Być może ostatnia szansa na współistnienie w większej bliskości

Wywiad z samym sobą

Mirko Bonné

 

Pytając się własnego odbicia w lustrze – lustrze mowy – podliczam i wychodzi mi, że już od ponad piętnastu miesięcy należysz do piątki autorów piszących w projekcie Weather Stations. Czy twój sposób widzenia świata uległ w tym czasie zmianie? Może sam stałeś się stacją pogodową?

 

Każdego ranka, kiedy tylko wyjrzę za okno, zwracam uwagę na pogodę – na niebo, chmury i drzewa. Drzewa, bo dzięki nim możemy dojrzeć wiatr. Jeszcze półtora roku temu doniesienia o tornadzie w Meklemburgii-Pomorzu Przednim byłyby dla mnie zadziwiające, ale nie wpłynęłyby na moją aktywność i nie zwróciłbym uwagi na to, co mówi burmistrz miasteczka Bützow – a było to coś bardzo podobnego do tego, co słyszałem w regionach Australii, gdzie ludzie już od dziesięcioleci narażeni są ekstremalne zjawiska pogodowe.

 Grauer Tag

W projekcie Weather Stations chodzi o uwrażliwienie. Ale dla ciebie to właściwie nic nowego.

 

Zmiana klimatu doskonale pasuje do współczesnego świata. Nikt nie przejmuje się czymś, czego nie da się zrozumieć ani skonsumować. Liczy się tylko to, co jest użyteczne – i to najlepiej dla mnie. W mojej młodości, za Kohla, sprzeciwialiśmy się – zmęczeni, ale zadowoleni, że jest się przeciw czemu buntować – „społeczeństwu jednorazowego użytku”, ale ani przez chwilę nie podejrzewaliśmy, że podążając moralnie nieskazitelną ścieżką, gorliwie uczestniczymy w tworzeniu świata jednorazowego użytku – tego, w którym teraz żyjemy. Oczywiście uwrażliwianie to zadanie dla piszących. Jednak piszący nigdy nie powinien dać się zaprząc do cudzego wozu. Musi pozostać wolnym koniem, jeśli trzeba – koniem kopalnianym, a najlepiej koniem i jeźdźcem naraz. Zmiana klimatu jest dla mnie także problemem językowym, ponieważ chodzi mi o sprawdzenie, czy da się ją przedstawić i opisać w formie literackiej. Projekt Weather Stations zaprowadził mnie w takie przestrzenie językowe, których sam nigdy bym nie odkrył. Siedziałem nad zatoką Chowder w Sidney z dwiema badaczkami oceanu, które opowiadały mi, jak to jest nurkować w lesie wodorostHafen Hamburgów.

 

Czy pisarze mogą przyczynić się do wyjaśnienia, wobec jakich złożonych, wielorakich wyzwań staje współczesny świat w związku ze zmianą klimatu i jej skutkami? Czy zgodziłbyś się, że może o to chodzić?

 

W czasie trwania projektu uświadomiłem sobie – i bardzo mnie to zaskoczyło – że także i w tym przypadku wszystko zależy od jednostek. Mógłbym nawet powiedzieć, że zmiana klimatu nie jest problemem ludzkości, lecz dotyka każdego z osobna. Czy to w Dublinie, Londynie, Melbourne, Poczdamie czy Sidney, w twarzach badaczy oceanów, chmur i klimatu, z którymi rozmawiałem, mogłem zauważyć to samo – zadziwienie, że rozmawiają z ludźmi, dla których język właściwie od samych podstaw znaczy coś innego.

 

Pisarz, w dodatku poeta, może mieć problem z mówieniem o języku i pisaniu w sposób abstrakcyjny i przy użyciu podstawowych pojęć. Projekt Weather Stations jako ćwiczenie z samoograniczeń?

 

Nie należy porzucać kreatywnych wątpliwości tylko dlatego, że problem wydaje się bardzo naglący. Absurdem wydaje mi się postulowanie, aby wahania i wątpliwości, opisywane od stuleci przez poetyckie umysły, odłożyć na bok, bo chodzi o rzekomo jednowymiarowe konflikty, które jakoby jedynie język nauki jest w stanie wyrazić.

 

W wielu dyskusjach panelowych mówiłeś, że w centrum debaty wokół zmiany klimatu stoi według ciebie konflikt, który jednak nie jest za taki uznawany, a nawet zostaje przemilczany.

 Gunditjmara-Mantel

Konflikt ten sięga bardzo głęboko i trudno go opisać słowami. Skutki zmiany klimatu postrzegam jako wypowiedzi Ziemi, która chciałaby postawić bariery swoim ludzkim mieszkańcom. To dialog, który wymknął się spod kontroli, pradawny konflikt, który tylko eskaluje. Człowiek przeciwko naturze – i, rzecz jasna, na odwrót. To stąd właśnie bierze się obawa wielu ludzi przed zajęciem się tym tematem. W każdym razie także i w tym sporze dla mnie liczy się przede wszystkim strona językowa.

Bo jesteś pisarzem, a nie matematykiem ani mówcą. Czy mógłbyś przybliżyć swoje stanowisko?

 

Staram się unikać wszelkiej teorii. John Keats powiedział, że każdy aksjomat filozoficzny musi zostać sprawdzony tętnem. A Günter Eich uważał, że pisanie oznacza postrzeganie świata jako języka. Wyrażenie dramatu zmiany klimatu – czy też może raczej: zaburzenia klimatu – to według mnie też problem dokładności. Nauka pretenduje do używania jak najprecyzyjniejszego języka. Natomiast dla mnie jako poety język to coś znacznie więcej niż tylko nośnik danych czy narzędzie do wyrażania znaczenia. Jest to medium zmysłowe, a więc też odczuwalne, mające swoją historię i opowieści. Język jest łącznikiem. A przy tym jest takim manipulującym monstrum! Kiedy tylko usłyszę albo przeczytam słowo „totalny”, na myśl nasuwa mi się zbrodnicza demagogia Goebbelsa. Użycie języka bardziej przypomina mi rzucanie zaklęć niż korzystanie z narzędzia. W moich oczach jest on jak niezbędna do życia tkanka łączna, czymś, co łączy mnie i wszystkich – nasz dzisiejszy świat z przeszłym światem zmarłych i przyszłym światem nienarodzonych jeszcze wnuków. Język to jedyny świat równoległy, w którego istnienie wierzę. Cudowna poezja dnia powszedniego, obecna w wielu tekstach współuczestnika projektu Weather Stations, Tony’ego Bircha z Melbourne, mówi właśnie o tym: co moje życie i życie mi współczesnych ma wspólnego z opowieściami dawnych ludzi, którzy umieli jeszcze czytać znaki ziemi i nie musieli ze strachu i niepewności wszystkiego wylewać betonem i mielić na miazgę?

 

Jakie doświadczenie w czasie udziału w projekcie Weather Stations uznałbyś za najistotniejsze dla siebie?

 Buschbrand in Victoria

Najpiękniej było zawsze, kiedy ludzie zaczynali snuć opowieści. Pogoda dawniej i pogoda dziś. Pogoda, jaką opisywał mój dziadek, pogoda, kiedy byłam młodą dziewczyną. Jeden z uczniów z Tallaght pod Dublinem opowiedział, jak w czasie ulewnych deszczów w Irlandii latem 2014 r. woda porwała dom jego dziadków. Poruszająca była wizyta w dolinie rzeki Yarry na południe od Melbourne, gdzie rozmawiałem z mieszkańcami o pożarach buszu, które spustoszyły ogromne połacie terenu. Ludzkie umiłowanie swojego sposobu życia i wiążących się z nim historii okazywało się często bardzo żywe w tych miesiącach. Myślę, że także i to zawdzięczamy językowi, który stawia na nieostrość zamiast na dokładność. Dlatego sądzę, że zmiana klimatu oznacza szansę, być może ostatnią, na współistnienie w większej bliskości.

Jakub Gluszak

Nic poza trawą

Mirko Bonné

 

Od czerwca 2012 r. prowadzę internetowy dziennik, blog poetycki, w którym zamieszczam spostrzeżenia z codziennego życia i podróży, uwagi o tym, co przeczytałem, a także pomysły na teksty i wiersze. Od lutego 2014 r., kiedy zaczął się projekt Weather Stations, moje wpisy uległy zmianie: częściej pojawiają się obserwacje pogodowe oraz opinie na temat polityki, klimatu i środowiska. Zanotowałem wiele cytatów z przeczytanych w ciągu ostatniego półtora roku książek i gazet, które wydały mi się cenne dla debaty wokół zmiany klimatu – nawet (czy może właśnie szczególnie) gdy chodzi o zdania pochodzące sprzed 20 czy wręcz 200 lat. Najważniejszym pytaniem, jakie stawia sobie poniższy wybór z mojego bloga “Das Gras” [Trawa], dotyczy jednak kwestii poetyckich, tzn. aspektu języka i świata będącego dla mnie żywą tradycją, poświęconego nie szukaniu rozwiązań i odpowiedzi, lecz będącego w swojej istocie zarówno odpowiedzią, jak i rozwiązaniem.

 

 

Wczoraj widziałem wiewiórkę i dzisiaj też, w dwóch bardzo od siebie oddalonych sadach. Oba zwierzątka podczas żerowania, oba brązowe, chociaż to dzisiejsze z szarą piersią i brzuchem. Wczorajsza hopsała na szeroko rozstawionych łapkach, jak królik z ogonem, dzisiejsza – zwinniej, nieco ptasio, skoczyła z zarośli na drzewo. Jak hałasowały, stukając i gryząc! Ich czujne, a przy tym zmyślne rzuty oka na boki. Nagłe pojawienie się zmaterializowanej, zdawałoby się znikąd wiewiórki, potem zaskakująco długa jej obecność i nagłe zniknienie, gdy wiewiórka, jak to ma w zwyczaju, zmyka. Piękny, czerwonobrązowy kolor: drzewa, na które pada popołudniowe słońce. (17.2.2014)

 

Lato w marcu. Letni marzec, marcowe lato: „Kiedy zakwitną forsycje, zima już nie wróci”.

Uwaga! Śnieg spadający z dachów! Między Untereinöden a Überruh, może mieszkają tam ludzie z Oberholz, niedaleko za Spitalhof: śnieg na zboczu doliny w Oberallgäu. A wzdłuż stromych podjazdów jak wykałaczki wetknięte tyczki, wskazujące drogę w śniegu. Tutaj jesteśmy gotowi na wszystko. (Isny, 6.4.)

Dziecko mówi, że rano nie dało się spać, bo okno było otwarte. „Zleciały się wszystkie ptaki i w zaroślach wokół domu gadały ze sobą i głośno śpiewały“.

 

Tylko przez historie, opowieści o doświadczeniach i wyobrażenia poszczególnych ludzi można sobie wyrobić pojęcie o czymś tak wszechogarniającym, tak niezrozumiałym, jak zmiana klimatu – mówi podczas spotkania w Domu Sztuki (byłym targu mięsnym) w Melbourne pewna młoda Australijka z wyboru, autorka amerykańska, pisząca powieść o Atlantydzie. Jakiś czas temu w Missisipi poznała taksówkarkę, która oszczędza ile tylko może, aby wraz z rodziną przenieść się na Florydę. Tam chce kupić dom na wybrzeżu i zamieszkać w nim z mężem i dziećmi, aby znaleźć się wśród pierwszych osób, które – gdy przyjdzie wielka powódź – zostaną zmyte do morza i do Atlantydy.

Nocne powiewy wiatru na wewnętrznym dziedzińcu – przychodzą znad wydm i uderzają w palmy. Niewidzialny ptak odpowiada na każdy podmuch głośnym, radosnym krzykiem. (Port Douglas, 4.5.)

Chmury wiszące godzinami w bezruchu nad Morzem Koralowym. Ich obramowane bielą i czernią sylwetki kryją ociężałość. Trzeba znaleźć się pod nimi, aby dostrzec ich wielkość. Każda z nich to, jak w audycji radiowej powiedział Dylan Thomas, „budowla w powietrzu“.

