Nic poza trawą

Mirko Bonné

 

Od czerwca 2012 r. prowadzę internetowy dziennik, blog poetycki, w którym zamieszczam spostrzeżenia z codziennego życia i podróży, uwagi o tym, co przeczytałem, a także pomysły na teksty i wiersze. Od lutego 2014 r., kiedy zaczął się projekt Weather Stations, moje wpisy uległy zmianie: częściej pojawiają się obserwacje pogodowe oraz opinie na temat polityki, klimatu i środowiska. Zanotowałem wiele cytatów z przeczytanych w ciągu ostatniego półtora roku książek i gazet, które wydały mi się cenne dla debaty wokół zmiany klimatu – nawet (czy może właśnie szczególnie) gdy chodzi o zdania pochodzące sprzed 20 czy wręcz 200 lat. Najważniejszym pytaniem, jakie stawia sobie poniższy wybór z mojego bloga “Das Gras” [Trawa], dotyczy jednak kwestii poetyckich, tzn. aspektu języka i świata będącego dla mnie żywą tradycją, poświęconego nie szukaniu rozwiązań i odpowiedzi, lecz będącego w swojej istocie zarówno odpowiedzią, jak i rozwiązaniem.

 

 

Wczoraj widziałem wiewiórkę i dzisiaj też, w dwóch bardzo od siebie oddalonych sadach. Oba zwierzątka podczas żerowania, oba brązowe, chociaż to dzisiejsze z szarą piersią i brzuchem. Wczorajsza hopsała na szeroko rozstawionych łapkach, jak królik z ogonem, dzisiejsza – zwinniej, nieco ptasio, skoczyła z zarośli na drzewo. Jak hałasowały, stukając i gryząc! Ich czujne, a przy tym zmyślne rzuty oka na boki. Nagłe pojawienie się zmaterializowanej, zdawałoby się znikąd wiewiórki, potem zaskakująco długa jej obecność i nagłe zniknienie, gdy wiewiórka, jak to ma w zwyczaju, zmyka. Piękny, czerwonobrązowy kolor: drzewa, na które pada popołudniowe słońce. (17.2.2014)

 

Lato w marcu. Letni marzec, marcowe lato: „Kiedy zakwitną forsycje, zima już nie wróci”.

Uwaga! Śnieg spadający z dachów! Między Untereinöden a Überruh, może mieszkają tam ludzie z Oberholz, niedaleko za Spitalhof: śnieg na zboczu doliny w Oberallgäu. A wzdłuż stromych podjazdów jak wykałaczki wetknięte tyczki, wskazujące drogę w śniegu. Tutaj jesteśmy gotowi na wszystko. (Isny, 6.4.)

Dziecko mówi, że rano nie dało się spać, bo okno było otwarte. „Zleciały się wszystkie ptaki i w zaroślach wokół domu gadały ze sobą i głośno śpiewały“.

 

Tylko przez historie, opowieści o doświadczeniach i wyobrażenia poszczególnych ludzi można sobie wyrobić pojęcie o czymś tak wszechogarniającym, tak niezrozumiałym, jak zmiana klimatu – mówi podczas spotkania w Domu Sztuki (byłym targu mięsnym) w Melbourne pewna młoda Australijka z wyboru, autorka amerykańska, pisząca powieść o Atlantydzie. Jakiś czas temu w Missisipi poznała taksówkarkę, która oszczędza ile tylko może, aby wraz z rodziną przenieść się na Florydę. Tam chce kupić dom na wybrzeżu i zamieszkać w nim z mężem i dziećmi, aby znaleźć się wśród pierwszych osób, które – gdy przyjdzie wielka powódź – zostaną zmyte do morza i do Atlantydy.

Nocne powiewy wiatru na wewnętrznym dziedzińcu – przychodzą znad wydm i uderzają w palmy. Niewidzialny ptak odpowiada na każdy podmuch głośnym, radosnym krzykiem. (Port Douglas, 4.5.)

Chmury wiszące godzinami w bezruchu nad Morzem Koralowym. Ich obramowane bielą i czernią sylwetki kryją ociężałość. Trzeba znaleźć się pod nimi, aby dostrzec ich wielkość. Każda z nich to, jak w audycji radiowej powiedział Dylan Thomas, „budowla w powietrzu“.

Zielone żółwie morskie w wodach na rafie, niemal dorównujące mi wielkością, o oczach jak u Boga. Czy wiedzą, że je obserwuję?

Czerwona jak ziemia: sczerwieniała od palącego słońca skóra wielu Australijek.

104-letnią Lizzie Davis z ludu Coranderrk zapytano, jak udaje jej się przewidzieć deszcz. Odpowiedziała: „Dotykam gór“.

Na wewnętrznym dziedzińcu śmiech murarzy, którzy stoją niżej w otwartym garażu, palą i patrzą w niebo: grad w środku maja. Po paru minutach znów ciepłe słońce, jaskółki śmigają w jego świetle. W głowie mam język angielski, australijski, z poprzednich tygodni; śnię, rozmawiam sam ze sobą w obcej mowie – słowa „Burundjeri”, „Brunswick Street”, „Yarra River” przychodzą mi na myśl nad brzegiem Dunaju. To jak wewnętrzne roztopy – resztki śniegu na polanie. (Ingolstadt, 13.5.)

Parasol, kiedy wyjąłem go z walizki, był wilgotny, więc rozłożyłem go, aby wysechł. Był pełen kropel z drugiego końca świata: australijskiego deszczu.

W debacie wokół zmiany klimatu kluczowe znaczenie ma też pytanie: czy to możliwe, że (znowu) coś, co wydaje się nierzeczywiste, stanie się rzeczywistością? Pytanie o przejście. Jako punkt wyjścia można przyjąć, że wszyscy – „ludzie” – chcą znać rzeczywistość. Ale czy na pewno? (18.5.)

Codziennie ze szczytu swojej wieży meteorolodzy mierzą czas nasłonecznienia. Wąski, czarny kartonowy pasek ze skalą godzinową jest umieszczony w półokrągłej osłonie za szklaną kulą, która zbiera promienie słoneczne i kieruje je na pasek. Patrzę na skalę i widzę maleńkie, jaskrawożółte Słońce, które już od szóstej pożera karton. Widzę czas, widzę jak przemija, czas światła, oświetlenie czasu.

Piękno warzywnika: zieleń ciemna i jasna, drzewa i trawa – bawią się na wolnym powietrzu.

Palący gorąc. Muchy lśniące bez ruchu, bez ruchu umierające na parapecie. Ludzie spowolnieni. Zwierciadło pyłu nad miejską uliczką. (Wien, 11.6.)

 

Albicja jedwabista – kiedy przeciągnąć dłonią po wachlarzach liści nad sobą w świetlistej zieleni, to jakby się głaskało zwierzątko, stojące na wietrze pod postacią drzewa. Albicjowe wachlarze opowiadają historię swojego rodzaju, swojej dynasti. (Aboretum Ellerhoop, 5.7.)

 

„Są też końskie mewy” – mówi dziecko.

 

Z tą ciszą jesteś sam – i stajesz przed sobą samym jako dzieckiem, chłopakiem, który pierwszy raz podziwia wspaniałość świata.

Wędrowni pszczelarze przybywają wiosną na wyspę Fehmarn i rozstawiają ule wśród pól kwitnącego rzepaku. Opite nadmiarem żółtej barwy pszczoły zbierają całymi tygodniami tylko nektar z rzepaku – czysty miód rzepakowy.

O wiosce Bojendorf na północno-zachodnim skraju Fehmarn mówi się na wyspie, że mieszkający w niej chłopcy co wieczór łapali Słońce i zamykali je na noc w stodole. (Fehmarn, 24.7.)

 

Rząd śliw między liniami torów eskaemki – widzę je w świetle późnego lata i zbiera mi się na płacz. Od jak dawna tu stoją? Niech postoją jak najdłużej!

Trwałość syntetycznej żyłki wędkarskiej: 600 lat.

 

Wiatr w koronach drzewa opowiada, owszem, ale nie o sobie. Opowiada ci o tobie.

Kiedy rano zwierzak schwytał i zabił młodego strzyżyka, zaszył się na sześć godzin w ciemnym, cichym kącie, gdzie przeżywał swój smutek. Potem wyszedł, zbadał miejsce zbrodni i długo wyglądał przez okno, obserwując punkt, w którym pojawił się ptak – i może znów się pojawi. Zwierzak jest gotów zapomnieć, gotów powtórzyć. Życie trwa, zabijanie trwa, umieranie trwa.

W Kalathos widziałem drzewo oliwne, które wyrastało z czerwonej toyoty.

Na całej wyspie tylko wyschnięte koryta rzeczne – a może to już po prostu suche doliny? Pośrodku żwirowej rynny Lutanis leży rozpadająca się czerwona łódka. (Rhodos, 17.10.)

 

Szelest wyschniętych liści platana, poruszanych wiatrem, papierowy szmer – a może pomruk albo szurgot? Prawie ogień, ogień z powietrza. (Akra Ladiko, 19.10.)

„Be the rain” – Neil Young

 

Otwierasz drzwi, a tu jesień (zamykasz oczy, widzisz lato).

To nie świat jest niewdzięczny, tylko ja.

 

Ciepły listopadowy dzień nad rzeką Salzach, najcieplejszy, jaki pamiętam: ciepły wiatr, przedmieście owiane fenem, zbocza gór w żółci, zieleni, złocie i brązach w łagodnych podmuchach powietrza. Ptaki trzepoczą nad rzeką, a na brzegu siedzą kobiety i jedzą z jasnych torebek światło. (Salzburg, 4.11.)

19 listopada, a ciągle komary i osy.

Wszystko, każdy punkt, każdy skrawek trawnika wielkości chusteczki do nosa, każdy kawałek ziemi, jeśli tylko jest brązowy albo zielony, trzeba wyasfaltować, żebyśmy mogli usiąść na betonie. Concrete. A tymczasem każda znajomość, miłość czy przyjaźń, każda relacja między dwiema osobami, jest jak spotkanie ciał niebieskich.

 

Cały ból, cała nienawiść, cały strach, cała chciwość. Całe zniszczenie w imię tego czy innego boga. Jestem wdzięczny każdemu, kto trzyma język za zębami w czasie rozmowy o tak zwanej wierze. Zawierzyć można tylko pustemu niebu: jest pełne ptaków, chmur i powietrza do oddychania. (7 stycznia 2015 r., Paryż)

 

Jakby burza rozsadziła ogromną koronę drzewa – to wyleciał rój szpaków i pognał w szare, styczniowe niebo.

 

Jak słusznie zauważył Camus: pogoda to coś, co każdy przeżywa i co nas wszystkich łączy. Tylko, że każdy przeżywa ją inaczej (tak jak i wszystko). Jak mój brat, który kiedyś mi się zwierzył, że uwielbia biegać po zaśnieżonym lesie – „bo nie słychać wtedy kroków”. Jak trudno opowiedzieć o swoich najróżniejszych doświadczeniach z najróżniejszą pogodą!

 

Zamieć śnieżna, w niej ptaki miotane jak płatki śniegu.

„Drzewo zdaje mi się kwitnącym płomieniem; człowiek – mówiącym; zwierzę – chodzącym” – Novalis

 

„Czemu deszcz nie jest niebieski, skoro pada z nieba?” – Sylvain Tesson

Po Menie pod mostem Holbeinsteg spływa barka towarowa. Jest zima, przenikliwie zimno i wietrznie, ale nie ma śniegu. Ale na pokładzie w grubych, przemielonych przez wiatr pryzmach leży biały śnieg, przywieziony skądinąd.

Nad zielonymi wzgórzami z rana niesamowite światło. Irlandzki półmrok; mewy żeglują w nim nad opustoszałym parkingiem przed wielkim, całkowicie bezludnym centrum handlowym Tesco „The Square”. (Tallaght, 27.2)

 

Zielone papużki, wolne na gołych konarach parkowych drzew – jak liście, latający maj – szukają, gdzie mogłyby się zaczepić na dłużej. (Londyn, Hyde Park, 16.3.)

Ludzie, którzy wykorzystują piękną pogodę – co lub kogo jeszcze wykorzystują?

Pod łukiem mostu – zielone przebłyski na murze, żwawy wir, świetlna łąka tego popołudnia – dla duchów, które zapragnęły pozostać.

W naszym kraju czterdzieści pięć milionów „nieużytecznych” kurzych piskląt płci męskiej jest co roku mielonych w zakładach, które zbudowano specjalnie po to, aby realizowały dzieło niszczenia ptaków – żywego kompostu. Żyję w fabryce śmierci – państwie, w którym zabijanie nigdy nie ustaje i które stwarza pozór, że jest strukturą społeczną, ale w rzeczywistości wszystko i wszystkich podporządkowuje zyskom i wydajności. Minister z CSU, który odpowiada za ten bluźnierczy, pozbawiony skrupułów masowy ubój, odrzuca wszelką krytykę tego procederu i odsyła do prowadzonych właśnie badań nad skuteczniejszymi metodami uśmiercania.

Czwarty kwietnia, a ciągle zimno jak w zimie, zimno na kurtkę zimową. Drzewa są bezlistne, na krzewach pełno bladozielonych, niezdecydowanych pąków. Można się przestraszyć, gdy nagle na bezchmurnym błękicie zauważy się ciepłe, wiosenne słońce. W zmierzchu popołudnia promienie są długie, złote, więc serce rośnie, wzrok kieruje się w dal i czuję miłość do wszystkiego, co jest na parkingu przede mną: dzieci, kobiet, mężczyzn, psów, drzew, starych samochodów, ludzi śmiejących się w jasnym świetle. Wtem widzę, że coś błyska w jasnym błękicie i złotym świetle. Czwarty kwietnia? Pada śnieg!

Pąki z dnia na dzień (z nocy na noc?) coraz szybsze, w tym pędzie i kwitnieniu nawet rzeka zielenieje w oczach.

Z każdym kosem siedzącym na czubku drzewa można sobie pogadać – jeśli tylko się na to wpadnie i ma się chęć i czas, i trochę cierpliwości do kosów.

 

 

Na małej wyspie na Łabie każdy krzew ukazuje się w swojej wyjątkowej postaci z niepowtarzalnym cieniem, unikalnym szmerem na wietrze, własnymi kosami na gałęziach. Niesamowite zarośla – tak jakby były samą wyspą. (Lühesand, 7.6.)

 

„Ludzie uzależnili się od nadziei, nadzieja ich zaślepiła, to była ich zguba”. – Gerhard Roth

 

Upalne dni, prawie 40 stopni. Na klatce trzeszczy każdy drewniany schodek. Tak jakby schody chciały głośno opowiedzieć o minionych upalnych dniach i tygodniach, o dniach, kiedy przez upał skracano lekcje, a dzieci chroniły się na chłodnej klatce schodowej. Ale drewno z umarłych lat umie tylko trzeszczeć. (3.7.)

 

Sprzedawcy siedzą na schodkach przed swoimi sklepami i czekają na deszcz. A kiedy zaczyna padać, gdy zaczyna się ulewa, oni pozostają na schodkach. Może dzięki temu pozostają przy życiu! (Fuhlsbüttel, 7.7.)

 

Deszczowy dzień w Jutlandii. Wszystko wydaje się spowolnione w ciepłym wietrze, nawet wielkie mewy unoszące się nad bunkrem, na wpół zakopanym w piasku plaży.

 

„Kiedyś świat wyglądał tak” – mówi dziecko i pokazuje: „Nie było nic, nic poza trawą”.

Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *