyjemnością przyjmą pana za darmo. Jeśli tylko pozwoli pan sobie zrobić zdjęcie na tle ich logo.

Leo: Leo, nie pan. Nazywam się Leo.

Bożena: Leo. Mamy wiele świetnych hoteli. Wybudowali na Euro.

Leo: Bożena, ty chyba nie zdajesz sobie sprawy za jaką ilość emisji CO2 jest odpowiedzialna branża turystyczna. Każde wynajęcie pokoju w hotelu odbija się na zawsze na zdrowiu naszej planety. Nie zamierzam przykładać do tego ręki. Podłoga będzie doskonała.

Andrzej: Ale chyba nie idziemy jeszcze spać?

Leo: Nie. Oczywiście, że nie. Przecież wciąż nie powiedziałem wam o najważniejszym.

Bożena: Też odnoszę takie wrażenie…

Leo: Zatem będę się streszczał. Zostaliście wybrani spośród milionów. Wielka maszyna losująca skonstruowana przez naszych najlepszych ekspertów wskazała was jako osoby całkowicie typowe, wzorzec z Sevres przeciętności. Nie jesteście ani mądrzy ani głupi, ani bogaci ani biedni, ani chudzi ani grubi. Wszystko w normie. Do tego żyjecie w tym przeciętnym kraju, którego historia nie była ani specjalnie ciekawa ani bardzo tragiczna. Taka sobie historia takiego sobie kraju gdzieś pośrodku wszystkiego. Ani tu umierać, ani żyć za bardzo się nie warto. Ale można. Sunąć jak zombie przez kolejne dni, ciesząc się, że już minęły.

Andrzej: Przesadzasz. Nie jest tak źle.

Bożena: To prawda. Nie mamy powodów narzekać.

Leo: No właśnie! To jest to, co mnie najbardziej wkurwia. To postawa beztroskiej negacji. Jakbyśmy wcale nie znajdowali się na skraju katastrofy klimatycznej. Jakbyśmy nie mknęli odrzutowcem prosto do piekła. Globalne ocieplenie jest faktem, który na zawsze wpłynie na przyszłość życia na ziemi. Od nas zależy, jak szerokie kręgi zatoczy katastrofa. Jeszcze możemy uniknąć najgorszego. A wy nie macie powodów narzekać? Korporacje zabijają was i czynią bezpłodnymi, trują wasze dzieci, uzależniają od swoich produktów. Miliony ludzi na ziemi będzie musiało opuścić swoje na domy na skutek wojen o zasoby, susz i podnoszenia się poziomu wody. Niedługo część z nich zapuka do waszych drzwi z pytaniem, co uczyniliście naszej planecie. Ale nie. Nie narzekajcie. Uważajcie, że nie jest wcale tak źle. Po co się martwić. Jakoś to będzie.

Bożena: Leo, proszę cię, usiądź. Porozmawiajmy spokojnie. Wszyscy tutaj jesteśmy dorosłymi i racjonalnymi ludźmi. Nie ma potrzeby się tak unosić.

Leo: Racja. Przepraszam. Bardzo wasz przepraszam. Czasami po prostu nie mam już siły ciągle tego tłumaczyć.

Andrzej: O ile dobrze zrozumiałem, zostaliśmy wybrani do jakiegoś programu. Czy przysługuje nam za to jakieś honorarium?

Leo: Nie wystarczy wam perspektywa uratowania planety?

Andrzej: Planeta planetą, ale to my będziemy się wygłupiać na oczach telewidzów całego świata.

Leo: Chwila. Kto mówił o telewidzach?

Andrzej: Już ja znam te wasz programy. Myślisz, że my tutaj nie mamy MTV Cribs?

Leo: Nie jestem tutaj zawodowo. Przychodzę w imieniu swoim i podobnych mi ludzi, którym leży  na sercu los przyszłości planety. Powoli kończą nam się już pomysły, co robić, żebyśmy w ciągu najbliższych stu lat nie zajechali ziemi do szczętu. Z każdym rokiem wiemy coraz więcej o tym jak niszczymy planetę i z każdym rokiem jest coraz gorzej. Nie potrafimy zatrzymać machiny konsumpcji i zniszczenia

Bożena: Mnie też czasem to smuci, ale nie bardzo wiem jak moglibyśmy tutaj pomóc.

Leo: Wasz udział jest kluczowy!

Andrzej: Chujowy.

Leo (do Andrzeja): Bardzo śmieszne. (do obojga) Jeśli udałoby się przekonać do walki o ratowanie planety ludzi tak absolutnie przeciętnych i standardowych jak wy, to by oznaczało, że można do tego przekonać każdego. Planeta Ziemia zostałaby uratowana.

Andrzej: Ok. Przekonałeś nas. Co teraz? Płacicie przelewem czy w gotówce?

Leo: (do Andrzeja) Nie sądzę. (do obojga)  Musimy razem opracować plan jak przekonać ludzi takich jak wy, aby włączyli się w aktywne zmniejszanie konsumpcji, dekarbonizację i nauczyli się żyć z ujemnym wzrostem gospodarczym.

Andrzej: Trochę dużo.

Leo: Mniej już nie będzie.

Andrzej: A nie można by tego jakoś podzielić? Na kilka osób? Ja na przykład ograniczę konsumpcję, a Bożena wejdzie bardziej w dekarbonizację. I tak jeździ do pracy rowerem.

Bożena?

Bożena: Dekarbo co?

Leo: Eliminację węgla z energetyki.

Bożena: Górnicy się na pewno ucieszą.

Andrzej: I z tej radości będą palić opony pod Sejmem i śpiewać rubaszne piosenki.

Bożena: Ja się zawsze zastanawiam jak oni znajdują czas, żeby tu przyjeżdżać protestować. Czy oni nie muszą chodzić od jakiejś pracy?

Leo:  Nie mogą! Przecież strajkują!

Bożena:  Oni sobie strajkują i pracować nie ma komu.

Andrzej: Ani jak dojechać do pracy.

Leo: (do Andrzeja) Serio, stary, jeździsz Wiejską do pracy? Naprawdę?

Andrzej: Masz mnie.

Leo: Byłoby trudniej, gdybyś nie myślał kalkami zasłyszanymi w programie radiowym dla ekonomicznie aspirujących.

Bożena: Zejdź z niego Leo. Przypominam, że jesteś u nas w gościach. Naprawdę nie musisz być takim bucem.

Leo: Znowu masz rację. Muszę powiedzieć, że wątpiłem. Ale teraz widzę, że słusznie was wybrali.

Andrzej: Wybrali? Ale kto dokładnie nas wybrał? I co mielibyśmy robić? I jak bardzo będzie bolało?

Leo: Czyli się zgadzacie?

Bożena: Gadamy i gadamy, a może Leo chciałby się czegoś napić. Herbata? Na kawę już chyba za późno. Mamy też jakiś piwo chyba. Jeśli Andrzej wszystkiego nie wychlał.

Andrzej: Nie wychlałem. Jest.

Bożena: To może piwka?

Leo:  Nie, dziękuję. Wystarczy woda z kranu.

Bożena wychodzi do kuchni, lecz po chwili wraca

Bożena:  Wody z kranu? Nie mamy wody z kranu. Jest tylko mineralna. Może być?

Leo:  Oczywiście, że macie wodę z kranu. Chyba macie tutaj bieżącą wodę? Czy chodzicie po nią do studni?

Andrzej: Oczywiście, że mamy wodę w kranie. Nie jesteśmy dzikusami.

Bożena: Ale to woda chyba nie nadaje się do picia?

Leo: Przecież myjecie nią warzywa, które potem jecie. Pijecie ją w herbacie.

Bożena: Ale po przegotowaniu. Mogę ci przegotować i potem odstawić do wystudzenia, ale to trochę może potrwać.

Leo: Dziękuję. Nie trzeba. Napiję się po prostu wody z kranu. Bez gotowania. Ze zwykłego kranu, który macie w kuchni.

Bożena: Dobrze. Ale od razu mówię, że nie gwarantuję jej jakości. Nie jesteśmy w Hollywood i tutaj z kranu nie leci Dom Perignion.

Andrzej: Dom Perignion to nie woda.

Bożena: Wiem.

Leo: Ja też.

Andrzej: Super. Sami koneserzy.

Bożena wychodzi do kuchni po raz drugi, Andrzej włącza radio, z radia leci piosenka Tomka Saciłowskiego „W lipcu będzie maj”. Panowie siedzą w salonie i milczą.

 

SCENA 3

Leo: To co byście zrobili, gdybyście mieli przekonać ludzi, że globalne ocieplenie to poważny problem, z którym już dziś powinni się zacząć na serio mierzyć?

Bożena: No, nie wiem.

Andrzej: Czekaj, czekaj. Nie tak szybko. Na razie jeszcze nie zgodziliśmy się, że w ogóle bierzemy udział w tym cyrku.

Leo: To nie cyrk, tutaj się ważą losy przyszłości naszej planety i życia na ziemi.

Andrzej: Jak zwał, tak zwał. Dla ciebie to losy przyszłości planety, dla mnie to zwykły cyrk. Myślisz, że jak często odwiedzają nas w naszym domu hollywoodzcy gwiazdorzy?

Leo: Mogę tylko zgadywać, ale wolałbym tego nie robić. Bo musiałbym znowy być niemiły.

Bożena: Wyręczę cię zatem. Zdecydowanie za rzadko, żebyśmy mogli ci uwierzyć w to wszystko na słowo. Masz jakieś dokumenty, potwierdzenie, że to oficjalna wizyta? Zresztą co tu po potwierdzeniach. Jest już po Wiadomościach. Urzędy już dawno zamknięte, a ty się spodziewasz, że potraktujemy to poważnie?

Andrzej: Tylko dlatego, że nazywasz się Leonardo DiCaprio…

Bożena: Obawiam się, że nawet tego nie możemy być pewni. Niby wyglądasz podobnie, ale ostatecznie znamy cię tylko z telewizji, a wszyscy wiemy jak to jest z telewizją.

Andrzej: Telewizja kłamie.

Leo: Nie jestem aktorem telewizyjnym, tylko filmowym.

Bożena: I to jest wszystko, co masz na swoje wytłumaczenie?

Andrzej: To już moi gimnazjaliści potrafią znaleźć lepsze wymówki.

Leo: To nie wymówka. To tylko luźna uwaga, bliżej niezwiązana z tematem. Nie przyszedłem do was jako aktor, tylko jak człowiek głęboko zaniepokojony stanem świata.

Andrzej: Wiesz, co ci powiem o ludziach zatroskanych światem? Jest ich wszędzie pełno! Cały dzień nic nie robią, tylko kręcą się po mieście i zamartwiają  — martwi ich WSZYSTKO. Martwią się o powietrze, martwią się o wodę, martwią się o glebę. Martwią się o GMO, pestycydy, dodatki do żywności i substancje rakotwórcze. Martwią się o rtęć w szczepionkach, martwią się o gluten. Martwią się o ginące gatunki zwierząt.

Powiem ci coś o zagrożonych gatunkach, ok? Ratowanie zagrożonych gatunków jest tylko kolejną arogancką próbą człowieka, by kontrolować naturę!

Bożena: Andrzej!

Andrzej: To arogancka interwencja, to nam właśnie przysporzyło kłopotów. Czy nikt tego nie rozumie?

(Leo i Bożena nie rozumieją)

Wtrącanie się w naturę! Ponad dziewięćdziesiąt procent, znacznie ponad dziewięćdziesiąt procent wszystkich gatunków, które kiedykolwiek żyły na tej planecie WYGINĘŁO! Są wymarłe! Nie zabiliśmy ich wszystkich. Po prostu zniknęły. Taka jest natura. Obecnie znikają w tempie dwudziestu-pięciu gatunków dziennie.

Leo: Dwustu…

Andrzej: Nie przerywaj mi! Dwieście gatunków ginie dziennie. Co za różnica. Podkreślę, że giną niezależnie od naszego zachowania.

Leo: Możesz sobie podkreślać, ale to nie sprawi, że będziesz miał rację.

Andrzej: Bez względu na to jak będziemy się zachowywać na tej planecie, dwieście gatunków żyjących dzisiaj, nie zobaczy jutra. Dajmy im odejść z godnością! Zostawmy naturę w spokoju! Czy nie zrobiliśmy już wystarczająco dużo? Każdy będzie coś teraz ratować. “Ratujmy drzewa, ratujmy pszczoły, ratujmy wieloryby i ślimaki!”. I największa arogancja ze wszystkich — “Ratujmy Planetę”! CO? Czy robisz sobie z nas żarty? Ratować planetę? Nie wiemy nawet jak zadbać o nas samych! Nie nauczyliśmy się jeszcze jak dbać o siebie nawzajem, a będziemy ratować PLANETĘ?

Z planetą nic złego się nie dzieje. Planeta ma się dobrze. To ludzie mają przejebane. W porównaniu do ludzi planeta ma się świetnie. Istnieje od czterech i pół miliarda lat. A my od ilu? Stu tysięcy, może dwustu? Rewolucja przemysłowa miała miejsce dwieście lat temu. Dwieście lat kontra cztery i pół miliarda. I mamy jeszcze czelność myśleć, że jesteśmy w jakiś sposób zagrożeniem? Ta piękna zielono niebieska kula, która krąży sobie spokojnie wokół Słońca, przechodziła przez o wiele gorsze rzeczy. Trzęsienia Ziemi, wulkany, wędrówki płyt tektonicznych, wędrówki kontynentów, rozbłyski słoneczne, plamy na Słońcu, burze magnetyczne, odwrócenie biegunów magnetycznych. Setki tysięcy lat bombardowania kometami, asteroidami, meteorami, globalne powodzie i pożary, fale pływowe, erozje, promieniowanie kosmiczne, okresowe epoki lodowcowe, a nam się wydaje, że jakieś plastikowe torebki i aluminiowe puszki coś zmienią?

Planeta będzie istnieć jeszcze przez długi, długi czas, kiedy nas już zabraknie. I sama się uzdrowi i sama się oczyści, bo taka jest jej natura. To samo-korygujący się system. Powietrze i woda ozdrowieją, ziemia się odnowi. Nawet jeśli to prawda, że plastik się nie rozłoży, to co? Cóż planeta włączy go do nowego wzoru: “Ziemia + plastik”. Ziemia nie podziela naszych uprzedzeń do plastiku. Plastik powstał z Ziemi i Ziemia prawdopodobnie widzi plastik jako kolejne swoje dziecko. Ziemia chciała mieć plastik. Nie wiedziała jak go stworzyć, więc wykorzystała nas. I teraz sobie robi z niego wyspy, na których być może powstanie jakaś inna, lepsza i mądrzejsza forma życia. Plastik już jest, nasze zadanie jest wykonane i możemy się wycofać.

Leo: Powiedz to ludziom w Indiach, którzy spędzają całe swoje życie na segregowaniu waszych śmieci. Cześć, czołem. Posegregujcie jeszcze te śmieci do końca i możecie zdychać.

Andrzej: Szczerze mówiąc, planeta pewnie widzi nas jako niewielkie zagrożenie. Coś z czym można sobie poradzić. I jestem pewien, że planeta obroni się metodami dużego organizmu, jak rój pszczół lub kolonia mrówek, wypracuje sobie obronę.

Bożena: A co ty byś zrobił gdybyś był planetą próbującą obronić się przed tym nieznośnym, kłopotliwym gatunkiem? Co by to mogło być? Wirusy?

Andrzej: Wirusy są sprytne. Mutują i tworzą nowe odmiany, zawsze gdy zostanie wynaleziona na nie szczepionka. Dobrze pewnie sprawdziłby się wirus układu odpornościowego rozprzestrzeniany drogą płciową, sprawiający, że ludzie będą nieco bardziej niechętni do angażowania się w akt reprodukcji.

Bożena: Dotarło do mnie właśnie, dlaczego będąc z tak niepoprawnym romantykiem, jeszcze nie mam dzieci.

Andrzej: Chyba mogę marzyć? Prawda? Dlatego nie martwię się, o małe rzeczy, drzewa, pszczoły, wieloryby, ślimaki. Uważam, że jesteśmy częścią większego sensu, którego nigdy nie pojmiemy.

Leo: Wygłosiłeś właśnie najbardziej żałosną próbę samousprawiedliwienia się jaką kiedykolwiek słyszałem. Arogancja, ignorancja, egoizm, hipokryzja, obłuda i zwykłe wygodnictwo doprawione sosem z przekonania o własnej słuszności. Ubawiłem się setnie. A bawiłbym się jeszcze lepiej, gdyby to nie było takie obrzydliwe. To przez takich zadowolonych z siebie samców, ta planeta zmierza prosto do piekła. Nic nie możemy zrobić, nic nie możemy zrobić, płaczą. Jakbyście nie doprowadzali świata do ruiny robiąc to, co robicie. Wystarczyłoby przestać niszczyć planetę. Ale tego nie możecie zrobić, bo musielibyście zmienić styl życia. Chuj z planetą, ważne, że możemy kontynuować jeszcze jakiś czas nasz destrukcyjny styl życia, który tak bardzo lubimy. To, że gatunki wymierają, nie znaczy, że musimy się koniecznie przyczyniać do ich śmierci. Fakt, że ktoś umrze, nie daje nam prawa, żeby go zabić. Być może już niedługo podzielimy los dinozaurów. I to na własne życzenie. Bo dinozaury nie były świadome. A my jesteśmy. A przynajmniej za takich się lubimy uważać. Ale ty oczywiście wiesz lepiej. Nie warto przejmować się losem robaków. Tylko, co jeśli istnienie tych robaków jest kluczowe dla naszego ekosystemu? Wymorduj pszczoły, a być może już nigdy nie zobaczysz kwiatów.

Bożena: No, nie kłóćcie się już. Nie tak znowu często gościmy w domu taką gwiazdę, żeby tracić czas na bezproduktywne swary. Opowiedz lepiej Leo, co tam słychać w wielkim świece. Chińczycy trzymają się mocno?

Leo: Wbrew temu, co się mówi Chińczykom coraz bardziej leży na sercu polityka klimatyczna. Zresztą nic dziwnego. W Chinach położone są najbardziej zanieczyszczone miasta na ziemi. Miasta, których mieszkańcy nigdy nie widują słońca. Żyją w krainie wiecznego smogu. Wszystko, co znają to krajobraz, którym wygląda zupełnie jak Mordor. Więc trudno, żeby byli ślepi na problem, skoro go mają prosto przed oczami. Już w zeszłym roku Chiny stały się największym producentem paneli słonecznych na świecie. Do tego podpisały porozumienie klimatyczne i już nie możemy dłużej zbywać problemu, gadaniem, że wszystko zależy od Chin, a one nic nie robią. Robią.

Bożena: Jesteś bardzo rzeczowym młodym człowiekiem. Pewnie dużo czytasz, gdy nie musisz występować w filmach?

Leo: Staram się. Dziękuję, to bardzo miłe z Twojej strony, że to zauważyłaś.

Andrzej: Żeby nasi uczniowie tyle czytali. Czy po rozwiązaniu problemu globalnego ocieplenia, nie moglibyśmy się zająć pracą na rzecz zwiększenia czytelnictwa wśród polskiej młodzieży?

Leo: Nie wiem. Musiałbym zapytać moich przełożonych.

Andrzej: Żartuję. Nic nie jest w stanie podnieść czytelnictwa wśród młodzieży. Trzeba by chyba zlikwidować internet.

Leo: Da się zrobić.

Andrzej: Serio?

Leo: Pracujemy nad tym. Powrót do epoki kamienia łupanego to niewątpliwie jeden z nielicznych realnych i perspektywicznych sposób na obniżenie emisji.

Andrzej: Serio?

Leo: Nieeee. Wkręcam cię. Strasznie jesteś naiwny. Myślisz, że byłbym tutaj, gdyby wystarczyło wyłączyć internet i załatwić sprawę? Naprawdę myślisz, że przyjechałbym do tego błotnistego kraju, gdybyśmy mieli lepsze pomysły?

Andrzej: Masz rację. Przepraszam. Nie da się ukryć, że musicie być zdesperowani skoro wylądowaliście w Polsce.

Bożena: Przypominam ci Leo, że obiecałeś być miły, a znowu masz jakieś wąty do Andrzeja, który nic ci złego nie zrobił.

Leo: Wszyscy robimy coś złego. Nikt nie jest niewinny. Żyjący i konsumując w obecnych czasach wspieramy zło i cierpienie.

Andrzej: A kiedyś może było inaczej?

Bożena: Andrzej nie jest bardziej winny niż wszyscy inni mieszkańcy globu, więc proszę cię, żebyś stonował emocje i powiedział dokładnie, o co ci właściwie chodzi.

Leo: Dobrze, przepraszam. Więc jeszcze raz od początku. Zostałem wysłany przez grupę zaniepokojonych obywateli, którym na sercu leży przyszłość planety.

Andrzej: Chyba nie bardzo cię lubią w tej grupie, skoro cię wysłali do Polski.

Bożena: Andrzej!

Leo: Grupa ta od lat organizuje robocze spotkania i konferencje, na których zastanawiamy się, co zrobić, żeby gatunek ludzki nie sprowadził na siebie zagłady.

Andrzej: I pewnie macie te spotkania w pięciogwiazdkowych hotelach i latacie na nie odrzutowcami…

Leo: Nie. Spotykamy się w przestrzeni internetu.

Andrzej: Nigdy ich nie widziałeś na żywo?

Leo: Niektórych widziałem.

Bożena: I ufasz im?

Leo: Bardziej niż własnej matce.

Bożena: Ciągle nie masz dziewczyny, co?

Leo: A co?

Bożena: A nic. Zastanawiałam się jak bardzo ufasz swojej matce. Kontynuuj.

Leo: Bardzo. Zatem podczas pracy w tej grupie – coraz bardziej zdesperowanej, powinniście mieć świadomość – doszliśmy do wniosku, że kluczowe dla skutecznego uratowania planety jest przekonanie zwykłych ludzi, takich jak wy, do zmiany nastawienia.

Andrzej: Ale jakie my mamy nastawienie?

Leo: Przecież powiedziałeś przed chwilą. Egoistyczne, krótkowzroczne i tłumaczące sobie wszystko wzruszeniem ramion, że tak już to jest i nic nie ma sensu robić. Ale to nieprawda. Można jeszcze wiele zrobić. Los świata jest w naszych rękach.

Andrzej: Może w twoich.

Leo: Teraz w waszych również też.

Bożena: Na nic się jeszcze nie zgodziliśmy.

Leo: Ale zgodzicie się. Przecież to dla was jedyna szansa, żeby osiągnąć jakiś sukces, zdobyć rozpoznawalność w mediach, a może nawet uratować planetę. Dlaczego mielibyście się nie zgodzić? Chcecie dalej wieść swoje nudne życie sfrustrowanych belfrów?

Bożena: Przepraszam, ale ja lubię swoją pracę.

Leo: Tak, jasne. I nie rzuciłabyś jej, gdybyś miała perspektywę wygodnego życia z dywidend od honorarium za uratowanie planety?

Andrzej: W końcu. Dochodzimy do konkretów. To ile nam zapłacicie?

Leo: Jeśli wam się uda? Tyle, że nigdy już nie będzie musieli o nic się martwić.

Andrzej: Brzmi jak propozycja nie do odrzucenia.

Leo: Z inną bym nie przychodził.

Bożena: Czy to w ogóle moralne?

Andrzej: Ale co?

Bożena: Płacić nam za coś, co ludzie powinni i tak zrobić sam z siebie, gdyby naprawdę leżało im na sercu piękno i dobro.

Andrzej: Jeśli ktoś chce zapłacić za ratowanie planety, to ja nie wiem, dlaczego miałbym tych pieniędzy nie przyjąć.

Bożena: A nie zrobiłbyś tego za darmo? Tylko po to, żeby się znaleźć w podręcznikach historii?

Andrzej: Nie wiem. Musiałby się zastanowić. Czy wtedy uczniowie nie będą się z naś śmiali? Jak z Jana Pawła Drugiego.

Bożena: Andrzej! Przepraszam cię Leo, normalnie on nie jest aż taki cyniczny.

Andrzej: Normalnie jestem normalnie cyniczny, ale to nie jest normalna sytuacja.

Bożena: To powiedz jeszcze, co mielibyśmy robić.

Leo: To podchwytliwa część, bo nikt właściwie do końca tego nie wie. Wiem tyle, że zostaliście wybrani spośród wszystkich mieszkańców globu jako osoby doskonale przeciętne, a wasza działalność ma być kluczem do uratowania ziemi. Ale co macie robić, nikt mi nie powiedział. Chyba po prostu nikt sam tego nie wie. Ale będziecie musieli to wymyślić. Pasuje?

Andrzej: I to będzie transmitowane gdzie?

Leo: Nic nie wiem o żadnej transmisji. To nie reality show. Ale jeśli się wam uda, możecie być pewni, że będziecie zapraszani do studiów telewizyjnych całego świata.

Bożena: Wiedziałam, że powinnam lepiej się przykładać do tego angielskiego, bo jeszcze kiedyś mi się przyda.

Andrzej: Spokojnie. Najpierw musimy uratować planetę, a nie wróżę nam specjalnego sukcesu, więc być może słusznie nie marnowałaś czasu na uczenie się języka imperialistów.

Bożena: W ratowaniu planety znajomość języka też mogłaby się przydać.

Leo: Załatwimy tłumaczy jak będzie trzeba.

Andrzej: Jednak chciałbym to dostać na piśmie.

Leo: Co? Tłumaczenie?

Andrzej: Chodziło mi o umowę. Nie powinniśmy czegoś podpisać?

Leo: Oczywiście. Dajcie mi pięć minut.

Bożena: To może ty spiszesz umowę w kuchni, a my tymczasem zamienimy z Andrzejem kilka słów na osobności?

Leo: Jasne. Przemyślcie to na spokojnie. Pięć minut wam wystarczy?

Bożena: Zobaczymy. Zawołamy cię. Czuj się jak u siebie w domu.

Leo wychodzi do kuchni i ćwiczy tam jogę. Umowę spisuje, stojąc na głowie. 

Bożena: No i co o tym myślisz?

Andrzej: Wygląda jak prawdziwy Leonardo DiCaprio.

Bożena: Ale przecież nigdy nie poznaliśmy prawdziwego Leonarda. Może to po prostu świetny sobowtór?

Andrzej: Nawet jeśli, to co mamy do stracenia.

Bożena: Serio wierzysz w ten poroniony pomysł? Przecież nie uda nam się wymyślić sposobu jak powstrzymać zmiany klimatu i tylko się namęczymy bezsensu.

Andrzej: Skąd wiesz? Skoro wybrali właśnie nas, to widocznie mieli ku temu jakieś ważne powody. Może rzeczywiście jest w nas jakiś potencjał. Potencjał, żeby zrobić coś większego. Zawsze czułem, że jest mi pisany los bohatera, żołnierza wyklętego albo kogoś w tym stylu. Nie pozwolę, żeby taka okazja przeszła mi koło nosa.

Bożena: Ale przecież ty nawet nie wierzysz w to, że trzeba ratować planetę…

Andrzej: Bo planeta sobie poradzi bez nas. Ale to czy gatunek ludzki przetrwa czy ulegnie wyginięciu, jednak trochę zależy od nas. Choć w sumie nie jestem pewien, czy zasługujemy na to, żeby przetrwać.

Bożena: Ale będziesz aktywnie o to walczył, jeśli dobrze ci za to zapłacą?

Andrzej: A czemu nie?

Bożena: To trochę nielogiczne.

Andrzej: Życie jest nielogiczne. Trochę nienawidzę ludzkości, a trochę jestem jej częścią. Aż tak bardzo sobie śmierci nie życzę. A ty co myślisz?

Bożena: Nie wiem. To wszystko wygląda bardzo podejrzanie. Ale z drugiej strony już za samo pokazanie się na mieście z Leonardem DiCaprio byłabym gotowa zrobić bardzo wiele. Mogę nawet spróbować uratować planetę. Skoro tak mu zależy.

Andrzej: To wołam go z powrotem.

Bożena: Dobrze.

Leo wraca, daje parze umowy.

Leo: Tutaj musicie wpisać swoje dane, a tutaj się podpisać. I tutaj. I jeszcze tutaj.

Andrzej: Czy świata nie uratowałoby, gdyby było na nim mniej biurokracji?

Leo: Czasami też tak myślę, ale z drugiej strony. Kto wam uwierzy, że był u was Leonardo DiCaprio i obiecała wam górę pieniędzy za uratowanie planety? Lepiej chyba mieć to na piśmie.

Andrzej: Jasne, jasne. Tak tylko mówię. Wiesz, że w Polsce jest ponad czterysta tysięcy urzędników?

Leo: Chyba wciąż za mało, skoro ten kraj wygląda jak wygląda.

Andrzej: Urzędnicy go nie doprowadzą do porządku.

Leo: A kto? Przedsiębiorcy? Politycy? Putin?

Andrzej: To nie jest śmieszne.

Leo: Dobra. Zrobiło się późno. Kładłbym się spać. Potrzebujecie czegoś z kuchni? Jakby co to się nie krępujcie i właźcie. Postaram się rozłożyć tak, żeby nie przeszkadzać.

Bożena: To ja pójdę po to piwo.

Bożena z Leonardem idą do kuchni, Leo rozkłada śpiwór i karimatę. Bożena wyciąga piwo z lodówki i wraca do Andrzeja. Piją piwo w milczeniu. W radio leci piosenka „Nie pytaj o Polskę” Obywatel G.C.

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=zb9Obfsfhrw&w=420&h=315]

Bożena i Andrzej zaczynają tańczyć. Powoli gaśnie światło.

 

SCENA 4

Leo, Bożena i Andrzej siedzą na naradzie w klasie w szkole, gdzie zaciągnęła aktora, twierdząc, że tam jest najlepsza przestrzeń do myślenia.

Bożena: Widzieliście jak się wszyscy gapili?

Andrzej: Trudno było nie zauważyć.

Leo: Można się przyzwyczaić. Z czasem przestajesz nawet reagować na własne imię. Bo myślisz, że to pewnie znowu jacyś fani i nie ma co się odwracać.

Bożena: I nie odwracasz się?

Leo: Staram się nie.

Bożena: A gdybyś na przykład zgubił portfel?

Leo: Zadzwoniłbym do asystenta, żeby przywiózł mi nowy.

Bożena: A gdybyś zgubił telefon?

Leo: Na pewno pozwoliliby mi zadzwonić z najbliższej knajpy.

Bożena: A gdyby ktoś umierał i potrzebował ratunku?

Leo: To krzyczałby „umieram, pomocy”, a nie „Leonardo, kocham cię”.

Andrzej: Brzmi logicznie, ale może zabierzmy się do pracy?

Leo: Słusznie. No więc zastanówcie się co byście zrobili, żeby przekonać ludzi, że jeśli nie zaczniemy działać szybko i na wielką skalę, to nie powstrzymamy ani nawet nie spowolnimy globalnego ocieplenia!

Andrzej: Może jakaś kampania społeczna?

Leo: Tak. Kampania społeczna. Też tego próbowałem. Dlaczego by nie spróbować kampanii społecznej? Właśnie. Dlaczego? Bo nie działa! Ale zawsze można spróbować. Czemu nie. Spróbujmy. Warto próbować. I jak by wyglądała ta wasza kampania?

Bożena: Może taki film. Ujęcie na morze, zbliżenie na krę. Na krze siedzi biały niedźwiedź. Zbliżenie i widzimy, że płacze. Płacze, bo roztopił się jego lodowym domek. Widz od razu utożsamia się ze smutnym misiem.

Leo: Świetnie. Doskonale. Czy ktoś ci już mówił, że powinnaś pracować w reklamie? Leo Burnett wziął by za taki pomysł co najmniej dwa miliony.

Andrzej: Nie mamy nawet kamery…

Leo: Nic się nie bój. Moja organizacja zadba o wszystko.

Na scenę wjeżdża masa statystów ze sprzętem filmowym. A gdy wychodzą widzimy pośrodku kręcą na niej smutnego niedźwiedzia. Śpiewającego piosenkę: „Ice Cave” Lebanon Hanover:

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=oVQSLEcIdVA&w=420&h=315]

Kra się topi i niedźwiedź tonie.

Leo: Wzruszyłem się. Myślicie, że to przekona wszystkich ludzi na świecie, żeby przestali konsumować tyle energii elektrycznej i w ogóle zmienili swoje nastawienie do prawie wszystkiego?

Bożena: Nie.

Andrzej: Nie sądzę.

Leo: I co teraz?

Andrzej: Nie wiem.

Bożena: Ani ja.

Leo: No to musicie coś wymyślić. To nie muszą być od razu działania na skalę globalną. Może raczej należałoby zacząć od własnego podwórka?

Andrzej: Akurat podwórko nam ostatnio ogarnęli w ramach Wielkiego Sprzątania Świata. Choć trochę trudno było przekonać dzieciaki, że powinni posprzątać nasze podwórko zanim ruszą sprzątać las. Ale my, nauczyciele, mamy pewne metody wychowawcze.

Leo: Z tym podwórkiem to była raczej taka metafora. Chodziło mi o to, że może warto pomyśleć o zmianie siebie i swojego otoczenia, zanim zabierzemy się za przekonywanie całego świata, że powinien się zmienić.

Bożena: Dokładnie tak myślę. Dlatego zawsze wyjmuje ładowarkę z kontaktu, gdy nie ładuję telefonu oraz zakupiłam listwę z przedłużaczem, która pozwala wyłączyć wszystkie sprzęty elektronicznie, tak by nie znajdowały się w trybie czuwania. Tryb czuwania – jak wiadomo – również powoduje zużycie prądu. I to całkiem sporo w skali roku.

Leo: Bardzo dobrze. O to właśnie chodzi. Teraz jeszcze trzeba by tym działaniom nadać szerszą skalę. Przekonać innych ludzi, żeby robili tak samo.

Andrzej: Ale dlaczego mieliby to robić? Żeby oszczędzić pięć złotych? Litości. Więcej stracisz energii przy tym całym włączaniu i wyłączaniu, wkładaniu i wyjmowania niż oszczędzisz prądu.

Leo: Ale ludzka energia jest odnawialna, a paliwa kopalne nie.

Andrzej: Może twoja.

Leo: Co?

Andrzej: Jak ja na coś poświęcę energię, to potem już jej nie mam.

Bożena: Dlatego powinno się ją oszczędzać.

Andrzej: Dlatego powinno się pracować mało i w godnych warunkach. Ale tak po prostu nie ma. Na litość boską. Jestem nauczycielem języka polskiego. Wiem, coś o tym.

Leo: Dzieci nie chcą się uczyć polskiego?

Andrzej: A po co im to? Wymierający język jakiegoś dzikiego kraju…

Leo: Wy Polacy, zawsze się nie docenialiście. A Małysz? Kopernik? Curie-Skłodowska? Krzysztof Kolumb?

Andrzej: Żadne z nich nie mówiło właściwie po polsku. Kolumb po włosku, hiszpańsku i po portugalsku, Kopernik po niemiecku, Skłodowska po francusku. Małysz po góralsku. Może dlatego wymyśliliśmy esperanto.

Leo: W którym też nikt nie mówi. A szkoda, bo byłby łatwiej, gdybyśmy mieli wspólny język, w którym słowa znaczą to, co powinny znaczyć.

Bożena: Bardzo to ciekawe, co mówicie, ale chyba mieliśmy coś do wymyślenia.

Andrzej: Ciągle myślę, że kampania reklamowa to dobry sposób. Skoro ludzi na całym świecie udało się przekonać, że picie barwionej na czarno gazowanej wody z cukrem jest takie super, to znaczy, że można ich przekonać do wszystkiego.

Leo: Historycznie rzecz biorąc może i masz rację, ale zważ, że wraz z rozwojem neoliberalnego kapitalizmu nastąpił taki nadmiar bodźców, że większość informacji, które do nas docierają zwyczajnie ignorujemy.

Bożena: Leo, ale ty jesteś mądry. Nigdy bym nie pomyślała.

Leo: Uznam to za komplement.

Andrzej: Oj, już mu się tak nie podlizuj. Może i jest znanym aktorem, ale przypominam, że to do nas się zwrócił o pomoc.

Bożena: Bo jesteśmy perfekcyjnie przeciętni!

Andrzej: To też jakieś osiągnięcie!

Bożena: Może przy twoich ambicjach!

Leo: Przestańcie krzyczeć jakbyście występowali w jakimś teatrze. Mamy sprawę do przegadania.

Andrzej: Właśnie potrzebowaliśmy kogoś, kto by nas strofował. Dzięki, Leo.

Leo: Oj, już nie bądźcie tacy przewrażliwieni. Przypominam, że to ja wam płacę.

Bożena: To jeszcze nie powód, żebyś tak się rządził.

Leo: Przepraszam, przepraszam. Ale czy możemy wrócić do tematu?

Andrzej: Może zrobimy taką wielką bombę i ją spuścimy na prawie wszystkich. Na wszystkich pewnie i tak się nie da. Ludzie są jak szczury. Przetrwają wszystko. Więc w sumie można zrzucić bombę na wszystkich. Bo i tak pewnie jacyś gdzieś przetrwają.

Bożena: Przypominam, że obecny arsenał nuklearny wystarczy, żeby wysadzić ziemię trzy razy, więc za bardzo nie wiem, gdzie mieliby przetrwać.

Andrzej: Gdzieś na pewno im się uda. Już ja ich znam.

Leo: Przestańcie, nie będziemy zrzucać żadnej bomby.

Andrzej: Ale czemu nie? To oczywiste, że przy ciągle wzrastającej populacji nie da się zmniejszyć emisji dwutlenku węgla do atmosfery. Ludzie, którzy się rodzą i bogacą chcą konsumować więcej a nie mniej niż ich rodzice. I kto miałbym im tego zabronić?

Bożena: Ale bomba?

Andrzej: Nawet nie poczują.

Leo: Przestańcie!

Andrzej: Przestań nas strofować. Mamy wymyślić jak uratować ludzkość czy nie? Chyba nie chcesz, żeby nas krępowała poprawność polityczna?

Leo: Planujecie masową zagładę ludzkości. To nie jest niepoprawne, to po prostu zbrodnicze.

Andrzej: No i?

Leo: Tak nie można. Jesteśmy tu po to, żeby uratować ludzkość, a nie ją zgładzić.

Andrzej: A może przetrwanie ludzkości wymaga ofiar?

Leo: W postaci hekatomby ludności cywilnej? Wiem, że wy, Polacy, zawsze byliście w tym dobrzy, ale nie jestem pewien, czy to są dobre wzorce, ani godne naśladowania.

Andrzej: Teraz będziesz nasz jeszcze obrażał?

Bożena: Akurat taka jest prawda.

Andrzej: Dzięki tym ofiarom odzyskaliśmy niepodległość!

Leo: Raczej dzięki zmianie sytuacji geopolitycznej.

Andrzej: Ciągle nie rozumiem, co masz przeciwko masowej zagładzie ludności.

Leo: Musi istnieć jakiś lepszy sposób.

Andrzej: Tak. Masowa sterylizacja. Ludzie nie umierają, po prostu przestają się rodzić.

Bożena: I kto będzie się opiekował tymi wszystkimi starcami?

Leo: To rzeczywisty problem.

Andrzej: Nie byłoby dla nich lepiej, gdyby po prostu umarli?

Przez megafon słychać głos: Państwo Waśniewscy proszeni są do dyrektora.

Bożena: Przepraszamy Cię bardzo. Nigdzie nie wychodź. Zaraz będziemy z powrotem.

Waśniewscy wychodzą.

 

SCENA 5

Andrzej i Bożena wracają.

Leo: Wszystko w porządku?

Andrzej: Dyrektor chciał wiedzieć, czy to naprawdę ty.

Leo: I co mu powiedzieliście?

Bożena: Prawdę.

Leo: Jaką?

Andrzej: Że jesteś tylko sobowtórem Leonarda DiCaprio, który gra w naszym spektaklu teatralnym o globalnym ociepleniu, jakie przygotowujemy na szkolną akademię.

Leo: Mam nadzieję, że to jednak nie jest prawda.

Andrzej: Martwisz się, że nie jesteś prawdziwym Leonardem DiCaprio?

Leo: Raczej boję się, że szkolny spektakl teatralny może nie uratować świata.

Andrzej: No ale skoro już tu jesteś to, co ci szkodzi wystąpić w małym spektaklu?

Bożena: A Dziady?

Leo: Co za dziady?

Bożena: Dramat Adama Mickiewicza. Po jego wystawieniu w 1968 w Polsce nastąpiły masowe protesty społeczne.

Andrzej: Ale ten spektakl był tylko katalizatorem poczucia opresji, jakie podskórnie miało całe społeczeństwo.

Bożena: Chyba jednak nie całe. Jerzy Urban nie miał poczucia opresji.

Andrzej: Skąd wiesz?

Bożena: „Rząd się sam wyżywi.” Heloł?

Leo: Może teraz społeczeństwo też coś podskórnie przeżywa i trzeba dać mu przestrzeń, żeby mogło pozwolić się temu wydostać.

Andrzej: Znam trochę to społeczeństwo i jakoś tego nie widzę.

Leo: A milion dolarów widziałeś?

Andrzej: Co?

Leo: Czy widziałeś kiedyś na oczy milion dolarów?

Andrzej: Nie.

Leo: Ale wierzysz, że istnieje.

Andrzej: No jasne.

Leo: To dlaczego nie wierzysz, że w społeczeństwie tkwi podskórna potrzeba buntu? Dlaczego potrafisz sobie wyobrazić milion dolarów, ale rewolucja już przekracza granice twojej wyobraźni?

Andrzej: Serio pytasz?

Leo: Tak!

Andrzej: No wiesz, Stalin, Lenin, Pol-Pot, Che Guevara. Parę osób już tej rewolucji próbowało i sam wiesz, jakie to przyniosło skutki.

Leo: A milion dolarów nigdy nikogo nie skrzywdził? Jakby uczciwie policzyć, to więcej ludzi zostało zabitych dla pieniędzy niż w imię ideałów równości i sprawiedliwości. Jednak pieniądze ciągle mają lepszy PR.

Andrzej: Pieniądze nie są niczemu winne, tylko tylko symbol.

Leo: Owszem, ale to jeszcze nie powód, żeby w nie wierzyć.

Andrzej: Ale kto mówi, żeby w nie wierzyć? Po prostu warto je mieć. I lepiej jak jest ich więcej.

Leo: Planetę też warto mieć. I lepiej jak jest w dobrym stanie. Czy wiesz, że stężenie dwutlenku węgla w atmosferze przekroczyło w tym roku 400ppm. Naukowcy uważają, że bezpieczny poziom to 350 ppm. Przed erą industrializacji to było 280 ppm.

Bożena: I jak mielibyśmy zmniejszyć stężenie dwutlenku węgla w atmosferze, skoro on już tam jest?

Leo: Mam nadzieję, że wy mi powiecie.

Bożena: Sztuczna fotosynteza? Czytałam kiedyś, że naukowcy z Lublina opracowali metodę uzyskiwania metanolu z wody i dwutlenku węgla przy udziale katalizatorów i promieniowania ultrafioletowego.

Leo: I pewnie, żeby ten dwutlenek węgla napromieniować trzeba zużyć więcej energii niż można w efekcie uzyskać.

Andrzej: Czemu jesteś takim pesymistą? Nie wierzysz w innowacje naszych polskich naukowców?

Leo: Ich narodowość nie ma tu nic do rzeczy. Naukowcy pracują nad sztuczna fotosyntezą od lat siedemdziesiątych i jakoś nikomu nie udało się na razie opracować efektywnej ekonomicznie metody przerabiania dwutlenku węgla na paliwo.

Andrzej: Co nie znaczy, że jeszcze im się nie uda.

Bożena: Czytałam o tym parę lat temu, więc chyba na razie się nie udało.

Andrzej: Zawsze można zadzwonić i spytać.

Leo: Raczej by się pochwalili, gdybym im się udało. Przecież to byłaby rewolucja w energetyce, wymarzona technologia jutra. Bill Gates wylizałby im stopy, żeby móc położyć na niej łapy. Richard Bransons już by lądował w Lublinie swoim prywatnym odrzutowcem. Wylądował?

Andrzej: Kto?

Leo: Richard Branson, brytyjski przedsiębiorca, miliarder, założyciel Virgin Group, obejmującej ponad czterysta firm.

Andrzej: Nie słyszałem.

Leo: To pewnie nie wylądował jeszcze w Lublinie. Co oznacza, że ta wasza innowacyjna technologia jest gówno warta.

Bożena: Skoro już jesteśmy w temacie gówna, to czy pozyskiwanie metanu z odchodów nie jest obiecujące? Wzrasta spożycie mięsa, więc mamy coraz więcej trzody, z której można by zrobić chodzące biogazowie.

Leo: Stado bydła może produkować 250 do 300 litrów czystego metanu dziennie. Co jest wystarczające, aby zapewnić odpowiednią ilość energii na przykład w lodówce przez dwadzieścia cztery godziny. Ale pewnie lodówka nie jest jednym sprzętem jakiego byś chciała przez te dwadzieścia cztery godziny używać.

Andrzej: Oraz nie masz stada bydła.

Leo: I raczej prędko nie dojdziemy do sytuacji, żeby każdy człowiek posiadał stado bydła, która będzie zasilać jego lodówkę.

Bożena: Ale może to nie jest takie bezsensu? W Argentynie, jednym z największych eksporterów wołowiny, bydło odpowiada za około trzydzieści procent całkowitej emisji gazów cieplarnianych. Gdyby wszystkim tym krowom zainstalować w tyłkach mini biogazownie, to przynajmniej zmniejszyłby się poziom emisji.

Leo: Niespecjalnie. Metan z krowich pierdów to tylko część gazów cieplarnianych jakie są emitowane do atmosfery przy okazji produkcji mięsa. Przecież to w większości hodowla przemysłowa. W Argentynie wycina się lasy, żeby je zamieniać w pastwiska. Lasy, które w naturalny sposób absorbują dwutlenek węgla są wycinane, żebyście mogli sobie zjeść kotleta!

Andrzej: Chyba ty. Nas nie stać na argentyńską wołowinę.

Leo: Od lat nie jem mięsa.

Bożena: W filmach jesz.

Leo: I zabijam. Ale to tylko filmy.

Bożena: Jednak przyczyniasz się w ten sposób do kreowania mody na jedzenie mięsa. Ludzie widzą, że Leonardo DiCaprio je kotleta. Więc jedzenie kotletów musi być fajne.

Leo: No i jak to sobie wyobrażasz? Że akceptuję tylko te scenariusze, w których mój bohater jest weganiniem? Czy może powinienem dzwonić do autorów? Cześć, słuchaj, tutaj DiCaprio. Bardzo fajny scenariusz, ale czy nie mógłbyś go tak przerobić, żeby mój bohater był chociaż wegetarianinem?

Bożena: A dlaczego nie? Skoro chcesz zmienić świat, może warto zacząć od siebie.

Leo: Ale przecież nie jem mięsa.

Andrzej: Ale ludzie myślą, że jesz. Więc na jedno wychodzi.

Bożena: Skoro zjadanie zwierząt przyczynia się do wzrostu emisji gazów cieplarnianych, to rezygnacja z jedzenie mięsa oraz propagowania potraw mięsnych w hollywoodzkich filmach, mogła mieć pozytywny skutek dla planety.

Andrzej: No to wymyślone. Możemy już dostać naszą nagrodę?

Leo: No nie wiem, czy przejście ludzkości na weganizm całkowicie rozwiąże problem globalnego ocieplenia.

Bożena: Ale jest krokiem w dobrym kierunku.

Leo: Ale musicie nie tylko wymyślić, jaki krok należy zrobić, ale też go zrobić.

Andrzej: Nie ma problemu. Od dziś zostaję weganinem. Nawet od wczoraj. Bo wczoraj też nie jadłem szyneczki.

Bożena: Przecież wczoraj się z nich śmiałeś.

Andrzej: Wczoraj nie wiedziałem, że szyneczka emituje tyle CO2.

Bożena: I miodu też nie będziesz jadł?

Andrzej: No już bez przesady. Pszczoły chyba nie emitują gazów cieplarniaych?

Leo: Nie wiem. Jest tu jakiś telefon? Skonsultuję to z przełożonymi.

Bożena: Nie masz komórki?

Leo: A, rzeczywiście.

Leo wyciąga telefon i wychodzi zadzwonić. Po chwili wraca.

Andrzej: I co? Wygraliśmy?

Leo: Nie do końca. Co prawda hodowla zwierząt jest odpowiedzialna za 18 procent światowych emisji gazów cieplarnianych, czyli więcej niż powoduje na przykład transport, więc wegenizm to dobry pomysł, ale – tak jak podejrzewałem – musielibyście do niego przekonać jakieś większe grono, żebyśmy mogli wam zrobić przelew.

Andrzej: Większe grono? Chińczyków?

Leo: Albo Hindusów. Tak pewnie byłoby najlepiej. Ale możecie zacząć od swoich rodaków.

Andrzej: To już wolałbym Chińczyków weganizmu uczyć. Przecież w tym kraju jak nie podasz gościom na obiad w niedzielę kotleta, to zaraz się rozniesie po mieście, żeś biedak.

Bożena: Albo Żyd.

Andrzej: Albo Żyd.

Leo: Być może już nadszedł czas, żeby ten stan rzeczy zmienić. Proponuję, żebyście chwilę nad tym pomyśleli i spotkamy się za dwie godziny na sali gimnastycznej, gdzie zaprezentujecie mi, co wymyśliliście. Ok?

Andrzej: A możemy się nie zgodzić?

Leo: Jeśli chcecie zrezygnować, to oczywiście droga wolna. Na pewno znajdą się chętni na wasze miejsce. Nie jesteście aż tak perfekcyjnie przeciętni, żeby nie było innych podobnie przeciętnych, którzy mogliby was zastąpić.

Bożena: Dzięki, Leo. To bardzo miłe, co mówisz.

Leo: Nie czas na miłość, gdy przyszłość świata wisi na włosku.

Bożena: Na miłość zawsze jest czas, bez względu na okoliczność. Po co ratować ludzi, jeżeli są niemili?

Leo: Masz rację. Przepraszam.

Bożena: To już nie pierwszy raz, gdy nas przepraszasz. Wolałbym, żebyś po prostu tak się zachowywał, żebyś nie musiał przepraszać.

Leo: Też bym tak wolał. Ale uwierz mi, że jest mi ciężko. Chyba jeszcze nigdy nie miałem takiej trudnej roli.

Bożena: Dobrze. Niech ci będzie. To idź przemyśleć swoje zachowanie, a my pomyślimy co zrobić z tym mięsem, żeby go już ludzie więcej nie jedli.

 

SCENA 6

Na środku sali gimnastycznej widzimy rekonstrukcję chlewni mającej kojce na podłożu rusztowym. Wielkość klatki jest na tyle mała, żeby świnie nie mogły się ruszać. Bożena i Andrzej przebrani za świnie siedzą we wnętrzu klatki. Klatka jest ubrudzona odchodami i moczem, widać też plamy krwi. Wchodzi Leonardo.

Bożena: Chrum, chrum.

Andrzej: Chrumk, chrumk.

Leonardo: Całkiem was już pojebało?

Bożena: Chrum, chrum. Jestem świnią i nie umiem mówić po ludzku.

Andrzej: Chrumk, chrumk. Ja też jestem świnią i nie mogę mówić po ludzku. A bardzo chciałbym powiedzieć, że warunki w jakich jestem hodowany wołają o pomstę do nieba. Czy ludzi, którzy na to pozwalają można w ogóle jeszcze nazywać ludźmi?

Bożena: Barbarzyńcy, nie ludzie. Chrum, chrum.

Leonardo: Barbarzyńcy też byli ludźmi.

Andrzej: Holocaust to przy tym małe piwko, chrumk, chrumk.

Bożena: Aby zmaksymalizować zysk hodowcy ignorują nasze podstawowe potrzeby. Nigdy nie widujemy świata słonecznego, nie wychodzimy na powietrze, nie mówiąc o ściółce leśnej, w której tak lubili ryć nasi przodkowie, a którą znamy tylko z legend krążących po chlewni.

Andrzej: Ale nie wszyscy w nie wierzą. Niektóre świnie twierdzą, że to tylko propaganda hodowców, którzy chcą w nas zasiać nadzieję. Że tak naprawdę ściółka leśna, z której moglibyśmy wygrzebywać korzonki, nigdy nie istniała. Że nie ma świata poza chlewem, a naszym przeznaczeniem jest pójść na rzeź.

Bożena: To akurat prawda, chrum chrum. Rzeźnia to nasze przeznaczenie.

Andrzej: Prawda, chrumk, chrumk. Traktują nas jakbyśmy byli mięsem armatnim.

Bożena: Andrzej, ale my jesteśmy mięsem armatnim.

Andrzej: Nie jestem Andrzej, jestem świnią. Nie mam imienia ani nazwiska, tylko numer ewidencyjny. Moje zwłoki zostaną przemielone na tanie parówki.

Bożena: Prawda o naszym losie jest ukrywana przed oczami opinii publicznej, bo wrażliwsza część tej opinii mogłaby nie znieść prawdy i przestać zjadać parówki.

Andrzej: Jesteśmy tuczone wysokobiałkową paszą, naszprycowaną hormonami wzrostu oraz antybiotykami, przez co robimy się takie grube, że ledwie potrafimy ustać w miejscu. W kojcach mamy tak mało przestrzeni, że cierpimy na liczne zwyrodnienia stawów, a czasem wręcz nasze kości pękają, gdy nie potrafią już utrzymać tłustego cielska w powietrzu.

Bożena: Sramy i sikamy pod siebie. Stoimy we własnych odchodach, a mocznik wżera nam się w skórę.

Andrzej: Choć z natury jesteśmy bardzo czystymi zwierzętami. Ale nie mamy miejsca, żeby się umyć.

Bożena: Jesteśmy też bardzo inteligentne, więc te urągające honorowi i godności człowieka warunki, są tym bardziej dla nas bolesne.

Leo: Gdybyście były takie inteligentne, to chyba byście się nie pozwoliły zamknąć takich klatkach.

Andrzej: To samo mówiłeś więźniom obozów koncentracyjnych? Chrumk, chrumk.

Bożena: Pozbawieni kontaktu z naturą i odizolowani od przyjaciół ze stada, dziczejemy, stajemy się otępiałe, agresywne i znudzone. Nawet nie chce nam się chrumkać.

Andrzej: Nie chcę się. Chrumk, chrumk.

Bożena: Nasze krótkie życie naznaczone jest pogardą, wyzyskiem i cierpieniem.

Andrzej: Nikt nie szanuje nas jako indywidualnych istot świńskich.

Bożena: Jesteśmy tylko cyfrą w kartotece.

Andrzej: Obiadem na stole.

Bożena: Lecz zanim się na nim znajdziemy jesteśmy rażeni prądem, co ma nas uśmiercić.

Andrzej: Ale nie zawsze się to udaje.

Bożena: Bywa, że prąd ogłusza nas tylko na chwilę, ale nasi oprawcy się tym nie przejmują i jesteśmy żywcem obdzierane ze skóry.

Andrzej: Chrum, chrum.

Leo: Biedne świnki. Ale mnie nie musicie o tym przekonywać. Ja to wszystko dobrze wiem.

Bożena: Chcieliśmy ci tylko pokazać nasz smutny los.

Andrzej: Ale to nie ty jesteś naszym głównym odbiorcą.

Bożena: Za niecałe pół godziny na tej sali odbędzie się interwencyjny apel szkolny.

Andrzej: Który zostanie ogłoszony przez szkolny radiowęzeł.

Bożena: Na szczęście dyrektorka jest na urlopie i nie miał się kto nie zgodzić.

Leo: Jesteście pewni, że pokazywanie dzieciom takich rzeczy to taki świetny pomysł?

Andrzej: W telewizji widzą znacznie gorsze rzeczy.

Bożena: I w internecie. Ostatnio jeden uczeń pokazał mi na komputerze jak piękna ośmioletnia dziewczynka wykonuje egzekucje na dwóch dorosłych mężczyznach. Normalnie strzela im z pistoletu w tył głowy. A potem mówi, że to w imię Boga. To nie był żaden film, tylko reklama zachęcająca do rekrutowania się do wojska. Powiedziałam mu, żeby się nie przejmował. Że widać, że to zmontowane. Ale to nie było zmontowane. Naprawdę ich zabiła.

Leo: Może byście ją przekonali, że powinna walczyć z globalnym ociepleniem a nie z niewiernymi?

Bożena: Żartujesz?

Leo: Nie do końca. Potrzeba nam zdeterminowanych aktywistów.

Bożena: Ale raczej nie ośmioletnich morderczyń.

Andrzej wstaje z kolan i wychodzi z klatki.

Andrzej: Mam już dość tej cholernej klatki i tego świńskiego stroju. Poza tym strasznie tu śmierdzi łajnem.

Bożena: A co mają powiedzieć świnie, która w ten sposób przeżywają całe swoje życie? Weź wytrzymaj jeszcze pół godziny, dopóki nie przyjdą dzieci…

Andrzej: Dzieci, dzieci. Już ja znam te dzieci. Do niczego nie da się ich przekonać. Za bardzo lubią kanapki z szynką, żeby przejmować się losem świnek. Tylko się ucieszą, że robimy z siebie pośmiewisko.

Bożena: Przecież jeszcze godzinę temu mówiłeś, że to dobry pomysł.

Andrzej: Godzinę temu nie siedziałem w świńskim stroju w wąskiej klatce, ubabrany odchodami i moczem. Do tego strasznie się pocę. Czy ktoś mógłby tu otworzyć okno?

Leo: Czy ktoś coś mówił? Chyba słyszałem jakieś „chrum chrum”.

Andrzej: Nie udawaj teraz, że nie rozumiesz, co do ciebie mówię.

Leo: Tak, nie wydawało mi się. Jakaś świnka coś chrumka.

Leo podchodzi do Andrzeja.

Leo: Co tam chrumkasz świnko? Chciałoby się wyjść na spacer?

Andrzej: Chrumk, chrumk.

Leo: Nie dla świni spacery, wracaj do klatki. No już! Bo zrobimy ci ubój rytualny i będziesz się koszernie wykrwawiać na oczach swoich bliskich.

Andrzej posłusznie wraca do klatki. 

Leo: Ze świniami trzeba ostro. Dasz im palec, to odgryzą ci rękę.

Andrzej: To ile jeszcze do tego apelu?

Bożena: Nie wiem. Jestem świnią. Świnie nie noszą zegarka.

Leo: Puszczę wam jakąś muzykę, żebyście się nie nudzili i pójdę się przejść. Do zobaczenia za chwilę. Bo oczywiście przyjdę obejrzeć jak wam pójdzie przekonywanie młodzieży. Swoją drogą: nie boicie się, że was wypierdolą ze szkoły?

Bożena: Chrum, chrum.

Andrzej: I tak nigdy nie lubiłem tej cholernej budy.

Leo włącza piosenkę „Closer” Nine Inch Nails z refrenem „I want to fuck you like an animal” i wychodzi.

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=PTFwQP86BRs&w=420&h=315]

 

I want to fuck you like an animal

I want to feel you from the inside

I want to fuck you like an animal

My whole existence is flawed

You get me closer to god

 

SCENA 7

Na sali gasną światła.

Bożena: Dlaczego jest tutaj tak ciemno?

Andrzej: Oszczędzamy energię. Ludzie już dawno zapomnieli jak to jest żyć bez łatwo dostępnej energii. Wystarczy, że silniejszy wiatr zerwie przewody elektryczne i jesteśmy całkowicie bezradni. Czy wiesz, że wystarczyłyby dwa dni bez prądu w Europie, a ludzie zaczęliby umierać na ulicach? Poza tym chcę sprawdzić jak to jest żyć bez wywierania negatywnego wpływu na środowisko. Będziemy siedzieć po ciemku, dopóki nie zainstalujemy sobie paneli słonecznych.

Leo: Wyprodukowanie paneli to również koszt dla środowiska. Niektóre z używanych w nich części są produkowane z rzadkich metali szlachetnych.

Andrzej: Szybko to nie nastąpi, bo z naszych pensji musielibyśmy na panele słoneczne odkładać przez lata.

Bożena: Na szczęście są liczne możliwości zdobycia dofinansowania.

Leo: Czyli jednak nie wyrzucili was ze szkoły?

Bożena: Mało brakowało. Rada rodziców była oburzona. Pojawiły się nawet plotki, że obnażaliśmy przed uczniami nasze genitalia.

Andrzej: Ale ostatecznie udało się ich przekonać, że perfomans mający na celu ukazanie dzieciom okrucieństwa chowu przemysłowego mieście się w programie naszej szkoły, która stara się nie tylko uczyć, ale również wychowywać do wartości.

Bożena: Zgodnie z mottem Jana Pawła II „Wolności nie można tylko posiadać, nie można jej zużywać. Trzeba ją stale zdobywać i tworzyć przez prawdę”, które wisi u nas nad wejściem do szkoły. A jaka jest prawda o warunkach chowu przemysłowego, każdy widzi. A przynajmniej wczoraj zobaczyli uczniowie naszej szkoły.

Leo: No to macie szczęście, że papież wam pomógł. Dzieci zarażone HIV-em w Afryce, bo nie wolno używać prezerwatyw, nie mogą o sobie tak powiedzieć.

Bożena: Czy ty właśnie sugerujesz, że Jan Paweł II był masowym mordercą?

Leo: To ty to powiedziałaś. Ale przyznam, że doceniam Twój tok rozumowania i nie zamierzam się kłócić.

Andrzej: Dzwoniła też do nas lokalna telewizja. Bardzo ich zainteresował nasz mały performans. Chcieliby, żebyśmy o nim opowiedzieli w studio.

Bożena: Tylko mają jeden warunek. Musimy być przebrani za świnie. Czy możemy już włączyć światło?

Andrzej: Niestety nie. Ale jeśli potrzebujesz światła, to gdzieś powinny być świeczki. Choć proponowałbym ci raczej skorzystanie z opracowanej przeze mnie metody oświetlania pomieszczenia za pomocą pracy ludzkich mięśni.

Bożena: Co takiego?

Andrzej: Zainstalowałem nasz stary rower na poręcznej konstrukcji, dzięki czemu można pedałować w miejscu, a zasilana przez dynamo lampka pozwala oświetlić kawałek pokoju. Można nawet czytać książkę. O ile się szybko pedałuje.

Bożena: A mogę poświecić sobie komórką?

Andrzej: Możesz. Ale na wszelki wypadek zablokowałem wszystkie kontakty. Więc nie będziesz mogła jej więcej naładować. Więc na twoim miejscu używałbym oszczędnie baterii.

Bożena: Zwariowałeś. Nie uważasz, że powinniśmy to wcześniej przedyskutować?

Leo: Dość długo już dyskutujemy. A jakoś ciągle nic nie wymyśliliście. Więc popieram postulat Andrzeja, że czas przejść od słów do czynów.

Bożena: Przebraliśmy się za świnie. Dla ciebie to nic? Może gdybyś sam posiedział parę godzin w ciasnej, śmierdzącej klatce, to byś docenił nasze zaangażowanie.

Leo: Doceniam. Ale myślę, że potrzebujemy bardziej radykalnych rozwiązań.

Bożena: No pięknie. A długo tak mamy siedzieć po ciemku?

Andrzej: Nie wiem. Do odwołania.

Bożena: I co będziemy w tej ciemności robić?

Andrzej: Nie wiem. Możesz wsiąść na rower i poczytać książkę. Wypożyczyłem z biblioteki parę książek na temat ekologii.

Bożena: Wiesz, co? Sam sobie je czytaj. Ja tymczasem idę odwiedzić koleżankę. Jeśli będę siedzieć w świetle, którego on i tak by używała, to chyba nie przyczyniam się do nasilenia zmian klimatu?

Leo: Niby nie, ale dobrze by było, gdybyś spędzony u niej czas poświęciła na wytłumaczenie jej skali problemu. Może wcale nie musicie siedzieć przy włączonym świetle?

Bożena: Pozwól, że sama zdecyduje o czym będę rozmawiać z koleżanką. Poza tym naprawdę nie jestem przekonana, że indywidualne wybory konsumenckie mogą zmienić obecny stan rzeczy. Potrzebujemy raczej zmiany systemowej. A teraz wybaczcie mi panowie, ale mam chwilowo dość do tej groteski. Idę się rozerwać.

Bożena wychodzi. Andrzej wsiada na rower i zaczyna czytać książkę oświetloną lampką.

Wchodzi Leo. Pyta się, czy jest na widowni jakaś kobieta z dzieckiem, która dba o środowisko, a gdy jakaś się zgłosi wygłasza swój monolog, jeśli nie – i tak go wygłasza.

Leo: Czy jest dziś z nami rodzic, matka lub ojciec, którzy dbają o środowisko?

Rodzice, którzy uważają, że wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za przyszłość planety?

Jeśli nie, skąd się biorą dzieci?

Jeśli tak, dlaczego je pan spłodził, dlaczego pani je urodziła? Dlaczego je robicie? I kolejne? Dlaczego?

Za swojego życia wasze dziecko wyprodukuje pięćset piętnaście ton węgla. To czterdzieści TIRów. Jedno dziecko to równowartość prawie 6500 lotów do Paryża. Mogliby państwo latać do Paryża dziewięćdziesiąt razy w roku tam i z powrotem, a to i tak miałoby mniejszy wpływ na środowisko niż urodzenie potomka. Nie wspominając o pestycydach i detergentach, plastiku i paliwach, które go ogrzeją. Sprowadzając na ten świat dziecko zachowali się państwo samolubnie. To okrutne skazywać innych na cierpienie. Gdyby państwu zależało na środowisku, natychmiast podcięlibyście im gardła. Albo ja mogę wyjąć nóż, zrobić to za was. Potem zniknę, a państwo przysłużycie się przyszłym pokoleniom.

Tak? Nie?

A może po prostu dopadnie ich jakaś zmutowana grypa czy inny rota wirus i będzie po sprawie.

Tak, będzie po sprawie. Z głowy. Może byłoby dla niego lepiej, gdyby się nigdy nie urodziło? Nie będę się kłócił, bo to nie leży w mojej naturze, ale środowisko się w końcu zemści. A wasze dziecko będzie musiał na to patrzeć. I nie miejcie wątpliwości, że będzie was za to obwiniać.

Leo wychodzi

 

SCENA 8

Bożena przychodzi do domu lekko podchmielona.

Bożena: O, znowu mamy światło. Czyżbyś wymyślił jak produkować energię w sposób nie szkodzący środowisku?

Andrzej: Nie do końca muszę coś w tym temacie wymyślać. Ludzkość od wieków zna takie sposoby. Choćby elektrownie wodne. Przecież młyny wodne to nic innego niż ekologiczne generatory darmowej energii.

Bożena: Boże, mam nadzieję, że nie zrobiłaś nam w domu elektrowni wodnej i przez łazienkę nie przepływa właśnie rzeka?

Andrzej: Nie. Na razie zdecydowałem się na wykorzystanie energii konwencjonalnej. Przemyślałem, co powiedziałaś i rzeczywiście nie ma sensu koncentrować się na indywidualnych wyborach konsumenckich. Zresztą nasza misja jest na tyle ważna, że możemy sobie pozwolić na wyemitowanie odrobiny CO2 atmosfery. Ostatecznie jeśli nam się powiedzie, zwróci się to środowisku z nawiązką.

Bożena: Wszyscy tak myślą o swoich działaniach. Że są takie ważne dla świata albo dla nich, że mogą sobie pozwolić na dalsze zanieczyszczanie środowiska. I dlatego nigdy nie powstrzymamy zmian klimatycznych. Bo myślimy o sobie za dobrze. A co właściwie tutaj robisz?

Andrzej: Konstruuję sztuczny wulkan.

Bożena: Całkiem cię już powaliło.

Andrzej: Nie. Dużo ostatnio czytałem, zgłębiałem temat. Amerykańscy uczeni geoinżynierowie uważają, że to jedyna droga.

Bożena: Sztuczne wulkany? No to chyba naprawdę mamy przejebane.

Andrzej: Proszę cię nie przeklinaj, tu są dzieci.

Bożena: Jakie dzieci? Ciebie już naprawdę całkiem powaliło. Nie ma tu żadnych dzieci. Nie jesteśmy w szkole.

Andrzej: Nie ma? Wydawało mi się, że słyszałem ich śmiech.

Bożena: Może to nie był śmiech, tylko niemy płacz. Może to nie były dzieci, tylko ginące gatunki.

Andrzej: Kogo obchodzą ginące gatunki?

Bożena: A kogo ty obchodzisz? Co w życiu osiągnąłeś?

Andrzej: Musisz się mnie czepiać akurat teraz? Gdy w końcu odnalazłem sposób jak uratować planetę i powstrzymać sztuczne ocieplenie?

Bożena: Przed chwilą mówiłeś, że to nie ty wymyśliłeś, tylko jacyś amerykańscy geoinżynierowie.

Andrzej: To prawda. Ale dopiero ja mam odwagę wcielić ich pomysł w życie. Wiesz jak to jest w Ameryce. Pełno ludzi ma mnóstwo świetnych pomysłów, ale żeby coś opatentować to trzeba mieć już portfel pełen pieniędzy i wysoko postawionych znajomych. Tymczasem w Polsce mogę sobie zbudować taki sztuczny wulkan na podwórku i nikt się nawet nie będzie pytał, o co z nim chodzi. Ale wszyscy mi będę dziękować, gdy już uratuję świat.

Bożena: I jak ma działać ten twój świetny pomysł?

Andrzej: Normalnie. Ponieważ nie za bardzo umiemy powstrzymać emisję gazów cieplarnianych do atmosfery, to trzeba znaleźć jakiś sposób, żeby zmniejszyć ilość światła, która dociera do ziemi, a co za tym idzie – globalne ocieplenie. No i dzięki mojemu sztucznemu wulkanowi będziemy do atmosfery emitować cząstki siarki, które będą odbijać światło słoneczne. No i już. Mniej światła dostaję się na ziemię. Planet jest uratowana.

Bożena: Mówiłeś o tym Leonardowi?

Andrzej: Jeszcze nie. Gdzieś sobie poszedł.

Bożena: To dobrze, że nie mówiłeś, bo większej bzdury w życiu nie słyszałam. Naprawdę uważasz, że rozwiązaniem problemu zaśmiecania atmosfery dwutlenkiem węgla jest dowalenie do niej jeszcze siarki? Serio serio? Biologia może nigdy nie była twoją mocną stroną. Ale tutaj nie potrzeba nawet znać się na biologii. Wystarczy odrobina zdrowego rozsądku. Którego resztki najwyraźniej ci wyparowały na skutek przegrzania mózgu. Haha. Najwyraźniej nastąpiło u ciebie globalne ocieplenie mózgu. Aż tak bardzo ci zależy na zwycięstwie, że chcesz strzelać siarką do atmosfery? Nie wiem, co za książki czytałeś, ale gdybyś je czytał dokładniej, to byś wiedział, że globalne ocieplenie to nie tylko problem wzrastającej temperatury, ale również choćby zakwaszenia oceanów. Więcej dwutlenku węgla w atmosferze, spowodowało już wzrost kwasowości oceanów o 30%. Wielka Rafa Koralowa umiera! I wszystkie piękne stworzenia na niej żyjące umierają razem z nią. Nie uratujesz jej sztucznym wulkanem.

Andrzej: To ty to potrafisz człowieka do wszystkiego zniechęcić. Prawdziwa Matka-Polka.

Bożena: Jeszcze mi za to podziękujesz. Po prostu chronię cię przed twoim samczym debilizmem. Gdyby władza nad światem był w rękach kobiet, nigdy by nie doszło do takiego zniszczenia planety. Ale wy faceci oczywiście musicie wszystko sobie podporządkować. Matka ziemia to dla was zwykła kurwa, którą należy wydymać. A jak nie chce się ruchać, to przynajmniej spuścimy się jej do atmosfery. Brawo wy!

Andrzej: Mogłabyś już przestać na mnie krzyczeć i obwiniać mnie o wszystkie błędy rasy męskiej?

Bożena: Nie, nie mogłabym. Dość już mam tego cyrku. Chcę z powrotem do mojego nudnego życia i mojego cynicznego Andrzejka!

Wchodzi z Leonardo. Również trochę podchmielony.

Leo (beka): O, przepraszam. W czymś przeszkadzam?

Andrzej: Tak.

Bożena: Nie.

Leo: Zatem? Nie wiedziałem, że mam w waszym mieście tyle fanek. Myślałem, że mnie rozerwą na strzępy.

Andrzej: Ale tylko cię upiły? Mam nadzieję, że to nie była żadna z moich uczennic i nie zrobiłeś jej dziecka?

Leo (beka): Nigdy. Nigdy nie rucham się z fankami. I zawsze używam prezerwatywy.

Andrzej: Mam nadzieję, że miałeś swoje, bo tutaj niejedna dziewczyna posunęłaby się znacznie dalej niż do przebicia szpilką kondoma, żeby mieć dziecko z taką gwiazdą.

Leo: Jak już mówiłem, nie rucham się z dziećmi. To znaczy z fankami. A już na pewno nie z fankami, które chciałyby mieć dzieci.

Bożena: To po co ci prezerwatywy?

Leo: Przezorny zawsze ubezpieczony. Nigdy nie mów nigdy.

Andrzej: Nie przejmuj się. Potrzebujemy w Polsce takich dobrych genów. Na pewno się nie zmarnują.

Leo: To ja chyba się pójdę do położyć. To był męczący dzień.

Leo idzie spać do kuchni. Bożena i Andrzej po cichu uprawiają seks na zgodę.

 

SCENA 9

Leo (przeciąga się): Kolejny piękny wiosenny dzień. Jak dobrze żyć na tej wspaniałej planecie!

Andrzej: Tylko trochę szkoda, że zmierza ona prosto do piekła.

Leo: Tak, coś sie zdaje o tym pisali w jakiejś bestsellerowej książce. “Nowy testament” to się chyba nazywa. Czytałeś?

Andrzej: Nie, ale kojarzę o co chodzi. Myślisz, że globalne ocieplenie to piekło, na które jesteśmy skazani za grzechy jakie popełniliśmy na planecie?

Leo: Zdarza mi się.

Bożena: Jednego możemy być pewni: droga do piekła z pewnością nie jest prosta, lecz raczej kręta i wyboista. Jeszcze wiele może się na niej wydarzyć.

Leo: Skoro już jesteśmy w temacie podróży, to zapomniałem wam wczoraj powiedzieć, ale mam dla was super niespodziankę. Możecie się zacząć pakować. Jedziemy na wycieczkę!

Andrzej: Dokąd? Czy transport nie przyczynia się znacząco do wzrostu emisji? Czy nie byłoby lepiej zostać w domu?

Leo: Nic się nie martw. Do portu dojedziemy pociągiem, a tam już czeka na nas katamaran zasilany na baterie słoneczne.

Bożena: Ale dokąd jedziemy?

Leo: Naszym celem jest Arktyka. Będziemy oglądać topniejące lodowce! A może po drodze uda się nawet zahaczyć o pierwszą sztuczna wyspę w całości złożoną z wyrzuconych do morza śmieci.

Andrzej: Ktoś na niej mieszka?

Leo: Jeszcze nie, o ile mi wiadomo. Za to na pewno ginie na niej mnóstwo ryb i ptaków, którym się wydaje, że ten plastik to pokarm. Jeśli znacie kogoś, kto się potrafi odżywiać plastikiem, to być może jest to dom stworzony specjalnie dla niego.

Andrzej: Zawsze chciałem mieć prywatną wyspę.

Leo: Tak jak mówię. Jeśli tylko nauczysz się odżywiać plastikiem, jest cała Twoja!

 

SCENA 10

Nasi bohaterowie płyną jachtem przez arktyczne morze racząc się drinkami. W tle leci film pokazujący rozpadające się lodowce: [youtube http://www.youtube.com/watch?v=hC3VTgIPoGU&w=560&h=315]

Andrzej: Gdy mówiłeś, że czeka na nas katamaran, wyobrażałem sobie bardziej jakąś żaglówkę, a tu widzę, że mamy do dyspozycji prawdziwy jacht.

Bożena: I obficie wypełniony barek.

Leo: Wieczory na pełnym morzu bywają długie, trzeba umieć sobie je jakoś umilić.

Bożena: Za jaką ilość emisji gazów cieplarnianych odpowiada branża alkoholowa?

Leo: Powstrzymałem się od tego, żeby sprawdzać. Trzeba mieć jakieś przyjemności.

Andrzej: Ale powiedz mi Leonardzie, teraz gdy płyniemy sami przez morze, chyba możesz mi powiedzieć. Ty tak naprawdę wierzysz w to całe globalne ocieplenie? Spójrz jak tu jest dookoła pięknie. Naprawdę myślisz, że człowiek może to wszystko zniszczyć?

Leo: Podpuszczasz mnie, co?

Andrzej: Trochę, a trochę chciałbym po prostu wiedzieć. Przecież nie możemy być aż tacy źli.

Leo: Jesteśmy nawet gorsi. Celowo ukrywamy przed sobą fakty, żeby poczuć się lepiej z samymi sobą. Tak już działa ludzki mózg. Z milionów postrzeganych informacji starannie selekcjonuje te, z którymi da się żyć w miarę bezpiecznie I wygodnie. Gdybyśmy naprawdę chcieli spróbować spojrzeć prawdzie w oczy, zobaczylibyśmy w nich rzeczywistość tak okrutną, że zmiotłaby każdego z nas w sekundę. Znając tę prawdę, nie da się żyć. Bożenko, czy dolałbyś mi jeszcze odrobinę tej wyśmienitej wódeczki?

Bożena: Ale ty poznałeś tę prawdę?

Leo: Skłamałbym mówiąc, że tak. Nikt nie jest w stanie jej do końca poznać. Ale czasami mam wrażenie, że się do niej niebezpiecznie zbliżam. W takich momentach nogi zaczynają mi mięknąć w kolanach, w głowie zaczyna się kręcić, ręce próbują przytrzymać się czegoś stałego, ale tylko bezładnie wirują w powietrzu.

Andrzej: Też tak miewam. To znak, że jesteś pijany i czas dzwonić po taksówkę.

Leo: Nie, nie. Lubię pić i wiem jak to wygląda. To coś innego. O wiele gorszego. Serio. To jak zajrzeć do głowy Boga i ujrzeć, że marzy on o analnym gwałceniu mały dzieci przez konie.

Bożena: Nie wiem, co ty bierzesz, ale najwyższy czas przestać.

Leo: Nic nie biorę, tylko czasem piję. O, moja szklanka znowu jest pusta. Gdzie ta butelka?

Bożena: Tutaj. Ale może nie pij już tyle?

Leo: Pytałeś, czy wierzę w globalne ocieplenie. To nie kwestia wiary. 97 procent klimatologów zgadza się, że globalne ocieplenie jest skutkiem działalności człowieka. Są wśród nich naukowcy z całego świata. Od Grenlandii, po Republikę Południowej Afryki. Myślisz, że się dogadali na jakiejś tajnej konferencji i zawiązali spisek, który ma na celu spowolnienie rozwoju gospodarczego Unii Europejskiej? Dlaczego mieliby to robić? Żeby zdobyć granty na badania? Przecież badać mogą cokolwiek. I pewnie nawet woleliby badać coś innego, niż zjawisko pokazujące nam jak chujowym gatunkiem jest człowiek i do czego potrafi doprowadzić planetę, jeśli tylko dać mu odrobinę władzy. Naprawdę, to nic przyjemnego. A jeszcze mniej przyjemnie się robi, gdy musisz o tym powiedzieć ludziom. Na przykład politykom, którzy działając na rzecz liberalizacji rynków, tylko powiększyli skalę katastrofy. I powiększają ją dalej. Bo oczywiście nie chcą przyjąć do wiadomości, że ich polityka jest błędna. Jacy by z nich zresztą byli politycy, gdyby przyznawali się do błędów? Dupy wołowe, nie politycy. Cała logika świata, w którym żyjemy jest napędzana przez rozwój gospodarczy. Nie zrezygnujemy z tego w imię ochrony roślinek. A zanim do odpowiednich ludzi dotrze, że nie tylko roślinki mają przejebane, ale zwierzęta również, w tym także zwierzę człowiek, będzie już za późno. Już jest za późno.

Andrzej: Upiłeś się.

Leo: I co z tego? Z czy faktu, że jestem pijany, wynika, że nie mówię prawdy? Jeśli w którymś miejscu się mylę, to śmiało, popraw mnie. Chętnie się dowiem.

Bożena: Nie wiem, czy się mylisz. Ale z pewnością wydajesz się przygnębiony. Jeśli mogę ci coś poradzić, to radziłabym ci się skonsultować z lekarzem lub terapeutą.

Leo: Wszyscy mi to mówią. Ale to nie ze mną jest coś nie tak, to ten świat.

Andrzej: Mimo wszystko ten świat jest piękny.

Leo: Tak. Bardzo piękne są te lodowce. Dlatego chciałem, żebyście zobaczyli jak topnieją. Wasze wnuki mogą już nie mieć tej przyjemności. Zmiany klimatyczne przyśpieszają. Pod lodami Arktyki znajdują się potężne złoża metanu. To gaz cieplarniany o wiele bardziej szkodliwy od dwutlenku węgla. Gdy roztopi się za dużo lodu, dostanie się on do atmosfery. Bóg jeden wie jaki będzie miało to skutek dla planety, ale pewne jest jedno. Będzie to skutek katastrofalny. Nic już nie da się zrobić.

Bożena: To dlaczego do nas przyjechałeś i wkręciłeś nas, że musi coś z tym zrobić?

Leo: Dobrze mi za to płacą. Poza tym to pewna przyjemność występować w imieniu słusznej sprawy, nawet jeśli wiemy, że jest ona z góry przegrana. Przynajmniej na koniec będę mógł powiedzieć wszystkim: A nie mówiłem?

 

SCENA 11

finałowa

W tle słychać Celine Dion śpiewającą My heart will go on: [youtube http://www.youtube.com/watch?v=zmbw8OycJrE&w=420&h=315]

A może to śpiewa topniejący lodowiec? Leo dolewa sobie jeszcze wódki, a potem wyskakuję z łodzi na dryfująca po oceanie krę. Przytula się do niej.

Andrzej: I co teraz? Czy nie powinniśmy wyruszyć mu na ratunek?

Bożena: A wiesz jak to zrobić? Mam wrażenie, że specjalnie nas tutaj zabrał, żebyśmy byli świadkami jego śmierci w objęciach topniejącego lodowca.

Andrzej wyciąga kamerę.

Andrzej: To przynajmniej to uwiecznijmy. Niech jego śmierć nie pójdzie na marne.

Bożena wyciąga telefon i zaczyna kręcić Leonarda komórką.

Bożena: Masz rację. Tyle przynajmniej możemy zrobić.

Andrzej: A potem co? Co będziemy robić?

Bożena: To samo, co wcześniej, Pinky. Ratować ludzkość przed samozagładą.

Andrzej: Myślisz, że się uda?

Bożena: Obawiam się, że nie wiem. Ale myślę, że nie mamy innego wyjścia.

 

KONIEC

Po prostu działaliśmy jak gdyby tego nie bylo

storm-surge-1-750x1000

Nigdy nie rozumieliśmy jak ważne to było… Po prostu działaliśmy jak gdyby to nie istniało…

Moja mama mówi, że pamięta czasy, kiedy obawa o klęskę żywiołową mogła istnieć gdzieś w jej podświadomości. Że było prawie niemożliwe żeby mogła ona jej osobiście dotknąć choćby w najmniejszym stopniu, a to z z powodu jej miejsca zamieszkania.

Ale prawda jest, że to jest nasza własna wina …

Ona mówiła, że kiedy pierwszy cyklon uderzył Melbourne, nikt nie był gotowy, co spowodowało tysiące strat w ludziach, niszcząc rodziny i domy. Miesięcy było ludziom potrzeba, aby z powrotem stanąć na nogach, ale rok później uderzył drugi cyklon. Ludzie byli teraz bardziej świadomi katastrofalnych skutków takiego zdarzenia, ale nie mieli czasu żeby się przygotować. Chociaż tym razem tylko zabierając życie jednej trzeciej oryginalnego cyklonu, i tak pozostawił on tysiące bezdomnych i zrozpaczonych. Te wydarzenia zaczęły powtarzać się od tego czasu często, za każdym razem częstsze i pustosząco niszczycielskie.

Ale to było 25 lat temu.

Teraz jesteśmy tutaj, to jest ja, mój tatuś, moja mama i mój brat, wszyscy stłoczeni w bunkrze, wszyscy kompletnie milczący. Wszystko, co mógłbym usłyszeć na zewnątrz to trzask rozdzieranej gwałtownie ziemi powyżej i przeraźliwe gwizdanie potężnych wichrów. Miałem na sobie swoje słuchawki próbując zablokować hałasy, ale to było prawie niemożliwe. Jesteśmy otoczeni przez nasze najcenniejsze przedmioty, tyle ile mogliśmy zmieścić w maleńkim schronie. Rozlega się głośny łomot, kiedy kawałek rumowiska na zewnątrz wali w drzwi, moje serce zamiera na chwilę i podskakuję, prawie uderzając się w głowę.

Mieszkamy w takich warunkach od wielu lat, urodziłem się i wychowałem podczas kiedy te zdarzenia zachodziły, co pozwalało mi mieć złudzenie, że zdarzenia takie jak te są normalne i zawsze były. Ale nie, te klęski żywiołowe były jak to niektórzy określają ′ludzkiego autorstwa′. Zrobiliśmy to, ostrzegano nas, ale zignorowaliśmy ostrzeżenia jak gdyby były nieważne.

Dzieci zwykły życzyć sobie rzeczy takich jak najnowsze PlayStation albo Xbox, najlepsza piłka do piłki nożnej albo buty do piłki nożnej, żeby móc grać na jakimś instrumencie, albo żeby dostać nowy rower.

W dzisiejszych czasach przekonasz się, że większość życzeń dzieci to żeby mieć kilka miesięcy bez katastrof.

To jest raczej smutne, nieprawda?

Pomyśleć, że temu wszystkiemu można było zapobiec.

Ludzie muszą pogodzić się z tym, jak rzeczywista jest zmiana klimatu; chociaż w tym opowiadaniu wyolbrzymiłem efekty, ciągle potrzebujemy spowodować zmianę, albo wszystko jest możliwe. Coś takiego może się zdarzyć.

 

– Will / Footscray City College Substation

Woda i krykiet po prostu nie dają się pogodzic

“Hej Tom łap piłkę” zawołał Jack. Wiec Tom niechętnie popędził za piłką, która uciekała i tak grali dalej w krykieta w ich mieście rodzinnym Renmark. Jack dodaje pary i toczy piłkę mocno i prosto do celu, żeby trafić w kosz na śmieci, ale Tom rzuca się w bok i wchodzi w kontakt, który posyła piłkę lotem wprost do rzeki. Obaj chłopcy są niezadowoleni i woleliby, żeby rzeki wcale tam nie było. Na szczęście nie było im zbyt trudno dostać w ręce inną piłkę. Później Tom mówi do Jacka “wody i krykieta nie da sie pogodzic”, z czym Jack zgadza się ostrożnie.

Chłopcy robią przerwę i schodzą do baru mlecznego żeby kupic „paja” (zapiekankę) i Dużego Mac’a. Siadają obaj nad rzeką zajęci obserwowaniem, jak ich piłka odpływa i swoimi zapiekankami. Później zaczynają grę znowu i jeden po drugim przyłącza się prawie cała ich klasa. Walka o piłkę jest bardziej zacięta i znalezienie luki w polu jest prawie niemożliwe. Kontynują grę i ciągle wymyślają coraz więcej reguł żeby utrzymać jej płynność. Gra toczy się dalej, aż każdy kolejno zostanie wezwany na obiad, ale do tego czasu jest już tak ciemno, że tak czy inaczej nie da się grać.

Następnego dnia w szkole Tom i Jack organizują duży mecz krykieta do rozegrania później wieczorem na miejscowym boisku. “BBRRIINNGGG” rozlega się szkolny dzwonek i każdy pędzi wprost do domu by wyciągnąć swoje ulubione kije. O 4:00 około 20 chłopców jest gotowych do gry, a Tom nawet zdołał ogrodzić liną sędziego (swojego młodszego brata). Po wielu sporach zespoły są w końcu ustalone. Trzeba było wielu prób, ale w końcu system 2 kapitanów sprawdził się, z Tomem i Jackiem jako kapitanami.

Gra zaczyna się i zespół Jacka rzuca pierwszy. Zespół Toma zaczyna dobrze, ale potem załamuje się i kończy z wynikiem 56 z 10 „overs”, co może być całkiem w porządku sumą. Zespół Jacka zaczyna „batting” i ma straszny początek 8/15 z 5 „overs”. Jack staje w „crease” i tworzy dobrą spółkę z Maxem; teraz potrzebują oni tylko 6 z ostatniego „over”. Max uderza, ale nie może trafić w pierwsze 4 piłki; wszyscy są teraz nerwowi. Max w końcu trafia jedną i obaj biegną. Tom łapie piłkę i rzuca w słupki w czasie, gdy Maks jest zdecydowanie poza swoją „crease”. Pozostała jedna piłka i Jack uderza, a oni jeszcze wciąż potrzebują 6 runów, by wygrać. Bowler wchodzi i robi pełny rzut, Jack trafia i wygląda na to że będzie szóstka, ale ktoś to łapie. Z powodu niejasnej granicy boiska trudno powiedzieć, czy złapał on piłkę ponad granicą. Wszyscy teraz pytają arbitra, który odpowiada: „A co się stało?” Po wielkiej dyskusji wynik gry zostaje ustalony jako remisowy. Następnego dnia w szkole wczorajsza gra zostanie uznana za najlepszy mecz przez ludzi z obu zespołów.

 

30 lat później

 

“Czy juz dojeżdżamy?” zapytał James. “Prawie” odpowiedział Tom, podczas kiedy mknęli po autostradzie zbliżając się do końca długiej jazdy z Melbourne.

“Czy już dojeżdżamy?” zapytał Mitch. “Prawie” odpowiedział Jack, kiedy zjechali z autostrady na tę samą drogę co Tom i James.

Dwa samochody zatrzymały się tuż przed przeprawą przez rzekę. “Hej, Tom” zawołał Jack. Tom ogląda się i natychmiast wyskakuje z samochodu by powitać Jacka. Dwaj chłopcy, James i Mitch też wyskakują. “Nie mogę się doczekać meczu krykieta” mówi James. “Yeah, mój tatuś mówił, że to jest najlepsze boisko” odpowiedział Mitch. A potem chłopcy idą i rozgladają sie dookoła.

“Dobrze jest być z powrotem” mówi Tom. “Yeah, rzeka wydaje się szersza, niż pamiętam”, odpowiada Jack. “Prawda” zgadza się Tom. “ Pamiętam brzegi rozlatujące się, ale nie myślałem, że to było takie znaczące.” “Co to jest Zatoka Murray” wrzeszczy Mitch. “Co, Zatoka Murray” odkrzykujaTom i Jack . “Tak” odpowiadają obaj chłopcy. Tom i Jack podchodzą i widzą duży urzędowy, ale tymczasowo wyglądający znak z napisem “Zatoka Murray ”. Patrzą jeden na drugiego niepewnie. Samochody jadące z przeciwka włączaja przy nich kierunkowskazy jak gdyby o czymś dawały znać. Jadą mijając znak identyczny do tego przy rzece ze słowami “Zatoka Murray”. Są znaki ostrzegające ich, że droga właśnie się kończy. Nie wierzyli w to aż, jak mówią, zobaczyli barykady. Zatrzymują samochody i wyskakują i znowu widzą znak „Zatoka Murray”.

Ktoś w oficjalnym mundurze podchodzi do nich i pyta, czy wszystko w porządku. Odpowiadają pozytywnie, ale pytają ”dlaczego droga jest zamknięta”; on mówi „nie słyszeliście”. Tom jasno mówi “nie”. Człowiek odpowiada „Cóż, jest wielka powódź w okolicy. A ubiegłej nocy zostaliśmy obudzeni przez wodę i wtedy nagle cały obszar był pod wodą. Jeszcze musimy stwierdzić przyczynę, a także jak wielki jest dotknięty obszar. Na razie właśnie zamykamy ten teren i niestety będziesz musiał zawrócić.”

Zawracają i wynajmują pokój na noc. Później tego wieczora w wiadomościach pojawia się nagłówek “POLARNE CZAPY LODOWE TOPNIEJĄ”. I wtedy wyskakuje ta Mapa:

map

“To, co na początku braliśmy za przejściową powódź zostało stwierdzone jako [efekt] topnienia polarnych czap lodowych. To spowodowało masywne podniesienie poziomu morza, które pochłonęło dużo Australii włącznie z miastami takimi jak Renmark i port Adelajde. Nowe morza w Australii zostały nazwane “Zatoka Murray” i “Morze Artezyjskie”. To jest wszystko na teraz, bardziej szczegółowe sprawozdanie zostanie nadane później.”

Wszyscy w pokoju są ogłupieni i rozgladają się dookoła oniemiali. Tom jeszcze raz mówi “woda i krykiet nie dają się pogodzić”, na co Jack zgadza się ostrożnie.

 

– Elijah / Footscray City College Substation

Co by było, gdyby…?

To był zwykły dzień. Przynajmniej przez większość czasu myślałam, że to będzie dzień jak codzień… A potem zdałam sobie sprawę, jak bardzo się myliłam.
Jesteście pewnie ciekawi, kim jestem. Mam na imię Kate i mam 16 lat. Jeszcze kilka dni temu wiodłam zwyczajne życie, ale od wczoraj wszystko się zmieniło.

Wstałam jak zwykle o 7.00 rano, ubrałam się i poszłam do szkoły. Miałam francuski, matematykę i chemię. Nic ciekawego.
A potem poszłam na angielski (wiem, zaczyna się nieciekawie), ale kiedy weszłam do klasy, aż mnie zatkało i szczęka mi opadła ze zdziwienia.
Znalazłam się w środku dżungli. Tak, dobrze słyszeliście, w klasie rosły drzewa i pięły się po nich inne rośliny. Spytałam sama siebie, czy to aby nasza klasa?
Nagle usłyszałam w pobliżu zdziwiony głos. Odwróciłam się i zobaczyłam moją najlepszą przyjaciółkę Lucie. Przynajmniej nie byłam sama w tych dziwnych okolicznościach.
– Co tu się dzieje? – spytała cienkim głosem.

– Wierz mi, Lucie, sama chciałabym to wiedzieć – przyznałam. – Nie mam bladego pojęcia.

– I co teraz? Może po prostu wyjdziemy stąd? – spytała.
Dobry pomysł. Było tak gorąco i wigotno, że nie mogłam się skoncentrować. Powiedziałam sobie: „Tylko bez paniki. Skoro jakoś się tu dostałam (to z pewnością nie była nasza szkoła), to pewnie się i wydostanę. Muszę tylko wymyślić, w jaki sposób”. Zaś na głos powiedziałam:

– Nie wiem, czy to coś da, ale spróbujmy.
Owszem, spróbowałyśmy się wycofać, ale czekało nas kolejne zaskoczenie: cała szkoła była porośnięta roślinnością. Szybko wróciłyśmy do klasy, lub do miejsca, które było naszą klasą.

– I co teraz?

– Nie możemy tu siedzieć załamując ręce. Zobaczmy, jak wygląda sytuacja – powiedziałam, starając się sprawiać wrażenie, jakbym nie traciła głowy.

Przedarłyśmy się wzdłuż wysokich zarośli, tam gdzie powinna być ściana, w stronę, gdzie kiedyś było okno, a teraz rosły tam olbrzymie pnącza. Poszłam za głosem instynktu i odsunęłam rośliny, żeby zobaczyć, co jest dalej. Ku naszemu zaskoczeniu spoglądałyśmy teraz przez okno, owszem, okno w środku dżungli. Spojrzałyśmy po sobie ze zdziwieniem. Zdziwiłyśmy się jeszcze bardziej, kiedy nagle usłyszałyśmy dziwny hałas.
– Cz…czy słyszaś to? Ten przerażający ryk?

Pewnie, że słyszałam. Nie dało się go nie usłyszeć.

– Tam, za oknem.

Wyjrzałyśmy na zewnątrz, ale nic nie zobaczyłyśmy… jednak coś tam przecież było… Okolica wyglądała znajomo. Kiedy wyjrzałyśmy ponownie, to znów była nasza szkoła, znacznie bardziej zielona, porośnięta bujną roślinnością, jak nasza dawna klasa, ale miała strukturę naszej szkoły.

– Jak to możliwe? – wyszeptałam.

– Jeśli to nasza szkoła… – zaczęła Lucie, ale nie skończyła zdania.

Tuż przed nami było coś… Czegoś takiego nie widziałam jeszcze nigdy w życiu. To było… Ciężko mi to nawet opisać. Skrzyżowanie tygrysa o długich kłach z pancernikiem. Przestraszyłam się, ale z ulgą stwierdziłam, że dzieli nas od tej bestii szyba okienna.
Rzuciłam się do ucieczki przez ścianę zieleni. Wpadałam w coraz większą panikę, tak jak Lucie. Usłyszałyśmy, jak pazury szorują po pniach i murze, wydając ostry, przerażający dźwięk. Włosy stanęły mi dęba. Co robić?

– Kate, musimy wrócić.

– Tak, musimy wrócić do naszego wymiaru czasu.

Kiedy zjawił się ten potwór, przemknęło mi przez głowę, że byłyśmy w naszej szkole, ale z pewnością w dalekiej przyszłości… Wiem, że to brzmi dziwnie, ale tak musiało być.

– Co takiego? – zdziwiła się Lucie.

Próbowałam jej to wyjaśnić:

– Wygląda na to, że jesteśmy w przyszłości. Nie ma innego wytłumaczenia. Przeszłyśmy przez drzwi, które okazały się portalem do podróży w czasie.

– Żartujesz?

– Niestety, nie.

– Jak wrócimy do naszych czasów?

W tym momencie usłyszałyśmy hałas i spostrzegłyśmy z przerażeniem, że potwór już przedarł się przez chaszcze i mur. Teraz pędził z przyprawiającym o dreszcze rykiem prosto na nas. To, co nastąpiło, działo się jakby na zwolnionych obrotach. Chwyciłam Lucie za ramię i pociągnęłam za drzwi, tuż przed nosem potwora. Czułam na karku jego ciepły oddech. I wtedy nagle wszystko zniknęło. Nie było roślin, bestii. Znów byłyśmy w naszej szkole, w naszych czasach.
– Jak to zrobiłaś? – spytała Lucie.

– Przypomniałam sobie, że zanim się to wszystko zaczęło, zastanawiałam się, jak ta szkoła będzie wyglądać za 50 lat. I oto przyszła odpowiedź. Rośliny i zwierzęta przejmą to miejsce, a ich spokój będzie mógł zburzyć tylko człowiek. Ale myślałam o tym w naszych czasach i spytałam sama siebie, co by było, gdyby nas już tam nie było. I wtedy wyszłam za drzwi.
– Możesz się więc przenosić w czasie, zadając sobie pytanie: co by było, gdyby…?

– Na to wygląda.

– Całe szczęście, że zadałaś sobie to kluczowe pytanie.

Klasa

Wjeżdżając na szkolne podwórze cieszyłem się z pięknej pogody. Zapinałem rower i nie mogłem się już doczekać lekcji angielskiego. Dziś piątek. Mogłem pospać dłużej, bo odwołano nam dwie pierwsze lekcje. Przede mną cztery godziny lekcyjne i wspaniały weekend. Witam się z kolegami przy wejściu do szkoły i pogrążony w myślach, co też będę porabiał w ten weekend, wchodzę do klasy. Wtem zdaję sobie sprawę, że jest jakoś inaczej. Pachnie dziwnie, prawie jak w lesie. Rozglądam się wokoło i już wiem, dlaczego. Wszędzie są rośliny, pną się po ścianach, na podłodze korzenie, gdzieniegdzie mech, ptak wlatuje przez wybite okno. Nie wierząc własnym oczom robię krok naprzód i słyszę trzask. Stanąłem na linijkę, którą zostawiłem wczoraj w klasie. Schylam się, żeby ją podnieść i z poruszeniem przyglądam się jej pęknięciu.

Mój mózg zaczyna myśleć racjonalnie, więc mówię sobie, że musi być jakieś logiczne wytłumaczenie całej tej sytuacji. To nie sen, więc wychodzę z sali i z niedowierzaniem zauważam, że zatłoczony jeszcze przed chwilą korytarz jest pusty i wygląda tak samo jak klasa, z której wyszedłem. Jakby od dawna nie stanęła tam ludzka stopa.

Już wiem! To żart! Nie taki zwyczajny, tylko profesjonalnie przygotowany. Szukam wzrokiem kamer, ale żadnej nie znajduję. „Dziwne” – mówię sam do siebie, słysząc dobiegający gdzieś z kąta hałas przypominający śpiew. Zbliża się. Nie wiem, czego się spodziewać, więc chowam się we wnęce w ścianie, czekając, co się wydarzy. Źródło hałasu przybliża się. W końcu moim oczom ukazuje się starszy mężczyzna, na oko sześćdziesięcioletni, z brodą jak u świętego Mikołaja i krótkimi siwymi włosami. Stwierdzam, że nic mi nie grozi, więc wychodzę z wnęki. Mężczyzna odwraca się powoli w moją stronę i zaskoczony taksuje mnie wzrokiem od stóp do głów. „Dziś nie ma lekcji, stary” – mówi do mnie i odwraca się z tak głośnym śmiechem, jakby nie miał okazji tak się uśmiać od bardzo dawna.

Zdaję sobie sprawę, że to może być dla mnie jedyna szansa, żeby dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. Biegnę więc za nim i pytam go: „Dlaczego? Co tu się dzieje? Gdzie są wszyscy?”. A on, nie zatrzymując się, odpowiada: „Nie wiem, gdzie są wszyscy. Ale wiem, że w tym budynku od 25 lat nie było żadnego ucznia – po chwili dodaje – z wyjątkiem ciebie”.

Tłumaczę mu: „To niemożliwe. Byłem tu wczoraj”.

Mężczyzna odwraca się nagle, spogląda na mnie i mówi: “Chwila. Pamiętam cię. Jesteś tym chłopcem, który zaginął 35 lat temu”.

Manuel Plonsky

Obserwacje pogodowe z 1 kwietnia 2015

SINGAPUR, SINGAPUR

Kiedy wstaliśmy, spojrzeliśmy w błękitne niebo.

Wyszliśmy na zewnątrz i rozkoszowaliśmy się upałem na naszej skórze.

Byliśmy wdzięczni za każdą białą chmurkę, która rzucała trochę cienia. Im później się robiło, tym bardziej się ściemniało. Po kilku godzinach jasny błękit ustąpiła ciemnej szarości. Czuliśmy, jak robi się coraz bardziej przytłaczająco i wilgotno. Wielka ulewa, raczej krótka, próbowała ostudzić powietrze. Daremnie. Na horyzoncie dało się dostrzec jaskrawe błyskawice rzucające światło, po których następował głośny grzmot. Gwałtowna burza wywołała trochę poruszenia w spokojnej okolicy, ale po pół godzinie odeszła. Wieczorem już tylko miła ciepła bryza poruszała liśćmi palm i strącała z nich ostatnie krople wody.

(Kim Burkart)

DAHAB, EGIPT

Dzień na rafie Blue Hole – z rybiej perspektywy

O poranku obudziła mnie torba plastikowa, która przykryła wejście do mojej rozpadliny. W tej małej szczelinie w rafie spędzam każdą noc. Jeszcze kilka tygodni temu mieszkałam w większej rozpadlinie, bardziej na północ, ale zniszczyli ją nurkowie. Wiele domów moich przyjaciół zostało zniszczonych przez butle z tlenem i płetwy. Ilość wolnych szczelin mieszkalnych zaczyna się z wolna kurczyć…

Ale wróćmy do tej torby plastikowej. Takie torby o poranku mogą oznaczać dwie rzeczy: silny pływ, który przynosi na naszą rafę plastik z innych części Morza Czerwonego albo silny wiatr na powierzchni wody, który zgarnia do morza śmieci z ulic Dahab. Nie jest to najczystsze miasto. Podobno nie jest w nim aż tak źle, jak w innych miejscach, o których słyszałam, ale śmieci są tam wszędzie. Wiatr odgrywa tu wielką rolę w życiu ludzi. Kiedy jest wietrznie, rybacy nie mogą wypływać na pełne morze, bo fale są zbyt wysokie dla małych łodzi, nurkowie nie mogą popłynąć nurkować w każde miejsce, bo przy wysokich falach ciężko się wsiada na łódź, zaś uliczni sprzedawcy muszą biegać, żeby łapać swoje odfruwające towary. Tylko Kitesurferzy na swoich łodziach cieszą się z silnego wiatru. Ale tu, na naszej rafie, nie ma ich zbyt wielu. Trzymają się raczej bliżej hoteli. Blue Hole – mój dom – leży około pół godziny drogi od Dahab i sąsiadują z nim z jednej strony góra Synaj, a z drugiej morze. Mimo iż jest to najbardziej niebezpieczne miejsce do nurkowania na świecie i z każdym rokiem rośnie ilość ofiar śmiertelnych, nurkujących jest tu bez liku. Nurkowie nie przeszkadzają mi zbytnio, o ile trzymają się z dala od rafy i nie pozostawiają po sobie nic poza bańkami powietrza.

Jak już mówiłam, dzień jest bardzo wietrzny. Pod powierzchnią czuć, że woda jest zmącona. Wielu spośród moich przyjaciół żywiących się planktonem uwielbia taką pogodę. Fale i prąd przynoszą pokarm bliżej rafy, więc jest więcej świeżego jedzenia. Ja żywię się koralami, a ponieważ one jedzą plankton, mnie też cieszy odrobina wiatru. Ale wiatr oznacza też więcej nurków na Blue Hole. Dostęp do rafy jest osłonięty od morza i łatwy niezależnie od pogody. To sprawia, że rafa jest jedynym dobrym miejscem do nurkowania przy takim wietrze. Najczęściej nurkowie zachowują odległość i tylko przepływają nad nami. Ale niektórzy z nich zahaczają o koralowce i niszczą je w ten sposób. Najgorsi są nurkowie z większą ilością butli, bo niszczą rafę butlami przyczepionymi do brzucha. Trójka moich przyjaciół straciła w ten sposób swój dom.

Około południa słońce zdecydowało się wyjść i wiatr zelżał nieco. Jednak skutki wietrznej nocy były wciąż widoczne: torby plastikowe, puste puszki i opakowania wirowały w wodzie. Słońce rzucało promyki na plastik unoszący się nad naszą rafą i odnaleźć trochę piękna w tym smutnym widoku. I choć odbity blask dodawał śmieciom uroku, wiedziałam, że tak naprawdę w plastiku nie kryje się nic magicznego. Pewnie w ciągu następnych tygodni plastik zabije któregoś z moich przyjaciół.

Po krótkiej, pełnej słońca przerwie wiatr znów zaczął hulać po morzu. Około piętnastej pojawiła się drużyna Reef Checkers. To grupa nurków, którzy co roku wracają na naszą rafę, żeby badać jej kondycję. Rozwieszają nad rafą sznur i opisują wszystko, co znajduje się do określonej odległości od niego: ilość i gatunki ryb, bezkręgowców, stan podłoża, ilość zniszczonych korali itd. Ponoć zebrane tutaj dane pomagają ludziom lepiej zrozumieć rafy świata. Ludzie chcą wiedzieć, jak przez lata zmienia się rafa i znaleźć przyczyny problemów. Nie sądzę, żeby długo trzeba było szukać odpowiedzi. Naszym przekleństwem i przyczyną wszystkich naszych problemów są ludzie. Radzimy sobie ze sztormami, potopami i atakami koron cierniowych. Trudniej nam odzyskać siły nadwątlone przez nurków, którzy płetwami mącą piasek. Ten osadza się na koralach i dusi je. I jeszcze zostaje plastik, któremu potrzeba lat, żeby się rozłożyć. Plastik nie znika sam, w magiczny sposób. Wciąż jest go pełno. Tylko że nie widać go już gołym okiem. Moja przyjaciółka żółwica opowiadała mi o Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci. To ogromny obszar wypełniony ludzkimi śmieciami. Wiele sióstr i braci mojej przyjaciółki straciło życie, próbując umknąć plastikowej dżungli.

Mimo wszystko szanuję wysiłki drużyny Reef Checkers. Dzięki nim wiemy, że przynajmniej niektórzy ludzie przejmują się naszą sytuacją i chcą nam pomóc. Dziś zostaną wynagrodzeni widokiem młodego rekina wielorybiego. Przybył tu, żeby się najeść do syta planktonem naniesionym przez wiatr. Widzę poruszenie i radość wśród nurków i uśmiecham się do siebie. Gdyby tylko wiedzieli, jakie jeszcze rzadkie zwierzęta skrywa ta rafa.

Pozostała część dnia upływa spokojnie. Nie niepokoją mnie już nurkujący ludzie. Martwi mnie tylko murena falista kilka korali dalej, która od dłuższego czasu bacznie mi się przygląda. Wracam do mojej szczeliny z myślą, że mimo plastiku to był dobry dzień na mojej rafie.

(Silke Müller)

Kwiat samotności

Przełożyła Marta Dziurosz

flower

1. Houyi

W tamtych czasach wszechświat dzielił się na dwie części – Ziemię, gdzie żyli śmiertelnicy, i Niebiosa, nad którymi panowali nieśmiertelni. W tamtych czasach góry były szkarłatne, a morze falowało kolorem krwi. W tamtych czasach na lądzie tłoczyło się tyle zwierząt, że ludzie musieli walczyć o miejsce dla siebie. W tamtych czasach największym przymiotem był talent strzelecki. To w tamtych czasach, dawno temu, na czerwonej ziemi żył znakomity łucznik o imieniu Houyi.

Z wielkim łukiem na ramieniu Houyi spieszy po dzikiej trawie jak lampart mknący przez las. Zmierza do wioski o nazwie Biały Słoń, żeby pomóc mieszkańcom pozabijać mięsożerne wilki, które porwały niedawno kilkoro niemowląt i zostawiły ślady krwi na ścieżce do lasu. Żadne zwierzę, czy to wilk, byk czy lew, nie prześcignie jego strzał. Houyi jest najwybitniejszym w królestwie mistrzem łucznictwa.

Słońce praży nad sosnami, a pod nimi Houyi poci się jak młody buhaj. Obmywa twarz w strumieniu u podnóży wzgórz, pije czystą, słodką górską wodę. Gryzie kwaśny owoc dzikiej gruszy, wypluwa twardą skórkę na buty z trawy. Jest wybuchowym mężczyzną; jego świeża, bujna broda powiewa na wietrze. Nawet tygrysy, wystraszone, umykają przed nim i wielkim srebrnym łukiem, który nosi wraz ze strzałami na plecach.

Pewnego jesiennego popołudnia, kiedy upał już zelżał, udaje mu się zastrzelić trzy wilki w lesie. Dwa giną od razu, jeden jest ranny – zostanie złożony w jesiennej ofierze. Mieszkańcy wioski sławią bohatera. Niektórzy wyrażają wdzięczność darami: ziarnem, rybami, wędzoną wieprzowiną. Houyi opuszcza wioskę obładowany jedzeniem, z wielkim łukiem na ramieniu.

Jego młoda żona, Chang’e, jest sama w domu. Zbiera jedwab z kokonów, żeby utkać zimowe ubrania dla męża. Od ślubu czuje się samotna i zmarniała, choć ma tylko piętnaście lat. Houyi jest ledwie trzy lata starszy od niej, ale wciąż przebywa poza domem – to dziki człowiek, który uwielbia wojować z naturą. Skoro doścignął i zdobył Chang’e, nie musi robić nic więcej. Nie myśli o miłości, całymi dniami poluje na leśne zwierzęta. Jego młoda żona nie ma przy sobie nikogo. Przed ich domem rośnie wiekowa magnolia. Chang’e często przygląda się jej grubym liściom i wielkim białym kwiatom. Czuje się jak niemy, słaby płatek magnolii, czeka, aż upływające pory roku złożą ją w ziemi; jednak sama jest nieważka i bezsilna.

Łucznik Houyi co noc zasypia tuż po wieczerzy. Oddycha mocno i głęboko, ale leżąc u jego boku Chang’e czuje, jak jej zastygłe życie zmierza ku powolnej śmierci. Widzi jej zarys, kiedy kładzie się przy krzepkim ciele męża. Zarys śmierci rośnie niczym plama tuszu i wsiąka w pustą przestrzeń, i w końcu pochłania wszystko, co widoczne, aż zostaje tylko ciemność.

 

2. Chang’e

Przed ślubem Chang’e pracowała jako zbieraczka kwiatów w królewskim pałacu. Król był bardzo stary. Jego kraj leżał na południu imperium Han, na terenach, o które nieustannie walczyły miejscowe plemiona. Skończywszy dwanaście lat Chang’e została służącą jednej z żon króla i musiała zajmować się ogrodem, w którym rosły trzy jaśminowce. Jej zadaniem było zbieranie białych pąków jaśminu i moczenie ich w jadeitowym słoju z cukrem i lodem. Po kilku dniach żona króla wypijała słodzoną herbatę jaśminową, którą leczyła słabe płuca.

Każdy kwiat jaśminowca w tym ogrodzie miał tylko jeden płatek – biały płatek w kształcie serca. Wszystkie były bardzo delikatne. Przy najlżejszym powiewie wiatru opadały z drzew jak śnieg. Chang’e musiała je zbierać, zanim zerwał się wiatr. Jej młode serce dzień w dzień znosiło monotonię tego nudnego życia.

Pewnego dnia wyszła z pałacu, żeby kupić na targu cukier, i wpadła na przystojnego siłacza z wielkim srebrnym łukiem. Chang’e i Houyi zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Wkrótce opuściła królewski ogród jaśminowy i poślubiła wielkiego łucznika. Jako młoda żona Chang’e hoduje jedwabniki pod morwami, gotuje ryż i zupę na stercie drewnianych szczap, pierze ubrania w pobliskiej rzece. Wie, że łucznik ją kocha, ale jej samotne serce błąka się w pustej piersi. Czuje do niego miłość, ale ta miłość blednie po trochu z nocy na noc, kiedy Houyi śpi. Chang’e nie wie już, po co żyje. Ma wrażenie, że wróciła do jaśminowego ogrodu starego króla, że w tym samym palącym słońcu unosi zmęczone ramiona i zbiera wszystkie delikatne płatki, bez celu.

 

3. Wu Gang

W tamtych czasach nad wielkim chińskim firmamentem były Niebiosa, dom wszystkich nieśmiertelnych. Cesarz Niebios decydował, kto może tam mieszkać, a kto nie.

Jednak w wypadku Wu Ganga porywczy Cesarz Niebios podjął inną decyzję. Przeznaczony mu był wieczny pobyt w otchłani między światem nieśmiertelnych i śmiertelników. Wu Gang został wartownikiem przy Południowej Bramie Niebios – jedynym przejściu z Ziemi do Niebios.

Nieruchomy, otępiały Wu Gang tkwi przy Południowej Bramie Niebios, wspominając chwile z życia na Ziemi. Był niegdyś drwalem w lesie bambusowym, zadowolonym ze swojego losu. Cesarz Niebios z jakiegoś powodu uznał, że Wu Gang jest niezwykły – że to najbardziej ufny człowiek na świecie. Największy Umysł postanowił więc, że Wu Gang będzie strzegł bramy Niebios. Od tej pory Wu Gang żyje w próżni. Tęskni za krajem rodzinnym i ścinaniem twardego bambusa prawdziwym toporem, lepszym niż to niebiańskie narzędzie, które musi dzierżyć. Tęskni za zapachem ziemi po burzy i szumem rzeki płynącej za jego chatą. Teraz jest w zawieszeniu, w przestrzeni pomiędzy, w pozbawionej życia strefie, gdzie kończy się Ziemia, a zaczynają niedosiężone Niebiosa. W jego świecie nie ma dźwięków, kolorów ani ciężaru. Solidny kształt ma tylko topór Wu Ganga, a także – być może – jego ciało. Widzi je, ale nie czuje własnej wagi. Ludzie, którzy z wyboru Cesarza Niebios zostali nieśmiertelnymi, przechodzą tylko przez bramę Wu Ganga. Nikt nigdy się nie zatrzymał, żeby porozmawiać z nim lub powspominać, a poza tym przy bramie nie ma miejsca, gdzie można byłoby odpocząć. Wu Gang mieszka w podmuchu wiatru, z którego może tylko przyglądać się Ziemi przez zwiewne smugi obłoków. Jest najbardziej samotną istotą we wszechświecie.

Pewnego dnia Wu Gang dostrzega przez głębokie warstwy chmur piękną Chang’e przy jaśminowcu w ogrodzie króla. Kwiecie jaśminu opada na wietrze jak śnieg. Chang’e stoi pod drzewem i przygląda się wirującym dookoła niej płatkom. Promienie słońca pieszczą jej włosy i szyję. Olśniony jej delikatną urodą wartownik zaczyna mamrotać pod nosem. Pragnie być jej towarzyszem, opiekować się nią, tulić ją w ramionach przez resztę życia. Ale jak? Nie jest już mężczyzną z krwi i kości, lecz tylko na wpół człowiekiem, na wpół duchem, jest bezcielesny i ulotny.

Wu Gang codziennie obserwuje ogród jaśminowy z wysokiej, odległej Południowej Bramy Niebios. Samotny mężczyzna opiera się o bramę z prostym toporem w ręce, a jego niby-życie wydaje się nieco mniej puste, aż pewnego dnia Chang’e znika z ogrodu. Wu Gang rozgląda się za nią na wpół ludzkimi oczami, ale jego wzrok traci swoją moc w zatłoczonym świecie ludzi. Nie widzi nawet śladu po niej wśród smogu, deszczu i dymu, wśród pleców na targu, stóp na mostach, kapeluszy na polach. Z przygnębieniem myśli, że na pewno została na Ziemi czyjąś żoną i mieszka teraz pod dachem, gotuje dla rodziny. Od myśli o takim życiu jego serce staje się jeszcze zimniejsze, a Ziemia rozmywa mu się przed oczami. Z samotności jego serce twardnieje niczym granit; nie potrafi już poczuć czułości, która go kiedyś ogarnęła. Płyną dnie, mijają noce. Wu Gang wyczuwa coś smutnego w świecie poniżej, ale smutek ten gubi się w rzadkim powietrzu, a on sam przestaje rozpoznawać ludzkie emocje.

 

4. Najgorętszy dzień

Pewnego dnia na Ziemi robi się nieznośnie gorąco. Jest tak upalnie, że wzgórza na pustyni Gobi płoną niczym wulkany. Lasy bambusowe na półkuli południowej schną i marnieją od braku wody, z lasów sosnowych na północy zostaje czarny popiół. Tego dnia nawet stary król wydaje ostatnie tchnienie. Kiedy ludzie dowiadują się, że stary władca zmarł, po całym królestwie niesie się okrzyk rozpaczy.

Jednak łucznik Houyi podnosi ciemne oczy w stronę nieba. Przeszywa je wzrokiem jak strzałą. Przez szybujące chmury i bezkształtny wiatr widzi na niebie siedem słońc. W czasach z prastarej legendy Ptak Niebios został przeobrażony w prażące słońce, które miało oświetlać Ziemię. Żyło wtedy siedem Ptaków Niebios – zabawek największego Cesarza Niebios. W tamtych czasach każdemu z nich wolno było opuścić Niebieskie Cesarstwo tylko co siedem dni. Ale w ten najgorętszy dzień słońca wymykają się swojemu panu i pojawiają na niebie razem, nieświadome szkody, którą wyrządzają Ziemi. Nie mogąc już powściągnąć gniewu, wielki łucznik Houyi z wściekłością wyciąga z kołczana ze skóry lamparta sześć srebrnych strzał i zakłada jedną z nich na cięciwę. Raz po raz ze świstem zestrzeliwuje sześć słońc sześcioma lśniącymi srebrnymi strzałami!

Pustynne wzgórza nagle przestają płonąć, lasy bambusowe na południu natychmiast zalewa deszcz, a pożar wśród sosen stopniowo gaśnie. Przerażenie mieszkańców pól ustępuje; tygrysy i lwy wychodzą z głębokich jaskiń i znów wędrują po równinach.

Następnego dnia ludzie jednogłośnie postanawiają obwołać wielkiego łucznika nowym królem. Houyi wprowadza się z Chang’e do pałacu starego króla. Chang’e wraca oto do jaśminowego ogrodu z kwiatami o jednym płatku, gdzie wszystkie drzewa należą teraz do niej, a cała służba jest jej służbą. Nie szykuje już słodzonej herbaty jaśminowej dla innej kobiety; zamiast tego król Houyi poleca magom oraz zielarzom z całego kraju wyszukać rzadkie zioła i sporządzić z nich eliksir długowieczności. Znawcy od wieków próbują odkryć tajemnicę przepisu na tę miksturę, ale bez powodzenia. Mimo to każdy nowy król rozkazuje poddanym stworzyć ten magiczny środek. Wielki łucznik chce być nieśmiertelny, tak jak wszyscy poprzedni władcy.

Jednak Cesarz Niebios wpada w szał. Nie dość, że ten nowy król zabił sześć jego ulubionych ptaków, ale jest na tyle bezczelny, że chce osiągnąć nieśmiertelność! Jak on śmie! Cesarz Niebios zastanawia się, jak go ukarać. W Niebiosach istnieją cztery poziomy kary. Najlżejszą jest Smutek, a potem Strach. Trzeci poziom to Samotność. Najokrutniejszą karą ze wszystkich jest całkowita Rozpacz. Porywczy i okrutny Cesarz Niebios postanawia, że nowy król Houyi zasługuje na najcięższą z nich. Houyi zostaje więc najbardziej zrozpaczonym człowiekiem na ziemi. Nie widzi dla siebie żadnej przyszłości, nie ufa nikomu w królestwie, nie wierzy w miłość i w każdej wolnej chwili myśli o śmierci.

Leżąc co noc u boku nowego króla, Chang’e wdycha jego rozpaczliwe oddechy i tak jak wcześniej w każdym westchnieniu jawią się jej ich ciała gnijące w zapieczętowanym grobowcu, kości rozkładające się w korzeniach roślin. Tusz śmierci wsiąka w noc, całkowicie zaczerniając ich życie. Chang’e się boi – boi się przyszłości naznaczonej nieubłaganym losem. Pewnej nocy wstaje, kradnie klucz z szaty męża i wchodzi do pałacu, gdzie mędrcy tworzą eliksir długowieczności. Znajduje wielki jadeitowy słój, podnosi z wahaniem pokrywę i czuje zapach gorzkich korzonków. Zanosi połyskujący płyn z powrotem do komnaty. Następnej nocy wychodzi z łóżka i znów zabiera, ile tylko potrafi. Po trzystu sześćdziesięciu sześciu dniach i nocach jej zadanie jest ukończone. Ma w dłoni esencję nieśmiertelności. Staje pod jaśminowcem z kwiatami o jednym płatku i wypija drogocenny eliksir, podczas gdy Houyi pogrążony jest we śnie i w smutku. Zanim kogut obwieszcza świt, Chang’e czuje, że zaczyna się unosić – leci, leci i leci. Przebywa Południową Bramę Niebios, przy której Wu Gang jeszcze śpi, i dostaje się do krainy świecącego księżyca.

 

5. Księżyc

Cesarz Niebios znów jest rozgniewany. Chce ukarać Wu Ganga za zaniedbanie pracy, za to, że pozwolił ludzkiej istocie wejść do świata nieśmiertelnych. Wielki Porywczy Umysł postanawia zatem odebrać Wu Gangowi jego zadanie i obarczyć go największym Smutkiem. Wysyła Wu Ganga na księżyc, aby tam ściął drzewo cynamonowe. Oto jak zadaje mu karę Smutku: kiedy tylko Wu Gang kończy ścinać drzewo, ono odrasta, jeszcze mocniejsze i grubsze. Jego kara nie ma końca.

Wu Gang chce tylko jednego: zostać znów śmiertelnikiem, wrócić na ziemię, być prawdziwym człowiekiem. Kiedy jednak unosi topór nad samotnym cynamonowcem w srebrnym świecie, odkrywa inną istotę ludzką – Chang’e, przepiękną dziewczynę, którą tyle lat wcześniej zobaczył w jaśminowym ogrodzie. Jej widok ożywia jego serce mglistym uczuciem, ponieważ jeszcze nigdy nie widział równie samotnej twarzy; chwyta go za serce, które jednak uschło z braku miłości. Wu Gang usiłuje sobie przypomnieć, co czuł do ludzi żyjąc na Ziemi. Próbuje rozpoznać Chang’e i jej ludzkie emocje – wątłe ciało, które chroni jej serce. W pozbawione cienia dni i noce na księżycu Wu Gang próbuje obudzić w sobie uczucia, nieustannie ścinając uparte drzewo. Może nie jest już najsmutniejszym człowiekiem we wszechświecie. Jest z Chang’e, odzwierciedleniem jedynego rozpoznawalnego ludzkiego uczucia, które wciąż się w nim tli. Ale gdy liście cynamonowca opadają raz po raz na jej włosy, przeobraża się ona w uosobienie samotności. Jej dusza jest bezdomna. W swoim bezkształcie pojmuje, że od ziemi dzieli ją otchłań, i że musi pogodzić się z ową absolutną samotnością, ponieważ śmierć nie jest jej już pisana.

Obraz Ziemi zaciera się w myślach Wu Ganga i nie pozostaje mu nic innego, jak tylko dzień w dzień ścinać drzewo cynamonowe. Jest wycieńczony, zalewa go pot. Ciepłą glebę na Ziemi zrasza deszcz – pot pracującego człowieka. Król Houyi staje pod jaśminowcem i spogląda w ciemne niebo; wzrokiem wytrawnego łucznika dostrzega na księżycu dwie ludzkie sylwetki. Czuje, że deszcze na Ziemi biorą się z tego srebrnego miejsca.

Każdej księżycowej nocy pod nieobecność Chang’e zrozpaczony król Houyi chodzi w milczeniu po uschniętych kwiatach o jednym płatku, pogrzebanych głęboko w ziemi. Przygląda się księżycowi i tęskni za swoją zaginioną towarzyszką w otchłani absolutnej samotności.

Marta Dziurosz has been an English<>Polish translator and interpreter for eight years. During this time almost twenty books in her translation have been published and she has interpreted during hundreds of hours of seminars and lectures. Her website can be found at martadziurosz.com and she tweets at @MartaDziurosz.