Zielone żółwie morskie w wodach na rafie, niemal dorównujące mi wielkością, o oczach jak u Boga. Czy wiedzą, że je obserwuję?

Czerwona jak ziemia: sczerwieniała od palącego słońca skóra wielu Australijek.

104-letnią Lizzie Davis z ludu Coranderrk zapytano, jak udaje jej się przewidzieć deszcz. Odpowiedziała: „Dotykam gór“.

Na wewnętrznym dziedzińcu śmiech murarzy, którzy stoją niżej w otwartym garażu, palą i patrzą w niebo: grad w środku maja. Po paru minutach znów ciepłe słońce, jaskółki śmigają w jego świetle. W głowie mam język angielski, australijski, z poprzednich tygodni; śnię, rozmawiam sam ze sobą w obcej mowie – słowa „Burundjeri”, „Brunswick Street”, „Yarra River” przychodzą mi na myśl nad brzegiem Dunaju. To jak wewnętrzne roztopy – resztki śniegu na polanie. (Ingolstadt, 13.5.)

Parasol, kiedy wyjąłem go z walizki, był wilgotny, więc rozłożyłem go, aby wysechł. Był pełen kropel z drugiego końca świata: australijskiego deszczu.

W debacie wokół zmiany klimatu kluczowe znaczenie ma też pytanie: czy to możliwe, że (znowu) coś, co wydaje się nierzeczywiste, stanie się rzeczywistością? Pytanie o przejście. Jako punkt wyjścia można przyjąć, że wszyscy – „ludzie” – chcą znać rzeczywistość. Ale czy na pewno? (18.5.)

Codziennie ze szczytu swojej wieży meteorolodzy mierzą czas nasłonecznienia. Wąski, czarny kartonowy pasek ze skalą godzinową jest umieszczony w półokrągłej osłonie za szklaną kulą, która zbiera promienie słoneczne i kieruje je na pasek. Patrzę na skalę i widzę maleńkie, jaskrawożółte Słońce, które już od szóstej pożera karton. Widzę czas, widzę jak przemija, czas światła, oświetlenie czasu.

Piękno warzywnika: zieleń ciemna i jasna, drzewa i trawa – bawią się na wolnym powietrzu.

Palący gorąc. Muchy lśniące bez ruchu, bez ruchu umierające na parapecie. Ludzie spowolnieni. Zwierciadło pyłu nad miejską uliczką. (Wien, 11.6.)

 

Albicja jedwabista – kiedy przeciągnąć dłonią po wachlarzach liści nad sobą w świetlistej zieleni, to jakby się głaskało zwierzątko, stojące na wietrze pod postacią drzewa. Albicjowe wachlarze opowiadają historię swojego rodzaju, swojej dynasti. (Aboretum Ellerhoop, 5.7.)

 

„Są też końskie mewy” – mówi dziecko.

 

Z tą ciszą jesteś sam – i stajesz przed sobą samym jako dzieckiem, chłopakiem, który pierwszy raz podziwia wspaniałość świata.

Wędrowni pszczelarze przybywają wiosną na wyspę Fehmarn i rozstawiają ule wśród pól kwitnącego rzepaku. Opite nadmiarem żółtej barwy pszczoły zbierają całymi tygodniami tylko nektar z rzepaku – czysty miód rzepakowy.

O wiosce Bojendorf na północno-zachodnim skraju Fehmarn mówi się na wyspie, że mieszkający w niej chłopcy co wieczór łapali Słońce i zamykali je na noc w stodole. (Fehmarn, 24.7.)

 

Rząd śliw między liniami torów eskaemki – widzę je w świetle późnego lata i zbiera mi się na płacz. Od jak dawna tu stoją? Niech postoją jak najdłużej!

Trwałość syntetycznej żyłki wędkarskiej: 600 lat.

 

Wiatr w koronach drzewa opowiada, owszem, ale nie o sobie. Opowiada ci o tobie.

Kiedy rano zwierzak schwytał i zabił młodego strzyżyka, zaszył się na sześć godzin w ciemnym, cichym kącie, gdzie przeżywał swój smutek. Potem wyszedł, zbadał miejsce zbrodni i długo wyglądał przez okno, obserwując punkt, w którym pojawił się ptak – i może znów się pojawi. Zwierzak jest gotów zapomnieć, gotów powtórzyć. Życie trwa, zabijanie trwa, umieranie trwa.

W Kalathos widziałem drzewo oliwne, które wyrastało z czerwonej toyoty.

Na całej wyspie tylko wyschnięte koryta rzeczne – a może to już po prostu suche doliny? Pośrodku żwirowej rynny Lutanis leży rozpadająca się czerwona łódka. (Rhodos, 17.10.)

 

Szelest wyschniętych liści platana, poruszanych wiatrem, papierowy szmer – a może pomruk albo szurgot? Prawie ogień, ogień z powietrza. (Akra Ladiko, 19.10.)

„Be the rain” – Neil Young

 

Otwierasz drzwi, a tu jesień (zamykasz oczy, widzisz lato).

To nie świat jest niewdzięczny, tylko ja.

 

Ciepły listopadowy dzień nad rzeką Salzach, najcieplejszy, jaki pamiętam: ciepły wiatr, przedmieście owiane fenem, zbocza gór w żółci, zieleni, złocie i brązach w łagodnych podmuchach powietrza. Ptaki trzepoczą nad rzeką, a na brzegu siedzą kobiety i jedzą z jasnych torebek światło. (Salzburg, 4.11.)

19 listopada, a ciągle komary i osy.

Wszystko, każdy punkt, każdy skrawek trawnika wielkości chusteczki do nosa, każdy kawałek ziemi, jeśli tylko jest brązowy albo zielony, trzeba wyasfaltować, żebyśmy mogli usiąść na betonie. Concrete. A tymczasem każda znajomość, miłość czy przyjaźń, każda relacja między dwiema osobami, jest jak spotkanie ciał niebieskich.

 

Cały ból, cała nienawiść, cały strach, cała chciwość. Całe zniszczenie w imię tego czy innego boga. Jestem wdzięczny każdemu, kto trzyma język za zębami w czasie rozmowy o tak zwanej wierze. Zawierzyć można tylko pustemu niebu: jest pełne ptaków, chmur i powietrza do oddychania. (7 stycznia 2015 r., Paryż)

 

Jakby burza rozsadziła ogromną koronę drzewa – to wyleciał rój szpaków i pognał w szare, styczniowe niebo.

 

Jak słusznie zauważył Camus: pogoda to coś, co każdy przeżywa i co nas wszystkich łączy. Tylko, że każdy przeżywa ją inaczej (tak jak i wszystko). Jak mój brat, który kiedyś mi się zwierzył, że uwielbia biegać po zaśnieżonym lesie – „bo nie słychać wtedy kroków”. Jak trudno opowiedzieć o swoich najróżniejszych doświadczeniach z najróżniejszą pogodą!

 

Zamieć śnieżna, w niej ptaki miotane jak płatki śniegu.

„Drzewo zdaje mi się kwitnącym płomieniem; człowiek – mówiącym; zwierzę – chodzącym” – Novalis

 

„Czemu deszcz nie jest niebieski, skoro pada z nieba?” – Sylvain Tesson

Po Menie pod mostem Holbeinsteg spływa barka towarowa. Jest zima, przenikliwie zimno i wietrznie, ale nie ma śniegu. Ale na pokładzie w grubych, przemielonych przez wiatr pryzmach leży biały śnieg, przywieziony skądinąd.

Nad zielonymi wzgórzami z rana niesamowite światło. Irlandzki półmrok; mewy żeglują w nim nad opustoszałym parkingiem przed wielkim, całkowicie bezludnym centrum handlowym Tesco „The Square”. (Tallaght, 27.2)

 

Zielone papużki, wolne na gołych konarach parkowych drzew – jak liście, latający maj – szukają, gdzie mogłyby się zaczepić na dłużej. (Londyn, Hyde Park, 16.3.)

Ludzie, którzy wykorzystują piękną pogodę – co lub kogo jeszcze wykorzystują?

Pod łukiem mostu – zielone przebłyski na murze, żwawy wir, świetlna łąka tego popołudnia – dla duchów, które zapragnęły pozostać.

W naszym kraju czterdzieści pięć milionów „nieużytecznych” kurzych piskląt płci męskiej jest co roku mielonych w zakładach, które zbudowano specjalnie po to, aby realizowały dzieło niszczenia ptaków – żywego kompostu. Żyję w fabryce śmierci – państwie, w którym zabijanie nigdy nie ustaje i które stwarza pozór, że jest strukturą społeczną, ale w rzeczywistości wszystko i wszystkich podporządkowuje zyskom i wydajności. Minister z CSU, który odpowiada za ten bluźnierczy, pozbawiony skrupułów masowy ubój, odrzuca wszelką krytykę tego procederu i odsyła do prowadzonych właśnie badań nad skuteczniejszymi metodami uśmiercania.

Czwarty kwietnia, a ciągle zimno jak w zimie, zimno na kurtkę zimową. Drzewa są bezlistne, na krzewach pełno bladozielonych, niezdecydowanych pąków. Można się przestraszyć, gdy nagle na bezchmurnym błękicie zauważy się ciepłe, wiosenne słońce. W zmierzchu popołudnia promienie są długie, złote, więc serce rośnie, wzrok kieruje się w dal i czuję miłość do wszystkiego, co jest na parkingu przede mną: dzieci, kobiet, mężczyzn, psów, drzew, starych samochodów, ludzi śmiejących się w jasnym świetle. Wtem widzę, że coś błyska w jasnym błękicie i złotym świetle. Czwarty kwietnia? Pada śnieg!

Pąki z dnia na dzień (z nocy na noc?) coraz szybsze, w tym pędzie i kwitnieniu nawet rzeka zielenieje w oczach.

Z każdym kosem siedzącym na czubku drzewa można sobie pogadać – jeśli tylko się na to wpadnie i ma się chęć i czas, i trochę cierpliwości do kosów.

 

 

Na małej wyspie na Łabie każdy krzew ukazuje się w swojej wyjątkowej postaci z niepowtarzalnym cieniem, unikalnym szmerem na wietrze, własnymi kosami na gałęziach. Niesamowite zarośla – tak jakby były samą wyspą. (Lühesand, 7.6.)

 

„Ludzie uzależnili się od nadziei, nadzieja ich zaślepiła, to była ich zguba”. – Gerhard Roth

 

Upalne dni, prawie 40 stopni. Na klatce trzeszczy każdy drewniany schodek. Tak jakby schody chciały głośno opowiedzieć o minionych upalnych dniach i tygodniach, o dniach, kiedy przez upał skracano lekcje, a dzieci chroniły się na chłodnej klatce schodowej. Ale drewno z umarłych lat umie tylko trzeszczeć. (3.7.)

 

Sprzedawcy siedzą na schodkach przed swoimi sklepami i czekają na deszcz. A kiedy zaczyna padać, gdy zaczyna się ulewa, oni pozostają na schodkach. Może dzięki temu pozostają przy życiu! (Fuhlsbüttel, 7.7.)

 

Deszczowy dzień w Jutlandii. Wszystko wydaje się spowolnione w ciepłym wietrze, nawet wielkie mewy unoszące się nad bunkrem, na wpół zakopanym w piasku plaży.

 

„Kiedyś świat wyglądał tak” – mówi dziecko i pokazuje: „Nie było nic, nic poza trawą”.

PÓŹNE LETNIE POPOŁUDNIE

Spojrzałem w górę.
Ocean, który nazywamy niebiem, jest czysty.
Palące światło słońca rani moje oczy.
Instynktownie odwracam głowę.
Widzę poświatę odbijającą się po drugiej stronie wielkiego

lustra.
Mój umysł mówi mi, że to dobry dzień,
choć to był chłodny dzień.
Słońce chce mi coś powiedzieć
teraz, gdy o nim myślę.
Ale nie podoba mu się to, co sobie pomyślałem,
więc odchodzi, a jego miejsce zajmuje czerwono-pomarańczowa chmura.
Piękny błękitny ocean zmienił się w ciemną nieprzejrzystą płachtę.
Wszystko stało się w ciągu kilku minut.

Berlin, 20 September 2014

Berlin, 20 September 2014

Lukas Hoffman, Sophie-Scholl-Schule, Berlin

Obserwacje pogodowe z 1 kwietnia 2015

 

 

SINGAPUR, SINGAPUR

Kiedy wstaliśmy, spojrzeliśmy w błękitne niebo.

Wyszliśmy na zewnątrz i rozkoszowaliśmy się upałem na naszej skórze.

Byliśmy wdzięczni za każdą białą chmurkę, która rzucała trochę cienia. Im później się robiło, tym bardziej się ściemniało. Po kilku godzinach jasny błękit ustąpiła ciemnej szarości. Czuliśmy, jak robi się coraz bardziej przytłaczająco i wilgotno. Wielka ulewa, raczej krótka, próbowała ostudzić powietrze. Daremnie. Na horyzoncie dało się dostrzec jaskrawe błyskawice rzucające światło, po których następował głośny grzmot. Gwałtowna burza wywołała trochę poruszenia w spokojnej okolicy, ale po pół godzinie odeszła. Wieczorem już tylko miła ciepła bryza poruszała liśćmi palm i strącała z nich ostatnie krople wody.

 

(Kim Burkart)

 

DAHAB, EGIPT

Dzień na rafie Blue Hole – z rybiej perspektywy

O poranku obudziła mnie torba plastikowa, która przykryła wejście do mojej rozpadliny. W tej małej szczelinie w rafie spędzam każdą noc. Jeszcze kilka tygodni temu mieszkałam w większej rozpadlinie, bardziej na północ, ale zniszczyli ją nurkowie. Wiele domów moich przyjaciół zostało zniszczonych przez butle z tlenem i płetwy. Ilość wolnych szczelin mieszkalnych zaczyna się z wolna kurczyć…

Ale wróćmy do tej torby plastikowej. Takie torby o poranku mogą oznaczać dwie rzeczy: silny pływ, który przynosi na naszą rafę plastik z innych części Morza Czerwonego albo silny wiatr na powierzchni wody, który zgarnia do morza śmieci z ulic Dahab. Nie jest to najczystsze miasto. Podobno nie jest w nim aż tak źle, jak w innych miejscach, o których słyszałam, ale śmieci są tam wszędzie. Wiatr odgrywa tu wielką rolę w życiu ludzi. Kiedy jest wietrznie, rybacy nie mogą wypływać na pełne morze, bo fale są zbyt wysokie dla małych łodzi, nurkowie nie mogą popłynąć nurkować w każde miejsce, bo przy wysokich falach ciężko się wsiada na łódź, zaś uliczni sprzedawcy muszą biegać, żeby łapać swoje odfruwające towary. Tylko Kitesurferzy na swoich łodziach cieszą się z silnego wiatru. Ale tu, na naszej rafie, nie ma ich zbyt wielu. Trzymają się raczej bliżej hoteli. Blue Hole – mój dom – leży około pół godziny drogi od Dahab i sąsiadują z nim z jednej strony góra Synaj, a z drugiej morze. Mimo iż jest to najbardziej niebezpieczne miejsce do nurkowania na świecie i z każdym rokiem rośnie ilość ofiar śmiertelnych, nurkujących jest tu bez liku. Nurkowie nie przeszkadzają mi zbytnio, o ile trzymają się z dala od rafy i nie pozostawiają po sobie nic poza bańkami powietrza.

Jak już mówiłam, dzień jest bardzo wietrzny. Pod powierzchnią czuć, że woda jest zmącona. Wielu spośród moich przyjaciół żywiących się planktonem uwielbia taką pogodę. Fale i prąd przynoszą pokarm bliżej rafy, więc jest więcej świeżego jedzenia. Ja żywię się koralami, a ponieważ one jedzą plankton, mnie też cieszy odrobina wiatru. Ale wiatr oznacza też więcej nurków na Blue Hole. Dostęp do rafy jest osłonięty od morza i łatwy niezależnie od pogody. To sprawia, że rafa jest jedynym dobrym miejscem do nurkowania przy takim wietrze. Najczęściej nurkowie zachowują odległość i tylko przepływają nad nami. Ale niektórzy z nich zahaczają o koralowce i niszczą je w ten sposób. Najgorsi są nurkowie z większą ilością butli, bo niszczą rafę butlami przyczepionymi do brzucha. Trójka moich przyjaciół straciła w ten sposób swój dom.

Około południa słońce zdecydowało się wyjść i wiatr zelżał nieco. Jednak skutki wietrznej nocy były wciąż widoczne: torby plastikowe, puste puszki i opakowania wirowały w wodzie. Słońce rzucało promyki na plastik unoszący się nad naszą rafą i odnaleźć trochę piękna w tym smutnym widoku. I choć odbity blask dodawał śmieciom uroku, wiedziałam, że tak naprawdę w plastiku nie kryje się nic magicznego. Pewnie w ciągu następnych tygodni plastik zabije któregoś z moich przyjaciół.

Po krótkiej, pełnej słońca przerwie wiatr znów zaczął hulać po morzu. Około piętnastej pojawiła się drużyna Reef Checkers. To grupa nurków, którzy co roku wracają na naszą rafę, żeby badać jej kondycję. Rozwieszają nad rafą sznur i opisują wszystko, co znajduje się do określonej odległości od niego: ilość i gatunki ryb, bezkręgowców, stan podłoża, ilość zniszczonych korali itd. Ponoć zebrane tutaj dane pomagają ludziom lepiej zrozumieć rafy świata. Ludzie chcą wiedzieć, jak przez lata zmienia się rafa i znaleźć przyczyny problemów. Nie sądzę, żeby długo trzeba było szukać odpowiedzi. Naszym przekleństwem i przyczyną wszystkich naszych problemów są ludzie. Radzimy sobie ze sztormami, potopami i atakami koron cierniowych. Trudniej nam odzyskać siły nadwątlone przez nurków, którzy płetwami mącą piasek. Ten osadza się na koralach i dusi je. I jeszcze zostaje plastik, któremu potrzeba lat, żeby się rozłożyć. Plastik nie znika sam, w magiczny sposób. Wciąż jest go pełno. Tylko że nie widać go już gołym okiem. Moja przyjaciółka żółwica opowiadała mi o Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci. To ogromny obszar wypełniony ludzkimi śmieciami. Wiele sióstr i braci mojej przyjaciółki straciło życie, próbując umknąć plastikowej dżungli.

Mimo wszystko szanuję wysiłki drużyny Reef Checkers. Dzięki nim wiemy, że przynajmniej niektórzy ludzie przejmują się naszą sytuacją i chcą nam pomóc. Dziś zostaną wynagrodzeni widokiem młodego rekina wielorybiego. Przybył tu, żeby się najeść do syta planktonem naniesionym przez wiatr. Widzę poruszenie i radość wśród nurków i uśmiecham się do siebie. Gdyby tylko wiedzieli, jakie jeszcze rzadkie zwierzęta skrywa ta rafa.

Pozostała część dnia upływa spokojnie. Nie niepokoją mnie już nurkujący ludzie. Martwi mnie tylko murena falista kilka korali dalej, która od dłuższego czasu bacznie mi się przygląda. Wracam do mojej szczeliny z myślą, że mimo plastiku to był dobry dzień na mojej rafie.

(Silke Müller)

 

 

Skóra: Lepiej mieć wysokie kalosze

IMG_20150619_134501Jaś Kapela: Na warsztatach z helską młodzieżą zastanawialiśmy się, jak będzie wyglądało ich życie za pięćdziesiąt lat. Jedna z grupa przedstawiła taki scenariusz: Hel jest wyspą. Jedzenie jest dostarczane żaglówką. Nie ma pracy. Wyginęły ryby. Nie mamy domu. Powolna śmierć.

Krzysztof Skóra: Dość pesymistyczna wizja.

Hel nie stanie się wyspą?

Zależy, jaką perspektywę czasową przyjmiemy. W wymiarze geologicznym pięćdziesiąt lat to mało. Na razie większość jest przekonana, że półwysep ginie, bo morze zabiera brzeg. Dlatego jest on umacniany – zwozi się kamienie, których tu nigdy nie było, betonuje, nadsypuje. Tzw. odmorskie plaże półwyspu – od Władysławowa do granic Juraty z Helem – są już dziś sztuczne. Naturalne ma tylko Hel. Od strony zatoki fragmentów naturalnych też ubywa. Będziemy zatem umacniać, umacniać i umacniać, aż go obronimy. Co byłoby, gdybyśmy tego nie robili, będą zastanawiali się już tylko akademicy. Linie kontaktu morza, rzek i jezior z lądem istnieją, odkąd powstał znany nam ziemski świat. Niektóre zwierzęta i rośliny żyją tylko na styku brzegu i wody. Gdy brzeg umacniamy, wiele z nich traci swoje naturalne siedliska i ginie. Czy ktoś zastanawia się nad ochroną naturalnych procesów na linii ekotonu brzegowego, co od dwudziestu lat zaleca Komisja Helsińska? Raczej nie.

A w ogóle można go obronić?

Opóźniamy wyrok, ale wielkoskalowych procesów geologicznych i hydrologicznych i tak nie zatrzymamy. Myślę, że w strategii życia danej społeczności opłaca się opóźniać oddziaływanie przyrody, aby można było przystosować się do innego życia lub życia w innym miejscu. Mają już ten problem różne nisko położone oceaniczne wyspy. Jeśli prognozy klimatologów i hydrologów się sprawdzą, muszą być gotowe do stosownej reakcji. Tu, w naszej lokalnej strategii, przeważa raczej doraźność – politycznie opłacalna, ekonomicznie i przyrodniczo szkodliwa. Zmiany, a raczej symptomy nadchodzących skutków zmian klimatycznych, tak bardzo angażują specjalistów i dużą część opinii publicznej, że traci się z pola widzenia bieżące zagrożenia prowadzące do niszczenia przyrody. Szykujemy się na zmiany, które nastąpią za siedemdziesiąt albo sto lat, ale siedliska i gatunki giną teraz, czasem z bardzo banalnych powodów.

Mamy pozwolić na to, żeby morze zalało półwysep?

Co jakiś czas nasza szosa bywała zalewana przez morze i prawdopodobnie nie raz stanie się to także w przyszłości. Ale czy za sto lat auto nadal będzie istotnym środkiem komunikacji? Nie lepiej posiadać środki transportu wyżej zawieszone? Czasem taniej i łatwiej mieć odpowiednio wysokie kalosze niż podnosić rzędne terenu. Zresztą wysoka woda utrzymuje się tu zaledwie kilkanaście godzin. A gdy przyjdzie naprawdę wysoka woda, to problemy i tak będą. Firmy hydrotechniczne już mogą być pewne dużych zleceń z budżetu państwa – nasi potomkowie znowu będą umacniali brzeg, a może i podnosili rzędne szosy oraz torowisk.

Mówi się, że Hel powstał z wysepek.

Tak się mówi i tak się uczyło. Także mnie.

A jak było naprawdę?

Parę lat temu geolodzy zestawili wszystkie historyczne mapy Półwyspu Helskiego. Okazało się, że trudno z nich stworzyć taką sekwencję. Nawet na najstarszych mapach Hel wysepkami nie jest. Może na tych, gdzie przepływy przez półwysep widać, ówcześni kartografowie chcieli pokazać taki stan wody, gdy morze łączyło się z zatoką? Kiedyś było to znacznie łatwiejsze. Z dwóch powodów: nie było nasypu kolejowego i nasypu drogowego – dwóch równoległych wałów niwelujących wszelkie obniżenia gruntu, którymi woda swobodnie wędrowała. Bitą drogę do Helu zbudowaliśmy dopiero w latach sześćdziesiątych, kolej powstała kilkanaście lat przed II Wojną Światową. Wcześniej do Helu dojeżdżało się, jeśli nie wodą, to leśną drogą i brzegiem morza.

Kiedyś nikt nie budował budynków tak blisko wody jak teraz. Turystyczna konkurencja o lepszy widok z okna pcha inwestycje ku brzegowi. To pułapka. Już dwadzieścia lat temu zwracała na to uwagę Komisja Helsińska w Zaleceniu nr 15/1 pt. „Ochrona pasa brzegowego”.

Dziś ludzi stać na takie ryzyko, nie boją się utraty majątku, państwo jest ich ubezpieczycielem. Konfrontacja z naturą morza ciągle wielu zaskakuje. Mówią, że jest coraz gorzej, ale nie zdają sobie sprawy, że chaty naszych przodków stały daleko od wody, jeździliśmy wozem, potem warszawą czy dużym fiatem. Dziś ta sama woda z łatwością wleje się przez progi nisko zawieszonych „bryk”. Podnosimy więc szosę. Domostwa odgradzamy od brzegu wałem lub innymi umocnieniami, by za jakiś czas, przy kolejnym sztormie „stulecia”, dziwić się jak złośliwa wobec „życiowych” potrzeb człowieka jest fizyka przyrodniczych zjawisk.

To Hel będzie wyspą, czy nie będzie?

A chcemy, żeby był wyspą?

Czy to naprawdę zależy od nas?

Żyjemy w kraju demokratycznym i to większość społeczeństwa decyduje, na co chce wydać pieniądze – czy np. obetonować półwysep, aby go umocnić, czy też nie. Może pojawią się i tacy, którzy będą chcieli go przekopać, gdy np. Puck zacznie walczyć o dostęp do morza. W linię brzegową półwyspu wlano bardzo dużo prywatnych i państwowych pieniędzy. Tych państwowych trzeba będzie jeszcze więcej, gdyż przepisy mamy takie, że ten, kto zainwestuje, ma prawo oczekiwać od państwa ochrony majątku. Jeśli ktoś uzyskawszy zgodę od samorządu i stosownych instytucji państwowych stawia np. hotel blisko brzegu morza, podatki nas wszystkich będą musiały pójść na jego ochronę przed wodą. W innych krajach jest inaczej. Ryzyko jest po stronie inwestora. Jeszcze w innych nie zezwala się na tak bliskie brzegu inwestycje.

Nie wiem, czy jesteśmy świadomi, że płacimy za taką obronę.

Nie sądzę. To spadek po wielu latach bardzo technokratycznego podejścia w gospodarce wodnej. Obecnie, choć na niewielką skalę, ale zaczyna się już renaturalizowanie rzek. W zarządzaniu morskim brzegiem wydaje mi się, że ciągle zbyt mocna tkwimy jeszcze w starym paradygmacie. Dawne podejście do melioracji i utrwalania brzegów rzecznych przenosi się na bałtyckie wybrzeża. Polak jest przekonywany, że Bałtyk zabiera mu ojczyznę.

Dlatego jest przychylny bardzo szerokim projektom umacniania linii brzegowej. Polak nie wie, że granica kraju jest w wodzie daleko od brzegu, a nasza wyłączna strefa ekonomiczna jeszcze dalej i morskie fale czy prądy nie są w stanie tych linii w żaden sposób przesunąć. Niektóre z inwestycji zadziwiają swym zakresem i lokalizacją. Do dziś nie rozumiem np. istoty umocnień pod Ostrowem. Dla ochrony lasu i zajęcy? To zwykle prowadzi do zanikania plaży lub istnienia jej w szczątkowej formie. Ale samorządy domagają się ich usypywania. Budżet płaci. Nie ma winnych nietrafnych milionowych inwestycji, które niczemu nie zapobiegły. Ciągle na klifach czy terenach zalewowych beztrosko próbuje się inwestować i wyraża się na to zgody. A przecież zapisy opracowanych w połowie lat 90. zaleceń HELCOMU: nr 15/1 „Ochronie pasa brzegowego” i nr 16/3 „Zachowanie naturalnej dynamiki procesów brzegowych” powinny być literaturą obowiązkową dla wielu nadmorskich samorządów. Może nawet tematem lekcji w szkołach średnich, np. w kontekście historii kościoła w Trzęsaczu, który runął do morza, mimo że zbudowano go 2 km od brzegu.

Czyli są zalecenia, ale w Polsce się nimi nie przejmujemy?

Bo dla Polaka jego kraj to ląd – pola, lasy. Zatem dla morza mało jest atencji. Z Bałtykiem zaślubiliśmy się niedawno, a świadomość posiadania jego posagu, tego bogactwa przyrodniczego, jest niewielka, zatem i odpowiedzialność za jego stan licha. Może w Unii Europejskiej dojrzejemy szybciej, dzieląc odpowiedzialność za przyrodę wszystkich jej mórz i oceanów. Jeśli nie, to obawiam się, że po umocnieniu brzegu będziemy domagali się jego kafelkowania…

Jednak tłumy tu walą.

Bałtyk to nasza narodowa wanna. Ale wczasy nad morzem nie czynią z nas morskiego narodu. Legendarnych bohaterów morza ciągle w narodowym panteonie mało.

Joseph Conrad.

Gdzie tworzył, gdzie pisał?

Za granicą.

My zdobywaliśmy świat na koniach, inni na łodziach i żaglowcach. Rodziło to odmienną mentalność, odmienny stosunek do morza, ludzi zamorskich. To marszałków polnych (!) mamy mnóstwo. Trudno nam zrozumieć, co się dzieje nad morzem i w morzu, bo w zdecydowanej większości nie jesteśmy znad morza. Ba, wśród społeczności żyjącej na Wybrzeżu wielu z nas ma nietutejsze korzenie, a mniejszości tu żyjące, kaszubska czy słowińska, przez lata zamknięte i nieufne, niezbyt chętnie dzieliły się swoim kulturowym know-how wynikającym z obcowania z morzem.

I jak tu teraz się żyje?

Hel zyskiwał i zyskał dużo na militarnym okresie europejskiej historii, począwszy od lat 30. ubiegłego wieku. Zyskał miejską infrastrukturę, nowy port, szpital, szkoły…

Ale młodzież z tych szkół nie widzi tutaj perspektyw. Czy będą mogli być rybakami za pięćdziesiąt lat? Ponoć 95% ryb Zatoce Puckiej to cierniki.

W tej strefie powinien być też narybek innych gatunków. Kłopot w tym, że go nie ma, bo ktoś zabetonował brzegowy ekoton lub wyciął przybrzeżne szuwary. Ryby nie mają gdzie się schronić, wzrastać. Żaden gatunek nie może funkcjonować bez siedliska. Ryby muszą mieć miejsce, gdzie mogą złożyć ikrę, uciec przed drapieżnikiem, muszą mieć co jeść i nie mogą być wyławiane w nadmiarze i za wcześnie. Jeżeli likwidujemy podwodną roślinność, bo robimy kempingi, „łowiska kasy”, to gdzie mają żyć ryby ? Albo łowimy turystów, albo ryby. Jeśli już chcemy mieć i to, i to, to trzeba odpowiednio zarządzać przestrzenią i jego funkcjami. A tutaj mamy chaos. Lokalne strategie rozwoju to zbiory pobożnych życzeń, a nie analiza możliwości i realnych celów.

Nie widać jednak konfliktu na linii turystyka-rybacy.

Bo rybacy swoje środki sami inwestują w turystykę. Rybak ma kuter, ale często też pensjonat, sklep lub smażalnię. Daje się zauważyć, że zdolność do nadmiernej eksploatacji dostępnych zasobów przenoszona jest z rybołówstwa do turystyki. Widać jak wiele przestrzeni potrzebne jest by łowić więcej i więcej turystów. Na półwyspie jest jej mało, a i przyroda potrzebuje jej dla siebie. Można założyć, że połów turystów będzie trwał do wykończenia posiadanej przynęty. A są nią plaże (w coraz mniejszym stopniu naturalne), oryginalny, ale degradowany z każdym rokiem krajobraz i lokalne ryby, których ze znanych już powodów nie chce przybywać. Odczuwa się też deficyt spokoju, który niezbędny jest letnikom z dużych aglomeracji.

Też nie bardzo lubię tutaj przyjeżdżać w sezonie.

Nie jest pan jedyny. Ale zwolenników letniskowego władysławowskiego gwaru i straganów jest wielu.

Taki jarmark?

Według mnie to szpeci miasto. Inni mają inny na to pogląd. Może to taka nowa polo-estetyka. Może kiedyś będzie kultowa. Na razie coraz więcej pocztówek z naszego rejonu to zdjęcia robione z lotu ptaka. Zbliżenia są niebezpieczne. Tu, w Helu, chyba jeszcze najbardziej staramy się dbać o oryginalność, a czasem uda się zachować i historyczną autentyczność. Teraz organizujemy kolejny raz Dzień Ryby. Ta impreza o cechach edu-eko-artu, inna niż w okolicznych miejscowościach. Tymi środkami będziemy się starali się uzmysłowić innym, jak dobrobyt wielu helan bezpośrednio lub pośrednio zależy od wielkości zasobów i zdrowia tutejszych ryb. Te z kolei, zależą od jakości przyrody, którą my, ludzie żyjący w zlewisku Morza Bałtyckiego, mamy pod opieką i na którą tak silnie oddziałujemy.

Innym walorem Helu jest to, że jest to miasteczko po części akademickie no i ma fokarium, które tak bardzo uczyniło je popularnym. To uboczny efekt naszej pracy badawczej i edukacyjnej, nie planowaliśmy tego, ale stało się. Jesteśmy silnym „wydłużaczem” turystycznego sezonu oraz celem weekendowej oraz edukacyjnej turystyki. Drugim takim turystycznym ale i pro-przyrodniczym produktem stał się Park Wydmowy. Bywa na nim ok. 270 tysięcy ludzi rocznie. Na bazie tego doświadczenia przygotowaliśmy założenia do podobnego parku na Helskim Cyplu. Kanalizuje on ruch 490 tysięcy ludzi. Gdyby nie ta inwestycja, to część ludzi zapewne spacerowała by po chronionych wydmach, a utrata wydm szarych to brak rozliczenia się z Unią Europejską w dziedzinie ochrony przyrody na obszarach Natura 2000.

Chyba za bardzo się tym na razie nie przejmujemy.

Ale kiedyś to poczujemy. Kary będą nieuniknione, jeśli nie będzie poprawy. Trzeba umieć się rozwijać cywilizacyjnie, nie niszcząc gatunków i siedlisk uznanych za wartościowe dla całej unijnej społeczności.

Czytałem, że jest coraz gorzej: spadek populacji bocianów, przełowienie, niszczenie siedlisk.

No tak, liczba przykładów negatywnych rośnie. Ale fok szarych mamy coraz więcej – trzydzieści dwa tysiące. Pracujemy z innymi krajami bałtyckimi nad tym od ponad dwudziestu lat.

A co z morświnami?

Kiepsko.

Ale wszedł w życie program ochrony morświna.

Nie.

Nie został przegłosowany?

Jeszcze nie był oficjalnie procedowany. Specjaliści zrobili wszystko, co było potrzebne, wykonaliśmy gigantyczny projekt Sambah. Trzysta detektorów nasłuchiwało morświny w całym Bałtyku.

I wyszło, że jest ich 450.

Tak. Potwierdziła się wielkość wskazująca na krytyczne zagrożenie tego gatunku w Bałtyku. Teraz dodatkowo wiemy, gdzie się koncentrują. Nasze wody nawiedzają głównie zimą i wiosną. I co z tego? UE zapłaciła, są dane do zarządzania ochroną gatunku, zmierzającą do usuwania zagrożeń. Ale nie dziej się wiele. WWF apelował do ministra, by podjął dalsze prace nad krajowym program ochrony morświnów. Zebrano sto tysięcy podpisów. Uzyskali obietnicę, że sprawa niebawem ruszy. Co będzie, gdy Ministerstwa Rolnictwa tradycyjnie zaprezentuje odmienne stanowisko uznając, że np. program ograniczy rybołówstwo, a Ministerstwo Infrastruktury np. może być przeciwne, bo coś tam innego… I sprawa się znowu będzie się odwlekała. A jeszcze projekt musi podlegać konsultacjom społecznym. Jak się wszyscy wypowiedzą, to minister podejmie decyzję, czy ten plan przyjmuje. W tej czy innej formie, bo może go zmodyfikować. Miną jeszcze co najmniej dwa lata. Przypomnijmy, że mówimy o gatunku od lat ściśle chronionym.

A co z projektem morświnarium?

To też jeszcze długa droga. Uniwersytet Gdański posiada odpowiednie tereny. Niedługo otworzymy dyskusję nad tym projektem. Musimy mieć społeczną akceptację. Doświadczenia z fokami i fokarium zachęcają nas, by iść tą samą drogą. W kontrze do naszych idei powstają plany budowy komercyjnych delfinariów służących rozrywce. Nikt wprawdzie takich w Europie już nie buduje, podobnie jak ubywa cyrków z żywymi zwierzętami. Robert Biedroń nie wpuścił takiego cyrku do Słupska, podobnie chyba jest w Gdyni.

Dopóki Wojciech Szczurek i Jerzy Zając zarządzają w tym mieście, także tam zwierzęta nie mają służyć rozrywce. Są w Europie nowe ośrodki rehabilitacyjno-badawcze, w których tylko przy okazji eksponuje się gatunki wymagające większej społecznej atencji. Są to zwykle zwierzęta, których już nie można wypuścić. Trwale chore, które codziennie muszą być zaopatrywane w odpowiednie lekarstwa. Wydaje się jednak, że samorządowcy ochoczo starają się wesprzeć inwestorów wodnych cyrków i chcą przy tej okazji na tym zarabiać. Czy nie dotarła do nich informacja, że to rzecz etycznie bardzo wątpliwa?

A wracając do świata za pięćdziesiąt lat – jakie pan dostrzega trendy?

Myślę, że jeszcze przez trzydzieści lat będziemy niszczyć środowisko, a potem zaczniemy wydawać bardzo duże pieniądze na jego odtwarzanie. Gdy przekroczymy pewną barierę, zrozumiemy, że stworzyliśmy rzeczy zbędne i zniszczyliśmy potrzebne. Będziemy starali się środowisko renaturalizować. Na półwyspie zamkniemy kempingi, a ziemię wykupimy pod potrzeby rewitalizacyjne, w nadziei, że naturalność siedlisk powróci. Wjazd na półwysep będzie limitowany. Miejsce na parkingu trzeba będzie bukować tak, jak robimy to dziś w przy rezerwacji hotelu. Na prawdziwy odpoczynek – na pustkowiu – będzie stać tylko najbogatszych. Biedniejsi będą stłoczeni w koncentracyjnych obozach turystycznych, przenosząc się w czasie urlopu z ogrodzonego osiedla mieszkaniowego do ogrodzonego osiedla turystycznego, z tą różnicą, że w osiedlu wypoczynkowym nie będą musieli chodzić do pracy. Reszta Europejczyków, ta zamożniejsza, będzie raczej odpoczywać na pustkowiach Syberii niż u nas.

Na razie wakacyjne gusta Polaków kształtują głównie reklamy w telewizji.

Helu nie stać na takie reklamy, nas jest tu tylko ok. 3-4 tysięcy. Można jednak być popularnym i bez reklamy. Problemem jest raczej liczba odwiedzających nas letników. „Pojemność ekologiczna” półwyspu zdaje się wyczerpywać, a turystów przybywa. Hel jest w lepszej sytuacji niż reszta miejscowości półwyspu – ma wiele wspaniałej przyrodniczej przestrzeń i bardzo dużo powojskowych terenów do zurbanizowania (oby było to estetyczne). Zarabianie pieniędzy latem było tu zawsze niezwykle łatwe. Finezji wymaga pozyskiwanie dochodów z turystyki między wrześniem a czerwcem. Myślę, że największy potencjał tkwi w turystyce edukacyjnej. Dzieci i młodzież coraz częściej przyjeżdżają na wycieczki, zielone szkoły. U nas mamy Błękitną Szkołę – uczymy o przyrodzie morza. Są w Helu też wspaniałe muzea. Można się podciągnąć z historii, etnografii, tradycji patriotycznych. Mam nadzieję, że za owe 50 lat Hel będzie synonimem takiej turystyki, wcale nie jednodniowej, oraz turystyki rehabilitacyjnej. Mamy ku temu podstawy, tylko trzeba to rozwinąć. Osób potrzebujących miejsca do podratowania zdrowia będzie przybywało. Młodzi helanie już powinni się pod tym kątem kształcić. Praca murowana.

No i w końcu może Hel będzie gminą powiatu gdyńskiego, gdyż jesteśmy dla siebie naturalnym i najbliższym zapleczem rozwojowym, bo całorocznym. Czas, by umocnić dwunastomiesięczny publiczny transport przez zatokę. A potem dokonać korekty na mapie administracyjnego podziału kraju. Setki lat byliśmy miastem Gdańska, teraz należymy do Pucka. Gdynia straciła port rybacki, potrzebuje też większych plaży, bo jej podklifowe większe już nie będą. Jesteśmy w zasięgu wzroku gdynian, my też niemal codziennie widzimy na horyzoncie jej rosnący potencjał. Myślę, że czymś naturalny może być praca helan w Gdyni, a gdyńskich specjalistów w Helu. Jest zatem perspektywa.

Ale czy mentalnie do niej dojrzeliśmy?

Nie wiem. Zmiany są w rękach polityków i ich wyborców.

prof. dr hab. Krzysztof Skóra – biolog, specjalista z zakresu ichtiologii (biologia i ekologia ryb strefy przybrzeżnej Bałtyku), oceanografii biologicznej, ochrony przyrody morza i ssaków morskich. Jest profesorem zwyczajnym oraz dyrektorem Stacji Morskiej Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego na Helu.

Dlaczego papież chce rozstrzelać górników?

673801Wyciekł tekst papieskiej encykliki o ekologii i zmianach klimatu. W Watykanie twierdzą, że to tylko projekt, ale w Watykanie wiele rzeczy twierdzą i w większość z nich nie należy wierzyć, bo to zwykłe bajki dla dużych dzieci. A jednak fakt, że ktoś postanowił wykraść tekst, który ma zostać upubliczniony dopiero za parę dni, a lewicowy tygodnik  „L’Espresso” zdecydował się go opublikować świadczy, że sprawa jest ważna. O ile bowiem większość z tego, co mówi Kościół katolicki to trochę śmieszne, a trochę straszne, bajki dla dużych dzieci, o tyle kwestia zmian klimatycznych jest jednym z najważniejszych tematów obecnych czasów. Rzeczą decydującą o przyszłości rasy ludzkiej i naszej planety. Polskich polityków wciąż jednak mało to obchodzi. Może jednak, gdy na temat globalnego ocieplenia wypowie się najwyższy zwierzchnik Kościoła katolickiego, otwórzy to części katolików oczy. W końcu większość polskich polityków to katolicy. Ale Polscy katolicy bywają dość oporni na dogmaty swoje wiary. Niewątpliwie przydałoby się jednak niektórym wyznawcom trochę doedukować. Działaczka Greenpeace’u z Australii opowiadała mi, że część wyspiarzy wyznania katolickiego nie wierzy w globalne ocieplenie i w to, że ich wyspy zatoną, bo Bóg obiecał Noemu, że nie ześle na ziemie kolejnego potopu. Hehe.

Bóg oczywiście nic na ziemie nie ześle, bo nie istnieje. Globalne ocieplenie robimy sobie sami. Odkąd naukowcy odkryli, że spalanie paliw kopalnych może nam dostarczyć energii i wielu innych pożytecznych rzeczy. Jednak od co najmniej czterdziestu lat naukowcy alarmują, że zwiększanie się ilości CO2 w atmosferze ma tragiczne skutki dla klimatu. Średnia temperatura na ziemi podniosła się o około 0,74°C od czasów rewolucji przemysłowej i podnosi się dalej. Zmiany klimatyczne, to zresztą nie tylko podnoszenie się temperatury, ale również narastanie ekstremalnych zjawisk pogodowych, czy zwiększające się zakwaszenie oceanów, które doprowadza do obumarcia rafy koralowe. To wszystko są problemy dobrze znane, więc nie będę ich tu streszczał. To, co jest dla mnie ciekawsze, to to, że choć dla zdecydowanej większości Polaków (86%) zmiany klimatu są ważnym problemem, to jednocześnie poziom debaty medialnej na ten temat jest żenująco niski i wyznaczać go zdaje się Janusz Korwin-Mikke, znany ekspert od ekologii.

Niewątpliwie za ten niski poziom debaty odpowiada lobby węglowe i ulegli mu politycy. Całkiem niedawno Minister Środowiska wystąpił na Barbórce w stroju górnika. To tylko pozorny paradoks. Ministerstwo Środowiska już dawno – jak się zdaje – zamiast zajmować się ochroną środowiska, zajmuje się raczej jego ekspolotacją. Wysługiwanie się górnictwu, jednemu z najbrudnieszych i najbardziej deficytowych sektorów naszej gospodarki to tylko jeden z przykładów, które można by mnożyć. Na przykład przyjrzeć się działaniom MŚ w kwestii gazu łupkowego.

Nic dziwnego, że ponoć wśród polskich urzędników w Watykanie się mówi, że nowa encyklika jest „antypolska”, skoro papież sporo miejsca poświęca w niej kwestii wydobycia węgla kamiennego i związanej z tym degradacji środowiska. Franciszek zwraca też uwagę, że kraje, których przemysł energetyczny oparty jest na węglu, niszczą środowisko przez emisję dwutlenku węgla i apeluje o zaprzestanie tego procederu. Tymczasem Polska jest wśród dwudziestu krajów, które emitują najwięcej CO2. Stanowisko papieża oczywiście nie jest „antypolskie”, tylko proludzkie. Nam wszystkim będzie żyło się lepiej, jeśli będziemy mniej zatruwać środowisko. Korzystne jest to nawet dla samych górników.

Kopalnie w Polsce od dawna są deficytowe. „Polskie górnictwo węgla kamiennego zamknęło pierwsze cztery miesiące 2015 r. stratą netto 800,6 mln zł – wynika z danych katowickiego oddziału Agencji Rozwoju Przemysłu (ARP), który monitoruje wyniki branży. To ponad 6 mln zł dziennie.” Nic więc dziwnego, że właściciele starają się jak mogą ograniczyć koszta, a oczywiście najłatwiejsze do ograniczenie są koszta ludzkie. Można np. oszczędzać na bezpieczeństwie ludzi pracujących pod ziemią ludzi. Do wybuchu metanu i śmierci pięciu ludzi w kopalni Mysłowice-Wesoła pewnie by nie doszło, gdyby zarabianie pieniędzy nie było ważniejsze niż bezpieczeństwo ludzi. Z niektórych doniesień medialnych wynika, że czujniki badające stężenie metanu bywają stawiane przy nawiewach powietrza, żeby za bardzo nie pikały i nie przeszkadzały w pracy. Co więcej: władze spółki wiedziały o zagrożeniu, a jednak nie zaprzestano wydobycia. Wraz z pogarszającą się sytuacją ekonomiczną polskich kopalni, można się spodziewać, że będzie tylko gorzej. Co tam ludzkie zdrowie i życie, trzeba fedrować nasze czarne złoto. Choć może już czas zacząć nazywać węgiel „czarną śmiercią”, skoro znamy jego zgubny wpływ na środowisko i zdrowie ludzi?

Polska musi czym prędzej odejść od bycia gospodarką węglowową. Papież ma rację. Oczywiście należałoby też górnikom zapewnić inną pracę. Ale nie widzę powodu, dla którego nie mogliby się zająć produkcją paneli słonecznych, wiatraków i elektrowni wodnych. Już niedługo Bytom ma zostać siedzibą rządowej instytucji ds. energii odnawialnej. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że polscy politycy wysłuchają głosu papieża Franciszka również uważnie jak wsłuchiwali się w głos Jana Pawła II. Zachowanie Ewy Kopacz w Watykanie pokazuje, że nie jest to niemożliwe. Pytanie tylko, czy naszym politykom starczy odwagi, żeby wprowadzać słowa papieża w czyn, czy skończy się tylko na całowaniu jego pierścieni?

‚Ciągle Tutaj Jesteśmy′: wyrzut sumienia, narodowa psyche i kraj

Ostatnio miałem szczęście doświadczyć przyjaźni i mądrości innych Aborygenów działających na rzecz uznania naszej kultury i historii w zgodzie z ochroną środowiska, zarówno dla Aborygenów jak i szerszej społeczności. W ostatniej rozmowie z moim bliskim przyjacielem, Bruce’m Pascoe, mówił on o nieobecności jakiegoś prawdziwego poczucia wyrzutow sumienia w kolonialnej psyche. Nie odnosił się do chwilowego poczucia winy, którego niektórzy biali Australijczycy doświadczają wobec kradzieży aborygeńskiej ziemi i historii przemocy skierowanej przeciw naszym ludziom. Wierzę, że Bruce rozważał coś daleko głębszego. Posiadanie spokojnego i wygodnego obrazu kolonizacji w Australii wymaga niewiele myślenia w ogóle, nie mówiąc już o odpowiedzialności za grzechy przeszłości. Prawdziwy wyrzut sumienia, wymagający więcej od ludzi, dałby wyniki bezcenne dla wszystkich Australijczyków. Z wyrzutem sumienia przychodzi refleksja. Z wyrzutem sumienia niech przyjdzie uznanie – i z tym wszystkim – wzajemne poszanowanie. O to Bruce’owi chodzilo.

[mapa 22 - Wisząca Skała, Wiktoria, Australia]

[mapa 22 – Wisząca Skała, Wiktoria, Australia]

Widzę silne związki między tym brakiem wyrzutów sumienia, późniejszą nieobecnością refleksji, a regresywnym stanowiskiem Australii w sprawie zmiany klimatu ogólnie, a degradacji naszego środowiska w szczególności. Widzę także jasny związek między brakiem woli chronienia środowiska naturalnego i rabunkową polityką australijskiego rządu wobec aborygeńskiego kraju. Tak samo, nieposzanowanie kulturalnych i suwerennych związków tubylców z ojczyzną to ostatecznie atak na wszystkich Australijczyków.

Australijski rząd próbuje obecnie unieważnić umieszczenie na liście Światowego Dziedzictwa 74,000 hektarów starego lasu w Tasmanii, w celu zezwolenia na wznowienie wyrębu. Ważne tubylcze święte miejsca w granicach obszaru Światowego Dziedzictwa znowu zostaną zagrożone, jeżeli wpis na listę Dziedzictwa zostanie unieważniony. Jest to czyn haniebny. Biorąc pod uwagę historię przemocy i powtarzane próby wywłaszczenia i wytępienia, którym stawia czoła tasmańska tubylcza społeczność, miałoby się nadzieję, że szersze społeczeństwo nie pozwoli, żeby ta przemoc trwała. Gdybyśmy byli naprawdę skruszonym narodem, możliwe że stosowne zrozumienie i refleksja doprowadziłyby do bardziej świadomego punktu widzenia. Ale w kraju, gdzie głosi się frazesy na temat praw Aborygenów, taka refleksja nie jest możliwa.

Czytając gazetę wczoraj rano (Age – 14 czerwca 2014), w eseju Andrewa Darby’ego czytałem o odwadze Ruth Langford i Linton Burgess’a, dwojga Aborygenów, spośród wielu innych, którzy walczą by uratować ich kraj i ochronić wpis na listę Światowego Dziedzictwa lasu deszczowego otaczającego ważne kulturalne miejsca. Podczas wizyty na tym terenie ostatnio, ta para ′wołała do starych ziomków … dajmy im znać, że jeszcze tutaj jesteśmy′.

Jesteśmy jeszcze tutaj

Proszę, rozważcie przez chwilę głęboką odwagę tego czynu. Rozważcie, że aborygeńskie narody ziemi, której przyszło otrzymać nazwę ‘Tasmania’ od brytyjskich mieszkańców kolonii, oparły się aktywnym próbom ludobójstwa przez ponad 2oo lat i dzisiaj dumnie stają, by chronić zarówno swoich przodków jak i swoje dzieci. Ruth Langford, Linton Burgess i Aborygeni Tasmanii są bohaterami dla Aborygenów w całej Australii. Powinni oni też być uważani za bohaterów przez naród, bo walczą w obronie ich kraju i środowiska. Czyniąc to, chronią całą planetę.

W przyszłym tygodniu Ruth Langford dołączy do naukowców i działaczy ekologicznych na dorocznym spotkaniu Komitetu Światowego Dziedzictwa w Doha, w Katarze, próbując powstrzymać posunięcie australijskiego rządu. Życzę jej i jej odważnym ludziom pełnego sukcesu – zawsze byłem, zawsze będę.

 

Tony Birch

‘G′day’ z City College w Footscray, Australia

Image: Footscray City College – och, to jest

Footscray City College – och, to jest „so cool” (tak twierdzi Tony Birch)

 

„G′day” [witajcie] z City College w Footscray, Australia!

Footscray City College to państwowa szkoła w zachodniej części Melbourne, w Australii. Mamy w tej szkole 46 różnych narodowości i prawie 1000 studentów. Spoglądamy z góry na jedną z wielkich dróg wodnych Melbourne, potężną rzekę Maribyrnong. Jesteśmy pełną zapału gromadką dzieci w wieku 14 i 15 lat, z kilkoma znakomitymi, zaangażowanymi nauczycielami. Odkrywamy miasto Melbourne, jak również naturalny krajobraz, który je otacza.

Tutaj jest film, który zrobiliśmy w naszym pierwszym dniu ze Stacjami Pogody.

Nasza grupa współpracuje z Tony Birch’em i z Wheeler Centre w zakresie książek, pisania i pomysłów na to, jak poprawić nasze własne pisanie i wiedzę o zmieniającym się klimacie. Tony napisał wiele powieści, między innymi Shadowboxing i Blood. Wheeler Centre jest organizacją, która organizuje rozmowy i imprezy dla publiczności na wiele tematów, włącznie z pisaniem, zmianą klimatu, i wiele więcej.

Naszym celem jest sprawić, żeby ludzie mówili o zmianie klimatu, a także, jak to mogłoby dotknąć nas na naszych własnych osiedlach, ulicach i w domach. Chcemy żeby ludzie na całym świecie wiedzieli, że myślimy i jednoczymy się w tej kwestii. Nie tylko chcemy, żeby ludzie myśleli o zmianie klimatu, chcemy sprowokować ich do działania.

Oczekujemy niecierpliwie podzielenia się naszą pracą ze wszystkimi z innych podstacji, w Berlinie we wrześniu!

– Studenci z Podstacji Footscray City College

Połamany Anioł

[mapa 10 - Połamany Anioł, Carlton Cemetery, Melbourne, Australia]

[mapa 10 – Połamany Anioł, Carlton Cemetery, Melbourne, Australia]

Poszedłem dzisiaj na cmentarz z moim psem, Ellą. Ma ona jedenaście lat, chore biodro i woli swoje posłanie od dobrego spaceru. Wybraliśmy się odwiedzić grób mojej babki. Zmarła ona w 1996, w wieku 88 lat. Żyła, jak to mowią, pełnią życia. Urodzona na Cape Barren Island, w cieśninie Bass Strait, między Wiktorią a wyspą Tasmanią, moja babka została jako małe dziecko wysłana do sierocińca na tasmańskim lądzie. W wieku dwunastu lat przepłynęła statkiem na gapę przez ciśninę do Wiktorii. Dwa razy brała ślub, miała siedmioro dzieci i parodiowała Al Jolsona, kiedy była pijana.

Pochowana jest ze swoim mężem, moim dziadkiem, Patrickiem Corcoranem. Irlandzki katolik, był on pracowitym człowiekiem, który jednego popołudnia w 1953 przyszedł do domu z pracy, wszedł do łazienki, podciął sobie gardło i wykrwawił się na śmierć. W tym grobie jest też pochowany mój wujek, Michael Anthony Corcoran, który został zamordowany w 1963, mając zaledwie osiemnaście lat. Nigdy nie spotkałem mojego dziadka, oczywiście, ale wyraźnie pamiętam Michaela. Był wesoły, psotny i był oczkiem w głowie mojej babki.

Na cmentarzu pozwoliłem Elli powęszyć dookoła nagrobków, kiedy porządkowałem rodzinną kwaterę. Wypieliłem, zmieniłem mętną wodę w naczyniach i zastąpiłem zniszczone plastykowe kwiaty nowszymi, które wiatr rozrzucal po terenie cmentarza, zdmuchnięte z grobów, na których były pierwotnie umieszczone. Przed wieloma laty wypełniłem słój kamieniami, skorupami i szkłem z plaży, które zbierałem po całym świecie: z rzeki w Szkocji, plaży w Chile i z ulic Nowego Jorku. Wypełniłem słój wodą, zapieczętowałem i umieściłem go na grobie. Dzisiaj opróżniłem ten słój, wyczyściłem go i wymieniłem wodę.

Usiadłem na grobie i myślalem o nich, o mojej rodzinie – tam w dole. Wiem, że mój dziadek troszczył się o swoją rodzinę. I był on bardzo opiekuńczym człowiekiem. Nikt nie wie, dlaczego odebrał sobie życie, ale moja matka wierzy, że obawiał się, że nie będzie nigdy mógł dostatecznie ochronić swoich dzieci. Nie jestem pewny, co to znaczy. Kiedy myślę o moich własnych dzieciach – jest ich pięcioro – nigdy nie jestem pewny, czy niepokoję się o nie za bardzo, czy nie dosyć. Czasami myślę, że jest moim zadaniem by je uratować – zrozumiały, ale śmieszny wniosek.

Czy cokolwiek z tego jest istotne dla kwestii Zmiany Klimatu? Myślę, że tak. Moja babka żyła całe życie w biedzie. Jej codzienną troską było znaleźć dość jedzenia, by nakarmić rodzinę; by obejść ulice centrum miasta podczas zimy, pchając wózek, w poszukiwaniu drewna na opał, by utrzymać ciepło w domu. Byliśmy ze sobą blisko, kiedy dorastałem. Ona nauczyła mnie, że jeżeli nie zabezpieczymy naszym rodzinom i sobie nawzajem podstaw życia – żywności, ciepła i schronienia – wszystko inne jest bezwartościowe. I co więcej, jeżeli nie dostarczymy tych podstawowych rzeczy po równo wszystkim w społeczeństwie, powinniśmy się wstydzić samych siebie.

Alma Corcoran nie była żadnym marksistowskim ekonomistą czy aktywistą politycznym. Nie miała prawie żadnej szkoły i była bezpośrednią i nieromantyczną kobietą. Ale wiedziała dużo o nadmiarze – i nienawidziła go. Jeśli kiedykolwiek dobrze jej się wiodło, kiedy kredens był pełny i lodówka zaopatrzona, otwierała swoje drzwi frontowe i zapraszała sąsiadów na specjalny posiłek. Ona nauczyła mnie, że nie jest w mojej mocy nikogo uratować, nie mówiąc o moich dzieciach. Ona też nauczyła mnie, że jestem tylko małą częścią większej całości.

Tony Birch

Rybitwa

Unknown

Już od ponad roku mój starszy sąsiad, Jack, porządkuje swoje życie i pozbywa się niektórych rzeczy. Chociaż nie jesteśmy rodziną i znamy się tylko parę lat, wiele z tego, co jest mu już nieprzydatne, trafiło do mnie.

Zaczął od tomów  ‘Encyklopedii Australijskich Traktorów Tractorsand i Nowoczesnego Rolnictwa’ w twardej oprawie. Zaoferował mi je pewnego słonecznego ranka, kiedy rozmawialiśmy ponad chudym żywopłotem z lawendy, który uchodzi za rozdzielające nas ogrodzenie.

Jack zna swoje traktory i uwielbia mówić o nich. Gdyby był zawodnikiem w starym telewizyjnym quizie Mastermind, traktory pewnie byłyby jego ′specjalnym tematem′.

Jack spędził swoje aktywne życie zawodowe sprzedając traktory w całej Wiktorii w spółce ze swoim bratem bliźniakiem, Ronnie’m. Założyli biznes razem i parę lat później ożenili się z dziewczynami ze swojego rodzinnego miasta – w tym samym kościele i w tym samym dniu.

Zaplanowali tez po przejściu na emeryturę osiedlić się na dwóch sąsiadujacych ze sobą działkach przy plaży na zachodnim wybrzeżu. Ale zaledwie kilka miesięcy przed odejściem z biznesu pikap prowadzony przez Ronnie’ego został podczas powodzi zmyty z mostu, kiedy próbował przejechać wezbrana rzekę gdzieś koło Colac. Roztrzaskany wrak w końcu odkryto kilka mil w dół rzeki od miejsca wypadku, ale ciało Ronnie’go nigdy nie zostało odnalezione.

Pomimo że niezwykle odczuwał brak Ronnie’go, niemniej Jack przystąpił do realizacji swojego planu emerytalnego, podczas gdy wdowa po Ronnie’m sprzedała ich działkę ′jakiemuś typowi z miasta′, jak lekceważąco mowi o nim Jack. Chociaż ′typ z miasta′ zbudował dom w sąsiedztwie Jacka, rzadko odwiedzał go przez następne lata, aż wystawił go na  sprzedaż.

Kupiłem dom od wdowy po Ronnie’m marząc o wyremontowaniu go w czasie pisania wielkiej powieści. Ale od wprowadzania się wykonałem bardzo niewiele pracy i nabazgrałem nie więcej niż kilka akapitów.

W dodatku do swoich książek o traktorach Jack przekazuje mi też przez żywopłot swoje stare narzędzia. Prawdę mówiac są mi one przydatne tak samo jak książki o traktorach.  Nie to, że nie doceniam hojności Jacka, ale nie potrafiłbym prosto rabnąć w gwoźdź choćby zależalo od tego moje życie.

Jack bardzo dba o swoje narzędzia. Nasmarowane powierzchnie metalu są wolne od rdzy, a drewniane rękojeści są wypolerowane do gładkości przez lata używania. Chociaż nie spodziewam sie, że zrobię coś z nimi, każdy dar, czy to szufla, młotek czy jakaś odmiana prostej piły ręcznej jest dodawana do kolekcji trzymanej w pokoju za kuchnią, który ma okno na podwórze.

Jest to też pokój, gdzie uprawiam moje pisanie. Albo dokładniej, gdzie powinienem spędzać mój dzień pisząc.

To, co niefortunnie nazywam „dniem pisania” zaczynam przy swoim biurku, uzbrojony w filiżankę herbaty i trochę inspiracyjnej muzyki – moją ′piszącą muzykę′ jak ją optymistycznie nazywam. Mój roboczy ranek, który jest wcale niedługi, polega na gapieniu się wymiennie na ekran komputera i przez okno, na zarośnięty ogród bardzo potrzebujący troski, której nie mogę mu zapewnić, bo jestem zajęty pisaniem.

Po mniej więcej godzinie, czasami wcześnej, dochodzę do wniosku, że dzisiaj nie jest dobry dzień na pisanie. Więc wstaję od biurka,wychodzę z domu i idę na tył ogrodu. Potem prześlizguję się przez lukę w ogrodzeniu i kieruję się ku plaży.

Kiedy zaczynałem moje codzienne spacery na plażę, Jack był zawsze obok mnie. Faktycznie to Jack pokazał mi tajną ścieżkę, ukrytą pod olbrzymim drzewem herbacianym [tea-tree] tuż poza moim tylnym ogrodzeniem. I to Jack poprowadzil mnie tą ścieżką do plaży, gdzie podzielił sie ze mną drugim sekretem.

Rankiem tamtego pierwszego spaceru właśnie zrezygnowałem z kolejnej sesji pisania, kiedy Jack zobaczył mnie przemierzającego frontowy ogród. Prowadziłem poszukiwania, nie historii, ale skromnego zdania, albo być może jednego słowa, które mogłoby mnie zastartować.

′Hej, synu′ zamachał do mnie przez żywopłot .

Pewny, że coś musi dręczyć człowieka wydeptującego ścieżkę na swoim podwórku, Jack przeszedł dookoła żywopłotu, zastąpił mi drogę i zapytał, czy mógłby pomóc. Kiedy wyjaśniłem, że jestem dosyć pewny, że złapala mnie niemoc twórcza, spojrzal mi w oczy, zarówno zaintrygowany jak przejęty.

′Niemoc twórcza?′ powtórzył do siebie kilka razy. ′Nigdy o tym nie słyszałem. Co to takiego?′

′No cóż, Jack. To jest tak, jakby mieć problem, którego nie możesz rozwiązać. Albo ideę, ktorej szukasz. Ideę ze słowami. Ale słów nie możesz znaleźć′.

Oczy Jacka rozjaśniły się, był pewny, że on znał rozwiązanie.

′Dobrze, w połowie masz rację, że próbujesz rozpracować swój problem przez  spacer. Ja robię to samo. Pospaceruj i uporządkuj sobie w głowie. Ale chodzenie dookoła w kołko? To nie jest dla ciebie dobre.  Musisz pójść po linii prostej.’ Machnął ręką w kierunku niskich wzgórz za naszymi sąsiadującymi z sobą domami. ′Linia prosta, synu. Linia prosta.′

A potem poprowadził mnie na koniec swojego ogrodu i wskazał lukę między dwoma słupkami w ogrodzeniu za jego szopą.

′Myślałem żeby tu zrobic furtkę,′ udzielił mi wyjaśnienia Jack,  kiedy przeleźliśmy przez ogrodzenie. ′Byłoby łatwiej niż robić to każdego ranka. Ale żeby ci powiedzieć prawdę, to nie byłaby taka zabawa. To sprawia, że czuję się trochę jak dziecko′.

Dostrzegłem przed nami wąską ścieżkę, znikającą poniżej baldachimu drzewa herbacianego. Szedłem za Jackiem wzdłuż ocienionej ścieżki, która wznosiła się ostro, osiągnęła szczyt a potem spłynęła łagodnie w dół do plaży między piaszczystymi wydmami, a falami złotej trawy.

Jack czekał na mnie na plaży kiedy przechodziłem pas piasku zaśmieconego wiórami twardych jak rzemień morskich wodorostów. Nie śpieszyliśmy się idąc dalej, gawędząc i zatrzymując się od czasu do czasu, by podziwiać olśniewające kolory w skalnych basenach między plażą a oceanem. Kiedy Jack identyfikował gatunek każdej  ryby przemykającej się przez lasy wodorostów, czułem się jak chłopiec drepczący radośnie za swoim ojcem.

Szliśmy tak być może pół godziny, kiedy Jack zeszedł z plaży i wszedł na trawę. Przeszedł ze trzydzieści metrów i zatrzymał się. Kiwnał głową w kierunku płytkiej depresji w gruncie.

′To jest to′. Wskazał  na punkt, na który gapiliśmy się obaj, chociaż nie miałem najmniejszego pojęcia, co powinienem tam zobaczyć.

Oczy Jacka rozszerzyly sie. ‚No, co myślisz?′

Znowu popatrzyłem na przygniecioną warstwę trawy. ′Co myślę o czym, Jacku?′

Jeżeli usłyszał moje pytanie, zignorował je.

′Przybywają każdego lata. Są tu, od kiedy mam swój dom. I tysiące lat przedtem, powiedziałbym′.

′Kto przybywa, Jack?′

′Nie kto, synu. Co. Rybitwa′.

Powiedział to słowo – rybitwa – cicho i spokojnie, jakbym powinien wiedzieć bez pytania, do czego się odnosi.

Potem Jack odwrócił się i ruszył z powrotem wzdłuż plaży. Zaskoczył mnie przejściem w trucht.

Biegłem za nim. ‚Rybitwa, Jack? Co to jest?′

On zatrzymał się na plaży biorąc głęboki oddech.

′ Rybitwa popielata’ [The Arctic Tern] udzielił wyjaśnienia ruszając dalej. ′To jest ptak. Odważny ptaszek. Przybywa prosto tutaj, na tę plażę, każdego lata, ze szczytu świata, spod arktycznego koła podbiegunowego. 20,000 mil leci, by dostać się tutaj. A potem, później w tym samym roku leci znowu z powrotem. Ten sam dystans. Większość ludzi nigdy nie może zobaczyć tego ptaka. Spędza większość swego życia w powietrzu′.

Popatrzyłem ponad oceanen na horyzont, a potem w górę na puste niebo. ‚To musi być duży ptak, Jack, żeby przelecieć całą tę drogę?′

′No,′ zakpił. ′Rozpiętość skrzydeł, być może stopa w poprzek, trochę więcej. A sam ptak,′ Jack zacisnął swoja sękatą pięść, ′niedużo większy niż to′.

Gwizdnąłem z podziwem. ′Wiec widziałeś go, Jack? Tego ptaka?′

Popatrzył na mnie i  jego twarz złagodniała, ale nie powiedział nic więcej.

Kiedy szliśmy w kierunku domu, od czasu do czasu spoglądałem przez ramię na jasne poranne niebo, zadajac mu więcej pytań o ptaka.

′Spod koła podbiegunowego, Jack? Jak one się tu dostają?′

′One lecą,′ zaśmiał się.

′Ale jak, Jack? Skad one wiedzą, gdzie lecą?′ Znowu popatrzyłem do tyłu na horyzont. ′Całą tę drogę.′

Zatrzymał się i położył rękę na moim ramieniu. Byłem zaskoczony siłą jego chwytu.

′One pamiętają, synu. Stąd wiedzą. Zajmuje im to miesiące, by dostać się tutaj. Czytałem o tym. Naukowcy tropili tego ptaka do każdego miejsca odpoczynku po drodze.

Zatrzymują się w tym samym miejscu każdego roku. One nigdy nie zapominają, gdzie były, albo dokąd zmierzają. To jest ich sekret. Nigdy nie zapominać. Zapamiętaj to, synu′.

Znowu chwycil moje ramię. ′I wiesz, co jeszcze?′

Czekał na moją odpowiedź, ale nie miałem żadnej. ′Co jeszcze, Jack?′

Jego oczy błyszczały czystą satysfakcją.

′One mają długie życie, to znaczy, jak na ptaka. Więcej niż dwadzieścia lat, niektóre. Całe to latanie, pomyślałoby się, że to powinno je zmęczyć. Ale nie męczy. Cała ich siła pochodzi z tego lotu. I inna rzecz. Przez cały ten czas, one łączą się w pary na całe życie. Lecą przez cały świat do tego samego miejsca i tego samego partnera, każdego roku. Co ty na to, ha?′

Kiedy po spacerze wśliznęliśmy się z powrotem przez ogrodzenie, Jack zaprosił mnie do swojej ogrodowej szopy.

′Mam tutaj coś dla ciebie,′ powiedział, robiąc do mnie oko żartobliwie .

Jego szopa była wzorem porządku. Ogromne zapasy gwoździ, śrub, bolców i nakrętek leżały w oznaczonych etykietą szklanych słojach wzdłuż tylnej sciany drewnianego stołu do pracy, pod oknem wychodzącym na podwórko. Jego narzędzia ogrodnicze: szufle, grabie i kilofy różnych rozmiarów stały na baczność pod jedną ścianą, podczas gdy jego piły, młotki i wiertła zwisały z uchwytów powyżej narzędzi ogrodowych.

Nie było w zasięgu wzroku żadnego narzędzia o napędzie mechanicznym .

Różne kawałki drewna, niektóre z nich ′rzadko spotykane’ według Jacka, leżały na podwyższonym stelażu wzdłuż tylnej sciany szopy.A poniżej kolekcji drewna, druga półka była schludnie zastawiona kilku tuzinami puszek farb i lakierów.

′Czego szukamy, Jack?′ Zastanawiałem się na głos, kiedy on grzebał w szopie.

′Mojej lornetki,′  odpowiedział przeszukując karton oznaczony grubym ołowkiem RÓŻNE DROBIAZGI .

Kiedy nie znalazł swojej lornetki w  pudełku, Jack wyszedł z szopy i wrócił z drewnianą drabiną. Oparł ją o tylną ścianę  i przystawił koniec drabiny do górnej półki, gdzie spoczywał naftowy grzejnik, inne kartony i stara walizka.

Kiedy testował stabilność drabiny zaoferowałem moje usługi. ‘Czy mogę pomóc, Jack? Wejdę tam na górę za ciebie′.

Machnięciem ręki kazał mi odejść stawiając stopę  na dolnym szczeblu drabiny. Wspiął się na półkę i odsunął jeden z kartonów na bok, sięgając do drugiego pudełka. Kiedy to zrobił, pudełko rąbnęło w walizkę. Odskoczyłem w momencie, kiedy waliza zwaliła się na podłogę.

′Cholera′ szepnął Jack do siebie spogladając przez ramię w dół na walizkę.

Przeszukał jeszcze kilka pudełek, zanim wyciągnął z jednego z nich wytarty skórzany futerał do lornetki. Wyjął lornetkę z futeralu. ′Tutaj jest′.

Stałem u dołu drabiny, kiedy podał mi lornetkę. Była w doskonalym stanie  – ciemny metal, chrom, szklane soczewki, każda powierzchnia odbijała światło słoneczne wypełniajace okno szopy.

Jack zszedł po drabinie i oparł rękę na moim ramieniu. ′Kiedy ona będzie odlatywać tego lata, ta rybitwa, będziesz na nia przygotowany′.

Popatrzyłem na szkła. ′Ale jak ona wygląda, Jack? Nie umiem odróżnić jednego ptaka od drugiego′.

Jack odpowiedział wręczając mi książkę z półki nad stołem do pracy – ‘Ptaki Wędrowne Świata’. Kiedy kartkowałem szybko strony, on skoncentrował się na walizce, która spadła na podłogę. Podniósł ją za ucho i potrząsnął walizką. Usłyszałem coś szeleszczącego wewnątrz łagodnie. Popatrzyłem na Jacka, ąeby sprawdzić, czy on to też usłyszał .

Podrapał się w głowę. ′Co my tu mamy?′

Położył walizkę na warsztacie, zaczął ja odpinać i zawahał się na moment zanim ją  w końcu otworzył. Przysunąłem się bliżej do warsztatu i popatrzyłem w dół na olśniewające cekiny naszyte na dziewiczo-białą tkaninę tego, co wydawało się być suknią ślubną.

Jack sięgnął do walizki i wyjął suknię. Tulił  ją w ramionach jak nowonarodzone dziecko. ′To jest suknia ślubna mojej żony’ wyjaśnił. ′Ona odeszła już ponad dziesięć lat temu′.

Powoli okrążył pokój, przyciskając suknię do ciała, jak gdyby tańczył z nią walca. Kiedy zobaczyłem, że ma łzy w oczach, wyszedłem do ogrodu, zostawiając go samego.

Kiedy Jack w końcu wyszedł ze szopy, zaprosił mnie do domu. Kiedy siedzieliśmy przy drewnianym stole popijając z kubków słodką herbatę, mówił o ich czterdziestu pięciu latach małżeństwa i o śmierci jego żony po krótkiej, ale bolesnej chorobie.

′Wszystkie te lata w drodze, podróżując od miasta do miasta. Powinienem był być z nią w domu. Zrozumiałem to dopiero, jak ją straciłem. Spędziliśmy w tych latach więcej czasu z dala od siebie, więcej nocy w oddzielnych łóżkach, niż tam, gdzie powinniśmy byli być, w swoich ramionach′.

Poczułem, że powinienem coś powiedzieć. Chciałem powiedzieć Jackowi, że jestem pewny, że oni  bardzo kochali się nawzajem i że ich czas spędzony razem nadrobił z nawiązką te osobne noce. Ale nie mogłem tego powiedzieć. Czułem, że nie znam go dość dobrze,  by to zrobić. A poza tym, byliśmy mężczyznami, więc powiedziałem to, czego się od mężczyzn oczekuje przy takich okazjach.

′Byłeś daleko ciężko pracując, Jack, dla was obojga. Jestem pewny, że ona to rozumiała′.

Wpatrywał się w dno swojego kubka myśląc o tym, co powiedziałem.

′Oboje rozumieliśmy′, odpowiedział w końcu. ′Pewnie masz rację. Ale to niczego nie zmienia. Te osobne noce dają w sumie lata separacji. Zmarnowane lata′.

To było na początku ostatniej wiosny, kiedy po raz pierwszy zauważyłem zmianę w Jacku. Pewnego ranka stałem przy skrzynce pocztowej,  kiedy on wykrzyknął do mnie zza żywopłotu. ′Ron! Hej Ronnie, chlopcze!′

ŚmiaŁ sieę  i machał do mnie, zanim szybko odwrocił wzrok. Wydawał się zmieszany i zakłopotany. Obszedłem żywopłot. Jack grzebał w ziemi czubkiem buta studiując nagi skrawek trawy w trawniku.

′Jack. Czy ty jesteś OK?′

Nie patrzył na mnie. ′Tak. Jestem w porzadku, synu. Właśnie myślałem o czymś.  Nie zwracaj na mnie uwagi. Jestem po prostu stary głupiec′.

W następnych tygodniach musiałem zwrócić kilka z narzędzi Jacka, po tym, jak zwierzył mi się, że zapodział gdzies młotek czy piłę – ′ nie chcę sprawiać kłopotu, ale czy masz jakąś, ktorą mogę pożyczyć na kilka dni?′

Zauważyłem także, że jakby spowolniał i rzadziej schodził  ze mną na plażę. Kiedy zapukałem do jego drzwi jednego ranka wczesnym latem, nie było żadnej odpowiedzi od Jacka. To się nigdy przedtem nie zdarzyło.

Ruszyłem ściezką do luki w tylnym ogrodzeniu samotnie, z futerałem lornetki wiszącym na mojej szyi na skórzanym pasku. Kiedy osiągnąłem grzbiet powyżej plaży wyjąłem szkła z futeralu i przejrzałem horyzont. Były dookoła dużo ptaków, mewy przeważnie, ale ani śladu Jack’owej rybitwy błękitnej.

Gdyby Jack był ze mną, zapytałby: ′Jest tam coś dzisiaj?′

Po tym, jak odpowiedziałbym, jak zawsze robiłem: ′Nic dzisiaj rano, Jack′, on byłby przez chwile rozczarowany zanim by sie pocieszyl: ′Jutro. Być może jutro′.

Po spenetrowaniu nieba zszedłem przez wydmy i wzdłuż plaży do miejsca, gdzie – jak był przekonany Jack – ptak ostatecznie wróci. Nie było go tam. Kiedy zawróciłem w kierunku domu, zauważyłem kogoś na plaży w oddali, oddalającego się od mnie. Chociaż zaskoczony widokiem  jego sztywnej jak drut sylwetki, byłem pewny, że to Jack. Podniosłem szkla. Kierował się w stronę przybrzeżnej kipieli.

Biegnąc ku niemu krzyczałem ′Jack! Jack!′

Nie obejrzał się aż byłem prawie przy nim. Przyjrzał mi się dokładnie, nawet trochę podejrzliwie. ′Ronnie? Ronnie?′ Cofnął się o krok. ′Ronnie Boy? No, niech mnie diabli. Gdzie się podziewałeś?′

Wyciagnąłem do niego rękę. ′Przepraszam, Jack, ale nie złapałem cię dzisiaj rano. Pewnie zaspałem. Chodź. Wróćmy razem piechotą do domu ′.

Rozejrzał się po plaży, gdzie kilku nastolatków leżało na trawiastym brzegu powyżej przyboju. W swoich ciemnych piankach błyszczących w słońcu przypominali kolonię fok.

Potem Jack odwrócił się i spojrzał w kierunku, z którego przyszliśmy. Patrzył w dół na piasek, na wgniecenia śladów, jakie jego stopy zrobiły w piasku zaledwie kilka minut wcześniej. Śledził ich drogę w tył wzdłuż plaży, gdzie przypływająca fala sunęła łagodnie po piasku i połchłaniała je.

′Do domu?′ wyglądał na oszołomionego.

′Tak. Do domu, Jack. Powinniśmy już wracać′.

W tej chwili coś mu się ułożyło w całość. Wyraz niepewności zamienil sie w spokój, a potem w lekki uśmiech rozpoznania. Popatrzył w dół na moja otwartą dłoń jak gdyby to była niezamierzona obraza jego niezależności.

Odsunął mnie na bok. ′Chodź dalej, synu.  Mam ci coś do pokazania′.

Idzie zima i Jack nie chodził ze mną po plaży od tamtego ranka. Nieco ponad tydzień temu byłem na ścieżce kierując się ku plaży, kiedy rozszalała się burza. Kiedy ulewny deszcz przesiąkał przez moj wełniany sweter i workowate dresowe spodnie, pomyślałem o wycofaniu się, albo co najmniej wróceniu do domu po płaszcz nieprzemakalny. Na chwilę zatrzymałem się na ścieżce, zanim zdecydowałem się pójść dalej.

Niskie niebo nad horyzontem było sine od ciężkich chmur, podczas gdy deszcz, niesiony przez porywisty południowy wiatr, siekł mnie po twarzy. Chociaż wydawało się, że niewiele jest sensu kłopotać się wyciąganiem lornetki z futerału, wyjąłem ją jednak i przeszedłem przez rutynowe przeszukiwanie horyzontu.

Najpierw zauważyłem statek towarowy, przeładowany wielobarwnymi kontenerami. Statkiem rzucało po bielą krytym morzu jak modelem z Lego. Dopiero kiedy uniosłem szkła do nieba, pochwyciłem okiem cień na tle chmury, a potem ciemną plamę ptaka.

Chociaż to była tylko krótka obserwacja, natychmiast uwierzyłem, że właśnie zobaczyłem rybitwę. Była w zasięgu mojego wzroku tylko kilka sekund, zanim zniknęła. Usadowiony na szczycie zbocza, przeszukiwałem horyzont jeszcze przez pół godziny albo więcej, ale nie zobaczyłem ptaka ponownie.

Zanim dostałem się z powrotem do domu byłem mokry do kości i drżący z zimna. Wrzuciłem moje ubranie do pralki, wziąłem prysznic i prześledziłem myśli, które zajmowały mnie, gdy szedłem z plaży do domu. Po ubraniu się opuściłem dom i pobiegłem dookoła żywopłotu do ogródka przed domem Jacka. Zapukałem do jego drzwi kilka razy, ale nie odpowiedział. Wróciłem do domu i zrobiłem sobie filiżankę herbaty. Potem poszedłem do saloniku i przewertowałem mój zbiór płyt CD, aż znalazłem jakąś ‘muzykę do pisania’ – Żelazo i Wino.

Usiadłem przy moim biurku, w stęchłym zapachu książek o traktorach i natłuszczonych powierzchni metalu, i napisałem następujące słowa do samego siebie:

Rybitwa ma ostry krwistoczerwony dziób i nosi  czarny kaptur z białą czapką. Kiedy rybitwa żeruje na łąkach i niskich wydmach, gdzie przygotowuje swoje gniazdo, jej prawdziwe piękno pozostaje ukryte pod warstwą nudnych szarych piór. Ale kiedy rozwija ona swoje skrzydła w locie, szczególnie kiedy szybuje, co robi by oszczędzać energię, ptak eksponuje swoją świetlistą mieszaninę bogatego ubarwienia. Rybitwa jest ptakiem siły i piękna.

– Tony Birch