Obserwacje pogodowe z 1 kwietnia 2015

 

 

SINGAPUR, SINGAPUR

Kiedy wstaliśmy, spojrzeliśmy w błękitne niebo.

Wyszliśmy na zewnątrz i rozkoszowaliśmy się upałem na naszej skórze.

Byliśmy wdzięczni za każdą białą chmurkę, która rzucała trochę cienia. Im później się robiło, tym bardziej się ściemniało. Po kilku godzinach jasny błękit ustąpiła ciemnej szarości. Czuliśmy, jak robi się coraz bardziej przytłaczająco i wilgotno. Wielka ulewa, raczej krótka, próbowała ostudzić powietrze. Daremnie. Na horyzoncie dało się dostrzec jaskrawe błyskawice rzucające światło, po których następował głośny grzmot. Gwałtowna burza wywołała trochę poruszenia w spokojnej okolicy, ale po pół godzinie odeszła. Wieczorem już tylko miła ciepła bryza poruszała liśćmi palm i strącała z nich ostatnie krople wody.

 

(Kim Burkart)

 

DAHAB, EGIPT

Dzień na rafie Blue Hole – z rybiej perspektywy

O poranku obudziła mnie torba plastikowa, która przykryła wejście do mojej rozpadliny. W tej małej szczelinie w rafie spędzam każdą noc. Jeszcze kilka tygodni temu mieszkałam w większej rozpadlinie, bardziej na północ, ale zniszczyli ją nurkowie. Wiele domów moich przyjaciół zostało zniszczonych przez butle z tlenem i płetwy. Ilość wolnych szczelin mieszkalnych zaczyna się z wolna kurczyć…

Ale wróćmy do tej torby plastikowej. Takie torby o poranku mogą oznaczać dwie rzeczy: silny pływ, który przynosi na naszą rafę plastik z innych części Morza Czerwonego albo silny wiatr na powierzchni wody, który zgarnia do morza śmieci z ulic Dahab. Nie jest to najczystsze miasto. Podobno nie jest w nim aż tak źle, jak w innych miejscach, o których słyszałam, ale śmieci są tam wszędzie. Wiatr odgrywa tu wielką rolę w życiu ludzi. Kiedy jest wietrznie, rybacy nie mogą wypływać na pełne morze, bo fale są zbyt wysokie dla małych łodzi, nurkowie nie mogą popłynąć nurkować w każde miejsce, bo przy wysokich falach ciężko się wsiada na łódź, zaś uliczni sprzedawcy muszą biegać, żeby łapać swoje odfruwające towary. Tylko Kitesurferzy na swoich łodziach cieszą się z silnego wiatru. Ale tu, na naszej rafie, nie ma ich zbyt wielu. Trzymają się raczej bliżej hoteli. Blue Hole – mój dom – leży około pół godziny drogi od Dahab i sąsiadują z nim z jednej strony góra Synaj, a z drugiej morze. Mimo iż jest to najbardziej niebezpieczne miejsce do nurkowania na świecie i z każdym rokiem rośnie ilość ofiar śmiertelnych, nurkujących jest tu bez liku. Nurkowie nie przeszkadzają mi zbytnio, o ile trzymają się z dala od rafy i nie pozostawiają po sobie nic poza bańkami powietrza.

Jak już mówiłam, dzień jest bardzo wietrzny. Pod powierzchnią czuć, że woda jest zmącona. Wielu spośród moich przyjaciół żywiących się planktonem uwielbia taką pogodę. Fale i prąd przynoszą pokarm bliżej rafy, więc jest więcej świeżego jedzenia. Ja żywię się koralami, a ponieważ one jedzą plankton, mnie też cieszy odrobina wiatru. Ale wiatr oznacza też więcej nurków na Blue Hole. Dostęp do rafy jest osłonięty od morza i łatwy niezależnie od pogody. To sprawia, że rafa jest jedynym dobrym miejscem do nurkowania przy takim wietrze. Najczęściej nurkowie zachowują odległość i tylko przepływają nad nami. Ale niektórzy z nich zahaczają o koralowce i niszczą je w ten sposób. Najgorsi są nurkowie z większą ilością butli, bo niszczą rafę butlami przyczepionymi do brzucha. Trójka moich przyjaciół straciła w ten sposób swój dom.

Około południa słońce zdecydowało się wyjść i wiatr zelżał nieco. Jednak skutki wietrznej nocy były wciąż widoczne: torby plastikowe, puste puszki i opakowania wirowały w wodzie. Słońce rzucało promyki na plastik unoszący się nad naszą rafą i odnaleźć trochę piękna w tym smutnym widoku. I choć odbity blask dodawał śmieciom uroku, wiedziałam, że tak naprawdę w plastiku nie kryje się nic magicznego. Pewnie w ciągu następnych tygodni plastik zabije któregoś z moich przyjaciół.

Po krótkiej, pełnej słońca przerwie wiatr znów zaczął hulać po morzu. Około piętnastej pojawiła się drużyna Reef Checkers. To grupa nurków, którzy co roku wracają na naszą rafę, żeby badać jej kondycję. Rozwieszają nad rafą sznur i opisują wszystko, co znajduje się do określonej odległości od niego: ilość i gatunki ryb, bezkręgowców, stan podłoża, ilość zniszczonych korali itd. Ponoć zebrane tutaj dane pomagają ludziom lepiej zrozumieć rafy świata. Ludzie chcą wiedzieć, jak przez lata zmienia się rafa i znaleźć przyczyny problemów. Nie sądzę, żeby długo trzeba było szukać odpowiedzi. Naszym przekleństwem i przyczyną wszystkich naszych problemów są ludzie. Radzimy sobie ze sztormami, potopami i atakami koron cierniowych. Trudniej nam odzyskać siły nadwątlone przez nurków, którzy płetwami mącą piasek. Ten osadza się na koralach i dusi je. I jeszcze zostaje plastik, któremu potrzeba lat, żeby się rozłożyć. Plastik nie znika sam, w magiczny sposób. Wciąż jest go pełno. Tylko że nie widać go już gołym okiem. Moja przyjaciółka żółwica opowiadała mi o Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci. To ogromny obszar wypełniony ludzkimi śmieciami. Wiele sióstr i braci mojej przyjaciółki straciło życie, próbując umknąć plastikowej dżungli.

Mimo wszystko szanuję wysiłki drużyny Reef Checkers. Dzięki nim wiemy, że przynajmniej niektórzy ludzie przejmują się naszą sytuacją i chcą nam pomóc. Dziś zostaną wynagrodzeni widokiem młodego rekina wielorybiego. Przybył tu, żeby się najeść do syta planktonem naniesionym przez wiatr. Widzę poruszenie i radość wśród nurków i uśmiecham się do siebie. Gdyby tylko wiedzieli, jakie jeszcze rzadkie zwierzęta skrywa ta rafa.

Pozostała część dnia upływa spokojnie. Nie niepokoją mnie już nurkujący ludzie. Martwi mnie tylko murena falista kilka korali dalej, która od dłuższego czasu bacznie mi się przygląda. Wracam do mojej szczeliny z myślą, że mimo plastiku to był dobry dzień na mojej rafie.

(Silke Müller)

 

 

Klasa

by Manuel Plonsky

 

Wjeżdżając na szkolne podwórze cieszyłem się z pięknej pogody. Zapinałem rower i nie mogłem się już doczekać lekcji angielskiego. Dziś piątek. Mogłem pospać dłużej, bo odwołano nam dwie pierwsze lekcje. Przede mną cztery godziny lekcyjne i wspaniały weekend. Witam się z kolegami przy wejściu do szkoły i pogrążony w myślach, co też będę porabiał w ten weekend, wchodzę do klasy. Wtem zdaję sobie sprawę, że jest jakoś inaczej. Pachnie dziwnie, prawie jak w lesie. Rozglądam się wokoło i już wiem, dlaczego. Wszędzie są rośliny, pną się po ścianach, na podłodze korzenie, gdzieniegdzie mech, ptak wlatuje przez wybite okno. Nie wierząc własnym oczom robię krok naprzód i słyszę trzask. Stanąłem na linijkę, którą zostawiłem wczoraj w klasie. Schylam się, żeby ją podnieść i z poruszeniem przyglądam się jej pęknięciu.

Mój mózg zaczyna myśleć racjonalnie, więc mówię sobie, że musi być jakieś logiczne wytłumaczenie całej tej sytuacji. To nie sen, więc wychodzę z sali i z niedowierzaniem zauważam, że zatłoczony jeszcze przed chwilą korytarz jest pusty i wygląda tak samo jak klasa, z której wyszedłem. Jakby od dawna nie stanęła tam ludzka stopa.

Już wiem! To żart! Nie taki zwyczajny, tylko profesjonalnie przygotowany. Szukam wzrokiem kamer, ale żadnej nie znajduję. „Dziwne” – mówię sam do siebie, słysząc dobiegający gdzieś z kąta hałas przypominający śpiew. Zbliża się. Nie wiem, czego się spodziewać, więc chowam się we wnęce w ścianie, czekając, co się wydarzy. Źródło hałasu przybliża się. W końcu moim oczom ukazuje się starszy mężczyzna, na oko sześćdziesięcioletni, z brodą jak u świętego Mikołaja i krótkimi siwymi włosami. Stwierdzam, że nic mi nie grozi, więc wychodzę z wnęki. Mężczyzna odwraca się powoli w moją stronę i zaskoczony taksuje mnie wzrokiem od stóp do głów. „Dziś nie ma lekcji, stary” – mówi do mnie i odwraca się z tak głośnym śmiechem, jakby nie miał okazji tak się uśmiać od bardzo dawna.

Zdaję sobie sprawę, że to może być dla mnie jedyna szansa, żeby dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. Biegnę więc za nim i pytam go: „Dlaczego? Co tu się dzieje? Gdzie są wszyscy?”. A on, nie zatrzymując się, odpowiada: „Nie wiem, gdzie są wszyscy. Ale wiem, że w tym budynku od 25 lat nie było żadnego ucznia – po chwili dodaje – z wyjątkiem ciebie”.

Tłumaczę mu: „To niemożliwe. Byłem tu wczoraj”.

Mężczyzna odwraca się nagle, spogląda na mnie i mówi: “Chwila. Pamiętam cię. Jesteś tym chłopcem, który zaginął 35 lat temu”.

Co by było, gdyby…?

by Gina , Romain -Rollan-School

To był zwykły dzień. Przynajmniej przez większość czasu myślałam, że to będzie dzień jak codzień… A potem zdałam sobie sprawę, jak bardzo się myliłam.
Jesteście pewnie ciekawi, kim jestem. Mam na imię Kate i mam 16 lat. Jeszcze kilka dni temu wiodłam zwyczajne życie, ale od wczoraj wszystko się zmieniło.

Wstałam jak zwykle o 7.00 rano, ubrałam się i poszłam do szkoły. Miałam francuski, matematykę i chemię. Nic ciekawego.
A potem poszłam na angielski (wiem, zaczyna się nieciekawie), ale kiedy weszłam do klasy, aż mnie zatkało i szczęka mi opadła ze zdziwienia.
Znalazłam się w środku dżungli. Tak, dobrze słyszeliście, w klasie rosły drzewa i pięły się po nich inne rośliny. Spytałam sama siebie, czy to aby nasza klasa?
Nagle usłyszałam w pobliżu zdziwiony głos. Odwróciłam się i zobaczyłam moją najlepszą przyjaciółkę Lucie. Przynajmniej nie byłam sama w tych dziwnych okolicznościach.
– Co tu się dzieje? – spytała cienkim głosem.

– Wierz mi, Lucie, sama chciałabym to wiedzieć – przyznałam. – Nie mam bladego pojęcia.

– I co teraz? Może po prostu wyjdziemy stąd? – spytała.
Dobry pomysł. Było tak gorąco i wigotno, że nie mogłam się skoncentrować. Powiedziałam sobie: „Tylko bez paniki. Skoro jakoś się tu dostałam (to z pewnością nie była nasza szkoła), to pewnie się i wydostanę. Muszę tylko wymyślić, w jaki sposób”. Zaś na głos powiedziałam:

– Nie wiem, czy to coś da, ale spróbujmy.
Owszem, spróbowałyśmy się wycofać, ale czekało nas kolejne zaskoczenie: cała szkoła była porośnięta roślinnością. Szybko wróciłyśmy do klasy, lub do miejsca, które było naszą klasą.

– I co teraz?

– Nie możemy tu siedzieć załamując ręce. Zobaczmy, jak wygląda sytuacja – powiedziałam, starając się sprawiać wrażenie, jakbym nie traciła głowy.
Przedarłyśmy się wzdłuż wysokich zarośli, tam gdzie powinna być ściana, w stronę, gdzie kiedyś było okno, a teraz rosły tam olbrzymie pnącza. Poszłam za głosem instynktu i odsunęłam rośliny, żeby zobaczyć, co jest dalej. Ku naszemu zaskoczeniu spoglądałyśmy teraz przez okno, owszem, okno w środku dżungli. Spojrzałyśmy po sobie ze zdziwieniem. Zdziwiłyśmy się jeszcze bardziej, kiedy nagle usłyszałyśmy dziwny hałas.
– Cz…czy słyszaś to? Ten przerażający ryk?

Pewnie, że słyszałam. Nie dało się go nie usłyszeć.

– Tam, za oknem.

Wyjrzałyśmy na zewnątrz, ale nic nie zobaczyłyśmy… jednak coś tam przecież było… Okolica wyglądała znajomo. Kiedy wyjrzałyśmy ponownie, to znów była nasza szkoła, znacznie bardziej zielona, porośnięta bujną roślinnością, jak nasza dawna klasa, ale miała strukturę naszej szkoły.

– Jak to możliwe? – wyszeptałam.

– Jeśli to nasza szkoła… – zaczęła Lucie, ale nie skończyła zdania.

Tuż przed nami było coś… Czegoś takiego nie widziałam jeszcze nigdy w życiu. To było… Ciężko mi to nawet opisać. Skrzyżowanie tygrysa o długich kłach z pancernikiem. Przestraszyłam się, ale z ulgą stwierdziłam, że dzieli nas od tej bestii szyba okienna.
Rzuciłam się do ucieczki przez ścianę zieleni. Wpadałam w coraz większą panikę, tak jak Lucie. Usłyszałyśmy, jak pazury szorują po pniach i murze, wydając ostry, przerażający dźwięk. Włosy stanęły mi dęba. Co robić?

– Kate, musimy wrócić.

– Tak, musimy wrócić do naszego wymiaru czasu.

Kiedy zjawił się ten potwór, przemknęło mi przez głowę, że byłyśmy w naszej szkole, ale z pewnością w dalekiej przyszłości… Wiem, że to brzmi dziwnie, ale tak musiało być.

– Co takiego? – zdziwiła się Lucie.

Próbowałam jej to wyjaśnić:

– Wygląda na to, że jesteśmy w przyszłości. Nie ma innego wytłumaczenia. Przeszłyśmy przez drzwi, które okazały się portalem do podróży w czasie.

– Żartujesz?

– Niestety, nie.

– Jak wrócimy do naszych czasów?

W tym momencie usłyszałyśmy hałas i spostrzegłyśmy z przerażeniem, że potwór już przedarł się przez chaszcze i mur. Teraz pędził z przyprawiającym o dreszcze rykiem prosto na nas. To, co nastąpiło, działo się jakby na zwolnionych obrotach. Chwyciłam Lucie za ramię i pociągnęłam za drzwi, tuż przed nosem potwora. Czułam na karku jego ciepły oddech. I wtedy nagle wszystko zniknęło. Nie było roślin, bestii. Znów byłyśmy w naszej szkole, w naszych czasach.
– Jak to zrobiłaś? – spytała Lucie.

– Przypomniałam sobie, że zanim się to wszystko zaczęło, zastanawiałam się, jak ta szkoła będzie wyglądać za 50 lat. I oto przyszła odpowiedź. Rośliny i zwierzęta przejmą to miejsce, a ich spokój będzie mógł zburzyć tylko człowiek. Ale myślałam o tym w naszych czasach i spytałam sama siebie, co by było, gdyby nas już tam nie było. I wtedy wyszłam za drzwi.
– Możesz się więc przenosić w czasie, zadając sobie pytanie: co by było, gdyby…?

– Na to wygląda.

– Całe szczęście, że zadałaś sobie to kluczowe pytanie.

Na zewnątrz przez Michéal Eastwood

Otworzyłem oczy, usiadłem w łóżku i rozejrzałem się po nijakim, pustym pokoju, jak codziennie rano, żeby przypomnieć sobie, gdzie jestem. Wstałem i poszedłem do rogu pokoju, gdzie stało brudne wiaderko, na którym namalowano słowo „toaleta”. Zrobiłem to, co każdego ranka, a potem przeszedłem na środek pomieszczenia i usiadłem po turecku przy oknie. Światło z zewnątrz padło mi na twarz i pomyślałem: „Słońce wyszło się pobawić”. Podniosłem wzrok, żeby wyjrzeć przez okno, i światło mnie oślepiło – musiałem zmrużyć oczy. Krajobraz na zewnątrz wyglądał jak idealnie dopracowany obraz: na czystym niebieskim niebie widać było tylko kilka kredowobiałych chmur, pięknie rozmieszczonych tak, żeby nie zepsuć widoku. Słońce w pełnej krasie wyglądało tak, jakby uśmiechało się do świata z wdziękiem i radością, przynosząc życie planecie i jeszcze bardziej ożywiając widoczne w oddali szczyty zielonych wzgórz. Siedziałem tak przez jakiś czas, wyglądając przez okno i ciesząc się widocznym za nim pięknem.

 

Na korytarzu dało się słyszeć kroki. Kiedy się zbliżyły, zerwałem się na nogi i podbiegłem do drzwi, krzycząc: „Mamusiu!”. Mama weszła do pokoju i szybko zamknęła za sobą drzwi. Robiła tak za każdym razem, kiedy wchodziła, a ja nigdy nie pytałem, dlaczego. Odwróciła się do mnie – zawsze uważałem ją za najpiękniejszą osobę na świecie. Jej oczy, jasnoniebieskie jak niebo, zawsze promieniowały miłością. Miała śliczne blond włosy, które lśniły w słońcu; nie potrafiłem nie odwzajemnić jej delikatnego uśmiechu. Przytuliła mnie. „Jak się masz, mój synu?” – zapytała najłagodniejszym głosem, jaki umiałem sobie wyobrazić. Spojrzałem na nią, lekko pocałowałem jej blady policzek i powiedziałem: „Chcę wyjść na zewnątrz”. Matka nachyliła się, obejmując dłońmi moje ramiona, i spojrzała mi w oczy. „Wiesz, że na zewnątrz jest niebezpiecznie, kochanie” – powiedziała, przeczesując dłonią moje włosy. „Nic mi nie będzie, obiecuję” – zapewniłem z szerokim uśmiechem. „Już o tym rozmawialiśmy, kochanie. Świat na zewnątrz to niebezpieczne miejsce, pełne ludzi, którzy cię skrzywdzą” – odparła spokojnie. Czułem, że ściska moje ramiona coraz mocniej, a jej głos brzmiał tak, jakby miała się zaraz rozpłakać, ale dalej się uśmiechała i nie odrywała ode mnie wzroku. Nie straciła nad sobą panowania. „Ale gdybym…” – zacząłem, ale przerwała mi, mówiąc: „Trzeba cię nakarmić, kochanie”. Wyprostowała się i zabrała za rutynowe poranne czynności. Podeszła do okna i otworzyła je, żeby „wpuścić świeże powietrze”, jak zwykła mawiać. To była moja ulubiona chwila poranka: słyszałem dźwięki dochodzące z zewnątrz. Podbiegłem do okna i spojrzałem w górę; nie potrafiłem go dosięgnąć, więc tylko zamknąłem oczy i cieszyłem się cudownymi odgłosami, które rozbrzmiały w pokoju. Matka poszła po śniadanie, a ja słuchałem świata za oknem, który wydawał się nieskończony. Dobiegł mnie znajomy, beztroski świergot. „Ptaki!” – krzyknąłem radośnie, z szerokim uśmiechem. Łowiłem kolejne dźwięki i koncentrowałem się na warkocie samochodów i motocykli, szumie wiatru, krokach. Czekałem na mój ulubiony odgłos: ludzi. Uwielbiam głosy przechodzących ludzi, a szczególnie piski innych dzieci bawiących się na ulicach, choć słuchanie ich sprawia, że chcę wiedzieć, jakby to było być tam z nimi, ze słońcem na twarzy i wiatrem we włosach. Może… może to mnie ktoś mógłby słuchać przez okno.

 

Drzwi znów się otworzyły i weszła matka z miską w rękach. Postawiła ją na biurku w rogu pokoju i przywołała mnie gestem, żebym usiadł obok niej na podniszczonym stołku. Domyśliłem się już, co dla mnie ugotowała, i siadając zajrzałem do miski. Miałem rację. „Znowu owsianka?” – jęknąłem. Zachichotała i powiedziała spokojnie: „Nie chcesz urosnąć duży?”. „Oczywiście” – oparłem ochoczo, chwyciłem łyżkę i przełknąłem pierwszy kęs. Uśmiechnąłem się, kiedy poczułem, że dodała miodu; szybko zjadłem resztę owsianki i podniosłem wzrok na mamę. Stała nade mną z uśmiechem, który odwzajemniłem. Położyła dłoń na mojej głowie i powiedziała szybko: „Czas na lekcje”. Każdego dnia uczyła mnie czytania, pisania i innych interesujących rzeczy. Położyła przede mną ołówek i zeszyt i zaczęła pisać zdanie, które miałem przepisać. Wtedy zauważyłem siniak na jej ramieniu. Zapytałem ją o to, ale szybko obciągnęła rękaw i powiedziała, że upadła. Wiedziałem, że kłamie, ale przepisałem zdanie i pracowałem dalej. „Niedługo twoje urodziny” – wspomniała z uśmiechem. – „Czego byś sobie życzył?” Poczułem falę radości, ale przyszło mi do głowy tylko jedno. „Może wyjść na zewnątrz?” – zapytałem ostrożnie, ale kiedy spojrzała na mnie z rozczarowaniem, szybko się poprawiłem: „Nowe krzesło? To jest stare i zaraz się rozpadnie”. Złagodniała, kiwnęła głową i znów pogładziła mnie po włosach. Nagle usłyszałem za drzwiami kroki. Obróciłem się i zobaczyłem mojego ojca. Był wysokim, krzepkim mężczyzną o małych, bystrych oczach i zaciętej twarzy. Zawsze wyglądał na rozgniewanego i rzadko przychodził do mojego pokoju. Kiedy wszedł, matka zesztywniała, jakby się wystraszyła. Ojciec się nie odezwał, tylko spojrzał na mnie, potem na nią i pstryknął palcami. Wiedziałem, co to znaczy: matka musi wyjść. Pochyliła głowę, pocałowała mnie w czoło i szepnęła: „Pa, kochanie, do zobaczenia”, po czym zamknęła okno i wyszła razem z ojcem. On za to, zamykając drzwi, odwrócił się do mnie i rzucił ostrym tonem: „Zachowuj się”. Kiwnąłem tylko głową, smutny, że znów zostaję sam.

 

Ocknąłem się gwałtownie. Znowu miałem koszmar – o moim ojcu. Znowu rozdzielił mnie i matkę, tylko tym razem miała nie wrócić. Przez chwilę leżałem skulony w łóżku, a łzy płynęły mi po twarzy. Nie miałem odwagi się rozpłakać, żeby nie obudzić ojca. W końcu wstałem i podszedłem do mojego najlepszego przyjaciela, okna. Usiadłem po turecku i znów wyjrzałem przez ten portal na świat znacznie większy od mojego. Księżyc w pełni widniał wysoko, nieco rozświetlając pogrążony w ciemnościach świat. Niebo nie było całkiem czarne, raczej granatowe, a na jego tle widać było zarysy chmur i szybujących ptaków. Wstałem i sięgnąłem do klamki, którą matka codziennie, jak w zegarku, otwierała okno. Nie potrafiłem dosięgnąć. Rozczarowany i zły wczołgałem się z powrotem do łóżka i zmusiłem się do zamknięcia oczu. Wątpiłem, żeby udało mi się zasnąć. Leżałem tak długą chwilę zastanawiając się, czy w końcu usnę, i czy mama przyjdzie rano. Bardzo chciałem ją zobaczyć. Ułożyłem się na boku i przycisnąłem do piersi poduszkę. Nie podobało mi się to – chciałem, żeby zostawała przy mnie dłużej, ale zawsze mnie zostawiała. Rozmyślałem o tym, aż poczułem narastające zmęczenie i na powrót zasnąłem.

 

Miałem wrażenie, że poranek nadszedł prawie natychmiast. W pokoju robiło się coraz jaśniej. Powoli otworzyłem oczy. Wciąż leżałem, kiedy z piętra niżej dobiegł mnie łoskot. Przestraszony przyłożyłem ucho do podłogi. Rodzice. Ojciec krzyczał, na pewno był wściekły. Często się wściekał i stąd brały się siniaki matki. Czasem mu to nie wystarczało i próbował obdzielić nimi i mnie, ale za każdym razem matka go powstrzymywała, nawet jeśli to oznaczało, że sama miała ich więcej. Na odgłosy ich kłótni i myśl o tym, że ojciec krzywdzi matkę, łzy popłynęły mi po twarzy. Usiadłem ze zwieszoną głową. Po jakimś czasie usłyszałem nad sobą jakiś dźwięk. Spojrzałem na mojego przyjaciela – okno na świat inny od tego, który znałem aż za dobrze. Wlepiłem wzrok w szybę i uświadomiłem sobie, co to: deszcz. „Niebo też płacze” – mruknąłem pod nosem, nie odrywając oczu od widoku wyrytego w mojej pamięci. Wydawało się, że ciemne, niskie chmury wylewają z siebie cały ocean. Kolejne krople odbijały się od okna i spływały po nim. Pola w tle ledwie było widać; wyglądały mokro i ponuro, jakby łzy nieba zmyły z nich całe życie. Oparłem czoło o kolana i płakałem dalej wraz z moim jedynym przyjacielem. Czekałem tak pośrodku pokoju, aż matka przyjdzie ze śniadaniem i wpuści to świeże powietrze, które jej zdaniem jest tak ważne. Miałem poczucie, że czekam latami. Chciałem tylko móc znów z kimś porozmawiać – choć coś mi też mówiło, że tego dnia matka po raz pierwszy do mnie nie przyjdzie. Oczy mi obeschły, ale niebo wciąż szlochało jak noworodek. Właśnie pogodziłem się z myślą, że tego dnia jej nie zobaczę, kiedy ktoś zaczął gmerać przy drzwiach. Klamka się poruszyła i drzwi otworzyły się powoli. Matka. Zerwałem się i podbiegłem do niej z rozpostartymi ramionami i szerokim uśmiechem. Osunęła się na kolana i wyciągnęła ręce, żeby mnie objąć. Z tak bliska zauważyłem, że ma krew na wardze. „Ludzie są okrutni i podli, kochanie” – wymamrotała, a ja powiedziałem tylko: „Wiem” i przytuliłem ją mocno. Uśmiechnęła się i pocałowała mnie w policzek, po czym wstała. Choć pogoda była okropna, matka i tak oznajmiła, że trzeba mi świeżego powietrza, i otworzyła okno. Szum deszczu rozległ się nagle znacznie głośniej, a po pokoju zaczął hulać zimny wiatr. Słyszałem, jak wyje na zewnątrz, jak po mokrej ulicy jeżdżą samochody. „Mam niespodziankę dla małego jubilata” – powiedziała matka z uśmiechem. „To dzisiaj?” – upewniłem się. „Tak. Zaraz wrócę z twoim prezentem i śniadaniem” – odparła, idąc w moją stronę. Pocałowała mnie w czoło i wyszła. Byłem podekscytowany: czy dostanę to, o co prosiłem? Czy spędzi ze mną tego dnia więcej czasu? Po chwili usłyszałem coś za drzwiami. Wstałem szybko, z wyczekiwaniem, nie odrywając wzroku od klamki. Przez moment było cicho, ale potem drzwi otworzyły się z rozmachem – stał za nimi ojciec. Chwiał się, jakby sennie, a pokój szybko wypełnił stęchły zapach. Nie panował do końca nad rękami, ale w lewej trzymał brązową butelkę, a w prawej gruby, czarny pas. Zrobił niepewny krok w moją stronę, mrucząc coś pod nosem. Ręce zaczęły mi się trząść – byłem przerażony i nie wiedziałem, gdzie jest matka. Zamachnął się. Podniosłem dłonie, żeby osłonić twarz i zacisnąłem powieki, czekając na uderzenie. Trzask! Poczułem cios w bok. Stałem nieruchomo, a pas walił we mnie raz po raz, aż w końcu usłyszałem, jak matka krzyczy do ojca, żeby przestał. Odwrócił się do niej i zaczął iść w jej stronę, ale kiedy już jej dosięgał, padł na twarz, nieprzytomny.

 

Wciąż osłaniałem twarz, kiedy matka podeszła do mnie z tą samą co zawsze miską owsianki i łyżką. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem korytarz – był długi, a w jego kremowych ścianach widniało kilkoro drzwi. Kiedy matka dostrzegła, że na niego patrzę, natychmiast zamknęła pokój. Potem rzuciła pospiesznie: „Zaczekaj tutaj” i znów wyszła. Zacząłem jeść owsiankę, ale z zaskoczeniem zdałem sobie sprawę, że nie ma w niej nic nadzwyczajnego. „Są moje urodziny, miałem dostać niespodziankę” – pomyślałem. Przerwał mi jej powrót do pokoju: niosła solidne drewniane krzesło, znacznie większe niż stołek, którego używałem od niepamiętnych czasów. Postawiła je obok stołka i przywołała mnie gestem. Podszedłem, ale siadając chwyciłem się za bok. Matka mnie podniosła i podciągnęła moją koszulę. Po moim tułowiu biegły czerwone pręgi, które tętniły bólem. Zobaczyłem, że matka ma łzy w oczach, ale się powstrzymała; byłem pewien, że robi to przez wzgląd na mnie. Miałem zamęt w głowie. Matka wiedziała, jaki ojciec jest, a jednak zostawała przy nim. Wiedziała, że ją skrzywdzi, ale pozwalała mu na to. Spojrzałem na nią i zapytałem ją o to. Otarła łzy i przeczesała dłonią moje włosy, jak miała w zwyczaju, kiedy rozmawialiśmy. „Zostaję, żeby cię chronić, kochanie” – odparła, wciąż gładząc mnie po głowie. Zamarłem. Trwała przy nim po to, żeby mnie chronić? To z mojego powodu ojciec mógł ją krzywdzić. Zacząłem płakać i wtuliłem twarz w ramię matki. Objęła mnie, jedną ręką lekko masując moje plecy. Mignął mi krajobraz za oknem. Pogoda, która wcześniej zaczęła się poprawiać, znowu się zepsuła. Deszcz walił o szybę jak małe pociski wystrzeliwane z chmur. Świat wyglądał na martwy i pusty, jakby woda po prostu zmyła z niego życie.

 

Matka i ja wzdrygnęliśmy się, kiedy usłyszeliśmy chwiejne kroki za drzwiami. Ojciec musiał się ocknąć. Matka kazała mi zaczekać i podeszła szybko do okna, zamknęła je z rozmachem, po czym wyszła pospiesznie, nie chcąc, żeby ojciec wrócił do pokoju. Zostałem sam ze swoimi myślami i coś przyszło mi do głowy. Jedyne, czego pragnąłem, to znaleźć się na zewnątrz, a jedynym, co trzymało tutaj matkę, byłem ja. Znów usłyszałem krzyki ich obojga, ale potrafiłem myśleć tylko o jednym. Świat na zewnątrz! Chciałem zobaczyć, co jest za tymi murami, ale, co ważniejsze, musiałem pomóc matce. Gdybym stąd uciekł, nie miałaby powodu, żeby zostać. Moje ciało zaczęło się ruszać z własnej woli. Podbiegłem do okna – mojej jedynej drogi na zewnątrz – i sięgnąłem do klamki. Nie udało mi się jej dosięgnąć i już miałem się zniechęcić, kiedy zwróciłem uwagę na krzesło. Chwyciłem je i zaciągnąłem pod okno, po czym się na nie wspiąłem. Znowu spróbowałem, wyciągając rękę najdalej, jak tylko potrafiłem, i w końcu chwyciłem klamkę. Nigdy jeszcze nie byłem tak blisko okna: zobaczyłem swoje odbicie w szybie. Widziałem swoją twarz po raz pierwszy i zaskoczyła mnie ona. Oczy miałem jasnoniebieskie, jak matka, ale włosy czarne, jak ojciec. Myśl, że wyglądam tak jak on, wzbudziła we mnie takie obrzydzenie, że oderwałem oczy od mojego odbicia. Przekręcając klamkę zauważyłem, że deszcz ustał, a chmury przebijają włócznie światła. Z osłupieniem dostrzegłem coś, co widziałem tylko raz wcześniej – tęczę. Była tak piękna, że mogłem porównać ją tylko z matką. Patrząc na kolory połyskujące na niebie czułem się tak, jakby to ona się do mnie uśmiechała. Ja też się uśmiechnąłem, jak tylko do niej, i otworzyłem okno z trudem. Poczułem na twarzy chłodny wiatr. Podciągnąłem się i zobaczyłem więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Świat nie wydaje mi się niebezpieczny, ale piękny; widzę wzgórza, które uwielbiałem przez całe życie i ulice, po których jeżdżą słyszane tylko dotąd samochody, widzę świat, który chcę odkryć. Gdybym to zrobił, matka mogłaby stąd odejść; ta jedna rzecz dała mi pewność siebie konieczną do przeciśnięcia się przez portal, przez który wcześniej tylko wyglądałem. Teraz wchodzę w świat poza murami. Kiedy pierwszy promień słońca pada na moją twarz, uświadamiam sobie, co zrobiłem: jestem na zewnątrz.

‘G′day’ z City College w Footscray, Australia

Image: Footscray City College – och, to jest

Footscray City College – och, to jest „so cool” (tak twierdzi Tony Birch)

 

„G′day” [witajcie] z City College w Footscray, Australia!

Footscray City College to państwowa szkoła w zachodniej części Melbourne, w Australii. Mamy w tej szkole 46 różnych narodowości i prawie 1000 studentów. Spoglądamy z góry na jedną z wielkich dróg wodnych Melbourne, potężną rzekę Maribyrnong. Jesteśmy pełną zapału gromadką dzieci w wieku 14 i 15 lat, z kilkoma znakomitymi, zaangażowanymi nauczycielami. Odkrywamy miasto Melbourne, jak również naturalny krajobraz, który je otacza.

Tutaj jest film, który zrobiliśmy w naszym pierwszym dniu ze Stacjami Pogody.

Nasza grupa współpracuje z Tony Birch’em i z Wheeler Centre w zakresie książek, pisania i pomysłów na to, jak poprawić nasze własne pisanie i wiedzę o zmieniającym się klimacie. Tony napisał wiele powieści, między innymi Shadowboxing i Blood. Wheeler Centre jest organizacją, która organizuje rozmowy i imprezy dla publiczności na wiele tematów, włącznie z pisaniem, zmianą klimatu, i wiele więcej.

Naszym celem jest sprawić, żeby ludzie mówili o zmianie klimatu, a także, jak to mogłoby dotknąć nas na naszych własnych osiedlach, ulicach i w domach. Chcemy żeby ludzie na całym świecie wiedzieli, że myślimy i jednoczymy się w tej kwestii. Nie tylko chcemy, żeby ludzie myśleli o zmianie klimatu, chcemy sprowokować ich do działania.

Oczekujemy niecierpliwie podzielenia się naszą pracą ze wszystkimi z innych podstacji, w Berlinie we wrześniu!

– Studenci z Podstacji Footscray City College

Wspomnienie mojej górskiej wspinaczki

remembering

W wieku 11 lat przeżyłem wspinaczkę wysokogórską z moimi przyjaciółmi. Góra była wysoka, ale klimat nam sprzyjał. Było miło i słonecznie z owiewającym nas bardzo niewiele chłodniejszym wietrzykiem. Słońce tylko powodowało, że chciało nam się pić, bo temperatura lokalna wynosiła 31 stopni minimum i 38 stopni maksimum. Trener wybrał tę górę i ten klimat w sezonie, ponieważ w zimie nie możemy się wspinać w takim zimnie, a także nie w porze monsunu kiedy jest mokro, i dlatego mieliśmy alpinistykę latem, co prawie doprowadziło nas do odwodnienia.

 

Urja – / Footscray City College Substation

Dromana

Od kiedy pamiętam, prawie każdego lata moja rodzina i ja jeździliśmy na Półwysep Mornington, a dokładnie do Dromana. Czy mieliśmy towarzystwo czy nie, dzień był zawsze fantastyczny. Jednego szczególnie ciepłego letniego dnia przybyliśmy na miejsce później niż zwykle, około 5:00 po południu. Na dworze było jeszcze ciągle słonecznie z powodu czasu letniego, i tak było jeszcze lepiej. Moja siostra i ja wyskoczyliśmy z samochodu i na wyścigi pobiegliśmy na brzeg. Zrzuciliśmy nasze rzeczy na piasku i złapaliśmy nasze fajki. Woda była kryształowo czysta i widzieliśmy masę ryb. Gdzieś po godzinie nurkowania z rurką zdecydowaliśmy pobawić się w piasku. Po 2 godzinach na plaży umieraliśmy z głodu i pożarliśmy swoje smażone ryby z frytkami. Przez ten czas zrobiło się ciemno i wskoczyliśmy do samochodu ruszając w długą drogę do domu. Usnąłem w samochodzie i reszta jest historią.

 

– Gabriel / Footscray City College Substation

Teatr

Darcy-FairFax-Studio-Theatre

Teatr, czy to w szkole, w pracy mojego taty, albo w jakichkolwiek profesjonalnych teatrach, zawsze czuję się tak jak w domu i komfortowo, teatr jest mi bliski ponieważ lubię występować/grać. Zawsze czuję dreszcz podniecenia i nerwowość kiedy wchodzę do jakiegoś teatru i zapach szminek i potu wypełnia mój nos, chociaż nawet nie mogę faktycznie go czuć, sądzę, że możnaby to nazwać pamięcią zapachu: jeżeli możesz zapamiętać miejsca, które widziałeś, dlaczego nie rzeczy, które wąchałeś? Kiedy przygasają światła do uwertury albo do cichego początku sztuki, przedpokazowa trema ogarnia moje ciało, niezależnie, czy występuję czy nie. Teatr jest dla mnie drogim miejscem, to jest jedno z niewielu miejsc gdzie mogę eksperymentować z nowymi rzeczami i być soba, bez teatru byłbym zagubiony.

 

– Darcy / Footscray City College Substation

 

Wachaj i smakuj

smelltaste

Tamte róże pachniały jak te inne róże.

Sałata smakowała jak ostre jalapeno.

Tamte kwiaty pachniały jak róże.

Ciastko smakowało jak czekolada.

Okruchy z miękkiego kurczaka smakowały jak tarta bułka z kurczakiem.

Powietrze pachniało jak świeże.

Grilowane mięsa smakują jak upieczone na płycie jagnięta.

Młoda salata smakowała jak regularna sałata.

Cytryna smakowała jak kwaśne cytryny.

Tamte lody miały smak czekolady na rożku z wafla.

Woda źródlana smakowała jak czysta woda.

Tamte ryby wędzone smakowały jak gotowane ryby.

Pianka na dwu kwadratach chleba z czekoladą to były S′moresy.

Habanero smakował jak upał cytrusów.

 

– Ioannis / Footscray City College Substation

Po prostu działaliśmy jak gdyby tego nie bylo

storm-surge-1-750x1000

Nigdy nie rozumieliśmy jak ważne to było… Po prostu działaliśmy jak gdyby to nie istniało…

Moja mama mówi, że pamięta czasy, kiedy obawa o klęskę żywiołową mogła istnieć gdzieś w jej podświadomości. Że było prawie niemożliwe żeby mogła ona jej osobiście dotknąć choćby w najmniejszym stopniu, a to z z powodu jej miejsca zamieszkania.

Ale prawda jest, że to jest nasza własna wina …

Ona mówiła, że kiedy pierwszy cyklon uderzył Melbourne, nikt nie był gotowy, co spowodowało tysiące strat w ludziach, niszcząc rodziny i domy. Miesięcy było ludziom potrzeba, aby z powrotem stanąć na nogach, ale rok później uderzył drugi cyklon. Ludzie byli teraz bardziej świadomi katastrofalnych skutków takiego zdarzenia, ale nie mieli czasu żeby się przygotować. Chociaż tym razem tylko zabierając życie jednej trzeciej oryginalnego cyklonu, i tak pozostawił on tysiące bezdomnych i zrozpaczonych. Te wydarzenia zaczęły powtarzać się od tego czasu często, za każdym razem częstsze i pustosząco niszczycielskie.

Ale to było 25 lat temu.

Teraz jesteśmy tutaj, to jest ja, mój tatuś, moja mama i mój brat, wszyscy stłoczeni w bunkrze, wszyscy kompletnie milczący. Wszystko, co mógłbym usłyszeć na zewnątrz to trzask rozdzieranej gwałtownie ziemi powyżej i przeraźliwe gwizdanie potężnych wichrów. Miałem na sobie swoje słuchawki próbując zablokować hałasy, ale to było prawie niemożliwe. Jesteśmy otoczeni przez nasze najcenniejsze przedmioty, tyle ile mogliśmy zmieścić w maleńkim schronie. Rozlega się głośny łomot, kiedy kawałek rumowiska na zewnątrz wali w drzwi, moje serce zamiera na chwilę i podskakuję, prawie uderzając się w głowę.

Mieszkamy w takich warunkach od wielu lat, urodziłem się i wychowałem podczas kiedy te zdarzenia zachodziły, co pozwalało mi mieć złudzenie, że zdarzenia takie jak te są normalne i zawsze były. Ale nie, te klęski żywiołowe były jak to niektórzy określają ′ludzkiego autorstwa′. Zrobiliśmy to, ostrzegano nas, ale zignorowaliśmy ostrzeżenia jak gdyby były nieważne.

Dzieci zwykły życzyć sobie rzeczy takich jak najnowsze PlayStation albo Xbox, najlepsza piłka do piłki nożnej albo buty do piłki nożnej, żeby móc grać na jakimś instrumencie, albo żeby dostać nowy rower.

W dzisiejszych czasach przekonasz się, że większość życzeń dzieci to żeby mieć kilka miesięcy bez katastrof.

To jest raczej smutne, nieprawda?

Pomyśleć, że temu wszystkiemu można było zapobiec.

Ludzie muszą pogodzić się z tym, jak rzeczywista jest zmiana klimatu; chociaż w tym opowiadaniu wyolbrzymiłem efekty, ciągle potrzebujemy spowodować zmianę, albo wszystko jest możliwe. Coś takiego może się zdarzyć.

 

– Will / Footscray City College Substation