Rybitwa

Unknown

Już od ponad roku mój starszy sąsiad, Jack, porządkuje swoje życie i pozbywa się niektórych rzeczy. Chociaż nie jesteśmy rodziną i znamy się tylko parę lat, wiele z tego, co jest mu już nieprzydatne, trafiło do mnie.

Zaczął od tomów  ‘Encyklopedii Australijskich Traktorów Tractorsand i Nowoczesnego Rolnictwa’ w twardej oprawie. Zaoferował mi je pewnego słonecznego ranka, kiedy rozmawialiśmy ponad chudym żywopłotem z lawendy, który uchodzi za rozdzielające nas ogrodzenie.

Jack zna swoje traktory i uwielbia mówić o nich. Gdyby był zawodnikiem w starym telewizyjnym quizie Mastermind, traktory pewnie byłyby jego ′specjalnym tematem′.

Jack spędził swoje aktywne życie zawodowe sprzedając traktory w całej Wiktorii w spółce ze swoim bratem bliźniakiem, Ronnie’m. Założyli biznes razem i parę lat później ożenili się z dziewczynami ze swojego rodzinnego miasta – w tym samym kościele i w tym samym dniu.

Zaplanowali tez po przejściu na emeryturę osiedlić się na dwóch sąsiadujacych ze sobą działkach przy plaży na zachodnim wybrzeżu. Ale zaledwie kilka miesięcy przed odejściem z biznesu pikap prowadzony przez Ronnie’ego został podczas powodzi zmyty z mostu, kiedy próbował przejechać wezbrana rzekę gdzieś koło Colac. Roztrzaskany wrak w końcu odkryto kilka mil w dół rzeki od miejsca wypadku, ale ciało Ronnie’go nigdy nie zostało odnalezione.

Pomimo że niezwykle odczuwał brak Ronnie’go, niemniej Jack przystąpił do realizacji swojego planu emerytalnego, podczas gdy wdowa po Ronnie’m sprzedała ich działkę ′jakiemuś typowi z miasta′, jak lekceważąco mowi o nim Jack. Chociaż ′typ z miasta′ zbudował dom w sąsiedztwie Jacka, rzadko odwiedzał go przez następne lata, aż wystawił go na  sprzedaż.

Kupiłem dom od wdowy po Ronnie’m marząc o wyremontowaniu go w czasie pisania wielkiej powieści. Ale od wprowadzania się wykonałem bardzo niewiele pracy i nabazgrałem nie więcej niż kilka akapitów.

W dodatku do swoich książek o traktorach Jack przekazuje mi też przez żywopłot swoje stare narzędzia. Prawdę mówiac są mi one przydatne tak samo jak książki o traktorach.  Nie to, że nie doceniam hojności Jacka, ale nie potrafiłbym prosto rabnąć w gwoźdź choćby zależalo od tego moje życie.

Jack bardzo dba o swoje narzędzia. Nasmarowane powierzchnie metalu są wolne od rdzy, a drewniane rękojeści są wypolerowane do gładkości przez lata używania. Chociaż nie spodziewam sie, że zrobię coś z nimi, każdy dar, czy to szufla, młotek czy jakaś odmiana prostej piły ręcznej jest dodawana do kolekcji trzymanej w pokoju za kuchnią, który ma okno na podwórze.

Jest to też pokój, gdzie uprawiam moje pisanie. Albo dokładniej, gdzie powinienem spędzać mój dzień pisząc.

To, co niefortunnie nazywam „dniem pisania” zaczynam przy swoim biurku, uzbrojony w filiżankę herbaty i trochę inspiracyjnej muzyki – moją ′piszącą muzykę′ jak ją optymistycznie nazywam. Mój roboczy ranek, który jest wcale niedługi, polega na gapieniu się wymiennie na ekran komputera i przez okno, na zarośnięty ogród bardzo potrzebujący troski, której nie mogę mu zapewnić, bo jestem zajęty pisaniem.

Po mniej więcej godzinie, czasami wcześnej, dochodzę do wniosku, że dzisiaj nie jest dobry dzień na pisanie. Więc wstaję od biurka,wychodzę z domu i idę na tył ogrodu. Potem prześlizguję się przez lukę w ogrodzeniu i kieruję się ku plaży.

Kiedy zaczynałem moje codzienne spacery na plażę, Jack był zawsze obok mnie. Faktycznie to Jack pokazał mi tajną ścieżkę, ukrytą pod olbrzymim drzewem herbacianym [tea-tree] tuż poza moim tylnym ogrodzeniem. I to Jack poprowadzil mnie tą ścieżką do plaży, gdzie podzielił sie ze mną drugim sekretem.

Rankiem tamtego pierwszego spaceru właśnie zrezygnowałem z kolejnej sesji pisania, kiedy Jack zobaczył mnie przemierzającego frontowy ogród. Prowadziłem poszukiwania, nie historii, ale skromnego zdania, albo być może jednego słowa, które mogłoby mnie zastartować.

′Hej, synu′ zamachał do mnie przez żywopłot .

Pewny, że coś musi dręczyć człowieka wydeptującego ścieżkę na swoim podwórku, Jack przeszedł dookoła żywopłotu, zastąpił mi drogę i zapytał, czy mógłby pomóc. Kiedy wyjaśniłem, że jestem dosyć pewny, że złapala mnie niemoc twórcza, spojrzal mi w oczy, zarówno zaintrygowany jak przejęty.

′Niemoc twórcza?′ powtórzył do siebie kilka razy. ′Nigdy o tym nie słyszałem. Co to takiego?′

′No cóż, Jack. To jest tak, jakby mieć problem, którego nie możesz rozwiązać. Albo ideę, ktorej szukasz. Ideę ze słowami. Ale słów nie możesz znaleźć′.

Oczy Jacka rozjaśniły się, był pewny, że on znał rozwiązanie.

′Dobrze, w połowie masz rację, że próbujesz rozpracować swój problem przez  spacer. Ja robię to samo. Pospaceruj i uporządkuj sobie w głowie. Ale chodzenie dookoła w kołko? To nie jest dla ciebie dobre.  Musisz pójść po linii prostej.’ Machnął ręką w kierunku niskich wzgórz za naszymi sąsiadującymi z sobą domami. ′Linia prosta, synu. Linia prosta.′

A potem poprowadził mnie na koniec swojego ogrodu i wskazał lukę między dwoma słupkami w ogrodzeniu za jego szopą.

′Myślałem żeby tu zrobic furtkę,′ udzielił mi wyjaśnienia Jack,  kiedy przeleźliśmy przez ogrodzenie. ′Byłoby łatwiej niż robić to każdego ranka. Ale żeby ci powiedzieć prawdę, to nie byłaby taka zabawa. To sprawia, że czuję się trochę jak dziecko′.

Dostrzegłem przed nami wąską ścieżkę, znikającą poniżej baldachimu drzewa herbacianego. Szedłem za Jackiem wzdłuż ocienionej ścieżki, która wznosiła się ostro, osiągnęła szczyt a potem spłynęła łagodnie w dół do plaży między piaszczystymi wydmami, a falami złotej trawy.

Jack czekał na mnie na plaży kiedy przechodziłem pas piasku zaśmieconego wiórami twardych jak rzemień morskich wodorostów. Nie śpieszyliśmy się idąc dalej, gawędząc i zatrzymując się od czasu do czasu, by podziwiać olśniewające kolory w skalnych basenach między plażą a oceanem. Kiedy Jack identyfikował gatunek każdej  ryby przemykającej się przez lasy wodorostów, czułem się jak chłopiec drepczący radośnie za swoim ojcem.

Szliśmy tak być może pół godziny, kiedy Jack zeszedł z plaży i wszedł na trawę. Przeszedł ze trzydzieści metrów i zatrzymał się. Kiwnał głową w kierunku płytkiej depresji w gruncie.

′To jest to′. Wskazał  na punkt, na który gapiliśmy się obaj, chociaż nie miałem najmniejszego pojęcia, co powinienem tam zobaczyć.

Oczy Jacka rozszerzyly sie. ‚No, co myślisz?′

Znowu popatrzyłem na przygniecioną warstwę trawy. ′Co myślę o czym, Jacku?′

Jeżeli usłyszał moje pytanie, zignorował je.

′Przybywają każdego lata. Są tu, od kiedy mam swój dom. I tysiące lat przedtem, powiedziałbym′.

′Kto przybywa, Jack?′

′Nie kto, synu. Co. Rybitwa′.

Powiedział to słowo – rybitwa – cicho i spokojnie, jakbym powinien wiedzieć bez pytania, do czego się odnosi.

Potem Jack odwrócił się i ruszył z powrotem wzdłuż plaży. Zaskoczył mnie przejściem w trucht.

Biegłem za nim. ‚Rybitwa, Jack? Co to jest?′

On zatrzymał się na plaży biorąc głęboki oddech.

′ Rybitwa popielata’ [The Arctic Tern] udzielił wyjaśnienia ruszając dalej. ′To jest ptak. Odważny ptaszek. Przybywa prosto tutaj, na tę plażę, każdego lata, ze szczytu świata, spod arktycznego koła podbiegunowego. 20,000 mil leci, by dostać się tutaj. A potem, później w tym samym roku leci znowu z powrotem. Ten sam dystans. Większość ludzi nigdy nie może zobaczyć tego ptaka. Spędza większość swego życia w powietrzu′.

Popatrzyłem ponad oceanen na horyzont, a potem w górę na puste niebo. ‚To musi być duży ptak, Jack, żeby przelecieć całą tę drogę?′

′No,′ zakpił. ′Rozpiętość skrzydeł, być może stopa w poprzek, trochę więcej. A sam ptak,′ Jack zacisnął swoja sękatą pięść, ′niedużo większy niż to′.

Gwizdnąłem z podziwem. ′Wiec widziałeś go, Jack? Tego ptaka?′

Popatrzył na mnie i  jego twarz złagodniała, ale nie powiedział nic więcej.

Kiedy szliśmy w kierunku domu, od czasu do czasu spoglądałem przez ramię na jasne poranne niebo, zadajac mu więcej pytań o ptaka.

′Spod koła podbiegunowego, Jack? Jak one się tu dostają?′

′One lecą,′ zaśmiał się.

′Ale jak, Jack? Skad one wiedzą, gdzie lecą?′ Znowu popatrzyłem do tyłu na horyzont. ′Całą tę drogę.′

Zatrzymał się i położył rękę na moim ramieniu. Byłem zaskoczony siłą jego chwytu.

′One pamiętają, synu. Stąd wiedzą. Zajmuje im to miesiące, by dostać się tutaj. Czytałem o tym. Naukowcy tropili tego ptaka do każdego miejsca odpoczynku po drodze.

Zatrzymują się w tym samym miejscu każdego roku. One nigdy nie zapominają, gdzie były, albo dokąd zmierzają. To jest ich sekret. Nigdy nie zapominać. Zapamiętaj to, synu′.

Znowu chwycil moje ramię. ′I wiesz, co jeszcze?′

Czekał na moją odpowiedź, ale nie miałem żadnej. ′Co jeszcze, Jack?′

Jego oczy błyszczały czystą satysfakcją.

′One mają długie życie, to znaczy, jak na ptaka. Więcej niż dwadzieścia lat, niektóre. Całe to latanie, pomyślałoby się, że to powinno je zmęczyć. Ale nie męczy. Cała ich siła pochodzi z tego lotu. I inna rzecz. Przez cały ten czas, one łączą się w pary na całe życie. Lecą przez cały świat do tego samego miejsca i tego samego partnera, każdego roku. Co ty na to, ha?′

Kiedy po spacerze wśliznęliśmy się z powrotem przez ogrodzenie, Jack zaprosił mnie do swojej ogrodowej szopy.

′Mam tutaj coś dla ciebie,′ powiedział, robiąc do mnie oko żartobliwie .

Jego szopa była wzorem porządku. Ogromne zapasy gwoździ, śrub, bolców i nakrętek leżały w oznaczonych etykietą szklanych słojach wzdłuż tylnej sciany drewnianego stołu do pracy, pod oknem wychodzącym na podwórko. Jego narzędzia ogrodnicze: szufle, grabie i kilofy różnych rozmiarów stały na baczność pod jedną ścianą, podczas gdy jego piły, młotki i wiertła zwisały z uchwytów powyżej narzędzi ogrodowych.

Nie było w zasięgu wzroku żadnego narzędzia o napędzie mechanicznym .

Różne kawałki drewna, niektóre z nich ′rzadko spotykane’ według Jacka, leżały na podwyższonym stelażu wzdłuż tylnej sciany szopy.A poniżej kolekcji drewna, druga półka była schludnie zastawiona kilku tuzinami puszek farb i lakierów.

′Czego szukamy, Jack?′ Zastanawiałem się na głos, kiedy on grzebał w szopie.

′Mojej lornetki,′  odpowiedział przeszukując karton oznaczony grubym ołowkiem RÓŻNE DROBIAZGI .

Kiedy nie znalazł swojej lornetki w  pudełku, Jack wyszedł z szopy i wrócił z drewnianą drabiną. Oparł ją o tylną ścianę  i przystawił koniec drabiny do górnej półki, gdzie spoczywał naftowy grzejnik, inne kartony i stara walizka.

Kiedy testował stabilność drabiny zaoferowałem moje usługi. ‘Czy mogę pomóc, Jack? Wejdę tam na górę za ciebie′.

Machnięciem ręki kazał mi odejść stawiając stopę  na dolnym szczeblu drabiny. Wspiął się na półkę i odsunął jeden z kartonów na bok, sięgając do drugiego pudełka. Kiedy to zrobił, pudełko rąbnęło w walizkę. Odskoczyłem w momencie, kiedy waliza zwaliła się na podłogę.

′Cholera′ szepnął Jack do siebie spogladając przez ramię w dół na walizkę.

Przeszukał jeszcze kilka pudełek, zanim wyciągnął z jednego z nich wytarty skórzany futerał do lornetki. Wyjął lornetkę z futeralu. ′Tutaj jest′.

Stałem u dołu drabiny, kiedy podał mi lornetkę. Była w doskonalym stanie  – ciemny metal, chrom, szklane soczewki, każda powierzchnia odbijała światło słoneczne wypełniajace okno szopy.

Jack zszedł po drabinie i oparł rękę na moim ramieniu. ′Kiedy ona będzie odlatywać tego lata, ta rybitwa, będziesz na nia przygotowany′.

Popatrzyłem na szkła. ′Ale jak ona wygląda, Jack? Nie umiem odróżnić jednego ptaka od drugiego′.

Jack odpowiedział wręczając mi książkę z półki nad stołem do pracy – ‘Ptaki Wędrowne Świata’. Kiedy kartkowałem szybko strony, on skoncentrował się na walizce, która spadła na podłogę. Podniósł ją za ucho i potrząsnął walizką. Usłyszałem coś szeleszczącego wewnątrz łagodnie. Popatrzyłem na Jacka, ąeby sprawdzić, czy on to też usłyszał .

Podrapał się w głowę. ′Co my tu mamy?′

Położył walizkę na warsztacie, zaczął ja odpinać i zawahał się na moment zanim ją  w końcu otworzył. Przysunąłem się bliżej do warsztatu i popatrzyłem w dół na olśniewające cekiny naszyte na dziewiczo-białą tkaninę tego, co wydawało się być suknią ślubną.

Jack sięgnął do walizki i wyjął suknię. Tulił  ją w ramionach jak nowonarodzone dziecko. ′To jest suknia ślubna mojej żony’ wyjaśnił. ′Ona odeszła już ponad dziesięć lat temu′.

Powoli okrążył pokój, przyciskając suknię do ciała, jak gdyby tańczył z nią walca. Kiedy zobaczyłem, że ma łzy w oczach, wyszedłem do ogrodu, zostawiając go samego.

Kiedy Jack w końcu wyszedł ze szopy, zaprosił mnie do domu. Kiedy siedzieliśmy przy drewnianym stole popijając z kubków słodką herbatę, mówił o ich czterdziestu pięciu latach małżeństwa i o śmierci jego żony po krótkiej, ale bolesnej chorobie.

′Wszystkie te lata w drodze, podróżując od miasta do miasta. Powinienem był być z nią w domu. Zrozumiałem to dopiero, jak ją straciłem. Spędziliśmy w tych latach więcej czasu z dala od siebie, więcej nocy w oddzielnych łóżkach, niż tam, gdzie powinniśmy byli być, w swoich ramionach′.

Poczułem, że powinienem coś powiedzieć. Chciałem powiedzieć Jackowi, że jestem pewny, że oni  bardzo kochali się nawzajem i że ich czas spędzony razem nadrobił z nawiązką te osobne noce. Ale nie mogłem tego powiedzieć. Czułem, że nie znam go dość dobrze,  by to zrobić. A poza tym, byliśmy mężczyznami, więc powiedziałem to, czego się od mężczyzn oczekuje przy takich okazjach.

′Byłeś daleko ciężko pracując, Jack, dla was obojga. Jestem pewny, że ona to rozumiała′.

Wpatrywał się w dno swojego kubka myśląc o tym, co powiedziałem.

′Oboje rozumieliśmy′, odpowiedział w końcu. ′Pewnie masz rację. Ale to niczego nie zmienia. Te osobne noce dają w sumie lata separacji. Zmarnowane lata′.

To było na początku ostatniej wiosny, kiedy po raz pierwszy zauważyłem zmianę w Jacku. Pewnego ranka stałem przy skrzynce pocztowej,  kiedy on wykrzyknął do mnie zza żywopłotu. ′Ron! Hej Ronnie, chlopcze!′

ŚmiaŁ sieę  i machał do mnie, zanim szybko odwrocił wzrok. Wydawał się zmieszany i zakłopotany. Obszedłem żywopłot. Jack grzebał w ziemi czubkiem buta studiując nagi skrawek trawy w trawniku.

′Jack. Czy ty jesteś OK?′

Nie patrzył na mnie. ′Tak. Jestem w porzadku, synu. Właśnie myślałem o czymś.  Nie zwracaj na mnie uwagi. Jestem po prostu stary głupiec′.

W następnych tygodniach musiałem zwrócić kilka z narzędzi Jacka, po tym, jak zwierzył mi się, że zapodział gdzies młotek czy piłę – ′ nie chcę sprawiać kłopotu, ale czy masz jakąś, ktorą mogę pożyczyć na kilka dni?′

Zauważyłem także, że jakby spowolniał i rzadziej schodził  ze mną na plażę. Kiedy zapukałem do jego drzwi jednego ranka wczesnym latem, nie było żadnej odpowiedzi od Jacka. To się nigdy przedtem nie zdarzyło.

Ruszyłem ściezką do luki w tylnym ogrodzeniu samotnie, z futerałem lornetki wiszącym na mojej szyi na skórzanym pasku. Kiedy osiągnąłem grzbiet powyżej plaży wyjąłem szkła z futeralu i przejrzałem horyzont. Były dookoła dużo ptaków, mewy przeważnie, ale ani śladu Jack’owej rybitwy błękitnej.

Gdyby Jack był ze mną, zapytałby: ′Jest tam coś dzisiaj?′

Po tym, jak odpowiedziałbym, jak zawsze robiłem: ′Nic dzisiaj rano, Jack′, on byłby przez chwile rozczarowany zanim by sie pocieszyl: ′Jutro. Być może jutro′.

Po spenetrowaniu nieba zszedłem przez wydmy i wzdłuż plaży do miejsca, gdzie – jak był przekonany Jack – ptak ostatecznie wróci. Nie było go tam. Kiedy zawróciłem w kierunku domu, zauważyłem kogoś na plaży w oddali, oddalającego się od mnie. Chociaż zaskoczony widokiem  jego sztywnej jak drut sylwetki, byłem pewny, że to Jack. Podniosłem szkla. Kierował się w stronę przybrzeżnej kipieli.

Biegnąc ku niemu krzyczałem ′Jack! Jack!′

Nie obejrzał się aż byłem prawie przy nim. Przyjrzał mi się dokładnie, nawet trochę podejrzliwie. ′Ronnie? Ronnie?′ Cofnął się o krok. ′Ronnie Boy? No, niech mnie diabli. Gdzie się podziewałeś?′

Wyciagnąłem do niego rękę. ′Przepraszam, Jack, ale nie złapałem cię dzisiaj rano. Pewnie zaspałem. Chodź. Wróćmy razem piechotą do domu ′.

Rozejrzał się po plaży, gdzie kilku nastolatków leżało na trawiastym brzegu powyżej przyboju. W swoich ciemnych piankach błyszczących w słońcu przypominali kolonię fok.

Potem Jack odwrócił się i spojrzał w kierunku, z którego przyszliśmy. Patrzył w dół na piasek, na wgniecenia śladów, jakie jego stopy zrobiły w piasku zaledwie kilka minut wcześniej. Śledził ich drogę w tył wzdłuż plaży, gdzie przypływająca fala sunęła łagodnie po piasku i połchłaniała je.

′Do domu?′ wyglądał na oszołomionego.

′Tak. Do domu, Jack. Powinniśmy już wracać′.

W tej chwili coś mu się ułożyło w całość. Wyraz niepewności zamienil sie w spokój, a potem w lekki uśmiech rozpoznania. Popatrzył w dół na moja otwartą dłoń jak gdyby to była niezamierzona obraza jego niezależności.

Odsunął mnie na bok. ′Chodź dalej, synu.  Mam ci coś do pokazania′.

Idzie zima i Jack nie chodził ze mną po plaży od tamtego ranka. Nieco ponad tydzień temu byłem na ścieżce kierując się ku plaży, kiedy rozszalała się burza. Kiedy ulewny deszcz przesiąkał przez moj wełniany sweter i workowate dresowe spodnie, pomyślałem o wycofaniu się, albo co najmniej wróceniu do domu po płaszcz nieprzemakalny. Na chwilę zatrzymałem się na ścieżce, zanim zdecydowałem się pójść dalej.

Niskie niebo nad horyzontem było sine od ciężkich chmur, podczas gdy deszcz, niesiony przez porywisty południowy wiatr, siekł mnie po twarzy. Chociaż wydawało się, że niewiele jest sensu kłopotać się wyciąganiem lornetki z futerału, wyjąłem ją jednak i przeszedłem przez rutynowe przeszukiwanie horyzontu.

Najpierw zauważyłem statek towarowy, przeładowany wielobarwnymi kontenerami. Statkiem rzucało po bielą krytym morzu jak modelem z Lego. Dopiero kiedy uniosłem szkła do nieba, pochwyciłem okiem cień na tle chmury, a potem ciemną plamę ptaka.

Chociaż to była tylko krótka obserwacja, natychmiast uwierzyłem, że właśnie zobaczyłem rybitwę. Była w zasięgu mojego wzroku tylko kilka sekund, zanim zniknęła. Usadowiony na szczycie zbocza, przeszukiwałem horyzont jeszcze przez pół godziny albo więcej, ale nie zobaczyłem ptaka ponownie.

Zanim dostałem się z powrotem do domu byłem mokry do kości i drżący z zimna. Wrzuciłem moje ubranie do pralki, wziąłem prysznic i prześledziłem myśli, które zajmowały mnie, gdy szedłem z plaży do domu. Po ubraniu się opuściłem dom i pobiegłem dookoła żywopłotu do ogródka przed domem Jacka. Zapukałem do jego drzwi kilka razy, ale nie odpowiedział. Wróciłem do domu i zrobiłem sobie filiżankę herbaty. Potem poszedłem do saloniku i przewertowałem mój zbiór płyt CD, aż znalazłem jakąś ‘muzykę do pisania’ – Żelazo i Wino.

Usiadłem przy moim biurku, w stęchłym zapachu książek o traktorach i natłuszczonych powierzchni metalu, i napisałem następujące słowa do samego siebie:

Rybitwa ma ostry krwistoczerwony dziób i nosi  czarny kaptur z białą czapką. Kiedy rybitwa żeruje na łąkach i niskich wydmach, gdzie przygotowuje swoje gniazdo, jej prawdziwe piękno pozostaje ukryte pod warstwą nudnych szarych piór. Ale kiedy rozwija ona swoje skrzydła w locie, szczególnie kiedy szybuje, co robi by oszczędzać energię, ptak eksponuje swoją świetlistą mieszaninę bogatego ubarwienia. Rybitwa jest ptakiem siły i piękna.

– Tony Birch

 

Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *